W ciągu roku na terenie Ciutat Vella, najstarszej dzielnicy Barcelony, dochodzi do około 40 tys. przestępstw

W ciągu roku na terenie Ciutat Vella, najstarszej dzielnicy Barcelony, dochodzi do około 40 tys. przestępstw (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

"Barcelona jest jak niechlujna kobieta o pięknych oczach. To cudowne miasto o strasznych dzielnicach"*

Dzieła Gaudiego, słynne tapasy i ciągnąca się ku morzu La Rambla. Ale Barcelona to także mroczne zaułki, kieszonkowcy i handel narkotykami. Wśród 30 milionów turystów rocznie zbiegom łatwo się ukryć, a mafii - prowadzić brudne interesy.

W ciągu roku na terenie Raval, Barcelonety, Barri Gotic, dawnej Ribery i Parku de la Ciutadella, które wchodzą w skład Ciutat Vella, najstarszej dzielnicy Barcelony, dochodzi do około 40 tys. przestępstw.

40 przestępstw na 100 mieszkańców. Plus nie do końca znana liczba rozbojów na turystach. Samą La Ramblą, stanowiącą oś dzielnicy, każdego dnia przechodzi blisko 273 tys. ludzi. Kilkuset z nich pada ofiarą kieszonkowców.

Miejscowa policja notorycznie ostrzega nie tylko przed kradzieżami, skanowaniem kart kredytowych, ale też przed przypadkowymi znajomościami i piciem darmowych drinków. Zazwyczaj poza alkoholem trafiają do nich pigułki gwałtu lub płynne extasy. A o narkotyki jest w tym mieście równie łatwo, jak o kieliszek sangrii. Wystarczy popytać w którymś z barów w Ciutat Velli, żeby dostać namiar na jeden z 200 "dragowych klubów" w Barcelonie.

Wysoką przestępczość od kilku lat tłumaczy się dużą liczbą turystów. Ale gdyby nie odwiedzający, katalońskie władze nie mogłyby się poszczycić jednymi z najwyższych dochodów z turystyki w całej Hiszpanii. Barcelona wciąż zajmuje pod tym względem drugie miejsce po Balearach.

La Ramblą, stanowiącą oś dzielnicy, każdego dnia przechodzi blisko 273 tys. ludzi (fot. Shutterstock)
La Ramblą, stanowiącą oś dzielnicy, każdego dnia przechodzi blisko 273 tys. ludzi (fot. Shutterstock)

W 2017 roku, w ramach ograniczania ruchu turystów "zadeptujących" Barcelonę, władze miasta postanowiły wprowadzić m.in. zakaz tworzenia nowych hoteli w centrum miasta oraz kontrole dla wynajmujących kwatery - muszą posiadać odpowiednie licencje. Wszystko to przy niespokojnej sytuacji politycznej. Katalonia nie od dziś ma niepodległościowe ambicje, które stopuje madrycki rząd. Konsekwencją tych napięć są protesty i aresztowania. Ale zarówno zakazy, jak i społeczne niepokoje nie zniechęcają do odwiedzania Barcelony. Według danych National Institute of Statistics INE tylko do czerwca br. przyjechało do Katalonii 37,1 mln turystów, czyli o 1,8 proc. więcej niż w poprzednim roku. Samą Barcelonę już w połowie roku odwiedziło blisko 20 mln podróżnych. Wśród nich znajdują się zarówno typowi turyści, jak i przestępcy z całej Europy, którzy w sercu Katalonii szukają schronienia lub miejsca do prowadzenia biznesu. Bo w tłumie łatwiej się ukryć.

Po zmroku

W swoim 43-letnim życiu Lucas, rodowity barcelończyk, co najmniej kilka razy był o krok od śmierci. Gdy miał 7 lat, w okolicy Placa de Catalunya potrącił go samochód. Spędził w szpitalu pół roku, do dzisiaj lekko utyka na lewą nogę. Kilkanaście lat później został dźgnięty nożem, kiedy po północy wracał z pracy. Był kelnerem w knajpie z tapasami. Napastnicy liczyli, że ma przy sobie wypłatę. Po przeszukaniu zostawili go w ciemnym zaułku. O mało co nie wykrwawił się na śmierć. Od tamtej pory zawsze ma przy sobie gaz. Ale i tak nie zdołał on uchronić go przed kolejnymi napadami rabunkowymi, chociaż miasto zna jak własną kieszeń i wie, jak się przemieszczać po zmroku, z dala od kłopotów.

Od pięciu lat Lucas jeździ taksówką. Po wezwaniu w pewne miejsca nie wychodzi z pojazdu. - Nie mówię tutaj tylko o Raval. Chociaż rzeczywiście z miesiąca na miesiąc Raval staje się coraz bardziej mroczny. W przewodnikach turystycznych zapewniają, że to mekka artystów, a tak naprawdę to jedna wielka żulernia. Handlarze narkotyków, złodzieje i uciekinierzy z kryminalną przeszłością, wszystkie zakazane typy chowają się w tutejszych zaułkach - opowiada Lucas. - Po Raval nawet w biały dzień chodzą patrole policyjne. Łatwo wpaść. Od pewnego czasu ci, którym zależy na byciu niewidocznymi, wybierają więc inne rejony miasta, jak np. Poble Sec u stóp wzgórza Montjuic czy jak ten Holender z wiadomości - małe miasteczka pod Barceloną - dodaje Lucas.

Z miesiąca na miesiąc dzielnica Raval staje się coraz bardziej mroczna (fot. Waldemar Gorlewski / AG)
Z miesiąca na miesiąc dzielnica Raval staje się coraz bardziej mroczna (fot. Waldemar Gorlewski / AG)

"Ten Holender z wiadomości" to morderca 11-letniego Nicky'ego Verstappenena z holenderskiego Heibloem. Nicky latem 1998 roku pojechał na wymarzony obóz skautowy. Po dwóch dniach obozowania w okolicy Brunssum [prowincja Limburg w Holandii - przyp. aut.], 10 sierpnia nad ranem, Nicky zniknął z namiotu. Opiekunowie natychmiast zaalarmowali miejscowe służby. Ruszyły poszukiwania. Teren przeczesywany był metr po metrze. Na początku wszyscy wierzyli, że Nicky chciał zaimponować innym skautom i wyruszył po drewno na ognisko lub po zioła. Ale mijały godziny, a chłopiec nie wracał. Następnego dnia, pod wieczór, w lesie oddalonym o ponad kilometr od obozowiska, niedaleko Laandgraaf, odnaleziono jego ciało. Nicky został brutalnie zgwałcony, ale sama przyczyna śmierci pozostała nieustalona. Na jego ciele poza śladami przemocy odnaleziono obce DNA. Wszystko wskazywało, że znalezienie zabójcy jest wyłącznie kwestią czasu. Kilku dni, góra kilku tygodni. Nikt nie sądził, że będzie musiało minąć 20 lat, żeby odnaleźć winnego tej zbrodni. Przez dwie dekady nadziei na rozwiązanie sprawy nie tracili bliscy Nicky'ego i wspomagający ich dziennikarze.

20 lat

Dopiero w lutym tego roku ruszyło w Holandii największe w dziejach tego kraju badanie DNA mające pomóc rozwikłać tajemnicę śmierci chłopca. Holenderski Instytut Sądowy wraz z policją i prokuraturą zaapelował do 21,5 tys. mężczyzn w wieku od 18 do 75 lat o przekazanie swojego materiału genetycznego do badań. W Landgraaf, Brunssum, Heerlen i Heibloem powstało sześć punktów pobrań. Badania miały na celu ustalenie pokrewieństwa DNA znalezionego i zabezpieczonego przed laty na ubraniu Nicky'ego. Na apel władz odpowiedziało ponad 15 tys. mężczyzn z okolicy. Żaden z nich nie pasował jednak do próbki sprzed 20 lat.

W 1998 roku w pobliżu Brunssum mieszkał także Joseph Brech. Co więcej, nagrania z sierpnia tamtego roku pokazały, że był wśród osób, które pojawiły się na miejscu zbrodni wkrótce po znalezieniu ciała chłopca. Wprawdzie niedługo po zabójstwie został zatrzymany przez policję, ale po wymianie kilku zdawkowych pytań i odpowiedzi puszczono go wolno. Uznano wówczas Brecha za jednego z wielu ciekawskich gapiów.

Wysoką przestępczość w Barcelonie od kilku lat tłumaczy się dużą liczbą turystów (fot. Waldemar Gorlewski / AG)
Wysoką przestępczość w Barcelonie od kilku lat tłumaczy się dużą liczbą turystów (fot. Waldemar Gorlewski / AG)

W styczniu 2017 roku 55-letni Joseph oświadczył rodzinie, że wyrusza na pieszą wędrówkę po Francji. Nie wiadomo, dlaczego dopiero po kilkunastu latach od tragedii zdecydował się wyjechać z kraju. Po kilku miesiącach bliscy stracili z nim kontakt. Zaniepokojeni zgłosili jego zaginięcie. To wtedy śledczy po raz pierwszy wkroczyli do domu Brecha. Przeszukali lokum i z pozostawionych w nim przedmiotów osobistych pobrali próbki DNA.

Dwadzieścia lat po zabójstwie Nicky'ego okazało się, że materiał genetyczny Brecha jest pokrewny z tym odnalezionym na miejscu zbrodni. Odkrycie, że zabójca przez cały ten czas znajdował się w pobliżu miejsca zbrodni, było szokujące zarówno dla rodziny ofiary, jak i dla śledczych prowadzących sprawę. Po raz kolejny potwierdziła się maksyma, że zabójca znajduje się w pierwszym tomie akt.

- Po 20 latach poszukiwań mamy w końcu imię, nazwisko i twarz zabójcy naszego dziecka - powiedziała matka Nicky'ego, Berthie Verstappen. Podziękowała też dziennikarzowi Peterowi De Vriesowi, który przez wszystkie te lata badał śmierć jej syna i działał jako rzecznik prasowy rodziny.

Od początku obawiano się, że Brecha ciężko będzie wytropić. Był doświadczonym leśnikiem i potrafił przetrwać bez kontaktu z cywilizacją przez długie miesiące.

Okazało się jednak, że nie był wystarczająco sprytny i zamiast lasu i odludzia wybrał bliskość stolicy Katalonii. W maju br. namierzono go w komunie pod Barceloną zamieszkanej przez obywateli różnych krajów. Rozpoznał go jeden z sąsiadów wspólnoty, który w telewizji widział komunikat policji o poszukiwanym Holendrze.

Plac Placa Reial znajduje się w dzielnicy Ciutat Vella (fot. Shutterstock)
Plac Placa Reial znajduje się w dzielnicy Ciutat Vella (fot. Shutterstock)

Co ciekawe, już na kilkanaście lat przed zabójstwem Nicky'ego Brech był przesłuchiwany. W 1985 r. zatrzymano go za domniemaną napaść na tle seksualnym, ale sprawę umorzono. Dlaczego po morderstwie na obozowisku nie pobrano DNA od wszystkich mężczyzn z okolicy, mających w życiu choćby podejrzany epizod? W Holandii mówi się, że odpowiedzialni za prowadzenie śledztwa w sprawie śmierci Nicky'ego powinni stanąć przed sądem. Tym bardziej że Brech przez wiele lat po zamordowaniu chłopca prowadził normalne życie, zajmując się m.in. szkoleniami dla skautów, również w Polsce.

Co Brech robił w Hiszpanii - nie wiadomo. Śledczy ustalili jednak, że był częstym gościem w Barcelonie. W ostatnich tygodniach przed aresztowaniem prawdopodobnie próbował załatwić sobie lewe papiery i zmienić tożsamość. A jak mówi Lucas, jeśli ma się pieniądze, w tym mieście jest to kwestią kilku dni.

- Ten człowiek za 100 euro jest w stanie skontaktować się z osobami, które załatwią ci niezłą podróbkę paszportu. Naprawdę niezłą - Lucas pokazuje mi z samochodu ciemnoskórego mężczyznę w jednej z knajp na La Rambla. - Gdybyś chciała dokument identyczny jak oryginał, musisz jednak zapłacić pięć, sześć razy więcej. Czas oczekiwania: kilka tygodni.

"Jestem zwykłym turystą"

Barcelona dała schronienie także zabójcy Stephena Lawrence'a. 22 kwietnia 1993 roku 18-letni wówczas Stephen wraz z przyjacielem Duwaynem Brooksem był na przystanku autobusowym w Eltham, w południowym Londynie. Został zaatakowany przez pięciu białych napastników i ugodzony nożem. Wykrwawił się na śmierć. Bezsprzecznie ustalono, że napaść miała charakter rasistowski, a stała za nim grupa nastolatków. Śmierć Stephena wstrząsnęła całym Londynem. Urodzony w Greenwich District Hospital w południowo-wschodnim Londynie chłopak dorastał w Plumstead, dobrze się uczył, uwielbiał rysować. Na tydzień przed śmiercią przygotowywał się do egzaminów końcowych, chciał zostać architektem.

Miejscowa policja ostrzega nie tylko przed kradzieżami, ale też przed przypadkowymi znajomościami i piciem darmowych drinków (fot. Shutterstock)
Miejscowa policja ostrzega nie tylko przed kradzieżami, ale też przed przypadkowymi znajomościami i piciem darmowych drinków (fot. Shutterstock)

W maju i czerwcu 1993 roku policja aresztowała w sumie pięciu podejrzanych o napaść - Luka Knighta, Gary'ego Dobsona, Davida Norrisa oraz dwóch braci Acourt: Neila i Jamiego. Wszystkich rozpoznał i wskazał kolega Stephena, Duwayn. Pomimo zeznań świadka braci Acourt oraz Knighta zwolniono z aresztu, uznając zeznania Duwayna za niewiarygodne.

Jedynie Dobson i Norris zostali uznani za winnych napaści na Stephena. W chwili popełnienia przestępstwa byli jednak niepełnoletni, więc skończyło się na pracach społecznych. Do więzienia i tak trafili kilka lat później, za handel narkotykami. Zrozpaczeni rodzice Stephena zainicjowali prywatne śledztwo, ale dowody zebrane przez nich przeciwko mordercom ich syna przez lata uznawano za niewystarczające.

Dopiero w 2012 roku, po kolejnym wznowieniu śledztwa, sąd uznał Dobsona i Norrisa za winnych zabójstwa Stephena Lawrence'a. W przypadku pozostałych domniemanych napastników trwa śledztwo. Luke Knight przebywa na wolności. Jamiego Acourta nie można było ponownie przesłuchać, ponieważ opuścił Wielką Brytanię. Szybko ustalono, że jest zamieszany w międzynarodowy handel narkotykami i wypuszczono za nim list gończy.

Aż w końcu nastał maj 2018 roku. Rozgrzane upałem uliczki Barcelony. I sceny rodem z filmów sensacyjnych. Policja w ramach międzynarodowej operacji "Captura" zatrzymuje 41-letniego mężczyznę.

Jamie Acourt został pojmany pod modną barcelońską siłownią Metropolitan Sagrada Familia przy Carrer de Provenca. Podobno Acourt był jej stałym klientem, po ćwiczeniach relaksował się w wannie z hydromasażem. Pięciu tajnych oficerów policji obserwowało go od kilku miesięcy. Podczas aresztowania usiłował stawiać opór, mówił też, że jest zwykłym turystą. Poza sprawą zabójstwa Lawrence'a Acourt ma na koncie oskarżenie o przemyt do Wielkiej Brytanii marihuany wartej ponad 4 miliony funtów. Narkotyki przemycał razem ze swoim bratem Neilem, którego ujęto już wcześniej.

Z ziemi włoskiej

Na narkotykach bracia Acourt mieli dorobić się w Barcelonie fortuny. Bliskość Maroka, uchodzącego za jednego z największych na świecie producentów haszyszu, sprawia, że Hiszpania jest jednym z głównych kanałów przerzutowych dla zakazanego towaru. Zatrzymania członków mafii, wpadki szmuglerów narkotyków są tutaj częste.

W lipcu 2017 roku 13 członków Camorry wpadło w Barcelonie podczas ogólnoeuropejskiej operacji przeciwko handlarzom narkotyków. W tym samym miesiącu Hiszpańska Gwardia Cywilna i regionalna policja katalońska przechwyciły 520 kilogramów kokainy i 450 kilogramów haszyszu i marihuany szmuglowanych przez inną grupę przestępczą. Do aresztu trafiło wówczas 20 osób, które handlowały narkotykami pod przykrywką sprzedaży luksusowych samochodów i biżuterii.

Członkowie przestępczej ormiańskiej grupy trzęśli połową kraju, szczególnie dotkliwie dając się we znaki lokalnym biznesmenom z Barcelony i Madrytu (fot. Shutterstock)
Członkowie przestępczej ormiańskiej grupy trzęśli połową kraju, szczególnie dotkliwie dając się we znaki lokalnym biznesmenom z Barcelony i Madrytu (fot. Shutterstock)

Z kolei w czerwcu br. w Barcelonie i 73 innych hiszpańskich miastach aresztowano 142 osoby, w większości obywateli Armenii. Wszyscy są oskarżeni o przemyt narkotyków, broni, tytoniu i pranie pieniędzy. Biuro prokuratora generalnego podkreśliło w komunikacie, że członkowie przestępczej ormiańskiej grupy trzęśli połową kraju, szczególnie dotkliwie dając się we znaki lokalnym biznesmenom z Barcelony i Madrytu.

Lucas zabiera mnie m.in. na jeden z największych barcelońskich targów. - Mam tutaj kilku przyjaciół, właścicieli stoisk i barów z sandwiczami, którzy od ponad roku muszą płacić "podatek". Nie mają dużych dochodów, ale raz w miesiącu przychodzi do nich kilku takich podchodzenia ormiańskiego - wyglądają na braci albo kuzynów. Spróbuj tylko powiedzieć "nie". To będziesz w nocy sprzątał pogorzelisko - mówi.

Coraz ciężej w Barcelonie żyć i prowadzić biznes zgodny z prawem. Także związany z turystyką. Według danych inspektorów z Rady Miasta w Barcelonie jest około 16 tys. obiektów wakacyjnych, z których blisko połowa nie ma licencji, a część jest w rękach mafii. Gangsterzy wystawiają swoją ofertę na popularnych serwisach pośredniczących w wynajmie przez Internet. Bywa, że jeden pokój wynajmowany jest poczwórnie w tym samym terminie, a inny - choć promowany przez aplikację - w rzeczywistości nie istnieje; do tego dochodzą przypadki wymuszania dodatkowych opłat. Dlatego miesiąc w miesiąc po Barcelonie wędruje zespół 40 inspektorów, którzy mają za zadanie tropić podejrzane adresy. Niekiedy kończy się na grzywnie i upomnieniu, czasem jednak właścicieli albo lokum nie da się namierzyć. Także z powodu rozprzestrzenienia się nielegalnych kwater czynsze w ostatnich latach wzrosły w Barcelonie o blisko 23 proc. Coraz trudniej tu żyć, coraz łatwiej się ukryć albo zarabiać pieniądze na przestępstwach.

Według danych Rady Miasta w Barcelonie jest ok. 16 tys. obiektów wakacyjnych, z których połowa nie ma licencji, a część jest w rękach mafii (fot. Shutterstock)
Według danych Rady Miasta w Barcelonie jest ok. 16 tys. obiektów wakacyjnych, z których połowa nie ma licencji, a część jest w rękach mafii (fot. Shutterstock)

*Barcelona jest jak niechlujna kobieta o pięknych oczach. To brzydkie miasto o pięknych dzielnicach, a nawet przepięknych budowlach. To cudowne miasto o strasznych dzielnicach -  cytat z Geer Mak, "W Europie, podróże przez XX wiek".

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Joanna Pasztelańska. Dziennikarka, reporterka. Jako jedna z pierwszych dotarła do Turcji po trzęsieniu ziemi w 1999 roku, relacjonowała wybory prezydenckie w Iranie, zajmowała się sprawą farmy niewolników pod Londynem i ukrytymi w rejonie Prypeci sierocińcami dla dzieci z wadami genetycznymi po wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Od blisko dwudziestu lat jeździ po Polsce śledząc tematy trudne i niewyjaśnione m.in. dla "Życia Warszawy", "Tygodnika Kulisy" i magazynu "Dziennika Gazety Prawnej". W 2016 roku nakładem wydawnictwa Horyzont Znak ukazała się książka "Policjanci. Za cenę życia", którą napisała wraz z mężem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także