Wielu rodziców nie chce rezygnować z oceniania dzieci

Wielu rodziców nie chce rezygnować z oceniania dzieci (fot: Shutterstock.com)

społeczeństwo

Ocenianie dzieci? Rodzice są za. 'Wystawiłem konia do wyścigu i chcę wiedzieć, czy mój koń jest najlepszy'

Niektórzy rodzice traktują dzieci jak konie wyścigowe. Są zainteresowani tylko tym, jak ich koń wypada na tle innych. Koszty nie mają znaczenia - mówi dr Marzena Żylińska.

Beata ma trzy córki. Wszystkim od narodzin puszczała bajki po angielsku. Gdy starsze miały trzy miesiące, zapisała je na basen. Gdy skończyły rok - na angielski. W przedszkolu brały udział w dodatkowych zajęciach z plastyki z elementami terapii. Najstarsza córka, która ma obecnie sześć lat, chodziła również na tańce, teraz, wraz z czteroletnią siostrą, uczęszcza na konie. Ma też kółka szachowe i teatralne. Chce zapisać się na chiński. Najmłodsza córka Beaty ma osiem miesięcy. Beata ma wyrzuty sumienia, że jeszcze nie zapisała jej na basen. Musi myśleć o tym, żeby liczbę zajęć dzieci dostosować do swoich możliwości organizacyjnych. Przekonuje, że spędza z córkami dużo czasu - w samochodzie. Śmieje się, że stamtąd przynajmniej nikt nie może uciec. Beata uważa, że dużo zajęć uczy dzieci systematyczności i pozwala odnaleźć siebie.

Dzieci same powinny wybrać, na jakie zajęcia dodatkowe chcą się zapisać (fot: Shhutterstock.com)
Dzieci same powinny wybrać, na jakie zajęcia dodatkowe chcą się zapisać (fot: Shhutterstock.com)

Agnieszka i jej mąż zaczęli się zastanawiać, kim chcieliby, żeby ich córka została w przyszłości, gdy ta skończyła trzy lata. Postanowili ją wysłać na zajęcia dodatkowe. Wiedzieli, że najważniejsze są języki. Padło na angielski i rosyjski. Tego drugiego córka uczy się z babcią. Agnieszka uznała, że warto wykorzystać babcię, która w ten sposób może dać dziecku coś więcej niż tylko wspólne spędzanie czasu. Trzylatka poszła też na balet, potem na break dance i na karate. W tym roku - jest już w pierwszej klasie szkoły podstawowej - pójdzie też na zajęcia z teatru. Agnieszka i jej mąż chcą przede wszystkim pokazać córce, jak wygląda świat. Że każdy ma jakieś zajęcia i obowiązki, że trzeba nauczyć się odnajdywać w różnych sytuacjach życiowych. Jest to też próba dania dziecku tego, czego Agnieszka sama nie miała. Cały czas myśli o tym, żeby córka nadążyła za szybko zmieniającym się światem. Wciąż zastanawia się, jak ją wychowywać, żeby czegoś nie popsuć.

Syn Anny ma rok. Zapisała go do trójjęzycznego żłobka. Uczy się tam polskiego, angielskiego i chińskiego. Gdy skończy żłobek, pójdzie do trójjęzycznego przedszkola, a potem do szkoły. Cały czas jest opcja, że rodzina wyjedzie któregoś dnia za granicę. Anna uważa, że wtedy łatwiej będzie się dziecku tam odnaleźć.

Rozwój, rozwój, rozwój

Zajęcia sensoryczne, umuzykalniające, balet, golf, teatr, kurs gotowania, basen, wspinaczka, programowanie i robotyka, zajęcia z przedsiębiorczości, chiński, kursy szybkiego czytania, kurs zapamiętywania nowych rzeczy, zajęcia wykraczające poza program szkolny... Na rynku dostępnych jest coraz więcej zajęć dodatkowych dla dzieci. Rodzice już po urodzeniu się dziecka mogą zapisać je na kursy i warsztaty, dzięki którym będzie mogło szybciej się rozwijać i wykorzystać wszystkie swoje możliwości psychofizyczne.

Na rynku dostępnych jest coraz więcej zajęć dodatkowych dla dzieci (for: Shutterstock.com)
Na rynku dostępnych jest coraz więcej zajęć dodatkowych dla dzieci (for: Shutterstock.com)

"Nauczymy twoje dziecko szybko czytać, błyskawicznie notować oraz natychmiast zapamiętywać. Wzmocnimy jego koncentrację i pewność siebie. Zapewnimy mu możliwie najlepsze relacje z grupą. Przekażemy Twojemu dziecku umiejętności, które zdecydowanie ułatwią naukę w szkole" - czytamy na stronie Akademii Nauki, która oferuje kursy dla dzieci w wieku 1-5 oraz 6-12 lat.

"Naszym celem jest kształtowanie w młodym pokoleniu tych umiejętności, które formują dzisiejszy świat. Chcemy, aby młodzi ludzie umieli logicznie myśleć, mieli przedsiębiorcze podejście do życia, rozumieli nowe technologie i potrafili prezentować z charyzmą własne pomysły" - tak reklamuje kursy programowania dla dzieci już w wieku ośmiu lat szkoła Wow School.

"Żłobek to najlepszy czas na rozpoczęcie nauki języków obcych. Tylko do wieku 3 lat można mówić o wczesnym bilingwalizmie lub trójjęzyczności. W tym okresie dziecko każdego języka uczy się w sposób naturalny, jako języka ojczystego - pod jednym warunkiem: musi być "zanurzone", "otoczone" językiem, oraz kojarzyć jedną osobę nim władającą" - czytamy na stronie trójjęzycznego żłobka International Trilingual School of Warsaw.

"Każdy jest geniuszem" - brzmi motto przedszkola o sugestywnej nazwie Mini Harvard zlokalizowanego w warszawskim Wilanowie.

Czego dziecko nauczy się z kolei w warszawskiej Akademii Młodego Managera, gdzie w tym roku rozpoczęła swoją naukę grupa dzieci w wieku 8-13 lat? Między innymi tego, jak organizować swój czas i efektywnie wykonywać zadania, sztuki automotywacji i przezwyciężania lenistwa, nauki skutecznej komunikacji i przywództwa w grupie, podstaw wiedzy o biznesie i szczeblach kariery w firmie, podejmowania właściwych decyzji czy tego, dokąd zmierza nowoczesny świat.

Mały przedsiębiorca

Ulotka promocyjna Akademii, która pojawiła się na warszawskim Wilanowie, wzbudziła wiele kontrowersji. "Kim będzie twoje dziecko, gdy dorośnie?" - brzmiało pierwsze zdanie. Dalej pojawiła się informacja, że kurs przeznaczony jest dla dzieci w wieku już sześciu lat. Ludzie nie kryli oburzenia:

"Nigdy bym tam dziecka nie wysłała. Szkolenie automatów" - napisała na Twitterze Marta.

"Absurd to mało powiedziane. Cytując "klasyka": wiadomo, dziś 3-latek bez angielskiego to jest nikt. Więc jak się ma 6 lat czas na zdobywanie poważnych kompetencji" - skomentował Kuba.

Założyciele Akademii doszli jednak do wniosku, że trochę podwyższą wiek, bo, jak mówi Hubert Sarzyński, pomysłodawca Akademii, sześcio- i siedmioletnie dzieci mogą być jednak trochę za małe na to, by zostać młodym managerem. Przekonuje, że jego inicjatywy nie krytykują ci, którzy odnoszą sukcesy i są zadowoleni ze swojej pracy - ludzie ambitni, którzy pracę traktują jak pasję (bo to oni są grupą docelową Akademii), ale tacy, którzy pracują, bo muszą, i tylko liczą dni do weekendu. - Rodzice ambitni chętnie wysyłają dzieci na takie kursy, bo chcą, żeby poszły w ich ślady. To ludzie, którzy myślą o przyszłości dziecka, chcą je jak najlepiej wykształcić, wyposażyć w umiejętności, dzięki którym w szkole będzie się wyróżniać, lepiej sobie w życiu poradzi - mówi Sarzyński.

Sarzyński nie wierzy, że to szkoła jest w stanie zapewnić dziecku odpowiedni rozwój. A rodzice po prostu nie mają na to czasu. - Najlepiej by było, jakby w szkole albo w domu dzieci zdobywały umiejętności komunikacji, realizowania celów, organizacyjne, ale prawda jest taka, że wielu nauczycieli przychodzi na zajęcia tylko po to, żeby odbębnić godziny. Rodzice są z kolei zapracowani, inwestują w dodatkowe zajęcia dla dziecka, bo też chcą mieć trochę czasu dla siebie - mówi.

Zajęcia w Akademii odbywają się raz w tygodniu i trwają dwie godziny. Prowadzone są przez pedagogów i trenerów, na każde zajęcia zapraszany jest również gość - przedsiębiorca, biznesmen, który opowiada dzieciom o swojej drodze do sukcesu. Kurs kończy się wydaniem certyfikatu, który jednak nie każdy musi otrzymać. - Obserwujemy, jak dziecko zachowuje się na zajęciach, w jaki sposób przyswaja wiedzę. Jeśli nie chce się uczyć, nie wykazuje zaangażowania, może nie ukończyć kursu - wyjaśnia Sarzyński.

Rodzice przelewają lęk na dzieci

Psycholog dzieci i młodzieży Monika Perkowska wśród rodziców zauważa tendencję, żeby nawtykać jak najwięcej zajęć do grafiku dziecka. Powodów, dla których tak robią, jest kilka. - Po pierwsze, żeby samemu się nim nie zajmować. Rodzice wolą wozić dzieci na zajęcia, nawet posiedzieć godzinę w samochodzie, niż samemu zorganizować czas dziecku - przekonuje. Druga kwestia to rywalizacja między rodzicami. - Rodzice bardzo ze sobą konkurują pod względem tego, kto lepiej wyposaży dziecko w umiejętności. Przechwalają się tym - dodaje. Po trzecie, jak mówi, rodzice naprawdę wierzą, że dzięki tym zajęciom ich dziecko odniesie w życiu sukces i będzie szczęśliwe. - A to nieprawda, bo szczęście zależy od wielu czynników - podkreśla.

Jak twierdzi, pogoń za tym, żeby dziecko wyposażyć w różnorodne umiejętności, nie ma dużego znaczenia dla jego rozwoju i przyszłości. Największe znaczenie ma to, czy osobowość dziecka rozwija się prawidłowo. A ona, jak podkreśla Perkowska, kształtuje się wyłącznie dzięki bliskim relacjom z innymi ludźmi, między innymi z rodzicami. - Ważne, czy atmosfera w domu, w środowisku rówieśniczym jest dobra. Rodzice powinni zaufać, że program w przedszkolu i szkole zapewnia ten podstawowy rozwój. To, co można ewentualnie zrobić, to zapytać panią w przedszkolu, czy dziecko dobrze się rozwija, czy są obszary, w jakich ma deficyty, nad którymi należałoby popracować. To pedagog, dzięki swojemu profesjonalnemu, a nie emocjonalnemu nastawieniu, będzie w stanie obiektywnie zaproponować zajęcia dodatkowe - tłumaczy.

Dzieci też muszą odpocząć, mieć czas na bycie z rodzicami (fot: Shutterstock.com)
Dzieci też muszą odpocząć, mieć czas na bycie z rodzicami (fot: Shutterstock.com)

O takich zajęciach warto, jej zdaniem, pomyśleć, kiedy dziecko jest starsze i już samo decyduje, na co chciałoby chodzić. - Często, niestety, jest tak, że rodzice podejmują decyzję za dzieci, zapisują je na wszystko, co jest dostępne, albo wybierają określone zajęcie, zaspokajając w ten sposób swoje ambicje. A dziecko to odrębna istota, która może decydować, w jaki sposób spędzi wolny czas. Ono nie urodziło się po to, żeby nas zaspokajać. To podstawowy błąd w myśleniu o dziecku - wyjaśnia. Jak podkreśla, lęk o przyszłość dziecka, to, że sobie nie poradzi, jeśli nie wyposaży się go w odpowiednie dodatkowe umiejętności czy będzie odstawać od reszty, to lęk rodzica, nie dziecka. - Rodzice przelewają go na swoje dzieci. A jest to czysto irracjonalny lęk, który nie ma przełożenia na rzeczywistość. Więc myślenie, że zajęcia dodatkowe zapewnią dziecku jedyną właściwą przyszłość, jest błędne - mówi.

Warto proponować dziecku wybór różnych aktywności, ale nie zmuszać do nich, a zbyt duża liczba zajęć może grozić przeładowaniem bodźcami. - Dziecko będzie zmęczone nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Ono też powinno mieć czas na odpoczynek i bycie z rodzicami. A często jest tak, że od godziny 7.00 do 18.00 siedzi w przedszkolu i na zajęciach dodatkowych, potem wraca do domu i jedyne, co robi, to je kolację, kąpie się i idzie spać - podsumowuje.

Dzieci jak konie wyścigowe

- Niektórzy rodzice traktują dzieci jak konie wyścigowe, które wystawiają do zawodów. Są zainteresowani tylko tym, jak ich koń wypada na tle innych. Koszty nie mają znaczenia - mówi bez zawahania dr Marzena Żylińska, metodyczka, zaangażowana w ruch Budząca się Szkoła, którego celem jest stworzenie szkoły, do której uczniowie i nauczyciele będą chodzili z radością.

Z jej obserwacji wynika, że nauczyciele, którzy chcą odejść od oceniania w klasach I-III, bo są przekonani, że szkoła powinna być miejscem, w którym zdobywa się wiedzę, a nie oceny, spotykają się z protestami niektórych rodziców i w wielu przypadkach ponoszą porażkę. - Nie mają wątpliwości, że pomiar dydaktyczny wyłącznie zabiera czas i odwraca uwagę dzieci od tego, czego się uczą. Ale rodzice - niektórzy - wywierają presję, bo dla nich celem szkoły są oceny. Wystawiłem konia do wyścigu i chcę wiedzieć, czy mój koń jest najlepszy - mówi.

Opowiada, że są rodzice, którzy kilka razy dziennie sprawdzają w portalu Librus [platforma komunikacyjna między rodzicami a szkołą - przyp. red.], jakie oceny dostało ich dziecko i jak wypada na tle klasy. - Tę funkcję można wyłączyć, ale wielu tego nie robi. Może w ten sposób chcą zaspokoić swoje poczucie bezpieczeństwa, że ich dziecko ma dobre stopnie, bo skoro ma, to znaczy, że się uczy - zastanawia się. Jej zdaniem wiele osób myli pomiar dydaktyczny z procesem uczenia się. - W nasz gatunek wpisane jest to, że od urodzenia chcemy się uczyć i poznawać świat. Dziecko podąża za wszystkim, co nowe. Nie pała pasją do dinozaurów czy nie uczy się wiązać butów dlatego, że ktoś je za to nagradza - opowiada. Uważa, że gdy w proces zabawy wkraczają oceny, dziecko traci zainteresowanie i motywację wewnętrzną do nauki, bo to nie nauka staje się celem samym w sobie, ale zdobywanie stopni.

- Jeśli kary w formie jedynek byłyby skuteczne, to nie mielibyśmy słabych uczniów. Wystarczyłoby postawić kilka pał i wszyscy byliby prymusami. Im bardziej nie sprawdzają się nasze metody, tym bardziej jesteśmy skorzy do tego, żeby przerzucać winę na dzieci, bo to zwalnia nas z konieczności szukania lepszych rozwiązań - przekonuje.

Mówi, że to dorośli stworzyli system, w którym ocena stała się celem samym w sobie. Podaje przykład rankingów szkół. - Dzieci stały się narzędziem do realizacji cudzych celów. W niektórych szkołach podstawowych, czyli w teorii dostępnych dla wszystkich, otwarcie mówi się rodzicowi, że jego dziecko sobie tam nie poradzi. Przez takie słabsze dziecko szkoła mogłaby gorzej wypaść w rankingu - opowiada Żylińska. W taki sposób podchodzą do dzieci również niektórzy rodzice. - Tak samo jak dobrym samochodem, mogą się pochwalić szkołą dziecka albo tym, ile zna języków, na jakie kursy uczęszcza i na jakie studia się wybiera. Większość uważa, że to jest w porządku. Myślą sobie: jeszcze mi za to podziękujesz - mówi.

Niektórzy rodzice traktują dzieci jak konie wyścigowe (fot: Shutterstock.com)
Niektórzy rodzice traktują dzieci jak konie wyścigowe (fot: Shutterstock.com)

Tymczasem to, co dziecku jest potrzebne najbardziej, to czas na odpoczynek, regenerację i swobodną zabawę, którą steruje ono samo, a nie dorośli. - Dzieci mają za mało witaminy D, są krótkowzroczne, ich kości nie mogą się prawidłowo wykształcić, bo za mało czasu spędzają na dworze, siedzą nad książkami albo na kursach. Dzieci muszą się wybiegać, mieć czas na nawiązanie przyjaźni, na to wszystko, co robiły dzieci z Bullerbyn - przekonuje. Mówi, że jeśli rodzic chce, żeby dziecko miało optymalne warunki do rozwoju, powinien mu zapewnić swobodną zabawę. A czym się różni swobodna zabawa od tej sterowanej przez dorosłych? - Daje możliwość powtórzenia danej czynności wiele razy, bo to jest potrzebne mózgowi do nauki. Żeby się czegoś nauczyć, trzeba popełnić odpowiednią liczbę błędów. W zabawie dziecka błąd nie jest problemem, ale okazją do nauki rozwoju. Wszędzie tam, gdzie wkracza dorosły, błąd staje się problemem - kwituje.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także