Jacek Kuroń, 1990 r.

Jacek Kuroń, 1990 r. (Fot. Piotr Wójcik / AG)

wywiad gazeta.pl

Anna Bikont o Kuroniu: Najważniejsza była polityka i Gaja, która ją z nim robiła

Może ze strony Jacka to było egoistyczne, że on musiał wszystko z Gają przegadać nawet do godzin rannych, choć ona szła rano do pracy, albo że na barkach Gai spoczywał cały dom, dziecko, rodzice Jacka, sam Jacek. Ale jakie to ma znaczenie, jeżeli obydwoje uważali, że są szczęśliwym małżeństwem - mówi Anna Bikont, współautorka biografii "Jacek"*.

Kiedy pani poznała Jacka Kuronia?

Świetnie tę sytuację pamiętam. W przeciwieństwie do Heleny Łuczywo, współautorki książki, poznałam go dosyć późno, bo pod koniec lat 70. Był chyba 3 marca 1979 roku. Moja siostra zabrała mnie na urodziny Kuronia do jego mieszkania. Byłam wtedy związana z wydawnictwem podziemnym Nowa, w którym składałam książki. Zamknęli mnie za coś na 24 godziny, więc jako osoba już notowana przez milicję mogłam się pokazać w możliwie najbardziej "spalonym" mieszkaniu, czyli na Mickiewicza u Kuroniów. Jacek podszedł do mnie, bo wśród gości dojrzał nową twarz, i się ze mną przywitał. Powiedział, jak się nazywa i podał mi rękę. Potem nie chciałam jej umyć. To był dla mnie ogromny zaszczyt.

Spotkanie Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, marzec 1989 r. (fot. Krzysztof Miller / AG)
Spotkanie Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, marzec 1989 r. (fot. Krzysztof Miller / AG)

Jaki był Kuroń w osobistym kontakcie?

Są dwie wersje w tej sprawie, pewnie obie prawdziwe. Jedna, że Jacek nie był za bardzo uważny na ludzi. Część jego przyjaciół, uwielbiając go przy tym, twierdziła, że są dla Jacka parobkami, którzy mają wykonać ważną robotę im powierzoną. Druga, że Jacek miał wrażliwość i empatię do bardzo różnych osób, była w nim potrzeba rozumienia ich racji. Ja znam Jacka z tej drugiej wersji. Kiedy pisałam moją książkę "My z Jedwabnego", zawsze mogłam po kolejnej wyprawie do Jedwabnego przyjechać na Mickiewicza - i Jacek, i jego żona Danuta byli uważnymi, empatycznymi słuchaczami obdarowującymi mnie swoją przyjaźnią.

Teraz jest tak, że wypada zadzwonić, umówić się. Do Jacka po prostu się przychodziło. Też do szpitala, w którym pod koniec życia coraz częściej przebywał. Zwykle jak się komuś coś opowiada, druga strona traktuje to po prostu jako element rozmowy. A Jacek to traktował jako temat do działania.

Może pani podać jakiś przykład?

Byłam w radzie szkoły społecznej, do której chodziły za darmo dzieci uchodźców, dzieci z domów dziecka. Ta szkoła miała bardzo dobre notowania i pojawiało się zagrożenie stworzenia z niej placówki wyłącznie dla dzieci dobrze zarabiających rodziców. Jacek od razu zrozumiał to zagrożenie. Wezwał mnie do siebie, a leżał wtedy na oddziale intensywnej terapii, żeby mi podyktować list do członków stowarzyszenia, które kierowało szkołą.

Dużo bardziej od oficjalnej polityki parlamentarnej lubił ruch, w którym ludzie się razem skrzykują. W tym sensie media społecznościowe są jak stworzone dla niego.

Jacek Kuroś (w środku) i Jan Lityński (po prawej) w Radomiu jako przedstawiciele KOR w 1976 r.. Zdjęcie operacyjne SB. (Fot . Archiwum IPN / AG)
Jacek Kuroś (w środku) i Jan Lityński (po prawej) w Radomiu jako przedstawiciele KOR w 1976 r.. Zdjęcie operacyjne SB. (Fot . Archiwum IPN / AG)

Siedziałby na Facebooku?

Może nie aż tak, ale zachwyciłoby go, że można na Facebooku zwoływać ludzi na manifestacje.

Wielu bohaterów pani książki zwraca uwagę, że Kuroń miał trudny, apodyktyczny charakter. Czy te cechy mu nie przeszkadzały?

Widocznie nie, skoro stworzył KOR, który był wzorcowym przykładem działania publicznego. W jednym zespole współpracowali ze sobą ludzie o tak różnej orientacji politycznej, z różnych pokoleń, z różnymi doświadczeniami.

Od Antoniego Macierewicza do Adama Michnika, co dzisiaj wydaje się nieprawdopodobne.

No właśnie. Nawet jak się ze sobą kłócili, to łączyło ich poczucie dobra wspólnego, na rzecz którego działali.

Jakim był przywódcą?

Wybitnym. Miał zapał i wizję. Precyzyjnie potrafił wskazać cel, który potem podczas pracy przekładał na konkrety. Wymagał dużo od siebie i swoich bliskich, przyjaciół, znajomych i od każdego, kogo spotkał. Widać to dokładnie w działaniu KOR-u. KOR rejestrował represje wymierzone w opozycjonistów. Jacek zorganizował mechanizm zbierania informacji na ten temat z całej Polski, w cenzurowanym, policyjnym kraju. Dzwoniło się na jego domowy telefon, była księga pokładowa, gdzie wszystko starannie zapisywano, sprawdzano. Ogromne zasługi ma tu również Gaja, która była współtwórczynią wszystkiego, co robił jej mąż.

Jacek Kuroń i Adam Michnik w Bratysławie, 1990 r. (fot Tomasz Wierzejski / AG)
Jacek Kuroń i Adam Michnik w Bratysławie, 1990 r. (fot Tomasz Wierzejski / AG)

Gaja jest marginalizowana?

To złe określenie, wszyscy ją uwielbiali. Gaja była zjawiskową postacią, i ta opinia jest powszechna. Nie traktowano jej jednak jako równoprawną działaczkę, ale jako fantastyczną żonę. Ale kiedy przyjrzeć się jej, poczytać protokoły z jej przesłuchań, widać dokładnie, jaką miała odwagę i zmysł polityczny.

Akceptowała to, że jej dom był centrum konspiracyjnym?

Tak. Kiedy nie było Jacka, to się specjalnie nie zmieniało.

A on - jakim był mężem?

Gajka uważała, że fantastycznym, że dostała niezwykły dar od życia w postaci Jackowej miłości. To samo uważał Jacek o Gai. Może ze strony Jacka to było egoistyczne, że on musiał wszystko z Gają przegadać nawet do godzin rannych, choć ona szła rano do pracy, albo że na barkach Gai spoczywał cały dom, dziecko, rodzice Jacka, sam Jacek. Ale jakie to ma znaczenie, jeżeli obydwoje uważali, że są szczęśliwym małżeństwem.

A jakie miał relacje z Maciejem Kuroniem, swoim synem?

To trudniejszy temat. Kiedyś napisałyśmy razem z Joanną Szczęsną tekst o Gai do "Gazety" i mój przyjaciel Michał Kott powiedział: Zobacz, że tyle razy mówi się o biednych dzieciach, które mają niekochających rodziców. A nikt nie opisał dzieci za bardzo kochających się rodziców, pomiędzy którymi nie ma już miejsca na dziecko. To jest chyba przypadek Kuroniów. Jacek był tak skoncentrowany na Gai i jednocześnie chciał, żeby Gaja koncentrowała się na nim, że może zabrakło miejsca dla Maćka. Tak on to w każdym razie czuł. Oczywiście też Jacek pół dzieciństwa Maćka spędził w więzieniu, co nie ułatwia kontaktu z dzieckiem. Jak pisałam książkę "Sendlerowa. W ukryciu" i dotarłam do jej listów, w których ona opisuje, jak trudne są jej kontakty z dziećmi, pomyślałam, że może jest w tym jakieś podobieństwo do Jacka. Chyba dzieciom ciężko zaakceptować rodziców społeczników, którzy zajmują się innymi. To obiektywnie trudny układ.

Jacek Kuroń z rodziną (fot. Jacek Piotrowski / AG)
Jacek Kuroń z rodziną (fot. Jacek Piotrowski / AG)

Piszą panie, że Jacek, w przeciwieństwie do swojego ojca, na pierwszym miejscu stawiał politykę, a nie rodzinę. Czy tak faktycznie było?

Najważniejsza była polityka i Gaja, która ją z nim robiła. Z kolei dla ojca Jacka - co nie było częste w tym pokoleniu - Jacek był wszystkim: celem, miłością i szczęściem jego życia. Henryk Kuroń nie zdecydowałby się pewnie na sytuację, która stawiałaby Jacka w niebezpieczeństwie.

Czy to zaangażowanie Jacka Kuronia wzięło się z tradycji rodzinnych?

Tak, na pewno. Dużo miejsca w książce poświęcamy dawno zapomnianej historii polskiego lewicowego ruchu niepodległościowego, w którym brali czynny udział przodkowie Jacka. Mówimy o rewolucji 1905 roku, strajkach robotniczych w Zagłębiu. Jacek był cały z tych opowieści rodzinnych. Co prawda większość z nich była mocno zmitologizowana, ale czy to ważne? Liczą się wartości, które za nimi stały. Jacek zawsze uważał, że kajdany, kazamaty, więzienie są czymś, co nobilituje człowieka.

Jego syn też tak miał?

Maciej skupił się na życiu rodzinnym. Dla niego najważniejsi byli jego żona i czwórka dzieci. Ale też wszyscy oni, i nieżyjący Maciek, i jego wnuki, odziedziczyli po babci i dziadku gen społecznikowski, na przykład organizowali akcje rozdawania jedzenia bezdomnym.

Anna Bikont (fot. Łukasz Cynalewski / AG)
Anna Bikont (fot. Łukasz Cynalewski / AG)

O jakiej Polsce marzył Jacek Kuroń?

Wiedział, że w Polsce musi istnieć demokracja parlamentarna. Ale nie interesowała go władza, tylko ruchy oddolne. Marzył o tym, żeby obok instytucji państwowych działało mnóstwo inicjatyw na rzecz dobra wspólnego i na rzecz negocjacji wspólnego stanowiska w ważnych sprawach. Żeby Polacy i Ukraińcy, których bliscy zginęli na Wołyniu, dogadali się ze sobą. Żeby nauczyciele znaleźli wspólny język z uczniami. Marzyła mu się Polska sprawiedliwa, pozbawiona nierówności społecznych.

Miał poczucie klęski?

Nie. Pod koniec życia wierzył, trochę może w duchu komunistycznym, że machina dziejów posuwa się do przodu i będzie lepiej.

Brakuje go dzisiaj?

Żałowałam, że już nie żył, kiedy rozkwitała Krytyka Polityczna czy kiedy w Nowym Jorku powstał ruch Occupy Wall Street, wymierzony w ponadnarodowe i niesprawiedliwe rynki finansowe. Gdyby dożył tych czasów, mógłby uczestniczyć z entuzjazmem w zmianach - które zresztą przewidział - lub im się przyglądać.

A teraz?

Chciałoby się wierzyć, że stałby na czele lewicowego rządu realizującego ideały sprawiedliwości społecznej, który przyjmowałby uchodźców jak żaden kraj w Europie. A mówiąc poważnie: na pewno by cierpiał w państwie rządzonym przez Prawo i Sprawiedliwość. Zarzucałby sobie, że nie udało mu się przez te wszystkie lata III RP za wiele zmienić. To, co się dzisiaj dzieje w Polsce, jest zaprzeczeniem marzeń Kuronia, przeciwieństwem wartości, za które przez tyle lat siedział więzieniu. Może lepiej, że tego nie widzi.

Jacek Kuroń nalewa 'kuroniówkę' na warszawskim festynie 'Podarujmy dzieciom lato, podarujmy zdrowie', 1991 r. (fot. Piotr Wójcik / AG)
Jacek Kuroń nalewa 'kuroniówkę' na warszawskim festynie 'Podarujmy dzieciom lato, podarujmy zdrowie', 1991 r. (fot. Piotr Wójcik / AG)

Weźmy na tapet jego poglądy. Chodziłby na parady równości?

Tak, chociaż miał tradycyjne poglądy związane z homoseksualizmem i nieobcy był mu nieraz męski szowinizm: kobiety żyjące razem w związku mu nie przeszkadzały, ale mężczyźni już tak. Ale zmieniał się, wiedział, że takie poglądy są krzywdzące. Myślę, że tak jak wiele osób z jego pokolenia, ewoluował, potrafił zmienić zdanie i uczył się świata. Jestem przekonana, że broniłby "Tęczy" na placu Zbawiciela. Przepracowałby w sobie te poglądy, bo w końcu był w tym mistrzem.

Tematem mu bliskim było pojednanie polsko-ukraińskie. Nasi sąsiedzi znowu są obecni w debacie publicznej, szczególnie z powodu toczącej się tam wojny, a także masowej migracji zarobkowej Ukraińców do naszego kraju. Czy to, co mówił na ich temat, jest dzisiaj aktualne? Możemy z tego czerpać?

Wielkość Jacka polegała na tym, że starał się rozumieć wszystkie strony. I choć w sporach polsko-ukraińskich było mu chyba bliżej sercem do Ukraińców - miał wyjątkowo czuły do nich stosunek - to też starał się rozumieć ludzi, których upamiętnianie UPA bolało. Cały czas próbował godzić ludzi: spotykać ze sobą skonfliktowane strony, przekonywać, że każdy może upamiętniać swoich zmarłych, stawiać swoje krzyże. Uważał, że to jest naturalna potrzeba. I że nie ma co prowadzić wojen o to, komu się należy cmentarz czy krzyż.

Lech Wałęsa i Jacek Kuroń w Hucie Warszawa w 1989 r. (fot. Krzysztof Miller / AG)
Lech Wałęsa i Jacek Kuroń w Hucie Warszawa w 1989 r. (fot. Krzysztof Miller / AG)

Odniósł jakiś sukces w tej materii?

Mało ich było na tym strasznie zaminowanym terenie. Jacek uważał, że politycy mogą dyskutować, ale najważniejsze jest spotkanie ludzi, szczególnie pokrzywdzonych. Bez niego nic z tego nie  będzie. Pomagał organizować rozmowy polskich i ukraińskich badaczy, jak tylko mógł, uczestniczył w nich. Jeśli były zrywane, to do niego zwracała się o pomoc jedna lub druga strona. I on mediował. Co z tego dziś zostało? Nie wiem.

A co zostało z jego działalności związanej z pamięcią o Żydach, o Holocauście?

Tutaj chyba zrobiono najwięcej. Jacka interesowały wszystkie mniejszości, ale wyjątkowo właśnie Ukraińcy i Żydzi. Jestem przekonana, że z fascynacją czytałby książki wydawane przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Bardzo otwarcie przyjmował wszystkie trudne odkrycia. Był jednym z nielicznych, którzy mówili: widziałem Zagładę, ona działa się na moich oczach. Powtarzał za Janem Strzeleckim, że żył w zagłębiu śmierci. Widział jako małe dziecko zagładę lwowskich Żydów i nie uciekał przed tą pamięcią.

Jak Kuroń opisywał rolę Kościoła w demokratycznej Polsce?

Jacek chyba niewiele się wypowiadał w sprawach kościelnych.

Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki i Leszek Balcerowicz podczas spotkania rządu z przedstawicielami Solidarności, 1990 r. (fot. Piotr Wójcik / AG)
Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki i Leszek Balcerowicz podczas spotkania rządu z przedstawicielami Solidarności, 1990 r. (fot. Piotr Wójcik / AG)

Dlaczego?

Ponieważ nie był człowiekiem Kościoła. Nie chciał mieć nawet pogrzebu kościelnego, co się bardzo rzadko w Polsce zdarza. Wolał się wypowiadać w sprawach, na które mógł mieć jakiś wpływ.

Czy Kuroń i jego niedzisiejsze poglądy byłyby dziś słuchane?

Nie wydaje mi się. No, chyba że założymy, iż żywy Kuroń zmieniłby losy świata. Ale byłby dzisiaj 85-letnim, schorowanym człowiekiem, po dziewięciu latach spędzonych w więzieniu. Patrzyłby ze smutkiem na to, co się dzieje. Dziś rządzą ludzie, którzy sposobem myślenia we wszystkim różnią się od  Kuronia. Może z wyjątkiem 500+. Mogę sobie wyobrazić, że Kuroń mógłby wymyślić ten projekt. Ale rozszerzyłby go na dzieci ze związków partnerskich.

Biografia Jacka Kuronia ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora (mat. prasowe)
Biografia Jacka Kuronia ukaże się nakładem Wydawnictwa Agora (mat. prasowe)

*Książkę możecie kupić w Publio.pl >>>

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Anna Bikont. Dziennikarka, reporterka i pisarka, z wykształcenia psycholożka. Od pierwszego do ostatniego numeru (1982-1989) pracowała w zespole "Tygodnika Mazowsze. Współtworzyła też "Gazetę Wyborczą", z którą związana jest do dzisiaj. Autorka kilkunastu książek, m.in. - wspólnie z Joanną Szczęsną -"Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Wisławy Szymborskiej" oraz "Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu", za którą otrzymały Wielką Nagrodę Fundacji Kultury. W 2012 roku wydała głośną książkę "My z Jedwabnego", za którą otrzymała nagrodę historyczną "Polityki" oraz Europejską Nagrodę Książkową. Wydanie amerykańskie znalazło się na liście stu najważniejszych książek 2016 roku według "New York Timesa" i zostało nagrodzone National Jewish Book Award. Biografia "Sendlerowa. W ukryciu" została uhonorowana Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego, Poznańską Nagrodą Literacką i Nagrodą Literacką m.st.Warszawy. W 2017 roku Bikont otrzymała doktorat honoris causa uniwersytetu w Göteborgu.

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (212)
Zaloguj się
  • matts06

    Oceniono 32 razy 28

    Byłem wczoraj na spotkaniu w Krakowie, do momentu było ok, ale musiało się zacząć, "gdyby Jacek żył to...". Wiecie to jest tak żenujące. Niby skąd można to wiedzieć? Oczywiście pan Blumsztajn niby powiedział, że nie będzie odpowiadał na to pytanie, ale jednak odpowiedział, ot konsekwencja. I oczywiście powiedział, że Jacek byłby dziś w Koalicji Obywatelskiej. To jest totalna głupota, tak mówić. Warto przypomnieć, że Kuroń pod koniec życia zdecydowanie był rozczarowany i krytykował to w jakim kierunku poszła Polska. Równie dobrze dziś można mówić, że byłby zawiedziony 8latami POPSL i dziś KO by nie popierał, bo zdawałby sobie sprawę, że KO nie ma żadnej propozycji, że zostawiło ludzi, że w jakimś sensie PiS jest konsekwencją rządów PO. Warto tez pamiętać, że pod koniec życia napisał długi list o "III RP dla wszystkich" z... Zandbergiem. Więc co? Może Kuronia wsadzimy do partii Razem jakby żył?
    Dlatego błagam, skończymy z pisaniem co by zrobili umarli, bo tego nie wiemy i jest to idiotyczne.

    Jeszcze co do wczorajszego spotkania. Po pierwsze partia Razem to nie marksiści jak to powiedział Blumsztajn, proponuję więcej rzetelności. Rozumiem nienawiść do Razem, ale trochę chłodnej głowy. Z jednej strony liberałowie krzyczą demokracja, pluralizm, dyskusja, a jak przychodzi co do czego, to nie różnią się od PiSu i rzucają (w tym wypadku miała to być) inwektywami, żeby zdyskredytować innych.
    Po drugie bardzo nie podobało mi się, że końcówkę życia Kuronia, jego rozczarowanie, jego list do alterglobalistów, oczywiście nie powiedziano tego wprost, ale padło coś w stylu, że był pod koniec życia chory, miał słabą pamięć etc., etc. No jaja, po prostu jaja, tłumacząc to wprost pod koniec życia był już w tak fatalnym stanie, że nie myślał racjonalnie, bo przecież wszystko było cudownie. Szopka...
    Po trzecie. Rozmawiamy o zmarłym, a wszędzie trzeba wkładać ideologię. Pani Thun zrobiła to nieświadomie, ale zrobiła. Oczywiście powiedziała, że Jacek poparłby 500plus, ale że on poparłby i 2tys. plus, bo chciał rozdawać wszystkim i to nawet wtedy gdy nie było z czego, niby nic w tej wypowiedzi, ale gdzieś tam pod powierzchnią kryło się - Jacek był taki naiwny, głupi, nie znał się na gospodarce, bo my liberałowie się znamy.

    Ogólnie część spotkania ciekawa, ale to co wyżej, to naprawdę bardzo, bardzo kiepski... Proszę tylko byśmy skończyli z tym "co by robił, gdyby żył".

  • skaki2012

    Oceniono 21 razy 15

    Jacek Kuron - czlowiek z krwi i kosci. Pelen szlachetnosci i sily - nadaje sie na pomnik ale taki nieuchwytny w naszych myslach. Mial chlop swoje wady i slabosci ale ktoo bez grzechu....

  • justas32

    Oceniono 37 razy 9

    Mam pytanie do zwolenników PiS - dlaczego jesteście takimi prymitywnymi chamami ....

  • agzum

    Oceniono 14 razy 8

    Jeden rozdawał nielicznym polskie przedsiębiorstwa, a drugi dla równowagi rozdawał licznym zupki (najczęściej zwalnianym z tych przedsiębiorstw). Można by powiedzieć - pełna synergia. Mimo wszystko wolałbym aby ten drugi w tamtym czasie więcej swojej energii przeznaczył na powstrzymanie tego pierwszego.

  • jan.go

    Oceniono 8 razy 8

    "To co się dzieje w Polsce jest zaprzeczeniem marzeń Kuronia " Trzeba uczciwi powiedzieć że to nie chodzi tylko o Polskę dzisiejszą ale o tę która powstała po 1989 r Napisał o tym w książce- testamencie

  • qulqa

    Oceniono 26 razy 8

    Kuronmichnikmodzelewski.
    Trzygłowa hydra, największy wróg państwa socjalistycznego.
    Żałuję, że nie ma wśród nas pana Kuronia.
    Dobrze, że nie ma wśród nas pana Kuronia. Zostałby opluty, zdeptany,zrobionoby z niego wroga narodu. Jak choćby we wpisie niżej nijakiego 'lukki69'.

  • tinorossi

    Oceniono 13 razy 7

    Hejterzy piszący nienawistne komentarze wiedza doskonle, ze nie dorastają Kuroniowi do piet.

  • demokratus

    Oceniono 21 razy 7

    Jęczał w ubeckoesbeckich kazamatach za naszą wolność i teraz ją mamy, choć jest zawłaszczana przez politycznych troglodytów sponsorowanych z Kremla, z którym On walczył zaciekle.

  • dante_waw

    Oceniono 15 razy 7

    Wszyscy lubia opowiadac co robil by teraz Kuron gdyzy zyl... ja mysle ze otwieralby gazete swojego dawnego kolegi Michnika i czytalby ze 500+ to utrwalanie patologii, ze jezeli sie komus w 3RP nie powiodlo to jest to i wylacznie jego wina, bladby przy artykulach red Gadomskiego i zastanawialby sie dlaczego jego dawni koledzy maja taki bol doooopy o wolna co druga niedziele, skoro w postulatach sierpniowych byly wolne wszystkie soboty...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX