Osiedle Nikiszowiec w Katowicach

Osiedle Nikiszowiec w Katowicach (fot. Przemysław Jendroska / AG)

przedmieścia

To człowiek tworzy kopalnię. Człowiek zaludnia familoki. Wszystko się zmieniło, kiedy przyszły nowe czasy

Fa-mi-lo-ki. Najlepiej przeliterować. Wtedy się usłyszy, co to słowo naprawdę znaczy, z czego się składa, że to ona jest już w nim na zawsze, że jest rzeczą świętą: ona - familia.

W budynku po kopalni mieści się firma oferująca chwilówki.

Zdarza się błąd. Zastój. Źle wydane parę tysięcy. Minus na koncie coraz większy, a mieszkanie trzeba opalić, telewizję i telefon opłacić, brzuch napełnić. Przeżyć.

Idzie.

Zamyka za sobą drzwi, ale nie na klucz. Złodziei się nie boi, bo w mieszkaniu wiele nie ma, a sąsiedzi w szkodę nie przyjdą.

Idzie klatką schodową odrapaną ze skorupy jak jajko na twardo.

Osiedle Nikiszowiec w Katowicach (fot. Mariusz Sepioło)
Osiedle Nikiszowiec w Katowicach (fot. Mariusz Sepioło)

Wychodzi z familoków, chwilę idzie po kocich łbach i skręca w prawo, tam gdzie kiedyś były kopalniane biura. Teraz można tu dostać pożyczkę chwilowo ratującą życie.

Z chodnika w drzwi. I gdyby chciał, gdyby tylko potrzebował, toby mu dali 3 tysiące na dowód i w papiery nie patrzyli. Jeszcze nie jest taki ostatni, jeszcze ręce mu się tak nie trzęsą. Jeszcze by mógł. Ale nie chce.

Takiego dokonuje wyboru.

Prawie jak w domu

W parku przy Osiedlu Borsiga w Zabrzu jest czas na spotkania, zabawę z dziećmi, relaks po pracy. Niedaleko przystanku zatrzymują się tramwaje. Strumienie ludzi z plecakami idą w kierunku budynków z czerwonej cegły ustawionych równolegle, tworzących specyficzną, zamkniętą formę.

Powstawały jeszcze przed pierwszą wojną, dla górników i robotników. Miały być wygodnym miejscem do życia górniczych rodzin. Najpotrzebniejsze instytucje, na czele z zakładem pracy, szkołą i kościołem, były w zasięgu ręki.

Dziś można tu spotkać wachlarz różnych ludzkich postaw, doświadczeń, stylów życia. To chyba jedna z najbardziej charakterystycznych cech osiedli familoków: w roku 2018 są one miejscem styku różnych pokoleń i ludzi, którzy tutaj są lub tutaj przybyli w zupełnie różnych celach.

Osiedle Borsiga w Zabrzu (fot. Grzegorz Celejewski / AG)
Osiedle Borsiga w Zabrzu (fot. Grzegorz Celejewski / AG)

W kameralnym parku obok bloków z czasów PRL-u i z widokiem na familoki na Osiedlu Borsiga spotykam mieszkańców jednych i drugich. Są tu młode mamy z dziećmi, staruszki rozprawiające o pogodzie, pracownicy śląskich zakładów, którzy po pracy spotkali się na ławce. I kilku młodych. Ci stoją przed samochodem, z którego słychać rytmiczny łomot. Krótkie spodenki, sportowe buty, bluzy z kapturem. Emblematy klubów piłkarskich na rękawach i biało-czerwone barwy. Patrzą podejrzliwie.

I nisko kłaniają się sąsiadkom, które pchają dziecięce wózki.

Familoki mają potencjał, jaki jeszcze kilka lat temu tkwił np. w warszawskiej Pradze, która dziś rozkwita jako dzielnica modna wśród klasy średniej. W przypadku familoków ten potencjał pozostaje ciągle niewykorzystany.

Na Osiedlu Borsiga, zwanym "Bozywerkiem", mieszka na przykład pani Beata z rodziną. Familoki wybudował w XIX wieku Albert Borsig na potrzeby rodzinnego koncernu przemysłowego Borsigwerke.

Beatę spotykam w ogródku. Jest ładny, ciepły dzień, popołudnie. Zaprasza do altanki i opowiada o życiu młodej rodziny w familokach.

- Rodzice mieszkali trzy ulice dalej. Okazało się, że do wzięcia jest to mieszkanie, zdecydowaliśmy się - mówi. - Mamy cztery przestronne pokoje, 90 m kw. Myślę, że w takiej cenie w centrum miasta nie moglibyśmy podobnego mieszkania znaleźć. Żyje nam się naprawdę wygodnie, nie narzekamy.

Osiedle Borsiga w Zabrzu (fot. Mariusz Sepioło)
Osiedle Borsiga w Zabrzu (fot. Mariusz Sepioło)

Wcześniej mieszkali bliżej centrum Zabrza, w wieżowcu z wielkiej płyty. Było im ciasno. Dzieci nie miały swobody, jak teraz, kiedy mogą wybiec do ogródka, przed dom, pobawić się na powietrzu. Przed wieżowcem strach dziecko spuścić z oka - wszędzie ruch, samochody. Do tego grodzone osiedla, szlabany, ograniczenia.

Pani Beata wychowała się w domu jednorodzinnym i dziś o takim marzy. Mieszkanie w familokach jest takiego domu namiastką. Wkoło sporo zieleni, cisza, w pobliżu las. Dzieci do niego biegają, budują szałasy. Na blokowisku - nie do pomyślenia. W ogródku - z którego korzystają też sąsiedzi - można sobie zrobić grilla, posiedzieć albo po prostu popracować, jak teraz.

- Minus? Zanieczyszczenie powietrza - mówi pani Beata. - Mieszkańcy palą tu w piecach. Zimą nad osiedlem unosi się gruby dym. To bardzo niezdrowe. My mamy piec na ekogroszek, z podajnikiem. Ale tutaj jesteśmy raczej wyjątkiem.

Pani Beata przyznaje: problemem jest przywiązanie ludzi do życia z pomocą państwa. 500+ spowodowało, że wielu młodym po prostu nie chce się pracować. - Wie pan, to trochę niesprawiedliwe - mówi mieszkanka familoków. - Ja na wszystko ciężko pracuję. Wstaję rano, wiozę dzieci do szkoły, potem do pracy, z pracy znowu po dzieci, na zajęcia dodatkowe. I jeszcze dbanie o dom. A niektórym te kilka tysięcy przychodzi łatwo.

Ale pani Beata do życia innych wtrącać się nie chce. Jest jej tu z rodziną dobrze. Nawet jeśli trochę marzy o tym upragnionym domku za miastem. - Wie pan, co jest dużym plusem? - uśmiecha się na koniec. - Wszędzie można zaparkować samochód.

Osiedle Borsiga (fot. Grzegorz Celejewski / AG)
Osiedle Borsiga (fot. Grzegorz Celejewski / AG)

Nie ma rzeczy niemożliwych

Halina przeprowadziła się do familoków z Zamojszczyzny. Tu, na Śląsku, była praca, było życie. Pracowała w szpitalu, mąż w kopalni. 12 lat temu zachorował, zmarł.

Radzi sobie dobrze. Mieszka w familoku z zapuszczoną klatką schodową i zniszczoną ubikacją na korytarzu. Z niej mało kto korzysta. Zrobiła sobie łazienkę w mieszkaniu.

W mieszkaniu schludnym, czystym, przyjemnym, z ostrym, jesiennym światłem wpadającym przez wysokie okna. Jeden duży pokój z "aneksem" sypialnianym, spora kuchnia, z której wchodzi się do łazienki. I charakterystycznym piecem, którym łatwo ogrzewa całe mieszkanie. To duży plus życia w familoku. - Proszę sobie zobaczyć, śmiało - zachęca pani Halina, bo ma w sobie życiową odwagę i nie boi się wyzwań.

Życie ją tego nauczyło. Praca, codzienność. Trzy odchowane córki, z których dziś Halina jest bardzo dumna. - Tak, jestem przebojowa - mówi z uśmiechem. - Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych.

Halina przeprowadziła się do zabrzańskich familoków z Zamojszczyzny (fot. Mariusz Sepioło)
Halina przeprowadziła się do zabrzańskich familoków z Zamojszczyzny (fot. Mariusz Sepioło)

Pewnie dlatego, kiedy zachorował mąż i córka mieszkająca w Niemczech zadzwoniła z propozycją i zachętą, Halina powiedziała: jadę.

Starszy, bogaty Niemiec o niefortunnym imieniu Adolf potrzebował w swoim wystawnym domu pomocy i Halinę przyjął. Kobieta dobrze dogadywała się po niemiecku, ale też po prostu w lot rozumie ludzkie relacje, zależności, potrzeby. Wszędzie się odnajdzie.

Adolf wsiadał do swojego wielkiego wozu i ruszał na imprezę, a Halina musiała sobie sama wynajdywać z nudów zajęcia. Praca nie była ciężka, za to dobrze płatna, dlatego Halina odremontowała mieszkanie w familoku, pospłacała długi po mężu i jeszcze jej zostało.

Ma w sobie witalność i pogodę, mimo że życie, jak wszystkich tutaj, jej nie pieściło. Mąż przed śmiercią nie zawsze się ze swoich obowiązków wywiązywał. Dlatego dziś o mężczyznach zaglądających zbyt często na dno butelki nie ma najlepszego zdania.

- O, ten trochę spoważniał - mówi, kiedy mijamy młodego chłopaka. - Bo dziecko mu się urodziło.

Po kilku latach spędzonych w Niemczech, pani Halina wróciła do Zabrza (fot. Mariusz Sepioło / AG)
Po kilku latach spędzonych w Niemczech, pani Halina wróciła do Zabrza (fot. Mariusz Sepioło / AG)

Co drugi zbiera puszki

W trzypoziomowych familokach przy ul. Niedurnego w Rudzie Śląskiej mieszka też pani Hania. Kobieta w dojrzałym wieku. Niejedno widziała, sporo wie. O sąsiadach nie ma dobrego zdania.

- Młodym nic się nie chce - mówi. - Ja to widzę, zauważam. Lenistwo! Piją pod sklepem, ćpają. Naprawdę! I do państwa wyciągają rękę: daj. Te dziewczyny z brzuchami? Proszę pana: 500+. Ja wiem, jak to wszystko brzmi, ale taka jest prawda. Niech pan ludzi popyta, na budowach nie ma komu robić, bo się nie opłaca rączek brudzić. Urodzi taka jedno, drugie, trzecie, mąż siedzi w domu, zabawia i 1500 co miesiąc do ręki.

Na komórkę - jest. Na batona w sklepie - jest. I na piwko, kilka piwek dziennie.

Według pani Hani 500+ to przekleństwo tego miejsca. Efekty poznamy za parę lat, kiedy pokolenie młodych wychowa jeszcze młodszych i jeszcze bardziej niechętnych do pracy.

Osiedle robotnicze w Rudzie Śląskiej (fot. Marcin Tomalka / AG)
Osiedle robotnicze w Rudzie Śląskiej (fot. Marcin Tomalka / AG)

Sąsiedzi z klatki obok? "Chamy". Krzyczą, awanturują się o byle co. Postaw rower nie w tym miejscu - już afera. Piją, drą się nocami wniebogłosy. Ona - starsza pani - nie boi się przejść przez osiedle po zmroku. Ale takiemu jak ja odradza - po gębie można dostać.

- Polityków tutaj nie widać. Nie interesują się. Może się boją? - mówi pani Hania charakterystyczną chrypką.

Całe życie przepracowała uczciwie. Tak jak jej mąż. Naharował się, aż dostał raka. Pani Hania dba o jego pamięć, pielęgnując skromny pomnik na cmentarzu. I żeby nikt złego słowa o mężu nie powiedział. Bo jak powie, to pani Hania leje w pysk i już.

Jak w muzeum

W jednej z uliczek Nikiszowca młody chłopak czyści swoje czarne volvo. Pucuje, dociera, żeby śladów po wodzie nie było. Jest sobota, dzień wolny od pracy, można nadrobić zaległości.

W innej uliczce modny klub z muzyką. Dalej apteka, fryzjer, fotograf. Przestrzeń wygląda jak z poprzedniej epoki, ale jednak poprzetykana jest nowoczesnością.

W centrum Nikiszowca turyści siedzą w pełnym słońcu w ogródkach kawiarni i podziwiają budynki z czerwonymi okiennicami.

Osiedle Nikiszowiec (fot. Przemek Jendroska / AG)
Osiedle Nikiszowiec (fot. Przemek Jendroska / AG)

Bo Nikiszowiec jest od reszty osiedli familoków nieco inny. Bliżej mu do warszawskiej Pragi niż do zapomnianego nieco Osiedla Borsiga.

Powstawał w latach 1908-1918 jako osiedle dla pracowników kopalni koncernu Georga von Giesche. Składa się z budynków zbudowanych na planie kwadratów, rombów i trójkątów. Między budynkami jest sporo zieleni, a dziś także placów zabaw. W uliczkach można swobodnie zaparkować samochód, choć aut z roku na rok przybywa.

Dziś, oprócz tego, że Nikiszowiec zaludniają dawni mieszkańcy kopalni, staje się miejscem "z wyboru" dla młodych rodzin, a także obiektem turystycznym, celem wycieczek i zainteresowania miłośników przedwojennego Śląska.

W familoku na Nikiszowcu pan Zenek żyje od urodzenia, czyli 60 lat. Dziadek walczył w trzech powstaniach, a pracował jeszcze w biedaszybach. Na kopalni pracował też ojciec pana Zenka, on sam tradycję podtrzymał.

Jak wielu tutejszych mówi, że "kiedyś życie było inne". Inne, to znaczy lepsze. Kiedy mężczyzna wracał do domu, rodzina musiała na niego czekać. Razem spożywali posiłek. Dziś? Kobiety latają po sklepach, młodych nie ma, bo wyjechali, tak jak córka pana Zenka, na studia, za pracą, za życiem.

Jak przypadały imieniny, to schodzili się sąsiedzi i było święto. Nie mówiąc już o Barbórce, która do dziś jest piękna i uroczysta, ale kiedyś była czymś wyjątkowym.

Tradycyjna, coroczna Barbórkowa pobudka dla mieszkańców osiedla Nikiszowiec (fot. Przemysław Jendroska / AG)
Tradycyjna, coroczna Barbórkowa pobudka dla mieszkańców osiedla Nikiszowiec (fot. Przemysław Jendroska / AG)

Ludzie żyli razem także w sensie niemal fizycznym, bo wychowywali się w tym samym familoku, biegali do tej samej podstawówki, którą teraz widzimy przed sobą, grali w piłkę na tym samym boisku. A potem szli do tej samej pracy w kopalni. Było to doświadczenie wspólnotowe.

Kiedy rozmawiamy z panem Zenkiem, spogląda na nas z piętra starsza pani. Trzecia babcia - mówi pan Zenek, bo kiedy było trzeba, przypilnowała dzieci, pomogła, była i jest niemal jak rodzina. Żeby dzisiaj sąsiad w bloku dziecko drugiemu przypilnował? Proszę pana, nie ma takiej opcji.

Kopalnia - to było doświadczenie. Nieporównywalne z niczym innym. Silni, twardzi faceci spotykali się przed jej bramą, żeby za chwilę zjechać w dół, z duszą na ramieniu. Wracali, myli się z czarnego pyłu w łaźniach (jeśli były) albo w miednicach w domu, siadali do stołu.

Po 190 latach działania w Wieczorku kończą się złoża węgla. Zakład trafił do Spółki Restrukturyzacji Kopalń. Większość z 1,5 tys. górników przeszła do sąsiedniej kopalni Murcki-Staszic.

Pan Zenek od siedmiu lat jest na emeryturze. W familokach żyją dziś ci, którzy pamiętają lepsze czasy. Kiedy pan Zenek się z nimi spotka, zaczynają się wspomnienia z dawnych lat, obecnymi żyje się nieco mniej.

- Ludzie myślą, że familoki to brud i syf - mówi pan Zenek. - A prawda jest inna. Proszę spojrzeć: każdy ma schludnie, każdy dba. Chociaż coraz częściej zdarza się, że papierek rzucą na chodnik i nikt nie podniesie.

W Nikiszowcu odbywa się wiele imprez kulturalnych i sportowych. Na zdj. Silesia Maraton w 2015 r. (fot. Grzegorz Celejewski / AG)
W Nikiszowcu odbywa się wiele imprez kulturalnych i sportowych. Na zdj. Silesia Maraton w 2015 r. (fot. Grzegorz Celejewski / AG)

Pan Zenek śmieje się, że na Nikiszowcu łatwo można zauważyć przyjezdnych. Turystów można poznać nawet po chodzie. - A jeszcze jak mają aparaty na szyi, to już wiadomo - mówi. - Człowiek trochę żyje jak w muzeum.

I chociaż czasy są nowe, to pan Zenek o to pretensji nie żywi. - Świat się dla nas nie zmieni - podsumowuje. - To my się musimy zmienić dla świata.

Chodzi o człowieka

Pana Marcina spotykam w Zabrzu na Osiedlu Borsiga. Chociaż mieszka w bloku z lat 70., to urodził się na poddaszu familoka i te budynki zna jak swoje. Są dla niego rajem utraconym: tam się żyje lepiej, wygodniej, weselej. Chociaż grzać trzeba w piecach, chociaż kiedyś nie było łazienek, chociaż klatki schodowe zapuszczone, to życie, chopie, życie tam było w familokach.

Pracował na kopalni. Jak większość chłopów stąd. Kopalnia dawała: pracę, pieniądze, kumpli, święta. W Barbórkę. Ech. Łza się w oku kręci. Całe osiedle Barbórką żyło, najpierw msza, potem stoły i biesiada.

Wszystko się zmieniło, kiedy przyszły nowe czasy. Według pana Marcina przyszedł prywatny kapitał i nikt już o człowieka nie dbał. A to człowiek tworzy kopalnię. Człowiek zaludnia familoki.

Fa-mi-lo-ki. Najlepiej przeliterować. Wtedy się usłyszy, co to słowo naprawdę znaczy, z czego się składa, że to ona jest już w nim na zawsze, że jest rzeczą świętą: ona - familia.

Większość osób mieszkających dawniej w familokach, pracowała w kopalni (fot. Mariusz Sepioło)
Większość osób mieszkających dawniej w familokach, pracowała w kopalni (fot. Mariusz Sepioło)

Dziś, według pana Marcina, jest źle. Nie ma pracy. Nie ma pieniędzy. Nie ma zdrowia. Jak za komuny szło się do szpitala, to nawet ten szpital był przyjemniejszy. Dziś to "umieralnia".

Dostał mieszkanie w bloku, ale gdyby mógł, to wybrałby familok. Bez dwóch zdań!

Słowa pana Marcina można zrozumieć na dwa sposoby.

Można wsiąść w samochód, odjechać kilka ulic dalej, skręcić w lewo, zwolnić. Jechać po brukowanej ulicy i bardzo uważać, by któryś z silnych, zdrowych jeszcze facetów nie wpadł pod maskę. W Zabrzu przy ul. ks. Antoniego Tomeczka w bramach odrapanych kamienic trwają właśnie zgromadzenia. Zebrani mają mętne oczy, a w rękach puszki z piwem. Jest godz. 17, w kierunku centrum ustawia się korek, a oni sobie tutaj urządzają imprezę. Zdziwieni odprowadzają wzrokiem samochód na obcych rejestracjach.

Można, jak pani Hania, uznać, że marnują czas z własnej woli. "Bo tacy są". Ale można też powiedzieć: inaczej nie potrafią, nikt ich tego nie nauczył, nikt im nie dał szansy.

Osiedle Nikiszowiec z lotu ptaka (fot. Dawid Chalimoniuk / AG)
Osiedle Nikiszowiec z lotu ptaka (fot. Dawid Chalimoniuk / AG)

- Co drugi puszki na złom po śmietnikach zbiera - mówi pan Marcin, emeryt kopalniany,  spoglądając w kierunku Katowic. I wypowiada to polskie zaklęcie, które słychać nie tylko na Śląsku:

- Wróć, komuno!

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Mariusz Sepioło. Reporter. Publikuje w m.in. w "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "Gazecie Wyborczej". Autor książek reporterskich: "Ludzie i gady" (wyd. Czerwone i Czarne, 2017) o życiu w więzieniu, "Himalaistki" (wyd. Znak, 2017) o najwybitniejszych wspinających się Polkach i "Nanga Dream"o Tomku Mackiewiczu. Można się z nim skontaktować przez stronę internetową www.mariuszsepiolo.com

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku