Janusz Kondratiuk

Janusz Kondratiuk (fot: Hubert Komerski)

wywiad Gazeta.pl

Janusz Kondratiuk: Odchodzenie bliskiego to szarpanina. Chory często bredzi, nie odpuszcza

- W pewnych sytuacjach śmierć jest wybawieniem, uwolnieniem się od cierpienia. Nie ma nic gorszego niż latami leżeć jak kłoda - mówi Janusz Kondratiuk, reżyser filmu "Jak pies z kotem".

Długo pana nie było...

Przez 25 lat mieszkałem w Austrii. Kiedy przeszedłem na emeryturę, wróciłem do Polski, wybudowałem dom tutaj, w Łosiu [pod Warszawą - przyp. red.]. Od tego czasu minęło siedem lat.

Na planie filmu 'Jak pies z kotem' (fot: Hubert Komerski)
Na planie filmu 'Jak pies z kotem' (fot: Hubert Komerski)

Nie brakowało panu polskiego narzekania?

Ludzie biadolili i biadolą, a w gruncie rzeczy nie chcą, żeby im się poprawiło, tylko żeby się pogorszyło sąsiadowi. Dopóki sami nie poczują, że ich boli, to nie rozumieją cudzego bólu. Nie jest to jednak przypadłość wyłącznie polska. Miałem w Austrii taką przygodę: na schodach na dworcu przewrócił się staruszek. Ludzie wchodzili i schodzili, nikt mu nie podał ręki. Mijali go obojętnie. Jacy źli ludzie, pomyślałem. Podszedłem do niego, podniosłem, on mi bardzo podziękował, przytulił się do mnie i odszedł. Chwilę później zorientowałem się, że nie mam portfela.

Naprawdę?

Tak. Cwany dziadziuś, po prostu dobry fachowiec. Już więcej takiego nie podniosę.

Pana najnowszy film "Jak pies z kotem" to opowieść o życiu z chorym bratem, Andrzejem Kondratiukiem, też reżyserem [Andrzej Kondratiuk, starszy brat Janusza Kondratiuka w 2005 roku doznał udaru. Opiekował się nim Janusz Kondratiuk ze swoją żoną, Beatą Madalińską. Reżyser zmarł w czerwcu 2016 roku - przyp. red.]. 

Zrobiłem film o relacji dwóch braci, a publiczność odbiera go jak opowieść uniwersalną. No i nasłuchałem się narzekania na służbę zdrowia, słusznego zresztą.

Wszystkie filmy o odchodzeniu, które widziałem, idealizowały śmierć. Ludzie odchodzili uśmiechnięci, pogodzeni. A to nieprawda. Odchodzenie bliskiego to szarpanina. Chory często bredzi, jest bardzo wymagający, nie odpuszcza. Woła, żeby do niego przyjść, poprawić poduszkę. W dzień, w nocy.

Człowiek się irytuje. Łamie się, mówi sobie: "Przestań się irytować". Przecież on jest chory. W dodatku chory wciąga nas w świat swoich wizji, opowiada androny. Na początku starałem się tłumaczyć bratu, że to ułuda. Ale to się łatwo mówi. Jak wytłumaczyć choremu, że to, co widzi, to wizja, a nie rzeczywistość? On się tylko denerwuje i zamyka w swoim świecie.

Andrzej Kondratiuk i Iga Cembrzyńska, 2001 r. (fot: Iwona Burdzanowska/ Agencja Gazeta)
Andrzej Kondratiuk i Iga Cembrzyńska, 2001 r. (fot: Iwona Burdzanowska/ Agencja Gazeta)

Dopiero pod koniec odkryłem, że trzeba w te wizje wchodzić. Z pełnym zaangażowaniem. Wtedy rozmowa jest zupełnie inna. Oczywiście abstrakcyjna, ale miła. Wszystko się układa. Po ludzku.

Sam po montażu filmu znalazłem się w szpitalu. Byłem w komie i miałem wizje. Przekonałem się, że one są tak wyraziste, że nie sposób wytłumaczyć choremu, że są nierealne. Widzi się je bardzo ostro, tak jak widzę teraz panią. A kiedy przychodziła do mnie rodzina, widziałem ich nieostro, zamazanych. Było to spowodowane tym, że pielęgniarki zabrały mi okulary. A ja bez nich słabo widzę. Jak za mgłą.

Zdziwiłam się, że nakręcił pan film u siebie w domu.

Zastanawiałem się, czy kręcić tu, czy budować jakieś wnętrza. Ale uznałem, że w Łosiu będzie najlepiej. Ale jeśli scena jest dobrze napisana, można ją zagrać w każdym wnętrzu.

Baliśmy się z żoną, że kiedy ekipa wejdzie do naszego domu, wszystko nam rozchrzani, ale tak się nie stało. Rozrabiaką okazał się niedźwiedź, który pojawia się w filmie. Na planie wykonał wszystkie polecenia perfekcyjnie: wszedł, zaryczał i wybiegł. Bardzo się zmęczył tym aktorstwem i nie chciał się potem ruszać. Ostatecznie sobie pojechał. Ale poszarpał mi żaluzje!

Wkręca mnie pan?

Skąd! W wizjach mojego brata pojawia się prawdziwy niedźwiedź. Podczas zdjęć zahaczył łapą o żaluzje i po nich. Zadzwoniłem po firmę od żaluzji. Przyjechali i pytają: "Panie, jak żeś pan to wskórał?". Mówię: "To nie ja, to niedźwiedź". Popatrzyli po sobie, popatrzyli na mnie. Pewnie pomyśleli: "Co za czubek! Dobra, szybko to zróbmy i jedźmy stąd". I pojechali, nie wdając się w zbędną dyskusję.

Na planie filmu 'Jak pies z kotem' (fot: Hubert Komerski)
Na planie filmu 'Jak pies z kotem' (fot: Hubert Komerski)

Nie bał się pan, że pokazanie tej historii tak szczerze, i na dodatek w domu, kompletnie odrze pana z intymności?

To już jest, proszę pani, kwestia drugorzędna. Najważniejsze, że sam nie wiem, dlaczego zdecydowałem się na kręcenie czegoś tak osobistego. Starałem się jednak tę "osobistość" niwelować ile można, bo chciałem, żeby to była historia uniwersalna. Każdy był albo będzie w takiej sytuacji, kiedy traci bliskich. Ale nie chciałem robić filmu o śmierci. Bo w pewnych sytuacjach śmierć jest wybawieniem, uwolnieniem się od cierpienia. Nie ma nic gorszego niż latami leżeć jak kłoda. 

Dlaczego z żoną zdecydowaliście się zabrać brata do siebie do domu?

Nie mieliśmy wyjścia. Zadałem sobie pytanie, czego ja bym chciał, gdybym znalazł się na miejscu chorego. Jestem pewien, że nie chciałbym zdychać samotnie, na korytarzu w szpitalu, z twarzą zwróconą w stronę sracza. Z obcymi ludźmi. On by tego nie wytrzymał. Skazałbym go na śmierć.

Poza tym szybko okazało się, że na pomoc pielęgniarki z NFZ nie ma co liczyć. System jest niewydolny, a kolejki ogromne. Praktycznie trzeba czekać, aż ktoś umrze.

Jest w filmie scena, kiedy jecie z bratem owoce morza w szpitalu. To się wydarzyło naprawdę?

Tak. Andrzej ze smakiem zjadł owoce morza, które mu przywiozłem. Potem przyszła lekarka i zobaczyła, że talerz ze szpitalną zupą stoi nietknięty. Gdy zapytała dlaczego, Andrzej odparł: "A bo ja już jadłem ostrygi, krewetki i małże". "Ale bredzi" - pomyślała. I powiedziała: "Panie Andrzeju, jeszcze raz taki numer i przez nosek będziemy karmić". Kiedy więc przyszedłem na drugi dzień, też z owocami morza, brat się cały trząsł ze strachu. Zjadł, a ja skorupki po ostrygach umyłem i schowałem pod kołdrę. Przychodzi ta sama lekarka i mówi: "O, widzę, że pan znowu zupki nie zjadł. Jadziu, dawaj rurę!". A Andrzej mówi: "Niech pani zajrzy pod kołdrę". Zajrzała i krzyczy: "Co to jest?! Jadzia, Basia, chodźcie zobaczyć, co oni jedzą, ci artyści! Nie wiem, czy z biedy, czy z zepsucia. O Jezu, w życiu bym tego nie tknęła".

Ale wie pani, nie rozmawiajmy już o tych chorobach. Bardziej od nich, i od samego filmu, pociąga mnie życie. Ciekawe zdarzenia. Po co w domu awanturować się przy komputerze, jak można pójść w miasto i spotykać ciekawych ludzi. Zawsze się przyjaźniłem z barwnymi osobowościami. Ci tak zwani normalni bywają nudni. W dodatku rozmowa dzisiaj polega na wymianie korzystnych informacji. Gdzie jest coś taniej, gdzie na wakacje... Przyjacielskie porady.

Takie przyziemne?

Że lepszy jest ekogroszek niż gaz. A ci "barwni" o takich głupstwach nie rozmawiają. U mnie w Łosiu pod sklepem zawsze ktoś stoi. Poznałem tych panów, na jednego mówią Szopen. Zapytałem, czy gra na jakimś instrumencie. Okazało się, że nie. Pytam więc, dlaczego Szopen. "Bo mieszka w szopie" - odparli.

Lubię takich. Być może dlatego, że jako młody człowiek obracałem się w towarzystwie Maklakiewicza i Himilsbacha. Z nimi temat, gdzie taniej kupić koszulę, w ogóle nie istniał. Takich ludzi się odpędzało.

To o czym panowie rozmawialiście?

Zawsze zdarzały się zabawne sytuacje, które puentowaliśmy. W najbardziej dowcipny sposób. Maklakiewicz przerabiał je potem na krótkie opowiadania, które powtarzał wieczorem. A Himilsbach je cytował. Kiedyś, gdy Janek siedział w restauracji z psem, podszedł do niego kelner. "Co on tu robi? - spytał kelner, pokazując na psa. A Himilsbach na to: Nie wiem, ja się do niego dosiadłem".

W panu też siedzi szaleniec?

Nie nadużywam alkoholu, więc pewien rodzaj szaleństwa jest mi obcy. Ale po trzeźwemu też potrafię zadać prowokujące czy irytujące pytanie.

Może mi pan takie zadać?

Pani pierwsza.

W pana bracie też siedział szaleniec?

On był poważny. Mnie się pętają po głowie głupie piosenki, dowcipy jakieś. A on to ganił. Budował sobie teorie, niektóre całkowicie fałszywe. Ale dyskusja z nim nie miała sensu, bo tylko utwierdzała go w przekonaniu, że to, co myśli, jest słuszne. I brnął w to.

W takim razie jaki miał pan patent na rozmowę z nim?

W ogóle nie gadać. Machnąć ręką. Poza wszystkim to był facet zdrowy, wyjściowy, przystojny. Ja robiłem przy nim za brzydkie kaczątko i się do tego przyzwyczaiłem. Andrzej był w pewnym momencie królem życia. Zdolny, filmy robił, nagrody dostawał. Nagle postanowił się od tego odciąć, kupili z Igą [Cembrzyńską, żoną Andrzeja Kondratiuka - przyp. red.] kawałek ziemi pod Warszawą i zamieszkali tam w takiej budzie. Obok była Narew i jeziorko, Andrzej chętnie wędkował. Całkowicie odcięli się od świata. Długo żyli w takiej homeostazie. Zupełnie jakby myśleli: "Tam, gdzie my, tam pępek świata i to nam wystarczy".

Po pewnym czasie go to znudziło i wrócił do robienia filmów. Sam je wymyślał, sam kręcił, sam reżyserował. On miał swój świat, a ja swój. Różniło nas siedem lat, on był starszy. Ale kiedy zachorował i się nim opiekowałem, to się odwróciło. Jeszcze będąc na wózku, próbował kręcić, zrobił o sobie pamiętnik. Kiedy choroba postąpiła, przestał. Nie chciał się pokazywać jako chory. Wolał chyba, żeby zapamiętano go jako młodego, atrakcyjnego człowieka. Był narcyzem.

Janusz Kondratiuk na planie filmu 'Jak pies z kotem' (fot: Hubert Komerski)
Janusz Kondratiuk na planie filmu 'Jak pies z kotem' (fot: Hubert Komerski)

Każdy trochę jest.

Ja nie. Bardzo lubię, jak ktoś się ze mnie śmieje, jak zrobi mi psikusa. Ostatni raz byłem w kinie na filmie "Kac Wawa", który tak strasznie skrytykowano. Ja mam trochę inne zdanie. Owszem, źle był skonstruowany, ale pomysł fajny. Ten film ukazał mi prawdziwą duszę współczesnych Polaków, ich marzenia. Bardzo prymitywne. Bohater, dość zamożny, najbardziej się cieszy, jak może napluć na banknot i przylepić go do czoła kelnerowi. To dowód na wciąż bardzo wyraźny w Polsce kompleks fornala czy parobka, który nagle dostaje do kieszeni dużo pieniędzy, zaczyna świnić i chamić. To zostało pokazane zaskakująco szczerze. Krytycy bardzo wstydzili się tego filmu.

Tytuł "Jak pies z kotem" wydaje się - w aktualnej polskiej rzeczywistości - bardzo trafny.

Dlatego długo o niego walczyłem z producentami. Mówili, że jest dobry dla kreskówki. Ale się uparłem. Tak samo jak wiedziałem, że Olgierd Łukaszewicz będzie świetny w roli mojego brata, a Robert Więckiewicz dobrze zagra mnie. To dobry aktor. Trudno do niego dotrzeć, ale w wielu scenach, przez swoje uwagi, bardzo mi pomógł.

Pan nie mówił wtedy, że wie lepiej, jak to było?

Ja lubię słuchać ludzi. Tylko muszę wiedzieć, czyje wskazówki są warte zastanowienia, a czyich absolutnie nie warto brać pod uwagę.

Czy ze względu na rodzinę stosował pan autocenzurę?

Cenzury nie stosowałem, ale kilka pięknych scen wypadło podczas montażu, bo za dużo nakręciliśmy. Skróciłem też rozmowy z adwokatem i wątek Igi [Iga Cembrzyńska, aktorka, wdowa po Andrzeju Kondratiuku - przyp. red.].

Chodzi o przejęcie przez bliską rodzinę jej mieszkania i pieniędzy? Rzeczywiście tak było?

Tak, i ta sprawa nadal toczy się w sądzie. Widzi pani, to jest bardzo proste. Załóżmy, że ja napiszę na panią do sądu, że ma pani coś nie tak z głową i sobie nie radzi. Że trzeba panią uznać za niepełnosprawną umysłowo i zamknąć w zakładzie opiekuńczym. Sąd rodzinny nawet pani nie obejrzy i nie zaprosi na rozprawę, po czym panią do tego zakładu wyśle. Tak jest właśnie w przypadku Igi, z tym że zrobiła to jej bliska rodzina.

Nasz adwokat w ogóle nie był zaskoczony tą sytuacją, powiedział: "Normalka". Podobno rodziny ostatnio często tak robią. I tak też się stało z Igą - sąd pierwszej instancji zdecydował, że trzeba ją umieścić w zakładzie opiekuńczym. Zadzwoniłem wtedy do adwokata. Okazało się, że zostało parę dni do apelacji, złożyliśmy ją. Odbyły się konsultacje z całym szeregiem psychologów i po czterech rozprawach sąd decyzję o umieszczeniu Igi w zakładzie zmienił. Zabraliśmy ją do siebie.

Nie było jednak łatwo. Iga na rozprawie poległa na pytaniu o emeryturę. Nie wie, jaka jest jej wysokość, bo nie żyje z emerytury, tylko z tantiem. Gdybyśmy nie dowiedzieli się przypadkiem o decyzji sądu, to po prostu przyjechałaby karetka i by ją zabrali. I nie wypuściliby wcześniej niż po dwóch latach - dopiero po takim czasie można wystąpić o ponowne badania psychiatryczne. Przerażające.

Igę Cembrzyńską zagrała w pana filmie Aleksandra Konieczna.

Początkowo chciałem, żeby Iga zagrała samą siebie, ale zrezygnowałem. Z kilku powodów. Po pierwsze, trochę bohaterów odmłodziłem. Po drugie, Iga nie była w stanie grać, ponieważ przy każdym dialogu płakała. Po trzecie, pomyślałem sobie, że widzowie potraktują mnie jak padliniarza, jak sępa, który się rzuca na biedną starszą kobietę. Iga zrozumiała te argumenty i uznała, że tak będzie lepiej.

Siedziały jednak z Konieczną i dużo rozmawiały o roli. Zresztą Ola jest bardzo dobrą aktorką. Właściwie sama historia Igi jest świetnym materiałem na film, taki społeczny. Prawo w Polsce całkowicie lekceważy jednostkę. Ale film "Jak pies z kotem" jest całkowicie wyprany z polityki. Wie pani, rozmowa o polityce jest dla mnie jak to klekotanie o tym, gdzie coś lepiej sprzedać albo kupić. Nuda.

Janusz Kondratiuk na planie filmu 'Jak pies z kotem' (fot: Hubert Komerski)
Janusz Kondratiuk na planie filmu 'Jak pies z kotem' (fot: Hubert Komerski)

Więc póki co nie zrobi pan filmu o polityce?

Chciałbym, żeby w moich filmach się zapisało to, jak jest teraz. O tym były "Dziewczyny do wzięcia", "Złote runo" czy "Mała sprawa", czyli film o nieoczekiwanej wizycie pierwszego sekretarza w dużym zakładzie pracy. Kręciliśmy go w 1975 roku w Ursusie. Trzy dni po zdjęciach w fabryce wybuchł strajk. Pierwszy.

Trochę go pan spowodował?

Mam nadzieję. Ale skończyło się to tym, że film poszedł na półki i pokazali go dopiero po 1990 roku. Teraz czasem jeszcze pokazują w telewizji. Konkuruje z wiadomościami o nieoczekiwanych wizytach polityków w różnych dziwnych miejscach.

Janusz Kondratiuk. Reżyser i scenarzysta. Autor takich filmów jak m.in. "Dziewczyny do wzięcia", "Mała sprawa", "Wniebowzięci" i "Jak pies z kotem". Młodszy brat reżysera Andrzeja Kondratiuka, który zmarł w 2016 roku.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (13)
Zaloguj się
  • farcry3

    Oceniono 18 razy 16

    I porównajcie Pana Kondratiuka to dzisiejszych , wyżelowanych celebrytów-ekspertów od wszystkiego, ich wypowiedzi to pustka, pustka, pustka...
    Szacunek dla Pana K.

  • patatajmiauhau

    Oceniono 13 razy 11

    Zdanie o sąsiadach przypomniało mi dowcip o wędkarzach i złotej rybce:
    Nad wodą siedzi dwóch wędkarzy i w pewnym momencie jeden z nich ma „branie" i wyciąga złotą rybkę. Potem jest już klasycznie, czyli: „wypuść mnie, a spełnię Twoje trzy życzenia itd." Po pewnym czasie i drugi „moczykij" łapie tą samą złotą rybkę, ale żąda od niej spełnienia tych samych życzeń co wypowiedział sąsiad, ale podwójnie. Pierwszy widząc iż jego „koledze" życzenia spełniają się w dwójnasób, gdy dochodzi do ostatniego życzenia ordynuje: „niechaj urwie mi jedno jajko!!!".

  • asa323bc

    Oceniono 14 razy 10

    Oj tak chory nie odpuszcza jak wampir wyssie z was cała energię wpędzi w poczucie winy nie da odpocząć a wtedy serio myślicie o eutanazji.Dla SIEBIE.

  • superedaktor

    Oceniono 14 razy 10

    "Nie mieliśmy wyjścia"
    To zdanie w-g mnie powinno być mottem każdego przyzwoitego człowieka i busolą w chwilach wymagających podjęcia trudnych decyzji.

  • farcry3

    Oceniono 9 razy 7

    I porównajcie Pana Kondratiuka to dzisiejszych , wyżelowanych celebrytów-ekspertów od wszystkiego, ich wypowiedzi to pustka, pustka, pustka...
    Szacunek dla Pana K.

  • melemoth

    0

    Po prostu przyzwoity człowiek.

  • gggtttiii

    0

    A właśnie wczoraj obejrzałem sobie „Noc świetego Mikołaja” .

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX