Z każdym rokiem wzrasta liczba turystów odwiedzających Bieszczady

Z każdym rokiem wzrasta liczba turystów odwiedzających Bieszczady (fot. Shutterstock)

reportaż

Czy turyści zadepczą Bieszczady? "Przeszkadza im gitara przy ognisku, narzekają na jedzenie i że woda śmierdzi jajem"

Trzy lata temu było ich 388 tysięcy. Rok później - o 100 tysięcy więcej. Polacy masowo rzucają wszystko i jadą w Bieszczady.

Ustrzyki Górne, serce Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Są tu: schronisko PTTK, placówka Straży Granicznej, kościół, jeden sklep, parę budek z pamiątkami, trzy knajpy i siedziba dyrekcji parku. W środku głuszy rytmicznie gra muzyka.

- Mieszkańcom to nie przeszkadza? - pytam.

- Tutaj nikt już prawie nie mieszka. No może jeszcze tam, za kościołem, ale to jest całkowicie turystyczne miejsce - opowiada Tomek, który w schronisku PTTK "Kremenaros" pracuje od ośmiu lat. Wspomina czasy, gdy Kremenaros był typowym schroniskiem bez specjalnych wygód. - Naszymi gośćmi byli studenci, wędrowcy i wycieczki - mówi. - Ludzie przyjeżdżali na tani nocleg, robili wszystko, żeby jak najoszczędniej wędrować. Przywozili własne jedzenie, a z restauracji korzystali głównie po to, żeby się napić. Sześć lat temu zrobiliśmy remont, podnieśliśmy standard i wtedy miastowych ludzi zaczęliśmy odczuwać bardzo. Najwięcej turystów mieliśmy dwa-trzy lata temu, prawdziwe oblężenie.

Boom na Bieszczady rozpoczął się 3 lata temu (fot. Patryk Ogorzałek / AG)
Boom na Bieszczady rozpoczął się 3 lata temu (fot. Patryk Ogorzałek / AG)

Jeszcze krótko po remoncie przy schronisku codziennie odbywały się ogniska. Teraz jest z nimi problem: niektórym gościom przeszkadzają zbyt głośne dźwięki gitary. Zaczęły się skargi.  - Zauważyłem, że ludzie już się nie bawią przy ognisku. Przyjeżdżają, idą w góry, wracają, zjedzą coś, napiją się i idą spać - opowiada Tomek.

Restauracja przy schronisku ma podobny problem jak gitarowe wieczory. Od zawsze są tu organizowane koncerty. - Dwa lata temu mieliśmy dwa  w tygodniu, ale z czasem było ich coraz mniej. Przez skargi musimy kończyć przed 22.00 - żali się Tomek. - Kiedyś ludzie potrafili tu siedzieć do rana, nie musiało być imprezowo. Po prostu spędzali czas towarzysko. Teraz przyjeżdżają z innym nastawieniem. Jeśli coś nie spełnia  ich oczekiwań, piszą w Internecie opinie. Że jedzenie jest takie, a nie inne. Że jest zimno. Że woda śmierdzi jajem, a to woda głębinowa, górska, z trochę większą zawartością siarki i żelaza. Robimy badania i wszystko jest w normie, ale ludzie tego nie rozumieją. Zapominają, że takie lokale jak nasz nie są i oby nigdy nie były czterogwiazdkowymi hotelami - denerwuje się Tomek. - Świat jest teraz taki, że ludzie robią kciuk w górę albo w dół.

Myślałam, że to będzie miejsce z dala od ludzi

Gosia przyjechała w Bieszczady z całą rodziną z Zachodniopomorskiego. Byli tu przez tydzień. I nie wspominają tego czasu dobrze. Ze swoim chłopakiem Gosia lubi jeździć w góry, ale z całą rodziną była tu pierwszy raz. Wybrała Bieszczady, bo znajomi mówili o nich w samych superlatywach, to ją przekonało. I jeszcze zdjęcia na Instagramie - wiele widoków zapierało dech w piersiach. - Chcieliśmy się przekonać, jak to naprawdę wygląda. Nawet mówi się "rzuć wszystko i jedź w Bieszczady". Wyobrażałam sobie, jak oszołomią mnie te krajobrazy - mówi Gosia.

Bieszczady zawsze kojarzyły się z ciszą i spokojem (fot. Shutterstock)
Bieszczady zawsze kojarzyły się z ciszą i spokojem (fot. Shutterstock)

Hotel wybrali nieprzypadkowo. Zależało im, aby na miejscu były posiłki, bo w okolicy nie ma sklepów. W zajeździe, w którym spali, muzyka grała do 22.00. Ale obok znajdowała się inna knajpa, w której co chwilę były rockowo-punkowe koncerty. - Dostawałam po prostu szału, dla mnie było to nie do wytrzymania. Nie dało się spać, ani nic robić - denerwuje się. - Myślałam też, że to będzie miejsce z dala od ludzi. Kiedy padał deszcz, na szlakach nikogo nie było. Ale gdy pogoda się poprawiła, to ludzi było mnóstwo. Wiadomo, że na Śnieżce jest tłok, ale tutaj jest dokładnie tak samo!

Powiedz "cześć" czystym górom

Jest taki zwyczaj, żeby mijając kogoś na szlaku, mówić "cześć" - opowiada Tomek. - Ale i to zaczęło się zmieniać. Moja znajoma zauważyła, że ludzie przestali się witać. Zrobiła test i nie odzywała się pierwsza, aby sprawdzić, jak często mijający będą ją pozdrawiać. Przeszła cały szlak bez prawie jednego słowa.

Największy problem? Tomek wskazuje śmieci. Przed sezonem poszedł na Połoninę Caryńską, aby posprzątać odpadki po turystach. Wrócił z reklamówką i pełnym wiaderkiem. - To, co się dzieje w sezonie, jest niewyobrażalne. Ludzie wnoszą śmieci na szczyt i je tam zostawiają.

Najgorzej jest na uczęszczanych szlakach, przy wejściu na Tarnicę, największy szczyt polskich Bieszczad, czy przy schronisku Chatka Puchatka, które wśród górskich wędrowców stało się już legendą. Władze parku na szlakach nie stawiają śmietników, żeby nie przyciągały zwierząt. Kosze można jednak spotkać przy Chatce, tu śmieci się z nich wręcz wysypują. Wielu turystów swoje odpady zostawia przy rozmieszczonych na szlaku wiatach do odpoczynku. Problem z nieczystościami potwierdzają również ratownicy GOPR-u. Zdarza się, że boją się wracać na posterunek - zimą i na wiosnę w kontenerach na odpadki przy ich budynku notorycznie grzebał niedźwiedź.

Turyści zostawiają po sobie mnóstwo śmieci. Widać to zwłaszcza przy wejściu na Tarnicę (fot. Andrzej Monczak / Franciszek Mazur / AG)
Turyści zostawiają po sobie mnóstwo śmieci. Widać to zwłaszcza przy wejściu na Tarnicę (fot. Andrzej Monczak / Franciszek Mazur / AG)

Nowa Chatka Puchatka

Z Chatką Puchatka jest jeszcze inny problem - nie wiadomo, co stanie się z legendarnym schroniskiem. W latach 50. wybudowano je jako posterunek obserwacyjny dla wojska. Niedługo później właścicielem budynku zostało PTTK, a w lipcu 2015 roku miejsce to po wieloletnim sporze przejął Bieszczadzki Park Narodowy. Przez lata Chatka nie przeszła gruntownego remontu, warunki na miejscu są surowe. Na przykład woda dostarczana jest quadami, a zimą skuterami śnieżnymi. Zdaniem władz parku schronisko nie nadaje się do dalszej eksploatacji. Na miejscu trzeba było postawić toi toie, bo służby sanitarne zakazały korzystania z miejscowego wychodka. Niedawno ogłoszono przebudowę Chatki. W jej miejsce stanie zupełnie nowy budynek, dostosowany do potrzeb turystów. Inwestycja ma kosztować 3,7 mln zł. Będzie tu oczyszczalnia ścieków, a w piwnicy zamontowany zostanie system przechowywania deszczówki. Prąd dostarczą założone na dachu panele fotowoltaiczne. W nowym budynku znajdą się pomieszczenia dla GOPR-u i pracowników parku. Na razie Chatka jest jeszcze otwarta i nie wiadomo, kiedy dokładnie ruszy przebudowa, ale w nowej odsłonie ma powitać turystów w maju 2021 roku. Nie będzie już schroniskiem, tylko "miejscem odpoczynku podczas wędrówki".

Z przebudową nie zgadza się Monika, która na Facebooku rozpoczęła inicjatywę "Chatka Puchatka NIE ODDAMy". Po raz pierwszy w Bieszczady trafiła w poszukiwaniu korzeni. Jej tata urodził się na Podkarpaciu. - Przyjechałam tu pięć lat temu, krótko po śmierci rodziców - wspomina. Kiedy zimą dotarła do Chatki, nie spodziewała się, że tak miło ją tu przywitają. - U gospodarza, Lutka, zawsze można było znaleźć miejsce przy stole i nocleg. Wieczorami lubił opowiadać o Chatce różne historie. Właśnie za to kocham to miejsce, tu wędrowcy i miejscowi potrafią być dla siebie pomocni i otwarci. Nie patrzą ciągle w smartfony,  potrafią jeszcze rozmawiać - mówi.

Schronisko Chatka Puchatka to kultowe miejsce w Bieszczadach (fot. Shutterstock)
Schronisko Chatka Puchatka to kultowe miejsce w Bieszczadach (fot. Shutterstock)

Razem z grupą ludzi zebranych na Facebooku - turystów i okolicznych mieszkańców - Monika zbiera podpisy pod petycją do Ministerstwa Środowiska. Nie zgadzają się z formułowanym przez władze parku komunikatem, który inwestycję nazywa "renowacją". Zdaniem inicjatorów akcji wszystko wskazuje na budowę zupełnie nowego obiektu, bez zachowania pierwotnej funkcji schroniska i historycznej bryły budynku. Są przekonani, że remont można przeprowadzić w inny, mniej inwazyjny sposób, dodatkowo zmniejszając jego zakres. - Chatka Puchatka jest ważna dla wielu osób. Będziemy w tej sprawie rozmawiać z GOPR i PTTK. Takich miejsc w dzisiejszym zepsutym nowoczesnością świecie jest coraz mniej i trzeba o nie walczyć - tłumaczy inicjatorka petycji.

To niejedyny problem z nowymi inwestycjami w Bieszczadach. Trzy lata temu władze parku zdecydowały się zmodernizować trasę na Tarnicę i wybudować na górę schody. - Kto w ogóle widział w górach schody? - dziwi się jeden z bieszczadzkich przewodników.- Podobno zrobiono to, aby lepiej się wchodziło. Moim zdaniem przez to, że ludzie wychodzą poza szlak - komentuje Tomek. Z roku na rok droga była coraz szersza. Ale i teraz, choć są schody, obok nich biegnie wydeptana ścieżka.

Bieszczadzkie prawdziwki

Po raz pierwszy Majka w Bieszczady przyjechała w 2014 roku z przyjaciółką. Nie przepada za chodzeniem po górach, ale od znajomych słyszała, że jest tutaj wyjątkowy klimat. - Myślałam, że będzie jak na Krupówkach, a tam tylko przystanek i parę chałup. Jednak udało się znaleźć nocleg - wspomina. Na pierwszą wyprawę wybrały Bukowe Berdo, którego przejście zajmuje kilka godzin. - Kiedy weszłyśmy na górę, to rozpętała się potworna burza  - opowiada. - Myślałam, że umrę. Strasznie się bałam! Ścieżki zamieniły się w błotniste potoki. Majka schodziła najszybciej, jak mogła, ale ciągle się wywracała. W końcu udało się zejść do Wołosatego i drogą wrócić do schroniska. - Powiedziałam, że mam dość i wracam do domu - wspomina. Po wyjściu spod prysznica spotkała przyjaciółkę, która chciała jej coś pokazać. Zaprowadziła ją do grupy ludzi z gitarami. Dali jej śpiewnik i tak już została.

Powoli zanika zwyczaj witania się z innymi turystami na szlaku (fot. Shutterstock)
Powoli zanika zwyczaj witania się z innymi turystami na szlaku (fot. Shutterstock)

Teraz w Bieszczady jeździ kilka razy w roku. Ulubione miejsce Majki w Ustrzykach to ta knajpa z "rockowo-punkową muzyką". Mówi, że teraz tylko tam można spotkać wyjątkowych ludzi. - Są tam bieszczadzkie prawdziwki, takie oryginały, wyrzutki. Ludzie z pozoru nieprzyjemni, zarośnięci, trochę brudni. Ale kiedy ich poznasz, okazuje się, że to bardzo barwne ptaki. Jeden z nich był w Iraku, drugi to lokalny artysta, po prostu wybrali sobie takie życie.

Majka uważa, że teraz jest wielka moda na Bieszczady. W majówkę na szlaku spotkać można setki osób. - Jeżeli w ciągu godziny mam sto razy mówić "cześć", to jest beznadziejne. Witanie się na szlaku ma sens, kiedy spotykasz jedną czy dwie osoby na godzinę i wtedy możesz z nimi porozmawiać - odpiera zarzuty miejscowych, którzy narzekają, że ludzie stali się wobec siebie bardziej obojętni. Ale i ona zauważa, że w ciągu ostatnich czterech lat dużo się zmieniło. Na początku wszyscy tu chowali komórki, bo nie czuli, że są im potrzebne. Wręcz chcieli się odciąć od reszty świata. Teraz na ścianie knajpy wywieszona jest tabliczka z przekreślonym telefonem. - To takie zwrócenie uwagi: "Ludzie, rozmawiajcie ze sobą, a nie z telefonami".

 - A masz jeszcze miejsce, gdzie można znaleźć spokój? - pytam.
 - Tak, ale nie powiem gdzie jest. Nie chcę, żeby to poszło w świat. Po co?

W PRL-u turyści nie byli tu zbyt mile widziani

Stanisław Kryciński w Bieszczady pierwszy raz przyjechał na obóz wędrowny w 1974 roku. Od tamtego czasu miejsce stało się dla niego tak ważne, że napisał o nim kilkanaście historycznych i turystycznych książek. Chociaż w PRL-u Bieszczady były trudniej dostępne, bo mało kto miał samochód, a drogi były w gorszym stanie, to łatwiej niż teraz można było do nich dojechać pociągiem. Wagony często były przepełnione, więc razem z kolegami dogadywali się z SOK-istami i już na bocznicy zajmowali wybrane przedziały. W ostateczności do pociągu wskakiwali przez okno i zajmowali miejsca, kiedy ludzie tłoczyli się jeszcze na peronie. Jechali w Bieszczady, choć mieli świadomość, że jako turyści nie są tu mile widziani, bo są obcy.

W PRL-u turyści nie byli mile widziani w Bieszczadach (fot. Shutterstock)
W PRL-u turyści nie byli mile widziani w Bieszczadach (fot. Shutterstock)

- Kierowcy PKS-ów nie chcieli nas zabierać, bo transport był przystosowany dla mieszkańców. W sklepie nie chciano nam sprzedawać żywności, bo wszystkiego było mało, a my przyjeżdżaliśmy i wykupywaliśmy im chleb - opowiada Kryciński. Jedzenie trzeba więc było przywozić z Warszawy. Miejscowi nie zarabiali na przyjezdnych tak jak dziś, kiedy specjalnie przystosowują domy do agroturystycznej działalności. Wędrowało się po szlakach i spało w namiocie na dziko. Wodę wędrowcy czerpali ze strumieni, a wieczorami palili ogniska. Ktoś zawsze zabierał ze sobą gitarę.

- Wszystko zaczęło się w połowie lat 90. - wspomina Kryciński. W Wetlinie i Cisnej powstawały nowe hotele i restauracje. - Ktoś próbował z agroturystyką, pojawiły się budki z gastronomią przy drodze, ale to tak bardzo nieśmiało. W innych turystycznych regionach Polski zmiany zachodziły dużo szybciej - wspomina. W połowie lat 90. "nowe" zaczęło rozpychać się łokciami i tak jest do dziś. - Jest też nowy rodzaj turystów, którzy przyjeżdżają nie po to, żeby chodzić w góry, tylko aby łazić od knajpy do knajpy czy od sklepu do sklepu. Tu na piwo, tam na wino, trochę wódką poprawią. Na te góry tylko popatrzą - mówi Kryciński. Kiedyś nie było tego rodzaju turystyki, bo brakowało zaplecza. W jedynym sklepie w Wetlinie piwo "bywało". Kiedy trafił świeży transport, wszyscy się na nie rzucali i w ciągu dwóch godzin wykupywali cały zapas. Następna dostawa przychodziła za tydzień. 

- Teraz są parkingi, przyjeżdża się całym autokarem i idzie w góry. Ludzie walą na Caryńską, gdzie zrobiła się taka "ceprostrada". Z jednej strony warto by to hamować, a z drugiej nie da się tego zrobić. Bieszczady są małe, turystów jest dużo. Trzeba to jakoś wypośrodkować - uważa historyk.

Połonina Caryńska bywa nazywana 'ceprostradą' (fot. Shutterstock)
Połonina Caryńska bywa nazywana 'ceprostradą' (fot. Shutterstock)

Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady

Ania po raz pierwszy przyjechała tu rok temu, bo chciała sprawdzić, o co właściwie chodzi w haśle "Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady". Od tamtego momentu była już trzy razy. - Zastanawiałam się, dlaczego mówi się "rzuć wszystko i jedź w Bieszczady", a nie w Tatry czy Karkonosze. I rzeczywiście to miejsce jest troszeczkę inne. Na pewno jeszcze mniej skomercjalizowane. Trudno też znaleźć takiego przypadkowego turystę: Janusza, Grażynę czy dziecko z frytkami - twierdzi.

Już kiedyś miała takie miejsce - swoje "prywatne Bieszczady". Jeździłam przez 11 lat do Łukęcina koło Kamienia Pomorskiego. - To była dziura, odwiedzało ją 30 osób w sezonie. Jak przyjechałam tam pierwszy raz na kolonie, to była tylko budka z goframi i poczta - wspomina. - Teraz w sezonie jest 350 osób i ciągle wpadasz na ludzi. W zeszłym roku byliśmy tam z rodziną ostatni raz. Uznaliśmy, że już jest inaczej. A ja nadal szłam traktem i widziałam to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Ciągle żyłam tym wspomnieniem i trochę nie docierało do mnie, że już jest zupełnie inaczej. Tak jest z dzikimi miejscami, w które uciekasz. Potem każdy chce w nie uciekać i w pewnym momencie dostrzegasz, że już nie ma tego dzikiego miejsca.

A skąd się wzięło powiedzenie "Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady"? Stanisław Kryciński wskazuje, że musiał ten slogan wymyślić ktoś, kto nigdy tu nie był. Bo rzucić wszystko może i jest łatwo, ale żyć tu - już niekoniecznie. Jesienią ciągle pada, a zimą ledwo można wytrzymać, bo woda zamarza w rurach. A może powiedzenie ma źródło w dowcipie, w którym po każdych wyborach zmieniane są tylko nazwiska polityków?

W 2015 roku bardzo popularne stało się hasło 'Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady' (fot. Shutterstock)
W 2015 roku bardzo popularne stało się hasło 'Rzuć wszystko i jedź w Bieszczady' (fot. Shutterstock)

Egzaminy wstępne na kierunek nauki polityczne.
Profesor rozmawia z kandydatką.
- Co pani wiadomo na temat programu ekonomicznego dla Polski realizowanego przez ministra Hausnera?
Dziewczyna milczy.
- No to co pani wie o polityce społecznej Leszka Millera?
Dziewczyna milczy.
A wie pani kto to jest Leszek Miller? A nazwisko Kwaśniewski z jaką funkcją w państwie kojarzy się pani?
Dziewczyna milczy.
Profesor już zaczął się zastanawiać, czy może ta studentka jest niemową.
- A skąd pani pochodzi??
- Z Bieszczad, panie profesorze.
Profesor podszedł do okna, wygląda na ulicę, chwilę się zastanawia i mówi do siebie: Cholera, a może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady!?

Google Trends, narzędzie, które mierzy zainteresowanie hasłami wyszukiwanymi w najpopularniejszej na świecie wyszukiwarce, wskazuje, że w ciągu ostatnich lat hasło "A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady" wyraźną popularnością cieszyło się w maju 2015 roku. Wtedy też w Internecie pojawiła się nawiązująca do niego fala memów. Trudno określić, co sprawiło, że nagle wszyscy zaczęli wszystko rzucać i ruszać, choćby tylko w marzeniach, właśnie w tamtym kierunku. Być może serial "Wataha", który swoją premierę miał pod koniec 2014 roku. A może wyniki wyborów? Fakty są takie, że według Biuletynu Bieszczadzkiego Parku Narodowego w 2015 roku odwiedziło go 388 tysięcy turystów. A rok później było ich już o 100 tysięcy więcej. Ta liczba cały czas rośnie, więc w tym roku może paść kolejny rekord.

W 2016 r. Bieszczadzki Park Narodowy odwiedziło prawie pół miliona osób (fot. Patryk Ogorzałek / AG)
W 2016 r. Bieszczadzki Park Narodowy odwiedziło prawie pół miliona osób (fot. Patryk Ogorzałek / AG)

- Pracuję w korporacji, a wieczorami jeszcze w teatrze. Mam śmieciówkę, więc muszę gdzieś dorobić na ubezpieczenie. Na tydzień przed wypłatą wydaję ostatnie pieniądze. W mojej pracy produkuję rzeczy, które następnego dnia są już nieważne. Mogłabym pracować w knajpie w Bieszczadach, mieć kontakt tylko z ludźmi i naturą. Robić coś dla innych, i mieć świadomość, że kiedy wrócą do siebie odprężeni, pomyślą: chyba pojadę tam raz jeszcze - mówi mi Ania. - Wszystkim wydaje się, że to jest takie proste: rzucam wypowiedzenie na blat i wyjeżdżam. A do tego trzeba dojrzeć. Stwierdzić, że się już nie pasuje do danego miejsca, więc pora iść dalej  - Ania patrzy teraz w górę. - Jak tylko o tym myślę, to zaraz się z tego cieszę.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Jan Król. Reporter, student Polskiej Szkoły Reportażu. Na stałe
współpracuje z Centrum Nauki Kopernik. Publikuje m.in. w "Dużym Formacie" i
"Magazynie Kontakt".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (160)
Zaloguj się
  • lisc12

    Oceniono 43 razy 29

    bylam w wielu parkach narodowych, w Nowej Zelandii, Kanadzie, USA i nigdzie oprocz Polski nie zauwazylam takich stoisk z tanim dziadostwem jak na ostatnim zdjeciu. Juz nawet ludzie na szlaku mi tak nie przeszkadzaja jak zalew chinskiego plastiku i pseudo-pamiatki oraz budy z kebabem i zapiekankami. Banery krzycza chcac odebrac uwage od gor, dla ktorych sie tutaj przyjechalo. Gdyby mnie ktos wyrzucil wsrod tych bud to nie bylabym w stanie powiedziec czy to Bieszczady, Zakopane a moze Wladyslawowo. Wstyd ze ktos na to pozwala.

  • saves

    Oceniono 20 razy 14

    W tym roku schodząc już z Szerokich Wierchów do Ustrzyk, zaczepił mnie dość tęgi jegomość z pytaniem jak daleko na Tarnicę. Była 13, ja już schodziłem i do końca szlaku miałem jakieś 20 minut. On był na jego początku. Najbardziej rozśmieszył mnie jego "ekwipunek". Trzymał w ręku półlitrową butelkę wody, w której został jeden, solidny łyk. A sami pamiętacie, jakie mieliśmy lato. I takich turystów mijałem mnóstwo. Rodziny z dziećmi, które w ramach poobiedniego spaceru postanowiły wybrać się na Tarnicę, wycieczki gimbazy, wrzaśliwe z nieodłącznymi komórkami w rękach itp. Jeśli chce się spokoju na szlaku, trzeba na niego wchodzić o świcie. O 5.30-6.00.

  • dunjed4647

    Oceniono 14 razy 14

    Jeździłam w Bieszczady co rok od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia do 2015r. Było to czarowne miejsce, teraz się już bardzo skomercjalizowało. Był okres kiedy można było bardzo tanio kupić dom czy ziemię. Wykorzystali to ludzie z centralnej polski. Potworzyli ośrodki na których zarabiają niezłe pieniądze, wcale tam nie mieszkając. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy jechało się samochodem to przed płot wychodziła cała rodzina i machali do nas. Można się było zatrzymać, porozmawiać i napić się pysznego, prawdziwego zsiadłego mleka. Z latami te domy popadały w ruinę, starsze pokolenie umierało a młodzi wyjeżdżali za pracą do większych miejscowości lub w głąb Polski. Dzisiaj już wielu tych domów nie ma. Jak się szło na zaporę to było kilka straganów i wolne ławeczki, których można było przysiąść, wyjąć kanapki z plecaka, odpocząć i porozmawiać z handlującymi. Dzisiaj już tego nie ma, wtedy był naprawdę spokój i wieczorami ciemno a gwiazdy zdawały się być na wyciągnięcie ręki. To już nie wróci, pozostanie tylko w czasie deszczu wszechobecne błoto. Ale było pięknie. Teraz już lata i zdrowie zatrzymują w domu.

  • ale.sobie.konto.wymyslilem

    Oceniono 15 razy 13

    Jak wielu ramoli, zaczynałem jeździć w Bieszczady daaaawo temu, czyli byłem tam co roku 1993-1996. Podobno akurat początek 'bumu', i faktycznie, miałem wrażenie że każdego roku w Ustrzykach Górnych było coraz więcej 'cywilizacji'. Potem tylko wizyta w 2006 i fotka znad Przełęczy pod Tarnicą, dokładnie takie same procesje ludzi w cztery strony świata jak na fotografii w tym artykule (tej źle podpisanej... :-). Cóż, to co przeżyli 'bieszczadnicy' w latach 50tych, ja w latach 90tych przeżyłem w Czarnohorze (wyobraźcie sobie kilkudniową wędrówkę z plecakiem przez bezludne góry, będące skrzyżowaniem Bieszczad i Tatr Zachodnich...).

    Góry się komercjalizują. Moja kobieta od lat uwielbia Szczawnicę, nawet tutaj widać że jest coraz więcej 'tandety'...

    KiIka uwag:
    - 'tandetnie pamiątki' są nie tylko w Polsce. W muzeach 'historii naturalnej' na Zachodzie jakoś tak się składa że prosto z 'działu dinozaurów' wychodzi się w okolicę sklepiku z pluszowymi tireksami. Który rodzic odmówi? W Alamo największy tłok był w sklepie z pamiątkami. I tak dalej, i tym podobne;

    - te tłumy 'brajanów, dżesik, januszów i grażyn' to dowód na bogacenie się społeczeństwa. Ludzie mają czas i pieniądze. Początki turystyki w polskich Beskidach to była zabawa miejskiej elity czy niemieckich beskidenferajnów. Polski chłop w góry to szedł co najwyżej owce pasać. Ja sam jestem potomkiem chłopów, zacząłem poznawać góry w ogólniaku. Miałem czas w wakacje pojechać na Radziejową zamiast codziennej tyrki w gospodarstwie;

    - a w ogóle to nie byłoby 'dzikich Bieszczad które zanikają na naszych oczach' gdyby nie Pani Historia. Przed 1945 to były gęsto zaludnione okolice, Sianki, symbol 'końca świata' to było wręcz miasteczko. 'Prawdziwi turyści' z gitarą nie mogliby przeżywać metafizycznych niepokojów w głuszy gdyby nie Akcja Wisła.

  • expel

    Oceniono 13 razy 9

    Zadepczą, to już chyba przesądzone. Jeśli ktoś szuka dzikości i ciszy, to tam już raczej za późno. Na szczęście są inne miejsca. Na przykład... oczywiście jeszcze nie zwariowałem, żeby podpowiadać publicznie takie rzeczy.
    Zaraz by jakiś kolejny leniwy dziennikarzyna to podchwycił a Janusze, Grażyny, Seby, Kariny z Dżesikami i Brajankami tylko czekają na takie newsy. Szukajcie sami, to nie takie trudne :)

  • jan.ma

    Oceniono 8 razy 8

    Jestem (jeszcze niezardzewiałym) staruszkiem i ciagle bywam tu i tam, często poza krajem. Wracając ogarnia mnie czasem smutek, bo dlaczego gdzies mozna turystyke organizowac w cywilizowany (niekoniecznie luksusowy) sposób i tę cywilizacje dyskretnie wplatać w naturę, nie tracąc z horyzontu ekonomicznego zysku. Też widziałem tam sporo badziewia chińskiego, ale nigdzie nie przypominało tego co dzieje się teraz w miejscowościach bieszczadzkich i nie tylko. Przeczytałem artykuł z sentymentu, bo pierwszy raz byłem tam w 1964 i bywały dni kiedy na szlaku nie spotkało sie nikogo. Ale już wtedy mowiono nam - przyjechaliście za póżno(!), bo Dzikie Bieszczady z kowbojskim etosem już sie skończyły. Ale i tak była to wtedy wyprawa, z 50 kg plecakiem, z groznymi przeprawami przez rwące rzeki, z robieniem jedzenia wyłącznie na ogniskach, oczywiście namioty w tzw. bazach studenckich. Była dziewczyna, ktora słysząć, że będziemy wędrowac od bazy do bazy wzięła ze sobą dyskotekowe ciuchy; na szczęście rozczarowała sie pozytywnie. Czesto wracałem w tę ciszę, naturę i widoki. Ostatni raz juz ponad 20 lat temu. Z Rawki poszedłem na wschód, az do miejsca (zapomniałem nazwy) gdzie schodza sie trzy granice - ukraińska, słowacka i polska. Stoi piekny słup, nie było żadnego strażnika, jedynie kilku turystów zajadających ukraińskie, słowackie no i ja polskie kanapki. I na tym odludziu poczułem...europejską wspólnotę, bo w 1964 zbliżenie się do granicy mogło być niebezpieczne. Jeszcze wrócę tam, ale na szlak, a nie między stragany. .

  • Adam Marcel Sowa

    Oceniono 10 razy 8

    KIedyś turystą był człowiek z pasją poznawania i podziwiania świata... a dziś to biznes... deweloperzy betonują najpiękniejsze miejsca hotelmi i parkingami.... i przyjeżdżają Janusze na piwo, pomarudzić, pohałasować, śmiecić, na selfie, aby się obkupić w chiński jednorazowy kicz.... potem idą Ci Janusze po górach i słychać rozmowy "a mój turbodiesel to z Belgii sćiągnięty..."

  • borbali35

    Oceniono 7 razy 7

    Slogan "rzuć wszystko i jedź w Bieszczady" na pewno nie odnosi się do wszystkich Polaków. Tak jak obecnie jesteśmy podzieleni politycznie tak samo różnimy się pod względem długofalowego pomysłu na swoje udane życie i sposobu jego realizacji. Gorsze od tych podziałów jest to, że wielu ludzi nie ma w ogóle pomysłu co i jak robić w swoim życiu . Tym nieszczęśnikom prawie wszystko nie podoba się, są kłótliwi, zawistni i mściwi. Co gorsze oni nawet nie usiłują poszukać żadnego pomysłu i zacząć go realizować. Przedstawiony powyżej wniosek to nie teoretyczny wywód, lecz doświadczenia życiowe 83-letniego człowieka, który 24 lata temu rzucił Stolicę i przeprowadził się w Bieszczady. Ta różnorodność opinii na temat obecnych Bieszczad opisanych w artykule jest prawdziwa, ale nie wynika z tego, że Bieszczady są "be" czy "cacy" lecz z tego, że różni są odwiedzający je Polacy. Jestem właścicielem niewielkiego ośrodka wypoczynkowego w miejscowości Baligród w środkowych Bieszczadach, do którego przyjeżdża wielu wczasowiczów. Mogę ich podzielić na dwie grupy. Jedni przyjeżdżają, aby tu "pomieszkać" drudzy, chcą podreperować zdrowie i "naładować akumulatory" , aby mieć siły na dalsze działania. Pierwsi spędzają czas na zakupach w sklepach spożywczych, pitraszeniu w kuchni, obżarstwie przy stole, oraz nierzadko na pijaństwie. Często śpią do 12, siedzą godzinami przed telewizorem, laptopem lub smartfonem. To oni są najbardziej wymagającymi gośćmi. Nawet rysa na patelni [którą sami zrobili] im przeszkadza i napiszą o tym w opinii o obiekcie. Za groszowe opłaty chcą mieszkać w hotelu typu Hilton. cd dalej

  • Olgierd Ejchart

    Oceniono 7 razy 7

    Czy nikt już nie pamięta piosenki Wojciecha Młynarskiego "Po prostu wyjedż w Bieszczady". Do odsłuchania na Youtube.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX