Z pokolenia na pokolenie zaganiamy dzieci do biurek coraz wcześniej i na coraz dłużej. Czy słusznie?

Z pokolenia na pokolenie zaganiamy dzieci do biurek coraz wcześniej i na coraz dłużej. Czy słusznie? (fot. Shutterstock)

społeczeństwo

"Odrabianie godzinami zadań domowych sprawia, że dzieci czują się przegrane"

Dlaczego zadajemy dzieciom prace domowe? Bo wierzymy, że jeśli będą je odrabiały, nauczą się więcej i lepiej. Jednak według wielu naukowców wielogodzinne ślęczenie w domu nad podręcznikami nie przynosi nic dobrego - usypia mózg dziecka i jest źródłem codziennych konfliktów. Czy czas już rozpocząć bunt przeciw odrabianiu lekcji w domu?

Prace domowe odrabialiśmy my, nasi rodzice, dziadkowie, a teraz odrabiają nasze dzieci. Świat się zmienił, mamy Internet, dzięki zaawansowanym badaniom wiemy też, że aby się skutecznie uczyć, nasz mózg potrzebuje głębokiej stymulacji. Tymczasem nauka w Polsce ciągle opiera się na jałowych godzinach spędzanych przez uczniów w domu nad zeszytami ćwiczeń. Różnica jest tylko jedna. Z pokolenia na pokolenie zaganiamy dzieci do biurek coraz wcześniej i na coraz dłużej. Czy słusznie?

Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Alfie Kohn, dekonstruktor mitów i enfant terrible wśród amerykańskich znawców tematyki wychowywania i uczenia dzieci, w wydanej u nas właśnie książce pt. "Mit pracy domowej". Kohn sprawdził, ile zadania domowe niosą plusów, a ile minusów dla rozwoju dziecka. Według niego wszystkie nasze przekonania odnośnie lekcji robionych w domu są błędne.

W 2004 roku zaledwie 21 procent dzieci poniżej 9. roku życia nie dostało poprzedniego dnia pracy domowej (fot. pexels.com)
W 2004 roku zaledwie 21 procent dzieci poniżej 9. roku życia nie dostało poprzedniego dnia pracy domowej (fot. pexels.com)

By to udowodnić, naukowiec przytacza szereg amerykańskich badań na ten temat. Na przykład takie: w 2004 roku zaledwie 21 procent dzieci poniżej dziewiątego roku życia nie dostało poprzedniego dnia pracy domowej. 20 lat wcześniej odsetek ten wynosił 39 procent. - W Polsce jest podobnie. Zadań jest z pewnością więcej - twierdzi dr  Marzena Żylińska, metodyczka, neurodydaktyczka, autorka książek "Między podręcznikiem a internetem" oraz "Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi", zaangażowana w ruch Budząca się Szkoła, którego celem jest stworzenie szkoły, do której uczniowie i nauczyciele będą chodzili z radością. Na razie wiadomo, że polscy piętnastolatkowie spędzają na odrabianiu zadań około siedmiu godzin tygodniowo. To o jedną trzecią więcej niż ich koledzy w innych krajach. Wśród europejskich nastolatków jedynie dzieci z Estonii, Irlandii i Włoch spędzają nad zeszytami więcej czasu niż polska młodzież.

 - Znam wielu nauczycieli, którzy widzą, że nie tędy droga, chcą inaczej uczyć, zadawać mniej do domu, ale czują presję rodziców. Szczególnie tych, którzy nie chcą szkół, tylko szczurowni. Używam tego określenia z premedytacją. Bo wystawiają dziecko jak szczura do wyścigu i są zainteresowani tym, żeby ich szczur był pierwszy.

Wszyscy, którzy stykają się z polską szkołą, znają takie przypadki. W każdej klasie są rodzice, którzy nerwowo wertują rankingi szkół, na wywiadówkach bombardują nauczycieli prośbami o sprawdzanie, kontrolowanie i egzekwowanie prac domowych. Wierzą, że więcej zadań znaczy lepiej. Ale są też inni rodzice, którzy buntują się przeciw regularnej pracy domowej zadawanej nawet małym dzieciom.

- Moja córka przynosi codziennie zadanie z matematyki - opowiada Katarzyna, mama czwartoklasistki. - Do tego dochodzą wypracowania z polskiego, słówka na angielski, historia, przyroda. Każdego dnia coś jest zadane. Również na weekendy. Mam wrażenie, że ciągle o tym rozmawiamy: albo dopytuję, co zadane, albo pocieszam córkę w chwilach zwątpienia, ocieram łzy, coachuję, żeby się nie zniechęcała do nauki w domu.

Polscy 15-latkowie spędzają na odrabianiu zadań około 7 godzin tygodniowo (fot. pexels.com)
Polscy 15-latkowie spędzają na odrabianiu zadań około 7 godzin tygodniowo (fot. pexels.com)

Alfie Kohn poświęca temu problemowi cały rozdział. Pisze, że zadania domowe niszczą życie rodzinne i są źródłem codziennych domowych konfliktów. Tymczasem w każdej klasie są przecież dzieci, którym nauka nie przychodzi łatwo: potrzebują więcej czasu, żeby dojrzeć, mają zaburzenia integracji sensorycznej, dysleksję, różne dysfunkcje. Co się dzieje w ich domach? Curt Dudley-Marling, były nauczyciel szkoły podstawowej, obecnie profesor Boston College, przeprowadził ankietę wśród kilkudziesięciu rodzin, w których było przynajmniej jedno takie dziecko. Opisując wyniki, stwierdził, że "praca domowa niszczy relacje rodzinne oraz odbiera rodzicom i dzieciom wiele przyjemności życia rodzinnego. (...) Dzieci czuły się przegrane, że poświęciły na nią wiele godzin, nie widząc wielkich efektów (...) rodzice frustrowali się, kiedy wywierali presję na dzieci, ale i wtedy, gdy jej nie wywierali, kiedy pomagali dzieciom, ale i kiedy powstrzymywali się od pomocy".

- Po kolejnej awanturze z ledwie żywym z przemęczenia synem - opowiada Karolina, mama ucznia piątej klasy - napisałam w dzienniczku elektronicznym informację do nauczycielki matematyki, że dzieci są po szkole zmęczone i żeby może przemyślała, czy wszystkie zadania są konieczne. Dostałam odpowiedź, że matematyka jest przedmiotem egzaminacyjnym i że nie da się jej nauczyć bez wielu powtórzeń. Przyjmuję takie tłumaczenie, ale jak patrzę na moje dziecko niepotrafiące wykonać najprostszego równania ze zmęczenia, to serce mi się kroi.

Od piątej klasy szkoły podstawowej nie odrabiałam większości lekcji. Symulowałam pilną naukę, a dyskretnie czytałam książki. W LO postanowiłam, że zacznę odrabiać zadania, aby nie stresować się brakiem pracy domowej, przepisywaniem na przerwach itd. Przez tydzień odrabiałam wszystko. Ale szybko zrozumiałam, że albo lekcje, albo życie i książki. Wybrałam to drugie. Na studia się dostałam, doktorat obroniłam, habilitację jw. Nawet profesurę belwederską mam. I serio. Myślę, że czas na własne zainteresowania bardzo mi w tym pomógł - to fragment wpisu Anny Landau na otwartym facebookowym profilu Marzeny Żylińskiej. Anna Landau jest socjolożką, historyczką, profesorką Wydziału Nauk Społecznych SGGW.

Ocena wpływu zadań domowych na poziom wiedzy dzieci waha się od pozytywnego po neutralny (fot. pexels.com)
Ocena wpływu zadań domowych na poziom wiedzy dzieci waha się od pozytywnego po neutralny (fot. pexels.com)

Dlaczego zadajemy dzieciom prace domowe? Bo wierzymy, że jeśli będą je odrabiały, nauczą się więcej i lepiej. Kohn prześledził wyniki badań na ten temat z ostatniego półwiecza. Nie znalazł jednoznacznego potwierdzenia tej tezy. Przytacza jeden z artykułów opublikowanych w "Journal of Education and Psychology", w którym zestawiono wnioski z przeglądu kilkudziesięciu pozycji literatury naukowej poświęconej temu zagadnieniu z lat 1960-89. Ocena wpływu zadań domowych na poziom wiedzy dzieci waha się od pozytywnego po neutralny. Najbardziej wyczerpujące badania na ten temat zostały zrealizowane przez psychologa edukacyjnego Harrisa Coopera. Wyniki metaanalizy przeprowadzonej przez jego zespół opublikowano w 2006 roku. Wykazano w nich, że pozytywna korelacja między zadaniami a poziomem wiedzy występowała u ponad 70 procent uczniów. Dzieci odrabiające prace domowe uzyskiwały jednak wyniki zaledwie o 4 procent lepsze niż te, które tego nie robiły. W analizie Coopera nie ujęto jednak kilku nowszych badań. Niektóre z nich nie potwierdzają tezy, że uczniowie, którzy poświęcają więcej czasu na zadania, dostają lepsze oceny. Inne wykazują co więcej, że "istnieje silna korelacja między ilością czasu, jaką dzieci spędzają na czytaniu dla przyjemności, a lepszymi wynikami" (cyt. za "Mit pracy domowej"). Być może więc więcej korzyści dla mózgu dziecka daje czytanie pod kocem "Harry'ego Pottera" niż ślęczenie nad zeszytem. Alfie Kohn podsumowuje: "Dowodzę, że wszelkie potencjalne korzyści są nie tylko minimalne, ale i dalekie od uniwersalności, bo ograniczają się tylko do dzieci w pewnym wieku i do określonych - bardzo wątpliwych - miar skuteczności".

W polskiej szkole dyskusja na ten temat w zasadzie nie istnieje. Ogranicza się do szkół stosujących alternatywne metody nauczania, nielicznych psychologów i pedagogów czy środowiska skupionego wokół idei edukacji domowej. Rodzice i uczniowie związani z systemową edukacją żyją w chaosie, przesuwani decyzjami polityków do gimnazjum lub z gimnazjum, do szkoły w wieku sześciu lat albo przedszkola w wieku siedmiu lat. Brakuje czasu na dyskusję o tym, co w edukacji najważniejsze. Niewielu zastanawia się nad tym, jak uczyć, żeby nauczyć.

W polskiej szkole dyskusja na ten temat zasadności prac domowych w zasadzie nie istnieje (fot. Robert Robaszewski / AG)
W polskiej szkole dyskusja na ten temat zasadności prac domowych w zasadzie nie istnieje (fot. Robert Robaszewski / AG)

Dr Marzena Żylińska, choć walczy o lepszą szkołę dla dzieci i nauczycieli, przyznaje, że na razie nie da się uniknąć prac domowych. - W naszym ruchu Budząca się Szkoła mamy takie szkoły, które starają się uczyć skuteczniej, szanując wiedzę o budowie i pracy mózgu, którą dysponujemy dzisiaj. Ale rzeczywiście trudno byłoby zrezygnować z zadań domowych. Żadna nasza szkoła się tego na razie nie podjęła. To się wydaje niemożliwe przy takiej ilości materiału i takiej siatce godzin, którą nauczyciele mają do dyspozycji. Materiału jest tak dużo, a lekcji tak mało,  że nie da się wszystkiego zrobić w szkole.

Dr Żylińska postuluje, żeby - skoro zadań nie możemy uniknąć - zastanowić się nad ich formułą. Siedząc w domu nad zeszytami, dziecko może rozwiązywać zadania, które pozostawiają w strukturach pamięci głęboki ślad, albo takie, które jedynie zabierają czas.

- Patrzę na to z punktu widzenia metodyki - tłumaczy dr Żylińska. - Żeby coś ćwiczyć, potrzebne są inne zadania niż te, które służą pomiarowi dydaktycznemu. Niestety, często zadania, którymi dzieci zajmują się w domu, to zadania receptywne, czyli takie, w których trzeba połączyć ze sobą odpowiednie elementy, na przykład słowo z obrazkiem, albo zaznaczyć samogłoskę na czerwono, a spółgłoskę na niebiesko lub postawić krzyżyk w odpowiednim miejscu. Niczego nie rozwijają również zadania reproduktywne, polegające na uzupełnianiu luk, na przykład wpisaniu w puste miejsce nazwy stolicy Francji. To nie są ćwiczenia, to są narzędzia pomiaru, które pozwalają sprawdzić, czy dziecko się czegoś nauczyło. Takie ćwiczenia dominują w naszej szkole. Dzieci nie lubią ich robić.

Dr Żylińska postuluje, żeby - skoro zadań nie możemy uniknąć - zastanowić się nad ich formułą, by przynosiła dzieciom jak najwięcej korzyści (fot. Grzegorz Skowronek / AG)
Dr Żylińska postuluje, żeby - skoro zadań nie możemy uniknąć - zastanowić się nad ich formułą, by przynosiła dzieciom jak najwięcej korzyści (fot. Grzegorz Skowronek / AG)

Niemiecki neurobiolog Gerald Hüther w książce "Kim jesteśmy - a kim moglibyśmy być" tłumaczy, dlaczego takie zadania nie zachęcają do pracy, a nawet niszczą motywację do nauki. Kiedy dzieci robią zadania, które je nudzą lub pozostawiają obojętnymi, w ich mózgach nie ma odpowiedniej ilości neuroprzekaźników. Pracę mózgu można wtedy przyrównać do jazdy samochodem z zaciągniętym hamulcem ręcznym.

- A to właśnie dzieci najłatwiej zaciekawić i wprawić w stan zachwytu - przekonuje dr Żylińska. - Jeśli uczniów coś fascynuje, budzi ich ciekawość, w ich mózgach pojawiają się neuroprzekaźniki, dzięki czemu nowe informacje są trwale zapamiętywane. Gerald Hüther mówi nawet, że entuzjazm to nawóz dla mózgu. Jeśli pojawia się fascynacja, mózg chłonie jak gąbka nowe informacje. A to się nie zdarza w trybie rutynowego wypełniania obowiązków. Jeśli dziecko robi coś, co musi, bo mu kazaliśmy,  jego praca nie przyniesie rezultatów.

Co zatem możemy zmienić?

Po pierwsze, ważne jest, żeby dziecko miało wybór. Dr Żylińska przytacza przykład Anny Szulc, zaprzyjaźnionej nauczycielki matematyki z  I LO w Zduńskiej Woli. Gdy uczniowie pokazali jej, że w Internecie są rozwiązania zadań z każdego dostępnego na rynku zeszytu ćwiczeń, pomyślała, że bez sensu jest sprawdzanie tego, czy dzieci potrafią przepisać rozwiązania z sieci. Wprowadziła zasadę, że zadania domowe są nieobowiązkowe, za ich nieodrabianie uczniom nie grożą żadne konsekwencje. Jednocześnie zobowiązała ich, by zgłaszali, czy zadanie odrobili, czy nie. Jeśli ktoś dwudziesty raz zgłosił, że nie zrobił zadania, nauczycielka nie mówiła mu złego słowa, a jedynie wpisywała do dziennika kolejną kropkę. Dzięki temu uczniowie sami zaczęli dostrzegać związek przyczynowo-skutkowy: zrozumieli, że jeśli nie ćwiczą, dostają gorsze oceny.

Zadania, w których uczniowie widzą sens, stymulują mózgi do pracy, zamiast wygaszać ich aktywność (fot. Patryk Ogorzałek / AG)
Zadania, w których uczniowie widzą sens, stymulują mózgi do pracy, zamiast wygaszać ich aktywność (fot. Patryk Ogorzałek / AG)

Zadania, w których uczniowie widzą sens, stymulują mózgi do pracy, zamiast wygaszać ich aktywność. - Potrzebujemy zadań nowej generacji, które pozwolą na łączenie informacji poznanych na różnych przedmiotach i na używanie ich w różnych kontekstach - tłumaczy dr Żylińska. - Zadań, które umożliwią głębokie przetwarzanie informacji. Schematyczne, mechanicznie rozwiązywane ćwiczenia powinny odejść do lamusa, bo są nieefektywne, a co gorsza - trwale zniechęcają do nauki.

Ciągle wierzymy, że godziny spędzone przy biurku w domu przyczynią się do tego, że nasze dzieci nauczą się samodyscypliny i efektywnego zarządzania czasem. Alfie Kohn pochylił się i nad tą hipotezą i wnioski z przeprowadzonych na ten temat badań są równie niejednoznaczne jak w przypadku wpływu godzin spędzonych nad podręcznikami na rezultaty w nauce. Ostatecznie Kohn przytacza wnioski z wznawianego wielokrotnie amerykańskiego zbioru artykułów na temat edukacji pt. "Encyclopedia of Educational Research": "Nie można stwierdzić, czy praca domowa wpływa w jakikolwiek sposób na (...) rozwój samodyscypliny i niezależności, pogłębienie zrozumienia lub wzmocnienie pozytywnej postawy wobec uczenia się".

Kohn na tym nie poprzestaje. Twierdzi, że założenie, jakoby odrabianie prac domowych uczyło dzieci brania odpowiedzialności za własną edukację na siebie, jest błędne. Z praktyki domowej wynika bowiem, że decyzję o tym, czy i kiedy odrabiane są zadania, podejmują rodzice (szczególnie w przypadku młodszych dzieci). Prace domowe nie kształcą więc tak pożądanych w dorosłym życiu cech jak niezależność czy samodzielność, skoro uczniowie po lekcjach nie mogą sami decydować, czym się zająć, bo plany na popołudnia organizuje im szkoła.

W systemie szkolnictwa brakuje zadań domowych 'nowej generacji', które zaciekawią uczniów i będą rozwijać ich umiejętności (fot. Jakub Ociepa / AG)
W systemie szkolnictwa brakuje zadań domowych 'nowej generacji', które zaciekawią uczniów i będą rozwijać ich umiejętności (fot. Jakub Ociepa / AG)

 "Wygląda na to, że jedyne umiejętności szkolne wymagające więcej zadań domowych to takie, które są potrzebne do. odrabiania większej liczby zadań domowych. Jeśli faktycznie tak jest, to mamy bardzo dobry powód, aby poważnie zastanowić się nad pracą domową. Po co zmuszać dzieci do praktyki, która nie ma żadnej wartości poza instytucją szkoły?" (cyt. z "Mit pracy domowej").

W listopadzie Budząca się Szkoła zaprosi nauczycieli różnych przedmiotów do wspólnego wymyślania zadań otwartych, które będą łączyły wiedzę z różnych przedmiotów, a przez to rozwijały kreatywność i dawały uczniom poczucie sprawstwa. - Jeśli dzieci w domu potrafią nauczyć się niezwykle trudnych nazw dinozaurów albo bajkowych stworów, a w szkole nie są w stanie po angielsku powtórzyć dni tygodnia, to czy coś jest nie tak z dziećmi, czy z naszymi metodami pracy? Problem w tym, że sami wychowaliśmy się w kulturze, w której winę za szkolne niepowodzenia zawsze zrzucaliśmy na dzieci. To zamyka drogę do zmian. Czas to zmienić! - przekonuje dr Żylińska.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Dominika Buczak. Dziennikarka, współautorka książek "Gejdar" oraz "Pan od seksu". Publikuje między innymi w "Wysokich Obcasach", "Ja My Oni", "Urodzie życia". Specjalizuje się w wywiadach i reportażach. Najbardziej interesują ją historie wykluczonych, słabszych, bardziej kruchych. Im chce dać głos.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (104)
Zaloguj się
  • pcat

    Oceniono 16 razy 12

    Pamietam jak w LO (klasa biol chem) w kobieta od biologii kazala się nauczyć na pamięć schematu cyklu Krebsa czyli kwasu cytyrynowego. Wtedy zrozumiałem, że nie pójdę na medycynę. Robie dziś coś zupełnie innego, jestem zadowolony i dziękuje profesor Widomskiej za jej absurdalny wymóg. Miałem więcej czasu na czytanie Franka Herberta i sport.

  • dafaq

    Oceniono 18 razy 12

    Dzieci, które czytają dla przyjemności, są zwykle zwyczajnie inteligentniejsze od tych, które w tym samym czasie oglądają tv czy grają w odmozdzajaca grę na komórce. To nie samo czytanie poprawia wyniki w tym przypadku. Korelacja nie oznacza przyczynowosci...
    A co do samych prac domowych to są one potrzebne, ale dzisiejszej formie i ilości co najwyżej mogą nauczyć kooperatywy w stylu "ja zrobię matematykę, ty chemię a Józek geografie". Jest ich za dużo a w dodatku często jest to przepisywanie podręcznika. Pamiętam, że nam się kazali uczyć (dobre 20 lat temu), w jakim województwie ile świń się hoduje, na przykład. Ciekawe, komu wpadł do głowy taki fantastyczny pomysł...

  • jakeww

    Oceniono 13 razy 11

    Co do tytułowego "mamy internet, a..." to Francja właśnie zakazała uczniom podstawówki surfować także w czasie przerw międzylekcyjnych (zakazała smartfonów). Bo dzieci przestały się ze sobą bawić na przerwach, upadek socjalizacji w realu i umiejętności społecznych.

  • m260011

    Oceniono 12 razy 10

    A ten wyscig szczurów się zaczyna od kołyski i rodzice sami go napędzają. Wystarczy poczytać te mamusiowe fora, czy grupy na fb. Są babki co niemowlę półroczne sadzają na nocnik, prowadzają, ciągną, sadzają malutkie.dzieci żeby je "nauczyć". Koniecznie muszą być pierwsze,pochwalić się, jakby od tego zależał sukces w dorosłym życiu. Bardzo przykre i mocno żałosne.

  • hanusinamama

    Oceniono 16 razy 10

    Najgorsze jest zniechecenie dziecka do szkoły do nauki w pierwszych latach. jak dzieciak szkoły nie polubi to bedzie dla niego mordęgą do konca...po co?Naprawde dzieci w pierwszej czy 4 klasie muszą tyle siedziec nad lekcjami? Dziecko idzie z przedszkola do szkoły i bach na głeboką wodę. Masa lekcji, powtarzania, sleczenia nad ksiązką. No takie przejscie dla mało kogo bedzie przyjemnę. A zupełnie inaczej sie człowiek uczy jak lubi. To samo 7 czy 8 klasa, jak słysze ze dzieciaki siedzą po 7-8 godzin w szkole (pełen etat) i jeszcze 5 kartkówek w tygodniu i lekcje do późnego wieczoru...a gdzie czas na basen, na wyjscie z kolezanka na spacer, na wycieczkę rowerem? Kiedy na to ma byc czas? Jak pójdzie do pracy i wpadnie w kolejny wyscig szczurów?

  • masofrev

    Oceniono 25 razy 9

    W szkole średniej (tak niegdyś zwanej) standardem były dwie godziny dziennie robienia zadań domowych. Tylko dzięki temu biegle opanowałem umiejętność pisania oraz rozwiązywania zadań z nauk ścisłych. Dziś, 30 lat później, dziękuję moim Nauczycielom, że obiecali mi jedynie pot, krew, łzy i zadania domowe!

  • yosemitesam

    Oceniono 26 razy 8

    Najgorsze jest to, że dzieciom wpaja się do głów wiedzę, która w 90% do niczego im nie będzie w życiu przydatna. Polskie szkoły nie uczą logicznego, konstruktywnego myślenia, nie przykładają wagi do czytania ze zrozumieniem tekstu. Poza tym marnie widzę przyszłość tego narodu, skoro na naukę religii przypada dwukrotnie więcej godzin lekcyjnych niż na informatykę.

  • halice

    Oceniono 6 razy 6

    No właśnie w tym sęk: jeśli dziecko nie ćwiczy, jego wiedza jest mikra. Matematyka to przedmiot, w którym - by zdobyć umiejętności - trzeba ćwiczyć. Nie wystarczy na lekcji zrobić z uczniami np. mnożenia czy dzielenia pisemnego i uznać, ze potrafią to zrobić. Takie działania trzeba wyćwiczyć. Podobnie z równaniami, układami równań, analizą funkcji itp. A już zupełnie oczywiste jest, ze aby dziecko nauczyło sie formułowania myśli, musi to ćwiczyć pisząc wypracowania, felietony etc.
    Ważna jest tu nie kwestia zaniechania zadań domowych, lecz stosowania ich w sensownej ilości. Moje dziecko (5 klasa) w zeszłym roku szkolnym miało napisać jedno wypracowanie. Dziecko znajomej w tym samych wieku w swojej szkole pisało jedno wypracowanie w tygodniu. Jedno i drugie rozwiązanie według mnie zupełnie idiotyczne. Moje dziecko nie nauczyło sie pisać wypracowań, dziecko znajomej przez jakiś czas pisało pilnie, aż zaczęło szukać gotowców w internecie z powodu braku czasu i totalnego zniechęcenia do j. polskiego...

  • k_r_m

    Oceniono 8 razy 6

    Niestety rodzice nie widzą jak zmienia się szkoła i edukacja. Oni cały czas są mentalnie w swojej szkole za swoich czasów. I maja takie wyobrażeni o współczesnej szkole. W ubiegłym roku jedna z pań postanowiła nie zadawać prac domowych, dzieci nie musiały nosić podręcznika do domu. Nie spodobało się to części rodziców, którzy uznali, że skoro tak jest to pani podręcznika nie używa i źle uczy. Skończyło się to awantura i skargą na koniec roku do dyrektora.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX