Roman Badach-Rogowski, ratownik medyczny z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego SPZOZ w Zielonej Górze

Roman Badach-Rogowski, ratownik medyczny z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego SPZOZ w Zielonej Górze (materiały archiwalne)

wywiad Gazeta.pl

Ratownik medyczny: Nie znam ani jednego sanitariusza, który dożyłby emerytury

- Ratownicy umierają w miejscu pracy w wieku 40 lat. Doznają udarów, zawałów. To się naprawdę dzieje - mówi Roman Badach-Rogowski, ratownik medyczny.

Prawie 30 lat jeździ pan jako ratownik karetką.

Roman Badach-Rogowski, ratownik medyczny z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego SPZOZ w Zielonej Górze: Pamiętam jeszcze czasy, kiedy jeździło się nysami i fiatami 125p, były to odpowiednio karetki reanimacyjne i wypadkowe.

Dawne karetki pogotowia - nysa i fiat 125p (fot: Jakub Włodek / Agencja Gazeta)
Dawne karetki pogotowia - nysa i fiat 125p (fot: Jakub Włodek / Agencja Gazeta)

Jak wtedy było?

Na pewno bardziej partyzancko, ale skuteczność naszych działań dzięki zaangażowaniu ćwierć wieku temu była chyba podobna do tej, która jest dzisiaj: na miejscu zdarzenia umierała podobna liczba ludzi jak obecnie. Co z tego, że w tej chwili częściej uda się kogoś uratować farmakologią i lepszym sprzętem, skoro potem pacjent ląduje na OIOM-ie i tam egzystuje przez dwa miesiące aż do nieuniknionego zgonu?

Dziś, tak samo jak dawniej, trudno o skuteczną pierwszą pomoc udzielaną przez świadków. Większość osób ogranicza się jedynie do wezwania karetki, a potem często się oddala. Choć widać światełko w tunelu, zaczyna przynosić efekty uczenie pierwszej pomocy w szkołach podstawowych, które rozpoczęto dekadę temu. Młodzi ludzie i dzieci nie mają takich oporów jak starsi i czynnie pomagają poszkodowanym.

Co się zmieniło w pana pracy na przestrzeni trzech dekad?

Warunki. Jesteśmy w stanie lepiej pacjenta zabezpieczyć, działać szybciej i bardziej komfortowo. Kiedyś karetka wypadkowa wyposażona była wyłącznie w nosze, torbę z lekami i... zespół ratowniczy. Karetka reanimacyjna różniła się tylko tym, że miała defibrylator, który rozładowywał się już po drugim użyciu. Nie było monitora, na którym można było obserwować zapis EKG, respiratora i innych sprzętów, w szpitalu nie było tomografu komputerowego, rezonansu magnetycznego. Żeby w fiacie podłączyć kroplówkę i podać wlew pacjentowi, musiałem wystawiać rękę przez okno, bo inaczej nic nie spływało.

31.03.2016, Łódź, Manufaktura. Prezentacja nowych samochodów marki Fiat dla łódzkiego pogotowia (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)
31.03.2016, Łódź, Manufaktura. Prezentacja nowych samochodów marki Fiat dla łódzkiego pogotowia (fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

W karetce nie było miejsca, nie można było przy pacjencie praktycznie nic zrobić. Obecne ambulanse są jak sale operacyjne na kółkach, możemy wręcz obejść pacjenta dookoła. Wtedy nie śniło nam się, że kiedykolwiek tak będzie.

Ogromna zmiana nastąpiła też pod względem personelu. W latach 80. nie było kogoś takiego jak ratownik medyczny, karetkami jeździli sanitariusze. Dopiero na początku lat 90. zaczęto kształcić ratowników medycznych na poziomie policealnym, od 2012 roku tylko na studiach.

Chciał pan zostać ratownikiem?

Mój ojciec był chirurgiem, matka położną, więc rodzice zapewne chcieli, żeby ich syn również poszedł na medycynę. Choć nigdy na to nie naciskali. Ale jako młody buntownik postawiłem się i poszedłem na politechnikę na wydział mechaniczny. Moje plany zawodowe pokrzyżował przymus zrobienia obowiązkowych praktyk robotniczych. Z racji koligacji rodzinnych mogłem od ręki mieć praktyki w pogotowiu ratunkowym, więc się na nie zdecydowałem. I, cholera, spodobało mi się.

Co dokładnie?

Adrenalina, bo cały czas nie wiem, co mnie czeka za pięć minut, muszę być w ciągłej gotowości, zawsze coś się dzieje. Jest też duża satysfakcja z niesienia pomocy innym, uratowania człowieka. Może to banalne, ale tak jest.

Pamięta pan pierwsze wyjazdy karetką?

Tak, bo byłem głupi i nawiedzony. Tak bardzo chciałem wyjeżdżać, że proponowałem starszej kadrze, że pojadę za nich, gdy będzie coś pilnego "na sygnałach". Ale do czasu. Nigdy nie zapomnę, jak pojechaliśmy do pacjenta, na którego zwalił się z przyczepy miał węglowy. Mężczyzna przeżył, ale gdy pakowaliśmy go do karetki, cały był w tym miale. Po przyjeździe ze szpitala musiałem przygotować karetkę do kolejnego wyjazdu. Trzy godziny czyściłem samochód z tego miału. I tak się skończyło moje wyskakiwanie przed szereg.

21.05.2018, Zakopane. Lądowisko śmigłowca TOPR. Transport pierwszego z poszkodowanych turystów, którzy zsunęli się po płacie śniegu w rejonie Rysów (fot. Marek Podmokly / Agencja Gazeta)
21.05.2018, Zakopane. Lądowisko śmigłowca TOPR. Transport pierwszego z poszkodowanych turystów, którzy zsunęli się po płacie śniegu w rejonie Rysów (fot. Marek Podmokly / Agencja Gazeta)

30 lat w karetce to długo. Coś pana jest w stanie jeszcze zaskoczyć?

W tej pracy nie ma czegoś takiego, że człowiek już wszystko widział. Zawsze długo dochodzę do siebie po wizycie u starszego pacjenta, którym nikt się nie interesuje, a którym opieka społeczna nie chce się zająć, bo jest niewydolna. Otrzymaliśmy ostatnio wezwanie od lekarza Podstawowej Opieki Zdrowotnej, żeby przewieźć do szpitala 81-letnią kobietę. Żyła samotnie, miała rozpoznaną chorobę Alzheimera i stare złamanie kończyny górnej w przedramieniu. Jej syn wyjechał do Stanów Zjednoczonych, zostawiając taką zdemenciałą babinkę samą sobie, bez opieki. 

Takich szokujących przypadków jest mnóstwo, również takich, które raczej wywołują śmiech niż płacz.

Na przykład?

Ludzie do seksualnych igraszek są w stanie wykorzystać naprawdę wszystko. Telefony komórkowe ustawione na wibrację w odbycie to standard. Żarówki w pochwie. Nakrętki na członku. Fantazja ludzka nie zna granic. I wtedy wzywane jest pogotowie.

Niestety, 75 procent wyjazdów w ogóle nie jest dla nas. Jako ratownictwo medyczne wyręczamy całą opiekę zdrowotną w Polsce - robimy za lekarzy rodzinnych, opiekę społeczną, a nawet taksówkarzy wiozących kobiety w ciąży do porodu, które spokojnie mogłyby pojechać normalnym transportem.

Niejednokrotnie dostajemy wezwanie: ktoś upadł na podłogę. Na miejscu okazuje się, że to osoba otyła, która ze względu na zwyrodnienia stawów kolanowych i biodrowych nie jest w stanie sama wstać. Więc my przyjeżdżamy tylko po to, żeby taką osobę podnieść i posadzić na fotel. Dostajemy też zgłoszenia typu: pani nie może wstać. Przyjeżdżamy, pukamy, ktoś woła: otwarte. Wchodzimy do środka, słyszymy głos dobiegający z łazienki. Otwieramy drzwi, a tam pani o ponadprzeciętnej tuszy siedzi w pustej wannie. Podczas spuszczania wody przyssała się do ścianek wanny i nie może się ruszyć. A tu malutka łazienka, żeby cokolwiek zrobić, trzeba wynieść szafkę, potem pralkę i dopiero wtedy można się zająć panią. A zajęliśmy się tak, że napuściliśmy wody do wanny, wlaliśmy płyn do kąpieli, podaliśmy pani rękę i ta ślicznie się wyślizgnęła.

Kto inny mógłby takim osobom pomóc?

Pani w wannie powiedziała, że zadzwoniła po nas, bo my medycy, to nie będzie się nas wstydzić. Ale tu się kłania najczęściej opieka społeczna, są też inne służby, które współpracują z systemem - straż miejska, gminna, pożarna, policja. My jesteśmy naprawdę obciążeni, a wzywają nas do wszystkiego. Kiedyś otrzymaliśmy zgłoszenie, że cukrzyk się zaciął, gdy obcinał sobie paznokcie u stopy.

28.11.2016, Olsztyn. Uszkodzona karetka pogotowia po zderzeniu z samochodem osobowym na ul. Warszawskiej (fot: Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)
28.11.2016, Olsztyn. Uszkodzona karetka pogotowia po zderzeniu z samochodem osobowym na ul. Warszawskiej (fot: Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)

I co się stało?

Cukrzyca miała chyba dodać powagi wezwaniu. Nacięta skórka na dwa milimetry, plasterek i po sprawie. W takich sytuacjach powinno się być wyposażonym w numer do osoby z rodziny lub do sąsiada. Chociaż i tak w wielu przypadkach ludzie wolą wyręczyć się czyimiś rękami, bo pogotowie jest dobre na wszystko. I za darmo. Szybko przyjedzie. Należy się, bo pacjent płaci podatki. Bezrobotny też się na to powołuje.

A wezwania, które dają satysfakcję?

Odbieranie z powodzeniem nagłego porodu.

Ile ma pan na koncie?

Siedem, z czego jeden dramatyczny. Mieliśmy wezwanie w nocy do 20-letniej dziewczyny, która zgłaszała bóle podbrzusza. Przyjeżdżamy, a tu totalna melina, brud, prąd odcięty. W łóżku leży dziewczyna i mówi, że boli ją brzuch, że zjadła już całe opakowanie ketonalu i nie pomaga.

Patrzę na nią i coś mi się nie podoba, pytam, czy jest w ciąży. Ona mówi, że nie jest w żadnej ciąży. Ale ja widzę, że jest, i że już wody się z niej sączą. Na pytania, kiedy była ostatnia miesiączka - cisza, kiedy ostatnia wizyta u ginekologa - cisza. Wąska klatka, nas dwóch, czas ucieka, szybko znieśliśmy ją na krzesełku kardiologicznym do karetki.

Półtora kilometra przed szpitalem dziewczyna zaczyna jęczeć, że ją boli. Więc ja jednym ruchem ściągam z niej legginsy, kucam przed rozwartymi nogami i patrzę, a tu widzę nabrzmiały pęcherz płodowy. I on nagle pęka. Mija krótka chwila i pokazuje się główka dziecka. Dzieciak siłami natury próbuje wydostać się na zewnątrz, ale dzieje się to w sposób makabryczny. Nie dość, że jest podduszony pępowiną, to jeszcze sama pępowina ma węzeł prawdziwy, normalny supeł. Dziecko fioletowosine, w zamartwicy. Wołam do kolegi, żeby przez radio przekazał położnym, aby zeszły na dół, bo porodówka na piętrze. Odsysam dzieciaka gruszką, masuję i na szczęście noworodek zaczyna się zaróżowiać, oddychać samodzielnie. Parametry podnoszą się do normy. Dzieciak bardzo chciał żyć.

Okazało się, że urodził się w 27. tygodniu ciąży. Po paru miesiącach dowiadywałem się, co u niego, i okazało się, że wbrew obawom prawidłowo się rozwija.

Przykra historia, mimo że skończyła się w sumie szczęśliwie.

Kiedyś, jeszcze kilka lat temu, wielokrotnie zdarzały się sytuacje, że brało się rodzącą do karetki, która na nasze pytania: kiedy ostatnia miesiączka, czy jest karta ciąży, odpowiadała: "A co cię to, k***a, obchodzi" i deklarowała, że jak tylko urodzi, to zostawia bękarta w szpitalu. Na szczęście dziś zdarza się to rzadko.

A wasze życie jest czasem zagrożone?

Polskie społeczeństwo za kołnierz nie wylewa, wciąż dochodzi do różnych zdarzeń z udziałem pijanych pacjentów. My już wiemy, że jak jedziemy do dyskoteki albo tam, gdzie są kibole, duże skupiska ludzi, to robimy szybką akcję - bierzemy pacjenta do karetki i zwiewamy. Nie ma innego wyjścia. Nieraz kompani pacjenta huśtali się na karetce albo wybijali w niej szyby. Nigdy też nie wiemy, jak zareaguje człowiek po dopalaczach, bo się nie kontroluje, albo osoba chora psychicznie. Pobicia ratowników medycznych są na porządku dziennym.

31.12.2014 Kraków, Rynek Główny, zabawa Sylwestrowa (fot. Michał Lepecki / Agencja Gazeta)
31.12.2014 Kraków, Rynek Główny, zabawa Sylwestrowa (fot. Michał Lepecki / Agencja Gazeta)

Czy można się uodpornić na tego typu przeżycia?

Tu nie chodzi o odporność, ale o zrozumienie, po co jesteśmy. W ten zawód wpisane są różne dramatyczne czy budzące wstręt sytuacje. Często jesteśmy ubabrani krwią, kałem, moczem. Przykład: przyjeżdżamy na melinę, a w łóżku leży 85-letnia staruszka po udarze. Synek, z którym mieszka, pijany, żyje z jej renty czy emerytury, oczywiście ma ją w głębokim poważaniu. Więc ona robi pod siebie, bo nie wstaje, i jak my się zjawiamy, to jest już w takim stanie, że chodzą po niej żywe robaki. Wszawica, świerzb, larwy much, ropiejące rany, rozkładające się zwłoki - to nasza codzienność.

I nie robi się wam niedobrze?

Czasami tak, trzeba mieć blokadę w głowie, bo jest robota do zrobienia. Porzygasz się później. Nie można być słabym psychicznie, bo się nie wytrzyma. Są zresztą wśród medyków osoby, które muszą odreagowywać stres alkoholem, narkotykami, seksem. Takie są często koszty uprawiania tego zawodu.

Macie możliwość rozmowy z psychologiem?

Ustawa sprzed dwóch lat wprowadziła pomoc psychologa, ale tylko dla dyspozytorów medycznych, czyli tych, co przyjmują wezwania. Członkowie zespołu ratownictwa medycznego, którzy na co dzień są świadkami cierpienia i śmierci, nie mają żadnego wsparcia. Mogę pójść prywatnie.

Ta pomoc jest potrzebna?

Przydałaby się dla chętnych, bo ludzie zaczęliby może łatwiej radzić sobie z problemami. Gdy patrzę, jak młodzi ratownicy dziś funkcjonują, to z jednej strony ich podziwiam, z drugiej mnie to przeraża. Bo pracują na kontraktach po 500 godzin miesięcznie, a nawet więcej, pędząc na dyżur od jednego pracodawcy do drugiego, bo są przedsiębiorstwami jednoosobowymi [standardowo na etacie pracuje się ok. 160-170 godzin w miesiącu - przyp. red.]. Kolega, chyba rekordzista, w lipcu przepracował 620 godzin, a lipiec ma ich 744. Kiedy czas na sen, odpoczynek, rodzinę.?

Przecież konsekwencje mogą być tragiczne.

Już są. Ratownicy umierają w miejscu pracy w wieku ok. 40 lat. Doznają udarów, zawałów. To się naprawdę dzieje. Niestety, nie są prowadzone na ten temat żadne statystyki, a z reguły dowiadujemy się o tym z profili społecznościowych lub organizowanych zbiórek na leczenie i rehabilitację naszych kolegów, którym brakuje środków do życia, bo wcześniej byli na tzw. kontraktach i opłacali minimalny ZUS.

A błędy, jakie mogą popełnić?

Przy takiej pracy i liczbie przepracowanych godzin nietrudno o błąd wynikający ze zmęczenia, też jesteśmy ludźmi. Jeśli ktoś dostrzeże błąd medyczny, np. błędne rozpoznanie, postępowanie, złą dawkę leku lub nie ten lek, popełniony przez ratownika i potem go udowodni, to taki ratownik, będący na umowie cywilnoprawnej, zostaje po prostu bez pracy, z widmem postępowania sądowego.

Dlatego cały czas walczymy, żeby wprowadzić etatyzację, a poza etatem wprowadzić system dyżurów, żeby ratownik nie pracował na więcej niż dwóch etatach, czyli maksymalnie 340 godzin w ramach etatu i dodatkowych dyżurów łącznie. Z obserwacji wynika, że znakomita większość ratowników medycznych pracuje w wymiarze wielu etatów. Nie ma na ten temat danych, a ratownicy medyczni nie doczekali się jeszcze swojego samorządu zawodowego, który mógłby mieć takie informacje. Trzeba to ucywilizować. Ale tu wracamy do pieniędzy. Gdyby ratownicy otrzymali odpowiednie wynagrodzenie w ramach jednego etatu, może przestaliby tyle dodatkowo pracować.

A z pensjami ratowników jest bardzo źle. Choć ostatnio nasza sytuacja trochę się poprawia, ale tylko dlatego, że protestujemy.

Czego żądacie?

Zależało nam na wyrównaniu wynagrodzeń z pielęgniarkami [ratownicy domagali się podwyżki "cztery razy 400 złotych", czyli zwiększania zarobków co rok o 400 złotych. Dotychczas udało im się uzyskać podwyżki o taką kwotę dwukrotnie - od lipca zeszłego roku i od początku bieżącego roku - przyp. red.]. We wrześniu wywalczyliśmy kolejną transzę, która będzie wypłacana od stycznia 2019 roku. Czwarta transza, od stycznia 2020 roku, stoi pod znakiem zapytania. Mamy jednak słowo honoru ministra Łukasza Szumowskiego, że jeżeli PiS wygra wybory, to ją otrzymamy. Uważam, że za pracę ratownika medycznego należy się odpowiednie wynagrodzenie wynoszące co najmniej półtorej średniej krajowej, odpowiadamy przecież za to, co bezcenne, czyli życie ludzkie.  

Udało nam się również wywalczyć sześciodniowy płatny urlop szkoleniowy. Wcześniej, przy poprzedniej nowelizacji ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, udało się spełnić jeden z naszych podstawowych postulatów, czyli wyrugowanie z systemu prywatnych podmiotów zarabiających na ratownictwie. Od 1 kwietnia 2019 roku ratownictwo medyczne będzie świadczone tylko przez podmioty publiczne. Na razie nie wywalczyliśmy trzeciego postulatu dotyczącego ustawy o najniższym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia. Żądaliśmy dodania do tabeli zawodów rubryki "ratownik medyczny", który miałby wskaźnik wynagrodzeń 1,05 [wynagrodzenie zasadnicze brutto wynosi wtedy 4095 zł - przyp. red.]. W tej chwili ratownicy są traktowani tak samo jak pracownicy oddziałowi, którzy nie są narażeni na mrozy, upały oraz inne zagrożenia związane z pracą poza oddziałem [współczynnik wynagrodzeń w ich przypadku to 0,64 - 2496 zł brutto i 0,73 - 2847 zł brutto - przyp. red.].

Czy to wszystko, co powinno się zmienić w waszym zawodzie?

Jest jeszcze mnóstwo do zrobienia. Walczymy m.in. o to, żeby przyznano nam prawo do wcześniejszej emerytury. Nie znam w tej chwili ani jednego sanitariusza - ratownicy medyczni jeszcze nie osiągają tego wieku - który dożyłby emerytury, która by mu przysługiwała, czyli osiągnął, pracując w zespole ratownictwa medycznego, wiek minimum 60 lat. W mojej jednostce przez ponad 25 lat takiej osoby nie było, wcześniej co niektórzy udawali się na rentę.

30.06.2017, Wrocław. Ogólnopolski protest ratowników medycznych (fot: Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)
30.06.2017, Wrocław. Ogólnopolski protest ratowników medycznych (fot: Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

To zawód zaliczany do tych o szczególnym charakterze. To bardzo ciężka praca, wielkie obciążenie psychiczne, fizyczne, konieczność posiadania wiedzy fachowej, praca i w dzień, i w nocy. Czasem jak dyżur dzienny jest ciężki, to nawet nie mamy czasu, żeby cokolwiek zjeść. I potem spotykamy się w pomieszczeniu socjalnym o drugiej w nocy i jemy obiad. Jesteśmy narażeni na liczne kontuzje, m.in. kręgosłupa, mam wielu kolegów, którzy musieli zrezygnować z pracy albo zostali dyspozytorami medycznymi, bo nie dawali rady w karetce. Dalsza praca skończyłaby się dla nich kalectwem. Chcemy własnego samorządu zawodowego, "wyjęcia" karetek spod szpitali i stworzenia ratownictwa medycznego na wzór struktur podobnych do Państwowej Straży Pożarnej.

Mimo tych warunków pracy nadal chce pan jeździć w karetce?

Kilkukrotnie dostałem propozycję pracy za biurkiem, bo jestem nie tylko ratownikiem medycznym, ale i magistrem ekonomiki i organizacji ochrony zdrowia. Ale jakoś mi to nie odpowiadało. Wciąż widzę więcej plusów niż minusów, czerpię ogromną satysfakcję z udzielanej pomocy. Pacjenci wielokrotnie potem kłaniają mi się na ulicy, dziękują. Ja ich, niestety, często nie pamiętam. Nie mam pamięci do twarzy, a przewija się ich mnóstwo. Mam taką, może dobrą, a może złą, cechę, że po wyjeździe do zdarzenia i udzieleniu pomocy, ewentualnym przewiezieniu pacjenta do szpitala szybko zapominam, co tam się działo. Było, minęło. Jedziemy dalej.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (83)
Zaloguj się
  • awaro36

    Oceniono 34 razy 22

    Pozytywny facet tylko dzieki takim ludziom ten system jeszcze nie padł

  • kiesier

    Oceniono 20 razy 14

    Dzięki że jesteście!

  • wooki74

    Oceniono 23 razy 13

    Moja mama 25 lat jezdziła jako lekarz w karetce reanimacyjnej. Swego czasu namawiałem ją, żeby napisała książkę, tyle ciekawych przypadków miała. I tych wesołych i tych innych oczywiście. Można się uodpornić na drastyczne przypadki mówiłą. Jedno, czego, jak twierdziła, nie da się absolutnie zmieść to śmierć dzieci. To zawsze tak samo boli, nawet po 25 latach w karetce....

  • alexcomp

    Oceniono 6 razy 6

    Po tym co ostatnio przeszedłem ze służbą zdrowia w szpitalu bielańskim walcząc wręcz o mojego 84 letniego ojca z Alzheimerem i przegrywając tę walkę - mój tata zmarł, wytworzyła się we mnie swoista znieczulica na wasze problemy. Marzę tylko aby kilka osób z tego SOR-u trafiło kiedyś w moje ręce tak bezradnych jak bezradny był mój ojciec i jak bezradny byłem w sumie ja w zderzeniu z czymś co z założenia ma pomagać, a faktycznie jest bezduszną instytucją mającą nad tobą władzę i ograniczającą się tylko do selekcji - jak w obozach koncentracyjnych.

  • Tadeusz Milowski

    Oceniono 8 razy 6

    Roman robi PR po wpadce z podłożeniem się Szumowskiemu i podpisaniem gó...anego porozumienia wbrew woli środowiska jako negocjator ratowników. Roman. Za wywiad na łamach wyborczej wywalą Cię z listy PiSu.

  • agata16.06

    Oceniono 14 razy 6

    To wszystko prawda.... chociaż to nie wszystko. Gdyby kolega Ratownik napisał naprawdę wszystko rzeczywistośc była po stokroć bardziej brutalna. Jestem anestezjologiem z ponad trzydziestoletnim stażem. W Pogotowiu Ratunkowym pracowałam dodatkowo ponad dekadę głównie dla pieniędzy., chociaz lubiłam te pracę. Odeszłam bo zbuntował się mąż ( tez zresztą lekarz).

  • 3-kuleczka

    Oceniono 9 razy 5

    te wypasione karetki, sprzęt o którym wam sie nie sniło są albo z pieniędzy unijnych albo od Owsiaka
    Głosujcie na sektę pisowsko-rydzykową to bedziecie jeżdzic do chorych furmankami

  • runfree

    Oceniono 11 razy 3

    Wszystkiego dobrego!!!!!!!!!!!!!! Nie wierzcie tylko w zapewnienia polityków, żadnych. Prowadzicie cudowny zawód - w przenośni o dosłownie, niezwykle ciężki pod każdym względem. Powinniście mieć wynagrodzenia, które pozwolą Wam nie uganiać się na 3 etaty.

  • blue.badyl

    Oceniono 9 razy 3

    jedyne miejsce, którego nie wyręczają ratownicy- to SOR

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX