Marek Piestrak

Marek Piestrak (fot: Adam Kozak/ Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

Marek Piestrak: Każda produkcja to była jedna wielka przygoda i improwizacja

- Na nakręcenie sceny z mostem mieliśmy trzy godziny. Do tego był on w takim stanie, że przebywanie na nim groziło śmiercią całej ekipy - wspomina po 30 latach od premiery "Klątwy Doliny Węży" reżyser, Marek Piestrak.

3 października minęło 30 lat od premiery "Klątwy Doliny Węży" (1987). Co pan czuje, gdy wraca wspomnieniami do tego filmu?

To były trudne czasy, zaledwie kilka lat po stanie wojennym. Szukałem pomysłu na nowy film, Zespół Filmowy "Oko" pod kierownictwem nieżyjącego już Tadeusza Chmielewskiego szukał wtedy tematów lżejszych, dla szerszego widza, czegoś na podobieństwo "Testu pilota Pirxa" (1978) czy "Wilczycy" (1982), czyli trochę przygodowego, trochę science fiction, trochę horroru. W "Przekroju" trafiłem na opowiadanie "Hobby doktora Travena" Wiesława Górnickiego, który pisał pod pseudonimem Robert Stratton. Było bardzo interesujące i posiadało wszystkie elementy, jakich szukaliśmy.

Warsztaty z udziałem Marka Piestraka (fot: Tymon Markowski/ Agencja Gazeta)
Warsztaty z udziałem Marka Piestraka (fot: Tymon Markowski/ Agencja Gazeta)

W pierwszej chwili pomyśleliśmy jednak, że będzie bardzo trudno zrobić film na podstawie tego tekstu. Akcja dzieje się w południowo-wschodniej Azji, wyglądało nam to na Tajlandię. Ale żeby zrobić film w Tajlandii, musielibyśmy mieć grube dolary. Zespół wpadł na pomysł, żeby film zrobić w koprodukcji, podobnie jak było z "Testem pilota Pirxa". Do wyboru oczywiście były wyłącznie kraje demokracji ludowej. Głównym kontrahentem została radziecka firma Sovinfilm, która wykonała pierwsze kroki do znalezienia dofinansowania. Udało się wejść we współpracę z TallinFilm, najstarszym, wciąż istniejącym, estońskim studiem filmowym. A część pieniędzy zdobyliśmy z Wietnamu, w zamian za wykonanie kopii ich filmów. Wietnamczycy nie dysponowali takimi laboratoriami jak my, więc im się to też opłacało.

I w ten sposób można było zdjęcia z dżungli kręcić w jednym z azjatyckich krajów.

Dokładnie. Trzeba było trochę przerobić scenariusz, ale nieznacznie, bo nie było kluczowe to, w którym kraju toczy się akcja, ważne, że była dżungla, świątynie i mnisi buddyjscy. To miał być taki polski Indiana Jones. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że z powodów finansowych nie uda się tego zrobić z takim rozmachem, jak to zrobili Amerykanie. Ale scenariusz zawierał wszystkie najważniejsze elementy - była wartka akcja, ciekawe historie, barwni bohaterowie.

A wśród nich piękna kobieta.

Ewa Sałacka, która zagrała dziennikarkę, od razu przyszła mi do głowy. Świetnie sobie poradziła. Podobnie jak Krzysiek Kolberger, który wcielił się w rolę zagubionego wykładowcy badającego tajemnicze manuskrypty. Oczywiście musieliśmy zrobić ukłon w stronę głównego kontrahenta, czyli Sovinfilmu, dlatego współscenarzystą został Władimir Wałucki, który współpracował już ze mną wcześniej, między innymi przy "Teście pilota Pirxa". W filmie pojawił się też nasz znajomy z dawnych czasów, Sergei Desnitsky, który zagrał radzieckiego geologa.

Indiana Jones z mniejszym rozmachem, to pewnie oznaczało, że praca nad filmem była momentami trudna. Jak powstawała na przykład scena przeprawy przez most?

Podobną w zamierzeniu scenę w "Poszukiwaczach zaginionej Arki" (1981) kręcono przez dwa tygodnie. W tym celu zbudowano makietę mostu, a zdjęcia trickowe [efekty specjalne - przyp. red.] kręcono w hali w Hollywood. My na nakręcenie całej sceny mieliśmy trzy godziny, o czym dowiedzieliśmy się, gdy już dotarliśmy na miejsce. Do tego most był w takim stanie, że przebywanie na nim groziło śmiercią całej ekipy. A zwłaszcza aktorki, która bohatersko zgodziła się po nim chodzić.

Dlaczego mieliście tak mało czasu?

Nie była to hollywoodzka produkcja, to po pierwsze. Po drugie, Wietnamczycy co prawda kręcili jakieś swoje filmy, ale trudno mówić, żeby były to w pełni profesjonalne produkcje. Zawieźli nas na miejsce, powiedzieli: macie trzy godziny i potem kazali nam wracać.

Z helikopterem też były kłopoty [w pierwszej scenie dochodzi od ostrzelania helikoptera, który ląduje na skraju dżungli, przez partyzantów - przyp. red.]. To miał być helikopter amerykański, ale my nie mieliśmy takiego w Polsce. Wietnamczycy dysponowali jakimś amerykańskim trupem po wojnie w Wietnamie. Po wielu próbach udało się go uruchomić. Podczas kręcenia sceny zestrzelenia helikopter nie mógł wylądować, tylko się kręcił. W końcu jakoś się udało sprowadzić go na ziemię, ale ta scena mogła wyglądać o wiele lepiej.

Żeby dotrzeć do świątyń, to też był wyczyn. Wstawaliśmy o trzeciej nad ranem, jechaliśmy około trzech godzin jeepami po wertepach, a potem w duszącym upale szliśmy jeszcze dwie godziny z całym sprzętem pod górę. Ja brałem 15 kg akumulator, operator kamerę, jeden pomocnik operatora - statyw, drugi - światło. Nawet Wietnamczycy, którzy szli tam z nami, wymiękali po drodze - siadali pod krzakami i mówili, że już nie mają siły. Kręciliśmy przez trzy godziny i wracaliśmy tą samą drogą. Jak tylko wpadliśmy do hotelu, od razu rzucaliśmy się na zimne piwo, które wypijaliśmy duszkiem. Musieliśmy się nawodnić, bo na zdjęciach poili nas tylko ciepłą herbatą.

Gdzie były kręcone sceny w komnatach, w których bohaterowie uchylają się przed wiązkami laserowymi miotanymi przez rzeźby smoków, a na końcu pokonują gigantycznego węża?

W Estonii, która przygotowała nam kilka świetnych scenografii, między innymi dekorację laboratorium, w którym profesor Jan Tarnas (Krzysztof Kolberger) otwiera manuskrypt.

A scena, w której dochodzi do zalania komnaty i bohaterowie ledwo co uchodzą z życiem?

W Kijowie. Kręciliśmy tę scenę jakieś dwa tygodnie po tym, jak doszło do katastrofy jądrowej w Czarnobylu. Wtedy przekonywali nas, że nie doszło tam do żadnego skażenia promieniotwórczego... Wynajęto ogromną halę zdjęciową, gdzie zbudowano pokaźnych rozmiarów scenografię, którą można było zalać. Bardzo długo na nią czekaliśmy, już się baliśmy, że nic z tego nie będzie. W końcu się udało i wyszło przyzwoicie. Jeden z naszych operatorów, Ryszard Lenczewski, stawał na głowie, żeby to jakoś wyglądało.

Wygląda imponująco. Ale na widok węża-potwora pojawia się uśmiech na twarzy.

Wąż wyszedł zabawniejszy niż miał wyjść, nie wyglądał tak, jak powinien wyglądać prawdziwy potwór. Ale wtedy ani krytyka, ani widzowie nie zwracali na to uwagi, no, może troszeczkę. Dopiero, jak się zmienił ustrój, to nam się dostało - trzeba było dokopać twórcom, którzy, zamiast robić filmy dążące do obalenia komunizmu, zajmowali się zabawą. Na szczęście to już minęło.

Zdjęcie z planu filmowego do 'Testu pilota Pirxa'. Przy kamerze stoją: Janusz Pawłowski, autor zdjęć (po lewej), po prawej - operator zdjęć specjalnych ze Studia Dowżenki w Kijowie (fot: materiały archiwalne)
Zdjęcie z planu filmowego do 'Testu pilota Pirxa'. Przy kamerze stoją: Janusz Pawłowski, autor zdjęć (po lewej), po prawej - operator zdjęć specjalnych ze Studia Dowżenki w Kijowie (fot: materiały archiwalne)

Marzy się panu, żeby zrealizować "Klątwę Doliny Węży" dziś, z tymi wszystkimi osiągnięciami współczesnej techniki i...

100 milionami złotych? (śmiech) Mógłbym mieć takie marzenie, chociaż uważam, że jak na tamte czasy, to i "Klątwa...", i inne moje filmy, jak chociażby "Test pilota Pirxa", bronią się nawet dzisiaj. Mój kolega, który wykłada w szkole filmowej, pokazuje czasem "Pirxa" studentom i oni są pełni zachwytu nad tym, jak udało nam się to nakręcić. Każda produkcja to była jedna wielka przygoda i improwizacja, musieliśmy się dostosowywać do warunków, które zastaliśmy, i próbować wycisnąć z nich, co tylko się da.

Na przykład?

Ogromnym wyzwaniem było "udawanie nieokreślonej przyszłości". Do jednej sceny z "Testu pilota Pirxa", kiedy główny bohater przelatuje nad miastem przyszłości, użyliśmy fragmentu filmu dokumentalnego z przelotem nad jednym z amerykańskich miast. W filmie pojawia się również dzielnica biurowa La Défense w Paryżu, która dopiero co powstawała, czy nowiusieńki port lotniczy Charles de Gaulle. Wyzwaniem było wykonanie telefonu z przyszłości w sytuacji, w której w Polsce były prawie wyłącznie takie z okrągłą tarczą do wybierania numeru. Wiedzieliśmy, że na świecie są już telefony na klawisze, więc to był nasz punkt wyjścia. Na podstawie jakiegoś zdjęcia klawiszy asystent operatora dosłownie wystrugał w drewnie taki futurystyczny telefon. Został on potem pomalowany i w takiej formie aktorzy używali go na planie.

Dlaczego, mimo tych wszystkich trudności, braku pieniędzy, dążono do realizowania filmów z założenia wysokobudżetowych?

Bo to było coś innego. Uważaliśmy, że nie wszystkie filmy muszą być filmami Moralnego Niepokoju. Rolą kinematografii jest też bawić ludzi, dostarczać im rozrywki, z takiego założenia wychodzili również nasi kontrahenci. I, patrząc po sukcesie, jaki odniosły, można wnioskować, że widzowie tego oderwania od szarej rzeczywistości potrzebowali.

W Polsce "Klątwę Doliny Węży" obejrzało około miliona widzów, w Rosji nawet 25 mln.

W Wietnamie film był pokazywany wyłącznie na zamkniętych pokazach, ze względów ideologicznych - mnisi, klasztory, egzotyczne przygody nie były tym, czym Socjalistyczna Republika Wietnamu chciała rozsławić swój kraj, ale i tak bardzo trudno było się na niego dostać, bo wszyscy chcieli go zobaczyć. Podobnie było w Bułgarii i Czechach. Do kin ustawiały się długie kolejki.

Zdjęcie z planu filmowego do 'Testu pilota Pirxa' (fot: materiały archiwalne)
Zdjęcie z planu filmowego do 'Testu pilota Pirxa' (fot: materiały archiwalne)

Niektórzy kinomani twierdzą, że filmy, które pan robi, to tzw. kino klasy B. Zgadza się pan z tą opinią?

Nie. "Test pilota Pirxa" był hitem eksportowym, został sprzedany do ponad 20 krajów, w tym zachodnich, nie wspominając już o krajach demokracji ludowej. Na ubiegłorocznym Berlinale pokazywany był w sekcji najlepszych filmów science fiction świata, pośród filmów Ridleya Scotta czy Stevena Spielberga. Po wejściu do kin "Wilczycy" Czesi donosili, że dawno w Pradze nie było tak długich kolejek do kina. "Wilczyca" była horrorem, ale na pewno nie klasy B. Jacek Szczerba, którego uznaję za znawcę kina, nigdy tych filmów tak nie nazywał, bo brał pod uwagę wszystkie ich elementy. To nie są filmy, które epatują tandetą, przemocą, krwią, w których grają nieznani i słabi aktorzy. Zawsze współpracowałem z najlepszymi aktorami polskimi i zagranicznymi, muzykę komponowali utalentowani i znani kompozytorzy, jak jeden z największych kompozytorów muzyki współczesnej Arvo Pärt do "Testu pilota Pirxa" czy Sven Grünberg do "Klątwy Doliny Węży". Podobnie było z twórcami scenografii. Nie znam filmu klasy B, który miałby tak profesjonalną ekipę.

Po "Klątwie Doliny Węży" stworzył pan jeszcze cztery filmy - "Powrót Wilczycy" (1990), "Łzę księcia ciemności" (1992) i "Odlotowe wakacje" (1999). Mogło powstać więcej podobnych produkcji?

Wiele osób mnie pyta, dlaczego nie poszedłem za ciosem po sukcesie "Testu pilota Pirxa" czy "Klątwy Doliny Węży". Nie poszedłem, bo nie było takich możliwości. Przyszły lata 90., kinematografia polska znalazła się w kryzysie, jednocześnie Polacy zachłysnęli się wysokobudżetowymi produkcjami ze Stanów Zjednoczonych, którym nigdy byśmy z racji finansowych nie dorównali.

Reżyser Marek Piestrak (fot: Adam Kozak)
Reżyser Marek Piestrak (fot: Adam Kozak)

Lata mijają, a w Polsce w dalszym ciągu nie powstają praktycznie żadne horrory, już nie wspominając o filmach przygodowych czy science fiction. Dlaczego?

Bo trudno jest je robić. Pojawia się ryzyko, że nikt nie da na taką produkcję pieniędzy. Dobre parę lat temu napisałem scenariusz horroru na podstawie opowiadania Jerzego Gierałtowskiego "Pomarlica". Otrzymałem grosze na napisanie scenariusza, który otrzymał bardzo dobre recenzje. Ale gdy usiłowałem zainteresować nim poważnych producentów, ci mówili wprost, że taki film powinien mieć budżet minimum sześć, siedem milionów złotych. Nawet jeżeli jakimś cudem Polski Instytut Sztuki Filmowej dałby nam dwa, to skąd weźmiemy pozostałe pięć?

Trzy lata temu była podobna historia. Napisałem scenariusz na podstawie powieści "Mali zwycięzcy" Ferdynanda Ossendowskiego. W PISF przyznali nam pieniądze na development projektu [rozwój projektu, m.in. wprowadzenie poprawek do scenariusza, wyjazdy na dokumentacje, wykonanie zdjęć próbnych, poszukiwanie koproducentów - przyp. red.], producentem filmu miał być Andrzej Stachecki z V-Film Studio, mieliśmy już kontrahentów szwajcarskich i słowackich, dopięty budżet, niestety jednym głosem przeciw film nie dostał dotacji z PISF-u na produkcję.

Dlatego przez wiele lat pracował pan przy serialach, jak "Samo Życie" (2002) czy filmach animowanych, jak "Kropla zorzy polarnej" (2016)?

Coś trzeba w życiu robić. Ale ten problem nie dotyczy tylko mnie. Ostatnio np. Krzysztof Rogulski, wybitny reżyser "Wielkiej majówki" (1981), mówił, że od kilku lat nie dostał żadnego dofinansowania na film. Proszę spojrzeć na karierę Marka Piwowskiego, reżysera "Rejsu", mojego kolegi z roku. Udało mu się nakręcić raptem cztery filmy pełnometrażowe. Myśli pani, że on nie chciałby robić filmów? Z drugiej strony widzimy, że zostają często przyznawane zupełnie nietrafione dotacje sięgające nawet 25 milionów złotych, a wyprodukowane filmy mają po kilka tysięcy widzów.

Gatunki, w których pan czuje się najlepiej, cieszą się dużą popularnością w Stanach Zjednoczonych. Praktyki studenckie miał pan szansę odbyć w Hollywood. Może trzeba było zostać?

Byłem wtedy po czwartym roku studiów i zależało mi na tym, aby najpierw zdobyć dyplom w Polsce. Myślałem, że może kiedyś uda mi się wrócić do Stanów Zjednoczonych, ale potem zrobiłem "Śledztwo" na podstawie Stanisława Lema, potem kolejne filmy i mrzonki o karierze zagranicznej się skończyły. Oczywiście, chciałbym jeszcze nakręcić film do kin, mam różne projekty, ale to nie jest tak, że czuję się niespełniony. Zrealizowałem kilka naprawdę interesujących produkcji, które odniosły duży sukces, mam kolegów o wiele bardziej rozgoryczonych, którzy zrobili jeszcze mniej filmów ode mnie. Podróżowałem dużo po świecie, moje filmy wciąż są pokazywane na różnych festiwalach i przeglądach.

Marek Piestrak i Roman Polański na planie filmu 'Dziecko Rosemary' (fot: materiały archiwalne)
Marek Piestrak i Roman Polański na planie filmu 'Dziecko Rosemary' (fot: materiały archiwalne)

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Pamiętam, jak Andrzej Wajda, który uczył mnie w szkole filmowej, powiedział kiedyś na zajęciach, że w tej branży trzeba mieć skórę nosorożca. Wszystko jest trudne - wejście do zawodu, utrzymanie się w nim i na końcu niezałamanie się z powodu niepochlebnych recenzji. Niektórzy nie wytworzyli sobie tego grubego naskórka. I poodpadali.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (109)
Zaloguj się
  • alexcomp

    Oceniono 32 razy 24

    Cały wywiad sprowadza się do tego, że zawsze mieli za mało pieniędzy na produkcję (co jest prawdą), i że za tę małą kasę zrobili filmy, które nawet dzisiaj są wybitne (co nie jest prawdą). Te trzy filmy: Wilczyca, Węże i Pirx to moim zdaniem trzy najgorsze filmy polskiej kinematografii tamtych czasów. Dodałem "tamtych czasów", gdyż ćwierć wieku później z małym okładem zaczął "tworzyć" niejaki Vega, no i wtedy dopiero się zaczęło dziać strasznie w polskim kinie.

  • rownowaznik

    Oceniono 33 razy 21

    "chociaż uważam, że jak na tamte czasy, to i "Klątwa...", i inne moje filmy, jak chociażby "Test pilota Pirxa", bronią się nawet dzisiaj". Cóż za urokliwy bełkot.

  • entropia

    Oceniono 19 razy 19

    "Film do dzisiaj się broni". To bardzo ciekawe, bo przypadkiem oglądałem go będąc nastolatkiem. Wtedy był uznawany za chłam przez krytykę, a widzów, nawet nastoletnich, również nie zachwycał. Jedyny plus tego filmu jaki pamiętam, to 'scena rozbierana'.

  • przechrztaimason

    Oceniono 17 razy 17

    Sory Gregory, ale fatalnego montażu i kompletnego niezrozumienia roli dialogu na budżet zwalić się nie da.

  • Tom Vron

    Oceniono 15 razy 15

    Permanentna bufonada. Kiedy po przeczytaniu "Hobby doktora Travena" dowiedziałem się, że jest film na podstawie tego tłuściutkiego, naprawdę bardzo dobrego opowiadania (swoją drogą autor był ultrakomuchem i bliskim współpracownikiem Jaruzela podczas stanu wojennego) to rzuciłem się do oglądania. I do dziś oczy mi pękają jak sobie przypomnę, że widziałem ten film. O Piestraku można powiedzieć jedno: czego się nie dotknął to spier...lił i nawet najlepsze scenariusze w jego wykonaniu wiały tandetą. Taka opinia o nim krążyła już w latach 80tych.

  • tycho99

    Oceniono 16 razy 14

    Ten wywiad pokazuje, dlaczego w Polsce wszyscy po wszystkich tak cisną, dlaczego się wzajemnie wyśmiewamy, potępiamy, pogardzamy, wylewamy pomyje. Bo widzimy, że mimo tej całej krytyki i tego jak bardzo by czegoś nie zepsuli, i tak ich samozadowolenie nie opuszcza, nie widzą w swoich dokonaniach nic złego. I Polak nie jest w stanie przejść obojętnie wobec takiej postawy, choć sam w innej sytuacji będzie ją reprezentował. Dlatego ścigamy się w łamaniu innych, by choć raz usłyszeć od nich słowo "żałuję". I dlatego też wyciągamy coraz to cięższe działa, przedstawiamy wszystko w jak najczarniejszych barwach, bo wiemy że po drugiej stronie zawsze jest dobry zawodnik, który choćby nie wiem co, i tak będzie szedł w zaparte.

  • klm747

    Oceniono 13 razy 13

    dno i metr mułu - to nie jest nawet kino klasy B, tylko C albo D!
    a Piestrak ma po prostu przerośniete ego...

  • jebnelem

    Oceniono 27 razy 13

    Klątwa jest słabym filmem, tak nam się wydawało dopóki nie powstały gnioty o papieżu i Smoleńsk.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX