Krzysztof Kieślowski

Krzysztof Kieślowski (fot. Wojciech Druszcz / AG)

wywiad gazeta.pl

Krzysztof Kieślowski. "Nigdy nie powiedział o sobie, że jest artystą. Miał uraz do tego słowa"

- Postrzegam go jako człowieka, który dąży do sukcesu nie po to, by być szczęśliwym, ale z powodu jakiegoś tragicznego poczucia obowiązku - o reżyserze "Dekalogu" opowiada Katarzyna Surmiak-Domańska, autorka biografii "Kieślowski. Zbliżenie", która właśnie trafiła do księgarni.

"Wiesz co, tak sobie myślę, że ty przynajmniej miałeś ciekawe przygody w młodości. A ja, kurwa, nic, tylko mozół i nuda, mozół i nuda".

Kieślowski powiedział to do swojego przyjaciela reżysera Edwarda Żebrowskiego. Było to już po wielkim sukcesie "Dekalogu", kiedy Kiśla obwołano prorokiem i geniuszem. Osiągnął sukces, do którego uparcie dążył, ale zarazem wtedy właśnie zaczął się postępujący spadek jego samopoczucia.

I ja miałem poczucie mozołu, czytając twoją książkę. Mozołu życiorysu Kieślowskiego.

Doskonale to rozumiem. Kieślowski był najpierw smutnym dzieckiem, a później pesymistycznie nastawionym do świata dorosłym. Mimo to nieustannie stawiał sobie nowe wyzwania, podwyższał poprzeczkę. Kroczył mozolnie w stronę kolejnych celów, pomimo iż brakowało mu nadziei, że uda mu się do nich dojść.

A gdyby nawet doszedł?

To i tak nie wierzył, że przyniesie mu to szczęście. Postrzegam go jako człowieka, który dąży do sukcesu nie po to, by być szczęśliwym, ale z powodu jakiegoś tragicznego poczucia obowiązku.

18.09.2018 r. na FPFF w Gdyni odbyła się premiera książki 'Kieślowski. Zbliżenie' (fot. Renata Dąbrowska / AG)
18.09.2018 r. na FPFF w Gdyni odbyła się premiera książki 'Kieślowski. Zbliżenie' (fot. Renata Dąbrowska / AG)

W rzeczy samej, bardzo był obowiązkowy.

Ta obowiązkowość stopniowo przeistaczała się w pracoholizm. Ludzie o jego typie osobowości mają do niego skłonność. Zabawiłam się w zrobienie Kieślowskiemu testu psychologicznego, sama odpowiadając na pytania na podstawie tego, co o nim wiedziałam. Wyszło mi, że posiadał jedną z najrzadszych osobowości, zwaną "urodzony przywódca" albo  "dyrektor". Jedną z jej cech jest przekonanie, że sukces to przede wszystkim kwestia pracy. I wielu w tym właśnie widzi fenomen Kieślowskiego, bo na studiach wcale go nie uważano za najzdolniejszego.

Student trójkowy.

Właśnie. Tylko że ci zdolniejsi zbyt szybko zniechęcali się porażkami, ktoś się rozpił, ktoś inny zwariował. A Kieślowski się zawziął.

Dlatego byli tacy, którzy go widzieli nie jako artystę, ale rzemieślnika?

On sam uważał się za rzemieślnika. Nigdy nie powiedział o sobie, że jest artystą. Miał uraz do tego słowa. Zresztą taki generalnie był styl filmowców z Wytwórni Filmów Dokumentalnych w Warszawie. Nazywali siebie inżynierami, a WFD fabryką. Kieślowski, jako jedyny chyba, korzystał z tak zwanego roboczego stroju reżysera. Było coś takiego w PRL-u. Przydział odzieży do pracy na planie.

Jak ten strój wyglądał?

Gumiaki, waciak i beret z antenką. Beret Kieślowski zachował sobie do końca, zawsze go zakładał do robót na swojej działce na Mazurach. Miał go też na głowie latem 1995 roku, kiedy cyklinował podłogę w salonie, po której to czynności dostał zawału. Nie brzmi to specjalnie artystycznie, prawda? Artystyczne kino filmowcom z WFD kojarzyło się z niepotrzebnym pięknoduchostwem. Oni kręcili dokumenty, ważne filmy o ważnych sprawach, a nie jakieś wymysły. Kieślowski zaczął się z tego myślenia wyłamywać i wędrować w stronę kina metafizycznego w latach osiemdziesiątych. Ważną rolę odegrał tu poznany w stanie wojennym znany adwokat i późniejszy scenarzysta jego filmów, Krzysztof Piesiewicz.

Kieślowski uważał się za rzemieślnika. Nigdy nie powiedział o sobie, że jest artystą (mat. prasowe)
Kieślowski uważał się za rzemieślnika. Nigdy nie powiedział o sobie, że jest artystą (mat. prasowe)

Wtedy Kieślowski uwierzył w siebie?

Chyba do końca nie pozbył się autosceptycyzmu. Był najsurowszym krytykiem własnych filmów. Mówił: "ten film jest straszny", "ten byłby lepszy, ale", "ten, sam nie wiem dlaczego mi nie wyszedł". Najlepsze chyba, co powiedział o swoim filmie, to to, że udało mu się zrealizować aż trzydzieści pięć procent tego, co sobie zaplanował.

Bardzo to niezachodnie podejście.

Kiedy podpisywał kontrakt we Francji i przeczytał, że jest w nim punkt mówiący, że musi dobrze mówić o swoich filmach, bardzo się zmartwił. 

Krzysztof Kieślowski zdaje się być doskonałym produktem wychowawczym swoich rodziców, szczególnie ojca.

Do dziewiętnastego roku życia Krzysztof żył z poczuciem zbliżającej się śmierci ojca. Roman Kieślowski chorował na gruźlicę. Oswoił świadomość nieuchronności końca, chciał też dobrze przygotować do niej dzieci. Mam wrażenie, że oni - rodzice, Krzysztof i jego siostra Ewa - działali jak drużyna, która ma wspólny cel.

Cóż to za cel?

Przetrwanie. I przyspieszony, zintensyfikowany plan wychowania dzieci, którym grozi przedwczesne osierocenie. Roman myślał bardzo racjonalnie, był człowiekiem doskonale zorganizowanym. Wszystko skrupulatnie rozpisał sobie, jak przypuszczam, w tabelce (to umiłowanie tabelek przejął później jego syn), w której były najważniejsze punkty wychowania dzieci: miłość, sport, zabawa, rozwój intelektualny, oszczędność, odpowiedzialność, obowiązkowość, dyscyplina. Krzyś i Ewa, jako dzieci gruźlika, dużo czasu spędzali w prewentoriach zdrowotnych, które były rodzajem sanatorów dla dzieci zagrożonych gruźlicą. Byli tam często rozdzieleni, sami wśród obcych. Więzi rodzinne podtrzymywała żywa korespondencja z rodzicami. Zwracam uwagę na to, że nie ma w tych listach narzekania, zamartwiania się, jest za to myślenie zadaniowe. Regularna korespondencja miała stwarzać iluzję nieustannego i bliskiego kontaktu nawet na odległość. Listy pełne są drobiazgowych opisów, bo ojciec uważał, że trzeba tak pisać, by czytająca osoba od razu mogła sobie wszystko wyobrazić.

Kieślowski był troskliwym i uważnym ojcem. Mimo zapracowania i ciągłych wyjazdów miał zawsze czas dla swojej córki (mat. prasowe)
Kieślowski był troskliwym i uważnym ojcem. Mimo zapracowania i ciągłych wyjazdów miał zawsze czas dla swojej córki (mat. prasowe)

Robił to też potem Krzysztof Kieślowski, który kładł na stole zapałkę i kazał córce napisać o niej dziesięć pełnych, logicznych, obrazowych zdań.

Obrazowe opisywanie i precyzyjne wysławianie się było w rodzinie Kieślowskich niezwykle ważne. Podobno Krzysztof im starszy, tym bardziej się do Romana upodabniał.

Dużo miłości było w jego życiu rodzinnym?

Ogromnie. Ale jednocześnie, poprzez fizyczne oddalenie, ciągle był jej niedosyt. Pewnie również dlatego Krzysztof był tak troskliwym i uważnym ojcem - mimo zapracowania i ciągłych wyjazdów miał zawsze czas dla swojej córki. Powielał wzorzec własnego ojca.

Czy w życiu Kieślowskiego przypadek odgrywał szczególną rolę?

Myślę, że nie większą niż w moim czy twoim. Kieślowski miał raczej obsesję dopatrywania się we wszystkim zbiegu okoliczności. Nie wiem, o czym to mogło świadczyć. Może o jakimś nieusatysfakcjonowaniu z życia? Lubił mówić, że został reżyserem filmowym przez przypadek, że kino go nigdy tak naprawdę nie interesowało. Choć przyznawał, że przez pewien krótki czas bardzo interesował go teatr.

I chciał studiować reżyserię teatralną.

Ale żeby się na nią dostać, trzeba wówczas było mieć skończone inne studia. Dlatego zdawał do łódzkiej Szkoły Filmowej. Nie przyjęli go jednak ani za pierwszym, ani za drugim razem. Wtedy obudziła się w nim ambicja. Ten mechanizm powtarzał się później wielokrotnie. Im bardziej ktoś chciał udowodnić Kieślowskiemu, że czegoś nie potrafi, on tym bardziej musiał pokazać, że jest odwrotnie. Po drugiej porażce jego mama powiedziała ze smutkiem: "Krzysiek, a może ty się po prostu do tego nie nadajesz?". Wtedy postanowił, że choćby nie wiem co, ale się do Filmówki dostanie. I jak zwykle postawił na swoim.

"Jego inteligencja była większa od jego dokonań" - mówi Kazimierz Kutz.

To jest niesamowite zdanie. Myślę, że Kieślowski sam tak uważał. Z tego też powodu z niepokojem obserwował rosnącą własną legendę, bo człowiek ponadprzeciętnie inteligentny nie popada łatwo w narcyzm.

Mimo kilku spektakularnych sukcesów, praca przynosiła Kieślowskiemu mnóstwo goryczy (fot. Adam Golec / AG)
Mimo kilku spektakularnych sukcesów, praca przynosiła Kieślowskiemu mnóstwo goryczy (fot. Adam Golec / AG)

Będący cechą wielu artystów.

Na pewno nie jego. Natura obdarzyła go nie tylko wielką inteligencją, ale też przenikliwością. Poskąpiła mu, niestety, serotoniny, zwanej hormonem szczęścia. Dzięki takiej a nie innej konstrukcji psychicznej widział świat zbyt wyraźnie, z jego wszystkimi niedoskonałościami.

Był szczęśliwym człowiekiem?

Nie znam żadnej jego wypowiedzi świadczącej o tym, że jest szczęśliwy i spełniony. Jego praca, mimo kilku spektakularnych sukcesów, przynosiła mu mnóstwo goryczy. Gdybym przeczytała o sobie takie recenzje, jakie on dostawał w latach osiemdziesiątych na przykład od Zygmunta Kałużyńskiego w "Polityce", tobym się załamała i już nic nigdy nie napisała. Co on musiał czuć, czytając te wszystkie okropności!

Albo kiedy nie udawało mu się skompletować ekipy do "Dekalogu".

Był wtedy, można powiedzieć, na zawodowym dnie. Przestano w niego wierzyć. Nawet bliscy współpracownicy odsunęli się. Ale kiedy szczęście niespodziewanie się do niego uśmiechnęło i szydercze recenzje zamieniły się w ekstatyczne peany, już nie potrafił się cieszyć.

Agnieszka Holland sugeruje, że cierpiał na depresję.

Kupiła mu nawet książkę o depresji klinicznej, z której wynikało, że Krzysztof ma wszystkie jej objawy. Z drugiej strony pani Maria Kieślowska powiedziała mi, że byli z mężem u psychologa i on depresji nie stwierdził.

Ale nie chcę też, żeby wyszło z naszej rozmowy, że Kieślowski miał jakieś straszne, przegrane życie. Bywał wesoły, lubił się wygłupiać, w młodości kochał życie towarzyskie. Szczęśliwy bywał szczególnie w dwóch miejscach. Pierwsze to działka na Mazurach, gdzie Kieślowscy mieli dom i uwielbiali w nim spędzać wakacje z przyjaciółmi. Drugim była montażownia, z której mógł nie wychodzić. Pracy na planie nie znosił, ale kochał montować.

Podczas spotkania promocyjnego, które odbyło się 18.09.2018 r. w Gdyni, fragmenty książki czytał Marcin Dorociński (fot. Renata Dąbrowska / AG)
Podczas spotkania promocyjnego, które odbyło się 18.09.2018 r. w Gdyni, fragmenty książki czytał Marcin Dorociński (fot. Renata Dąbrowska / AG)

Wmontować go w różne sytuacje próbowała skomplikowana powojenna polska historia, ale Kieślowski, coś czuję, nie bardzo miał na to ochotę.

Bo się kilkakrotnie sparzył. Najpierw w 1968 roku, kiedy mocno zaangażował się w studenckie protesty, ale szybko doszedł do wniosku, że cała ta antysemicka awantura to tylko polityczna prowokacja. Drugi raz się sparzył na zamówionym przez nową ekipę Edwarda Gierka filmie "Robotnicy '71. Nic o nas bez nas". Uwierzył, że będzie mógł opowiedzieć szczerze, co o przemianach myślą robotnicy. Film tak mu przemontowano, że wyszła propagandówka.

I chciał wówczas wycofać swoje nazwisko.

Usłyszał, że oczywiście może, ale już nigdy w tym kraju żadnego filmu nie zrobi. Bał się tego strasznie. Trzeci raz władza go przechytrzyła w latach osiemdziesiątych, próbując dodatkowo zmusić do poparcia stanu wojennego. Nie dziwię się, że Kieślowski miał dość polityki. I jeszcze jedno, on od dziecka był bardzo ostrożny. Kiedy inni chłopcy strzelali z procy, wagarowali, on nie, bo od razu wyobrażał sobie łańcuszek nieprzyjemnych konsekwencji.

Zamiast z systemem walczył ze sobą?

I był w tym świetny. Kiedy chciał uniknąć służby wojskowej - postanowił, że musi szybko schudnąć kilkanaście kilo. Przez dziesięć dni nic nie jadł. Miał żelazną wolę.

"Trochę żal, że to już koniec" - piszesz po trzech latach pracy nad książką. Nie miałaś trochę dość?

Nie, bardzo dobrze mi się pracowało, ale musiałam kończyć, bo książka i tak ma ponad sześćset stron. Dzięki Kieślowskiemu poznałam bardzo ciekawych ludzi, których inaczej nie miałabym pewnie szansy spotkać, bo nigdy się światem filmowym nie zajmowałam.  To jest książka także o nich. W reportażu najważniejsze jest spotkanie z drugim człowiekiem. A ja bardziej niż biografką jestem reporterką.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. Maciej Zienkiewicz / AG / mat. prasowe)
Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora (fot. Maciej Zienkiewicz / AG / mat. prasowe)

Która postanowiła postukać w pomnik wielkiego artysty?

Nie można inaczej, skoro żyjemy w kraju, który ma manię stawiania pomników. Nikt normalny nie czuje się chyba dobrze uwięziony w marmurze czy brązie. Postanowiłam Krzysztofa Kieślowskiego rozkuć z tego pancerza. I pisać prawdę, zawsze prawdę. Odbrązowienie nie oznacza obrzucenia błotem. To mnie nigdy nie interesowało. Ale zdjęcie z cokołu już tak.

Po co?

Po to, by pokazać, że wielcy ludzie są tacy sami jak my. Odnoszą sukcesy i triumfy, ale znają też smak porażki i upokorzenia. Kieślowski, jak każdy, miał zalety i wady, nie był nadczłowiekiem. I jeszcze jedno - starałam się tę książkę pisać tak, by była interesująca nie tylko dla kinomanów.

Powiem więcej, napisałaś ją tak, że "Kieślowski" może być z powodzeniem czytany przez ludzi, którzy nie widzieli ani jednego jego filmu. Może po lekturze zaczną je oglądać?

Bardzo się cieszę, że to mówisz, bo na tym mi najbardziej zależało. Lubię myśleć, że Krzysztof Kieślowski, tak w końcu krytyczny wobec świata i wobec samego siebie, może też by się z niej ucieszył. 

Zapraszamy na wydarzenie w ramach Centrum Premier Gazety Wyborczej na ul. Czerskiej 8/10: premierę książki Katarzyny Surmiak-Domańskiej pt. "Kieślowski. Zbliżenie". 27 września 2018 o 19:00 spotkamy się z autorką biografii Krzysztofa Kieślowskiego oraz z przyjaciółmi i współpracownikami reżysera. Szczegóły znajdziecie tutaj >>>

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Tydzień na Gazeta.pl. Tych materiałów nie możesz przegapić! SPRAWDŹ

Katarzyna Surmiak-Domańska. Z wykształcenia romanistka. Reporterka od lat związana z "Gazetą Wyborczą" oraz z Polską Szkołą Reportażu przy Instytucie Reportażu. Autorka między innymi książek "Mokradełko" i "Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość". "Kieślowski. Zbliżenie" (Wydawnictwo Agora) to w jej dorobku pierwsza biografia, a zarazem najdłuższy reportaż.

Mike Urbaniak jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów", weekendowego magazynu Gazeta.pl i felietonistą magazynu "Vogue".  

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (20)
Zaloguj się
  • kolejne.lewackie.konto

    Oceniono 10 razy 6

    Ubóstwiam "Przypadek" , dokumenty np. Z punktu widzenia nocnego portiera - genialne, ale potem to kicz i Coehlo, mistyka dla ubogich.

  • stary71

    Oceniono 10 razy 6

    Ciekawa rozmowa. Powiedziałbym - normalna. Chyba warto przeczytać książkę.

  • Danuta Bartol

    Oceniono 2 razy 2

    Krzysztof Kieslowski dwukrotnie byl gosciem Uniwersytetu w Nancy. Powazny, skupiony na tym co mowi i sluchany z przez wszystkich z uwaga. Zapamietalam wowczas zdanie jednego z francuskich profesorow, ktorzy nie znali jego poskiej tworczosci :" Dla nas on jest nasz (francuski)".

  • pcat

    Oceniono 1 raz 1

    Dekalog I - zawsze jak oglądam to chodzą mi ciary po plecach. Nieuchronność tragedii, muzyka i to blokowisko - brzydkie, nijakie, zimne i nieprzyjazne.
    Trzy kolory Biały - nie potrafię wytłumaczyć dlaczego mógłbym oglądać ten film codziennie.

  • adin_null_adin

    Oceniono 6 razy 0

    IDF-u by tak nie oszukał.

  • apollo1966

    Oceniono 21 razy -3

    Od początku kariery kręcił świetne filmy dokumentalne, potem znakomite fabularne ("Personel", "Spokój", "Amator"), a na koniec infantylne "traktaty" z cyklu "Trzy kolory". Ciekawe, że właśnie te pretensjonalne ostatnie filmy zyskały tak wielkie uznanie za granicą. Jeszcze ciekawsze, jak taki mądry człowiek i wybitny reżyser mógł zrobić tak słabe filmy. To jest największa tajemnica Krzysztofa Kieślowskiego.

  • poznan56

    Oceniono 13 razy -9

    Czy ta pani spotkala kiedykolwiek Kieslowskiego? Czy rozmawiala z nim?

  • aleros1

    Oceniono 20 razy -18

    A co to za osiągnięcie nie jeść10 dni? łatwizna. 40 dni, to jest coś.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX