Animacja 'Jeszcze dzień z życia' będzie miała polską premierę 2 listopada 2018 r.

Animacja 'Jeszcze dzień z życia' będzie miała polską premierę 2 listopada 2018 r. (fot. Maciej Zienkiewicz / AG)

ludzie

"Jeszcze dzień życia", czyli co wolno dziennikarzowi?

Animowany film "Jeszcze dzień życia" o pobycie Ryszarda Kapuścińskiego w ogarniętej wojną Angoli jest kolejną odsłoną debaty na temat dziennikarstwa. "Jeszcze dzień życia" można oglądać na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, który rozpoczyna się 17 września w Gdyni.

Polski reporter siedzi przez teleksem, zastanawia się, co odpowiedzieć. Przed chwilą poinformował Polską Agencję Prasową, że wojska Republiki Południowej Afryki wkroczyły do owładniętej wojną domową Angoli. Wsparły bojówki walczące z socjalistyczną MPLA (Movimento Popular de Libertaç?o de Angola - Partido do Trabalho, czyli Ludowy Ruch Wyzwolenia Angoli - Partia Pracy). To na terytoriach przez nią kontrolowanych pracuje Kapuściński.

Od początku jest jasne, że MPLA bez wsparcia nie poradzi sobie z regularną armią RPA, za którą stoją Stany Zjednoczone. Kapuściński tylko co wrócił z angolskiego frontu, gdzie widział jej atak na własne oczy. Nie od razu relacjonuje to PAP-owi. Najpierw opowiada, co tam zobaczył, w sztabie, w którym znajdują się Kubańczycy. Skąd Kubańczycy w afrykańskiej Angoli? Postanowili pomóc swoim braciom i siostrom - ideologicznym i etnicznym, bo wielu niewolników i wiele niewolnic, których na Kubę sprowadzali Hiszpanie, pochodziło właśnie z Angoli. Kuba wysłała sprzęt i ludzi, by pomóc MPLA. Jeden z Kubańczyków wprost mówi Kapuścińskiemu, żeby nikomu nie wspominał o ich obecności.

Tymczasem PAP przez teleks dopytuje, czy MPLA została wsparta przez Kubę lub Związek Radziecki. Kapuściński długo się waha nad odpowiedzią. W filmie pokazane jest, że stoi przy nim jego towarzysz podróży - miejscowy dziennikarz i jednocześnie bojownik Artur Queiroz. Oni dwaj są jedynymi dziennikarzami, którzy wiedzą, że Kubańczycy wysłali wojska do Angoli. Queiroz mówi Kapuścińskiemu, że nie może o tym pisać. Jeśli informacja stanie się publiczna, sprowokuje reakcję Zachodu, a tym samym porażkę MPLA. Kapuściński długo zastanawia się, co ma odpowiedzieć Warszawie.

"Jeszcze dzień życia"

Ten dylemat został postawiony także przed widzami filmu "Jeszcze dzień życia". Jest on produkcją animowaną z elementami dokumentu, opartą na książce Kapuścińskiego pod takim samym tytułem. Została ona opublikowana w 1976 roku i uznawana jest za pierwszą, w której Kapuściński objawił się jako pisarz. To przełom w jego twórczości, ale też w pewnym sensie zerwanie z dziennikarstwem. Pisarz zdecydowanie większy nacisk położył w niej na wątki literackie niż reporterskie. Traktował ją bardzo osobiście. Udało mu się uchwycić procesy zachodzące w kraju, który jest owładnięty wojennym chaosem, i emocje, które targają jego mieszkańcami; stworzyć opowieść uniwersalną, bo choć jest osadzona w konkretnych wydarzeniach, po latach nie traci na aktualności.

Powstały na jej podstawie film "Jeszcze dzień życia" to koprodukcja polsko-hiszpańsko-belgijsko-niemiecko-węgierska w reżyserii Raula de Fuente i Damiana Nenowa. Animacja opowiada o losach reportera Ryszarda Kapuścińskiego, pisarza światowej sławy, który zmarł w 2007 roku. Oglądamy go, gdy przebywa w Luandzie, stolicy Angoli, w której rozpoczyna się wojna domowa. Konflikt potrwa aż do 2002 roku. Pochłonie przynajmniej pół miliona ofiar, a ponad jedna trzecia populacji 13-milionowego kraju będzie musiała opuścić swoje domy.

Książka 'Jeden dzień z życia' została opublikowana w 1976 roku i uznawana jest za pierwszą, w której Kapuściński objawił się jako pisarz (mat. prasowe Next Film)
Książka 'Jeden dzień z życia' została opublikowana w 1976 roku i uznawana jest za pierwszą, w której Kapuściński objawił się jako pisarz (mat. prasowe Next Film)

Światowa premiera filmu "Jeszcze dzień życia" odbyła się na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes w 2018 roku. Z kolei w Polsce pierwsi widzowie mogli obejrzeć go na festiwalu Nowe Horyzonty. Następny pokaz odbędzie się w trakcie Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (17-22 września).

Prace nad filmem trwały 10 lat, a premiera była wielokrotnie przekładana. Jednak oczekiwanie się opłaciło. Animacje są imponujące. Pięknej wizualizacji doczekała się na przykład scena, w której Portugalczycy mieszkający w Angoli w pośpiechu pakują wszystko, co posiadają, do drewnianych skrzyń. Animacje dobrze też komponują się z elementami dokumentalnymi, które wzbogacają je o niezbędny kontekst. Twórcy filmu, żonglując między fikcją (obrazy pojawiające się w głowie autora) a dokumentem (wywiady z bohaterami książki) - nie wiem, czy do końca świadomie - trafiają w sedno kontrowersji wokół tekstów Kapuścińskiego.

Jednocześnie najsłabszym punktem filmu wydaje się być zbyt duże postawienie akcentu na postać samego Kapuścińskiego, z którego zrobiono poszukiwacza przygód w typie Indiany Jonesa. A jednocześnie nie poruszono najbardziej kontrowersyjnej kwestii z życia "awanturnika": Kapuściński przyznawał się, że strzelał w Angoli.

Brak głębi w budowaniu postaci reportera twórcy filmu nadrobili, stawiając w nim niełatwe pytania, w tym to najważniejsze: co wolno dziennikarzowi?

Twórcy animacji 'Jeden dzień z życia' zadają ważne pytania na temat rzetelnego dziennikarstwa (mat. prasowe Next Film)
Twórcy animacji 'Jeden dzień z życia' zadają ważne pytania na temat rzetelnego dziennikarstwa (mat. prasowe Next Film)

Gdzie w tym wszystkim prawda?

Dziennikarz Artur Domosławski w 600-stronicowej biografii "Kapuściński. Non-fiction" poświęca cały rozdział "poprawianiu" rzeczywistości przez Kapuścińskiego. Przytacza tam słowa dziennikarza Wojciecha Giełżyńskiego, który najwięcej "poprawek" doszukał się właśnie w książce "Jeszcze dzień życia", wśród obszernych literackich obserwacji codzienności. Pisze Domosławski o Giełżyńskim: "Mówi, że rozmawiał o nich z Kapuścińskim, a ten zazwyczaj milcząco potwierdzał, raz czy dwa zaprotestował, na koniec dodał: - Jeszcze paru nie odkryłeś".

Giełżyński powraca do "Jeszcze dzień życia" przy okazji recenzji jednej z najbardziej znanych książek Kapuścińskiego - "Cesarza". Tekst ukazał się w "Nowych Książkach" w 1978 roku (można też go przeczytać tutaj). Dziennikarz bardzo pochlebnie wypowiada się o twórczości Kapuścińskiego: "Recenzowanie i reklamowanie tej książki jest przeto zbędne, bo i tak, nim słowa te ukażą się, w księgarniach już jej nie będzie".  Długo rozwodzi się nad tym, kim jest Kapuściński - pisarzem czy reporterem prasowym. Twierdzi, że tak błyskotliwy dziennikarz nie może rezygnować z rzetelnego opisu i interpretacji świata na rzecz "bezpiecznej literackości"; ignorowania rzeczywistości na rzecz własnych emocji. Giełżyński pisze: "Czytelnicy i krytycy okrzyczeli tę książkę ["Jeszcze dzień życia"- przyp. red.], która była poniekąd unikiem, za najdoskonalsze dzieło Kapuścińskiego - nie bez racji zresztą, jeśli mowa o pisarskim warsztacie. Tylko że jako dokument była to książka chybiona".

Podejście Kapuścińskiego do faktów odcisnęło piętno na współczesnym polskim reportażu. Ożywiona dyskusja o tym, gdzie leży prawda, wybuchła właśnie po przełomowej biografii "Kapuściński. Non-fiction". Od tego czasu powraca pytanie, czy istnieje głębsza prawda, na rzecz której można poświęcić fakty lub choć je trochę "zmiękczyć". Jak w większości takich przypadków bywa, debata nie doczekała się definitywnego rozstrzygnięcia. Wydaje się jednak, że od czasu ukazania się biografii dużo uważniej śledzone są odstępstwa dziennikarzy od faktów - przez czytelników, pisma branżowe i niektóre redakcje. Dzisiaj pomaga też w tym internet, a wraz z nim dużo łatwiejszy dostęp do informacji z całego świata. "Poprawianie" może zostać szybko wykryte.

Od pojawienia się na rynku książki 'Kapuściński. Non-fiction' powraca pytanie, czy istnieje głębsza prawda, na rzecz której można poświęcić fakty lub choć je trochę 'zmiękczyć' (fot. Maciej Zienkiewicz / AG)
Od pojawienia się na rynku książki 'Kapuściński. Non-fiction' powraca pytanie, czy istnieje głębsza prawda, na rzecz której można poświęcić fakty lub choć je trochę 'zmiękczyć' (fot. Maciej Zienkiewicz / AG)

Dziennikarska samowolka

Tego tematu reżyserzy nie podjęli w swoim filmie, ale za to znacznie mocniej niż w książce zaakcentowali wątek zaangażowania Kapuścińskiego. Szczególnym wyrazem tego jest scena z Kubańczykami. Jaką decyzję powinien podjąć Kapuściński? W filmie nie ma na to odpowiedzi, szkoda jednak, że zabrakło przy tym detali, które pomogłyby wczuć się w dylemat reportera. Chociażby ten podstawowy: czy powiedzenie opinii publicznej, że Kuba zaangażowała się w konflikt, zagrażałoby jego życiu? Niemniej ten temat jest bardzo ważny, bo dużo mniej przepracowany niż "głębia" prawdy reportażu.

Kapuściński nigdy nie unikał zaangażowania. Jednoznacznie stawiał się po stronie biednych i wykluczonych. Podkreślał wielokrotnie, że świat nie dzieli się na Wschód i Zachód, a w pierwszej kolejności na bogatą Północ i biedne Południe. W swoich książkach dawał głos tym, którzy na co dzień go nie mieli.

Z tych powodów pisarz ewidentnie sympatyzuje z MPLA. Nie wydaje się, że ma na to wpływ fakt, że jest z Polski, wówczas części bloku wschodniego. Związek Radziecki zignorował przecież angolską socjalistyczną bojówkę, dlatego musiała zainterweniować Kuba. Po latach Queiroz w rozmowie z reżyserem Raulem de Fuentem stwierdza, że Kapuściński był bojownikiem o ich sprawę. Wcielania się w taką rolę Kapuściński nigdy nie odrzucał, co więcej - twierdził nawet, że w przypadku relacjonowania konfliktów zbrojnych obiektywizm bywa szkodliwy. A Domosławski tak relacjonuje zapis warsztatów dziennikarskich w Meksyku: Kapu nie wierzy w obiektywizm. Formalny obiektywizm w sytuacjach konfliktów może nieść nawet dezinformację. Najwięksi reporterzy, tacy jak Orwell czy Garcia Márquez, zawsze uprawiali "dziennikarstwo z intencją", które "walczy o jakąś sprawę".

Mimo wyraźnych sympatii i całego bagażu, który wiązał się z byciem dziennikarzem w niedemokratycznym państwie, Kapuściński wydaje się być bardziej subtelny w swoim zaangażowaniu niż wielu współczesnych dziennikarzy. Nie wiąże się ono u niego z konkretnymi barwami partyjnymi i zabieraniem głosu w tonie "my" kontra "oni". W takich podziałach nie ma miejsca na zrozumienie. Jest tylko przestrzeń na okopywanie się na swoich pozycjach, byle tylko nie ustąpić nawet o krok.

Kapuściński nigdy nie unikał zaangażowania. Jednoznacznie stawiał się po stronie biednych i wykluczonych (fot. Piotr Wójcik / AG)
Kapuściński nigdy nie unikał zaangażowania. Jednoznacznie stawiał się po stronie biednych i wykluczonych (fot. Piotr Wójcik / AG)

Ostatnią odsłonę tego sporu widać było po tekście Rafała Wosia na łamach Gazety.pl o tym, że lewica powinna współpracować z Prawem i Sprawiedliwością. Zawrzało na łamach gazet i portali, użytkownicy mediów społecznościowych toczyli zażarte debaty. Wywołana burza w szklance wody (w końcu jak na razie nie ma żadnej lewicy, która z kimś mogłaby zawierać sojusze) została potraktowana niesamowicie osobiście przez dziennikarzy. Słowo "my", w którym zawierałby się dziennikarz i jakieś spektrum polityczne, padło bardzo wiele razy.

Warto, by film stał się przyczynkiem do dyskusji na ten temat, bo 1989 rok mimo zmiany systemowej nie wywołał dyskusji na temat tego, jaką rolę ma pełnić dziennikarz, jaki wpływ ma na kształtowanie rzeczywistości i jak z tego wpływu powinien korzystać. Jak dawniej wciąż jesteśmy "my" i są "oni". Możliwe, że w dyskusji o twórczości Kapuścińskiego najmniej pochylono się nad tym, na kogo on zwracał uwagę najbardziej, szczerze się nim interesując i nie okazując mu wrogości. Mianowicie Innego niż "my".

***

Przy pracy nad tekstem korzystałem z: A. Domosławski, Kapuściński. Non-fiction (Wydawnictwo Wielka Litera), R. Kapuściński, Jeszcze dzień życia (Wydawnictwo Czytelnik) i archiwum strony kapuscinski.info.

Jeszcze dzień życia, reżyseria Damian Nenow, Raul de Fuente, Polska, Hiszpania, Belgia, Niemcy 2017, 85 minut. Dystrybucja: Next Film

***

Tydzień na Gazeta.pl. Tych materiałów nie możesz przegapić! SPRAWDŹ

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Paweł Pieniążek. Dziennikarz. Relacjonował protesty na kijowskim Majdanie, wojny w Donbasie, Iraku i Syrii, a także kryzys uchodźczy. Autor książek "Wojna, która nas zmieniła" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017), za którą został nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak, i "Pozdrowienia z Noworosji" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2015), która w listopadzie ukaże się w Stanach Zjednoczonych. W 2014 roku za relacje z Ukrainy został nominowany do nagrody MediaTory.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (23)
Zaloguj się
  • topoco

    Oceniono 8 razy 4

    "Związek Radziecki zignorował przecież angolską socjalistyczną bojówkę, dlatego musiała zainterweniować Kuba"
    Sowieccy oficerowie byli tam na wczasach i tylko dla zabawy w wolnych chwilach dowodzili. Breżniew o niczym nie wiedział i tylko Kapu znał prawdę. A może to ON dowodził??

  • vandermerwe

    Oceniono 10 razy 4

    Jeli ktos zna dokladniej bieg zdarzen konfliktu w Angoli w polowie lat 70-tych to dosyc latwo zorientuje sie w fantazjach Kapuscinskiego. Niektore z opisanych zdarzen to zwykle zmyslenia, inne to opis zdarzen po wielokrotnym odbiciu w lustrach propagandy. Momentami ma sie watpliwosci czy Autor byl tam, gdzie twierdzi, ze byl. Jesli zas byl to chyba nie w czasie zdarzen. To jest zasadniczy problem tego utwory, na ktory powoluja sie inni jako opis rzeczywistych zdarzen naocznego swiadka.

  • ale.sobie.konto.wymyslilem

    Oceniono 5 razy 3

    Gdzie przebiega granica między 'dziennikarstwem zaangażowanym' a fake newsami?

  • tpdlagier

    Oceniono 4 razy 2

    Większość osób krytykujących lub w jednostronnie negatywny sposób analizujących twórczość Kapuścińskiego, nigdy nie miała w rękach ani jednej jego książki, ani jedno reportażu. Nie mówiąc już o przeczytaniu czegokolwiek ze zrozumieniem, a tym bardziej ze zrozumieniem okoliczności historycznych.

  • ubudubu4

    Oceniono 14 razy 2

    Dziennikarz-manipulator zaangażowany......taki był Kapuściński i teraz jest taka większość redakcji.
    A z prawdą i obiektywnością nie ma to nic wspólnego.....

  • losiu4

    Oceniono 1 raz 1

    Kuba była tam "chłopcem na posyłki" Wielkiego Brata. Wiadomo którego. Jak się słyszy słowa "wyzwolenie", "zrzucenie kajdanów" czy inne "wprowadzanie socjalizmu" od razu słychać klekot kałachów i wizg pocisków z RPGów. A jak się kończy gdy "wyzwoleńcze" bojówki zwyciężają? Ano jak zawsze, począwszy od oświeceniowych mroków - masowymi mordami niewinnych, nędzą i innymi lewackimi wynalazkami.

    Pozdrawiam

    Losiu

  • e50504

    Oceniono 11 razy 1

    Problemem współczesnych dziennikarzy-reportażystów zdaje się być głównie nowa rzeczywistość do której nie potrafią się dostosować. Jeszcze te 30, 40 lat temu, przed rewolucją internetu, można było mówić o czymś takim jak zawód - "podróżnik".
    Dzisiaj atrakcje te, jeszcze do niedawna opisywane tylko przez najbardziej wytrwałych poszukiwaczy przygód, dostępne są dla KAŻDEGO kto posiada trochę pieniędzy i wolnego czasu. W maju 2014 roku pobito rekord - na Mount Everest znalazło się jednego dnia prawie 250 osób i ustawiano sobie kolejkę do selfie na szczycie.

    Dziennikarze, czy też dziennikarze-reportażyści, źle rozpoznali zmieniający się świat i zamiast dostosować się stylem, wybrali drogę pseudointelektualizmu i fałszywej metafizyki. Zmienili się w coś w rodzaju szamanów, którzy już nie "widzą", ale bardziej "czują" i starają się opisywać "wędrówkę swojej duszy", najczęściej zresztą podczas odgrywanych za pieniądze scenek dla turystów. W większości przypadków ci ludzie nie mają żadnej wiedzy na temat historii i regionu w którym przebywają, do tego dochodzą straszne braki warsztatowe. Pamiętacie Hugo Badera, tego co się czarną farbą pomalował xD Próbowaliście przeczytać jakieś jego "dzieło"? Udało wam się przebrnąć przez więcej niż 10 stron tego gimnazjalnego języka naszpikowanego przekleństwami? Przecież gdyby ten koleś wystartował teraz a nie przed erą internetu, automatycznie stałby się bohaterem memów xD

    Kapuściński na "literackości" też stracił. Miał jakiś warsztat ale nadal nie była to pierwsza liga. Nawet takiemu autorytetowi zmiana nie przyszła łatwo.

    A Domosławski? Dno dna. Nigdy w życiu nie czytałem lub nie słuyszałem czegoś wartościowego z jego ust, a wszyscy wiedzą że zdradą i podstępem podszedł pana Kapuścińskiego i jego rodzinę, po to tylko żeby dla atencji i pieniędzy napisać paszkwila. Zenada.

    wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114881,21890942,domoslawski-komunistyczna-polska-umiala-sie-zachowac-wobec.html - tutaj próbka beki, polecam xD

  • byann

    Oceniono 8 razy -2

    Pisze Domosławski o Giełżyńskim
    Pisze kupa o gó...e.
    Poprawianie? Przy dzisiejszych kłamstwach waszego szmatławca to jest zabawa w piskownicy,

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX