Hubert Filipiak, sadownik z Rembertowa pod Warszawą

Hubert Filipiak, sadownik z Rembertowa pod Warszawą (fot: Ewa Jankowska)

społeczeństwo

Żywność ekologiczna jest tak droga, bo... nie pochodzi od polskich rolników. 'Przejście na eko wymaga odwagi'

- Przecież to się nie uda bez chemii - mówili znajomi sadownicy, kiedy informowałem, że chcę przejść na rolnictwo ekologiczne. Żeby to zrobić, trzeba mieć sporo odwagi - opowiada Hubert Filipiak, sadownik prowadzący Ekologiczne Gospodarstwo Sadownicze "Ekojabłonka" w Rembertowie pod Warszawą.

Gospodarstwo 37-letniego Huberta ma 17 hektarów i dokładnie 156 lat. Wcześniej na tej samej ziemi pracował jego ojciec, dziadek, pradziadek i prapradziadek. Ten olbrzymi teren przejmował zawsze męski potomek, gospodarstwo nigdy nie zostało podzielone. Dziś rośnie tu około 35 tysięcy jabłoni, grusz i czereśni.

Ostatni raz byłam tu trzy lata temu. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Może z wyjątkiem tego, że Hubert wciąż ma dredy i ten błysk w oku, gdy zaczyna opowiadać o swojej pracy. Dziś rozmawiamy już nie w domu jego ojca, lecz w jego własnym, gdzie Hubert wprowadził się wraz z żoną Martą i synkiem Adasiem ponad dwa lata temu. Małżeństwo spodziewa się kolejnego potomka, za miesiąc Adaś będzie miał siostrzyczkę. To jednak nie koniec ważnych zmian u Huberta. Mimo że jego gospodarstwo na pierwszy rzut oka wygląda prawie identycznie, funkcjonuje już na zupełnie innych zasadach.

Sad Huberta (fot: Ewa Jankowska)
Sad Huberta (fot: Ewa Jankowska)

- Gdy przeczytałem twój artykuł sprzed trzech lat, aż się roześmiałem. Zarzekałem się, że przechodzenie na rolnictwo ekologiczne nie ma większego sensu - mówi Hubert. Sadownik przekonywał mnie wtedy, że ekoowoc jest brzydszy i mniejszy, "ma robaka", którego nie wypleniły środki chemiczne, i przede wszystkim jest dużo droższy niż owoc zwykły. To wszystko sprawia, że mało kto chce go kupić. Dziś gospodarstwo Huberta w całości funkcjonuje bez chemii i daje owoc najzdrowszy z możliwych.

Koszty

Dlaczego Hubert postanowił przeprowadzić rewolucję w swoim sadzie? - Wszystko zmieniło się, gdy 7 lipca 2014 roku Wladimir Putin wprowadził embargo na żywność z Zachodu, w tym na polskie jabłka, w odpowiedzi na nałożone przez Unię Europejską sankcje gospodarcze [ich celem było powstrzymanie rosyjskiej agresji wobec Ukrainy, embargo w dalszym ciągu obowiązuje - przyp. red.] - zaczyna opowieść. 

1/3 produkcji jabłek w Polsce była wtedy wysyłana za granicę, z czego do samej Rosji - nawet 75 proc. To, co Hubert i inni sadownicy mogli zrobić po wprowadzeniu embarga, to obniżyć ceny jabłek i sprzedać je na rynkach już zagospodarowanych, ale przez to oscylowaliby cały czas na granicy opłacalności produkcji. Albo - zdobyć nowe, rozwijające się rynki. Dziś, zamiast do Rosji, polski sadownik sprzedaje więc swoje owoce do krajów Unii Europejskiej, ale i do Egiptu, Dubaju, krajów Azji Mniejszej, Indii i Chin. - Udaje się już wyeksportować podobną ilość jabłek, co z czasów sprzed embarga. Nie są to jednak, przynajmniej na razie, ilości rozwiązujące problem nadprodukcji w Polsce - stwierdza.

Jego zdaniem, w kolejnych latach w polskim sadownictwie może być jeszcze gorzej. Jabłek mimo złej koniunktury, będzie przybywać. - Sady to inwestycje długofalowe. Przed wprowadzeniem embarga producenci systematycznie zwiększali ilości nasadzeń i one dopiero teraz będą wchodzić w fazę pełnego owocowania - mówi Hubert. O ile przed embargiem plony były na poziomie 3,5 - 3,8 mln ton rocznie i to już było naprawdę dużo, to w tym roku ich poziom szacuje się na ok. 4,5 - 5 mln. - Jeśli te przewidywania się sprawdzą, Polska prześcignie Stany Zjednoczone i będzie drugim, po Chinach, największym na świecie producentem jabłek. Jakbyśmy mogli sprzedawać nasze jabłka do Rosji, to sytuacja byłaby opanowana. Ale nie możemy - przekonuje Hubert. Do tego spożycie jabłek w naszym kraju spada. W latach 80. spożycie wyniosło 25 kg na mieszkańca, dziś jest to zaledwie 12 kg. - Boję się, że w pewnym momencie rynek nasyci się do tego stopnia, że nie będziemy mieli gdzie sprzedać naszych owoców - dodaje. Taka niekorzystna sytuacja może potrwać kilka lat. A Hubert, jak mówi, nie ma ochoty ciężko pracować i na końcu wychodzić na zero.

Czerwone jabłka eko (fot: Ewa Jankowska)
Czerwone jabłka eko (fot: Ewa Jankowska)

Więcej kosztów, niższe ceny

Sytuację sadowników pogarszają też dramatycznie niskie ceny owoców przeznaczanych na przetwórstwo. To, czego nie udało się sprzedać za granicę, skupował przemysł przetwórczy [jabłka, z których robi się koncentraty, a z nich np. soki - przyp. red.]. Ale w tym roku owoce przeznaczone na przemysł są tanie. - Produkcja takiego jabłka to koszt 0,35-0,40 zł, w ubiegłym roku, kiedy były przymrozki i niskie plony, przetwórnie były w stanie zapłacić za takie jabłko nawet 0,90 zł. W tym roku, gdy plony są obfite, cena za owoc nie przekracza 0,13-0,15 zł, czyli znacznie poniżej opłacalności produkcji - wyjaśnia Hubert.

Sadownik staje więc przed dylematem - czy sprzedać owoc za tak niską cenę, czy w ogóle owocu nie zrywać. Jak wyjaśnia Hubert, jeśli wszyscy solidarnie wybraliby drugie wyjście, to może udałoby się wywalczyć w przetwórniach wyższe ceny. Niestety, niektórzy wychodzą z założenia, że skoro i tak mają ten owoc na drzewie, to sprzedadzą go w cenie, jaka jest oferowana. Bo potrzebują gotówki, mają kredyty, muszą utrzymać rodzinę. - Jeśli w tych cenach przetwórnie i tak dostają owoc, po co mają je podwyższać? - stwierdza Hubert. - Od lat istnieje też podejrzenie, że przetwórnie, w ogromnej większości będące w posiadaniu obcego kapitału, dogadują się ze sobą i wspólnie ustalają ceny. Dochodzi do zmowy cenowej bijącej w polskich sadowników, a państwo nic z tym nie robi - dodaje.

Sadowników uderzają też po kieszeni rosnące koszty zatrudniania pracowników do zbierania owoców. - Bezrobocie mocno spadło, i o ile w ciągu ostatnich lat "ratowali nas" Ukraińcy, to dzisiaj i oni zaczynają szukać pracy poza rolnictwem - mówi Hubert. Praca przy zbiorach jest dość ciężka - każdy, jeśli ma możliwość, woli posiedzieć za kasą w sklepie niż w chłodny deszczowy dzień zbierać owoce. Sadownicy muszą przebijać inne oferty. - W tym roku na zbiorach czereśni niektórzy zarabiali u mnie nawet 4,5 tys. zł na rękę miesięcznie. Zastanawiam się, czy ja zarobiłem więcej niż oni - dodaje po chwili.

Wyjście z impasu

Sad to jedyne źródło dochodu Huberta. Zaczął się więc zastanawiać, co zrobić, żeby znowu zaczął przynosić mu zysk. - Mógłbym go wyciąć i zacząć uprawiać coś bardziej dochodowego, powiedzmy. marchewkę - zastanawia się. Jednak samo usunięcie sadu i przygotowanie ziemi pod uprawę innych roślin kosztuje krocie. - Doszedłem do wniosku, że wyjściem z impasu może być ekologia - opowiada.

Dlaczego? - Owoce ekologiczne są sporo droższe, a trend, aby jeść zdrową żywność, staje się coraz bardziej popularny. Teoretycznie nie powinno być problemów ze sprzedażą takich owoców - przekonuje. Ekożywność nie jest już, jak mówi, wyłącznie domeną małych gospodarstw - w Europie powstaje coraz więcej dużych, profesjonalnych ekosadów, by sprostać rosnącemu zapotrzebowaniu na ekoowoce. - Niby proste, więc dlaczego w Polsce produkuje się zaledwie kilkadziesiąt tysięcy ton jabłek eko w porównaniu z 5 milionami ton jabłek konwencjonalnych? - pyta ironicznie Hubert.

Biurokracja

Niska popularność rolnictwa ekologicznego w Polsce wiąże się m.in. z małą ilością środków pochodzenia naturalnego, które są dopuszczone do stosowania w rolnictwie ekologicznym. To dzięki nim bez użycia chemii można np. wyprodukować jabłko bez tzw. "robaka". Dla porównania - w Niemczech czy Włoszech takich środków pochodzenia naturalnego jest zarejestrowanych ponad 200, w Polsce jedynie 45.

Sad Huberta (fot: Ewa Jankowska)
Sad Huberta (fot: Ewa Jankowska)

Polskich sadowników do przechodzenia na rolnictwo ekologiczne zniechęcają także szczegółowe kontrole przeprowadzane przez kilka instytucji. Żeby przejść na eko, trzeba zdobyć certyfikat, który wydaje jedna z 12 firm certyfikujących. Jednostka ta co roku przeprowadza obowiązkową kontrolę  i sprawdza m.in., czy w owocach są pozostałości niedozwolonych substancji chemicznych. Jest ich ok. 700! Jednostkę certyfikującą nadzoruje inna instytucja - Wojewódzki Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, który również w każdej chwili może odwiedzić gospodarstwo Huberta.

Kolejna kwestia: papierologia. Rolnik musi odnotować każdy wyjazd do sadu i dokładnie opisać, co zrobił - czy pojechał skosić trawę, czy zastosował jakiś środek, a jeśli tak, to wyjaśnić, dlaczego to zrobił, załączyć fakturę zakupu środka, napisać, czy go zużył w całości, a jak nie, to wpisać jego stan magazynowy. - Muszę odnotować każdy zerwany w sadzie kilogram owoców, podać, gdzie został przewieziony, kiedy wyjechał z magazynu i dokąd został przetransportowany - wymienia Hubert.

Jest jednak coś jeszcze gorszego od biurokracji. Mimo że jego owoce nie mają śladu chemii, nie może ich jeszcze sprzedawać jako ekologiczne. - Procedura uzyskania finalnego certyfikatu ekologicznego trwa kilka lat - kwituje Hubert.

"Eko" w cenie zwykłego

Takie zasady obowiązują  w całej Unii Europejskiej. Muszą minąć trzy lata od momentu przejścia na ekologiczną produkcję, zanim owoce będzie można oznaczać słynnym zielonym listkiem. Skąd się to wzięło? W teorii w sadzie, w którym wcześniej stosowano metody konwencjonalne, mogą zalegać resztki środków chemicznych. Żeby owoce mogły być sprzedawane jako eko, ziemia i drzewo muszą się z nich całkiem oczyścić. - Co jest swego rodzaju absurdem, bo sprzedajemy owoce, nie ziemię, a tegoroczne badania laboratoryjne wykazały, że w moich owocach  nie ma śladu chemii - stwierdza Hubert.

W tej sytuacji Hubert musi założyć, że przeżyje jeszcze dwa lata, mając większe koszty niż dochody. Większość firm nie kupi od niego owoców ekologicznych bez zielonego listka. Taki towar nie może również pojawić się na półce z żywnością eko w markecie, Hubert nie może go też wysłać na eksport jako eko. - Jeśli nie uda mi się sprzedać go drożej jako owocu eko, muszę oddać go do firm handlujących zwykłymi, pryskanymi owocami - mówi.

Hubert kombinuje więc na wszelkie sposoby, jak na swoim czystym owocu zarobić więcej. Ratunkiem mogą być firmy produkujące jedzenie dla niemowląt, dla których kryterium zakupu owoców są szczegółowe badania laboratoryjne, nie certyfikaty.

Inną opcją jest rozwijanie sprzedaży bezpośredniej, np. poprzez współpracę z tzw. kooperatywami zakupowymi. W tej chwili Hubert należy do ośmiu takich kooperatyw, każda liczy od kilkudziesięciu do 200 osób, ich członkowie komunikują się na Facebooku. To ludzie, którzy są zainteresowani kupowaniem zdrowej żywności - owoców, jajek, mięsa - bezpośrednio od zaufanych producentów. - Przez tydzień zbieram zamówienia od tych osób i w wybrany dzień jeżdżę w umówione miejsca, by wydać im towar - tłumaczy Hubert. Przyznaje, że nie są to ilości, które zapewnią byt jemu i jego rodzinie, ale od czegoś trzeba zacząć. - Sprzedaję swoje jabłka w detalu, czyli mam z tego kilka razy więcej, niż jakbym sprzedał je w zwykłym hurcie, a moi klienci mogą kupić owoc bez chemii w cenie zwykłych jabłek sklepowych - wyjaśnia.

Czerwone jabłka eko (fot: Ewa Jankowska)
Czerwone jabłka eko (fot: Ewa Jankowska)

Trzeba mieć sporo odwagi

Idziemy z Hubertem do sadu. Gdy byłam tu ostatnio, był późny październik, na drzewach rosły duże, czerwone jabłka. W większości "bez robaka". Dziś tych nadgryzionych przez gąsienicę jest trochę więcej, te czyste i już dojrzałe niczym się jednak nie różnią od jabłek potraktowanych chemią - są równie duże, zarumienione.  Podczas spaceru Hubert tłumaczy, że ciężko robić "ekologię" bez współpracy sąsiadów. - Nawet nieświadomie mogą zanieczyścić ci owoce, wykonując zabiegi chemiczne na swojej działce - podkreśla. Wielu rolników, z którymi rozmawia, nie wierzy, że inwestycja w eko się opłaci. - Przecież to się nie uda bez chemii - mówili mi znajomi sadownicy, gdy dwa lata temu opowiadałem im, że chcę przejść na rolnictwo ekologiczne - relacjonuje Hubert. Bo żeby to zrobić, trzeba mieć sporo odwagi, zapomnieć o tym, co robiło się przez ostatnich kilkadziesiąt lat, i uczyć się produkcji od zera. Hubertowi udało się przekonać do ekorolnictwa dwie rodziny.

Według sadownika chemia zaburza wszystkie naturalne procesy. - Świetnie jest obserwować, jak natura oczyszcza się z niej i sama zaczyna się regulować - opowiada. I podaje przykład mszyc, które w rolnictwie konwencjonalnym, gdy tylko się pojawią, od razu zabijane są chemią. W rolnictwie ekologicznym nie można tego robić. Obawa, że mszyce zjedzą cały plon, często zniechęca rolników do ekoupraw. W sadzie Huberta mszyce pojawiają się, ale nie przechodzą na wszystkie drzewa, i po tygodniu znikają, bo. zjadają je biedronki, które w rolnictwie konwencjonalnym są nieliczne, ponieważ nie mają czym się wyżywić. - Wiadomo, że nie wszystkie drzewa uda się uratować i ten plon na końcu będzie mniejszy, ale będą to straty rzędu kilku, kilkunastu procent, nie kilkudziesięciu - podkreśla sadownik.

Jabłko z 'robakiem' (fot: Ewa Jankowska)
Jabłko z 'robakiem' (fot: Ewa Jankowska)

Ekosposób na "robaka"
W systemie konwencjonalnym łatwiej jest uzyskać czysty owoc, ponieważ motyle składające jaja w owocach, z których potem wykluwa się gąsienica, czyli nasz "robak", zabija się chemią. W rolnictwie ekologicznym jest to zabronione, ale także certyfikowani sadownicy walczą z motylem. Do drzewek przytwierdzają tzw. feromonowe blokery, które sprawiają, że nie dochodzi do zapłodnienia samicy motyla. Samiec poszukujący samicy za pomocą zmysłu węchu dostaje w sadzie mętliku i w końcu tej samicy nie znajduje. Nie dochodzi więc do zapłodnienia, nie ma jaja, nie ma gąsienicy, nie ma robaczywego jabłka. Skuteczność tej metody jest oczywiście niższa niż w przypadku chemii.

Może być taniej

Hubert jest przekonany, że gdyby rolnictwo ekologiczne w Polsce było robione na większą skalę, ceny żywności eko w sklepach znacząco by spadły. Żywność ekologiczna, która jest w dyskontach, nie pochodzi od polskich rolników. Jabłka są m.in. sprowadzane z Włoch, bo polskie gospodarstwa ekologiczne są za małe, żeby nasycić krajowy rynek eko, zwłaszcza ten na poziomie dużych marketów. Wyprodukowanie takich owoców jest droższe, ale jeśli dodamy do tego jeszcze koszty związane ze sprowadzeniem ich z zagranicy, na półce mamy cenę, która skutecznie zniechęca klientów do częstych zakupów.

Na koniec pytam Huberta, czy stresuje go rewolucja w jego gospodarstwie. - Jasne. Wszystko jest dla mnie nowe i nie wiem, jaki będzie finalny efekt tych zmian. Ale w końcu robię coś, co jest spójne z moją filozofią życia i poglądami - mówi. Nie znaczy to, że owoce produkowane wcześniej nagle uznał za niezdrowe, ale mając do wyboru produkt z dopuszczalnymi poziomami chemii, a zupełnie jej pozbawionymi, uważa, że lepiej zdecydować się na to drugie. - Wierzę, że inni też tak będą wybierać, ekologiczna żywność to przyszłość - podsumowuje.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Ewa Jankowska. Dziennikarka i redaktorka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Zaczynała w Wirtualnej Polsce w dziale Kultura, publikowała wywiady w serwisie Ksiazki.wp.pl. Pracowała również serwisie Nasze Miasto i Metrowarszawa.pl, gdzie z czasem awansowała na redaktor naczelną.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Tydzień na Gazeta.pl. Tych materiałów nie możesz przegapić! SPRAWDŹ Link >>>

Zobacz także
Komentarze (116)
Zaloguj się
  • tilow3

    Oceniono 62 razy 18

    polska do wyboru ma dwa warianty - bogacenia się na fali cywilizacyjnej kultury zachodu, albo biedowanie, za to nasze narodowe, przez nas wymyślone. Pierwszy wariant to otwartość, przyjażń, serdeczność! Drugi to wieczna nieufność, kłamstwa i utrwalanie klasy panów - uprzywilejowanej warstwy społecznej, w wersji PiS - z wiodącym kościołem katolickim. Francuzi i Niemcy czyli wiodące siły w Europie już ogłosiły, że mają dosyć sponsorowania chorego "układu" jaki tworzy Polska czy Węgry. Czy istnieje jakiś rolnik który powie mi, co zrobicie gdy stracicie dopłaty do rolnictwa - wszelakie! gdy wrócicie na stare sprawdzone "białoruśki" a za ropę będziecie płacić 3 razy drożej niż teraz. Sądzicie, że odsuniecie PiS od władzy i wróci stare? przecież procedury trwają latami! PiS urządzi wam życie na bardzo długi czas, z waszego świadomego wyboru.

  • Dariusz Koszkul

    Oceniono 19 razy 17

    a w sklepach jablka po 3,45. na targowiskach pomiedzy 3.00-3,50pln. i sie dziwia ze spada sprzedaz jablek jak sa one w cenie babanów sprowadzanych z hektar daleka ( w stonce sa w regulárnej cenie 3,50 pln).
    w tym roku na dzialce mialem najwiecej jablek od lat.

  • semigetuza

    Oceniono 21 razy 9

    ten pan produkuje "ekoprzemysłówkę" i na tym kasy nie zrobi, bo tych jabłek świadomy konsument nie kupi. Dobre jabłka skończyły się w Polsce jakieś 40 lat temu, jak prof. Pieniążek zrobił swoja "rewolucje'. Wprowadził do polskiego sadownictwa amerykańskie odmiany jabłek przemysłowych, wysokoplonujących, ale niesmacznych, o twardej skórce.
    Dobrze się przechowują, ubytki są male, dobre w transporcie, dobre na koncentrat i pulpy, ładnie wyglądają, ale są niesmaczne. Polacy zapomnieli jak smakuje jabłko deserowe - nie ma grabsztynów, koksów, malinówek, landzberskich, zlotej i szarej renety. Kupcie papierówkę/ha, ha, ha/. Zamiast niej jest piros - krzyżówka przemysłu i deseru - ludzie mówią, że pyszne, bo smaku dobrego jabłka nie znają. To samo jest ze śliwkami, brzoskwiniami, gruszkami. Z mlekiem to samo. Krowy rasy HF dają mleko o smaku z cycka jak z kartonu. Karmione kiszonką dają mleko lichej jakości /choć z normami zgodne/, z którego nie da się wyprodukować dobrych produktów. Dlatego polskie mleczarstwo leży i kwiczy sprzedając za granicę surowce i półprodukty, a na rynek wewnętrzny dając produkty podłej jakości /nawet masło jest denne/ A dla Pana Sadownika dobra rada od Wujka Wie Lepiej. Poczytaj sobie człowieku o permakulturze, zastosuje hodowlę współrzędną - wpuść kury do sadu - zeżrą i wydepczą trawę /koszt jej zwalczania to jakieś 30% kosztu utrzymania sadu/, wyłapią szkodniki, zjedzą spady i do tego jeszcze nawiozą Ci sad kurzelakiem - zaoszczędzisz na nawozach i środkach ochrony roślin. A zamiast sprzedawać za bezcen liche jabłka, dogadaj się Hubert z okolicznym hodowcą świń i sprzedawaj mu te jabłka na paszę, mięso i słonina będą o smaku jabłkowym nikt tego w Europie nie robi, tylko Sycylia ma mięso i lardo o smaku pomarańczy z czarnej świni sycylijskiej.
    I na koniec - jabłko znajduje 110 zastosowań w kuchni, tylko trzeba to rozpropagować i konsumpcja wzrośnie.
    ten, kto nie jadł jagnięciny /może być i świńska łopatka/ w sosie jabłkowo- śliwkowym to nie wie, co to jest dobre żarcie.

  • juliuszzz

    Oceniono 13 razy 5

    Problemy w sadownictwie spowodowal PIS. A zaczelo sie od Sadu Najwyzszego!
    ;)

  • robert_live

    Oceniono 15 razy 5

    Jabłka są taniutkie, a ceny soków w dużych kartonach podskoczyły do 5-6 zł/litr. To jest zmowa, bo jeszcze w zimie można było kupić 3 litrowy karton za 9-10 zł. Może s UOKiKu ktoś to przeczyta, bo sadownicy są krojeni aż miło, a przetwórcy robią kokosy.

  • poljack

    Oceniono 7 razy 5

    Sadownicy mają jabłonie z pięknymi i okrągłymi owocami a smaku mają tyle co ziemniak gdzie podziały się staropolskie odmiany . Gdzie wasza odwaga ?

  • obrazony2x

    Oceniono 11 razy 5

    Pierwsze kłamstwo: Produkcja takiego jabłka to koszt 0,35-0,40 zł ...
    ...cena za owoc nie przekracza 0,13-0,15 zł, czyli znacznie poniżej opłacalności produkcji.

    Przy klęsce urodzaju to koszt rozkłada się na większe plony i spada do kilkunastu groszy za kg.
    Rynek nie jest tak głupi, jak sugerują "redatóry" ;) - a chłop zawsze jest pazerny i narzeka. Bo kiedyś miał 90 gr. za kilogram.

  • kresedebarg

    Oceniono 4 razy 4

    w mojej okolicy są tony dzikich ekologicznych jabłek, nie wszystkie są smaczne jak te sklepowe , ale bywają perełki

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX