Marek Fiedler i jego syn Marek Oliwier w strojach pilota i mechanika z Dywizjonu 303

Marek Fiedler i jego syn Marek Oliwier w strojach pilota i mechanika z Dywizjonu 303 (Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

Syn Arkadego Fiedlera: Po wojnie zaczął się zacinać w mowie i zostało mu to do końca życia

Książki "Dywizjon 303" i "Dziękuję ci, kapitanie" trafiły na indeks. Na szczęście nie doszło do aresztowania ojca, a były takie pogłoski - wspomina syn pisarza.

Nazywano ich Aniołami Zemsty. Gdyby nie oni, losy II wojny światowej mogłyby wyglądać zupełnie inaczej. Opowiada o tym film pt. "Dywizjon 303. Historia prawdziwa", który wchodzi do kin 31 sierpnia. Pokazuje on nie tylko spektakularne akcje, w których polscy piloci brali udział podczas bitwy o Anglię, ale również ich życie prywatne.

W legendarnego dowódcę Dywizjonu 303, Witolda Urbanowicza, wcielił się Piotr Adamczyk. - Nazywano go Kobrą. Myślę, że to był pseudonim związany z jego sposobem latania i walki, ale także z jego charakterem. Potrafił być niebezpieczny, zwłaszcza w powietrzu, ale dla swoich podopiecznych, dla pilotów swojego oddziału, był dobrym, bardziej doświadczonym kolegą. Surowy, wymagający, ale taki, na którego można liczyć - tak o bohaterze, którego gra mówi aktor.

W filmie "Dywizjon 303. Historia prawdziwa" zagrali również Maciej Zakościelny jako Jan Zumbach, Jan Wieczorkowski jako Ludwik Paszkiewicz, Antoni Królikowski jako Witold Łokuciewski i Krzysztof Kwiatkowki jako Mirosław Ferić.


W legendarnego dowódcę Dywizjonu 303, Witolda Urbanowicza, wcielił się Piotr Adamczyk (fot. mat. prasowe)

"Dywizjon 303. Historia prawdziwa" powstał na podstawie książki Arkadego Fiedlera. Skąd pisarz tak dobrze znał bohaterskich pilotów? Kto mu pomagał w pisaniu? Rozmawiamy o tym z jego synem, Markiem Fiedlerem.

Skąd pana ojciec - Arkady Fiedler - tak dobrze znał Dywizjon 303?

W czasie bitwy o Anglię był w bazie lotniczej Northolt z pilotami tej formacji. Robił im zdjęcia. Sam był porucznikiem piechoty.

Jak znalazł się w Anglii?

W 1939 roku wyjechał na Tahiti, żeby napisać kolejną książkę, i tam doszły doń wieści o wojnie. Marzył tylko o tym, żeby się stamtąd wyrwać i wrócić do Europy. Wreszcie zabrał go jakiś francuski statek, dotarł do Francji i wstąpił do polskiego wojska. Gdy Francja padła, jego ostatnią nadzieją była Anglia. Dostał się do Szkocji, ale gdy przeczytał w brytyjskiej prasie entuzjastyczne artykuły o polskim Dywizjonie 303, który fantastycznie strąca niemieckie samoloty, postanowił poznać tych lotników. Zwrócił się do generała Władysława Sikorskiego, żeby ten go wysłał do Anglii. Generał dał mu rozkaz, żeby się udał do bazy pod Londynem. Właśnie tam stacjonowali piloci.

Przyjęli pańskiego ojca przyjaźnie?

Bardzo serdecznie. Witold Urbanowicz, dowódca dywizjonu, wspominał nawet, że byli szczęśliwi, iż ktoś uwieczni ich wysiłek w walce z Niemcami. Wiedzieli, że dywizjon kiedyś stanie się legendą. Gdy wracali z lotów bojowych, wszystko na gorąco ojcu opowiadali. Tak powstawała książka "Dywizjon 303". Ojciec widział w nich bohaterów, zwycięzców. Po wojnie lotników fałszywie oskarżano o zdradę, nie zaproszono ich też na defiladę zwycięstwa, która odbyła się w 1946 roku w Londynie. Ale przecież wiadomo, że w 1940 roku wykonali oni swoje zadanie celująco i mieli istotny wpływ na przebieg bitwy o Anglię, w której ważyły się losy Europy.

14.04.2016 Warszawa , Muzeum Wojska Polskiego . Dyr. muzeum Fiedlera / syn patrona Marek Fiedler podczas konferencji nt. produkcji filmu Dywizjon 303 .Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Marek Fiedler (fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Pana ojciec ostatecznie w Anglii nie został.

W 1947 roku wrócił do Polski. Kupił dom w Puszczykowie pod Poznaniem i sprowadził do niego mamę, brata i mnie. Po wojnie żyło nam się kiepsko, bo wszystkich, którzy przybyli do Polski z Zachodu, traktowano z rezerwą. Książki ojca "Dywizjon 303" i "Dziękuję ci, kapitanie" szybko trafiły na indeks. Na szczęście nie doszło do aresztowania ojca, a były takie pogłoski. Był to dla niego trudny czas. Zaczął się wtedy zacinać w mowie i zostało mu to do końca życia. Wrócił z Zachodu, jego żona była Włoszką, napisał dwie wojenne książki - to wszystko budziło niechęć i podejrzliwość ówczesnych władz.

Może pan opowiedzieć, jak poznali się pańscy rodzice?

Rodzice poznali się w Londynie, w 1940 roku. Ojciec lubił kobiety o egzotycznej urodzie, a mama była piękną, smukłą, czarnowłosą Włoszką. Pomógł przypadek - poszukiwał kogoś do pomocy przy książce. Choć mama nie znała polskiego, pomagała tacie przy pisaniu, przepisując manuskrypt "Dywizjonu 303" na maszynie. Pokochali się.

Bywało, że przyjmowali lotników z Dywizjonu 303 w swoim małym londyńskim mieszkanku. Mama wspominała, że to byli prawdziwi dżentelmeni, niezwykle szarmanccy. Pełni wigoru i radości życia, prawdziwi pasjonaci latania, świetnie wyszkoleni. Najlepsi z najlepszych. Na ziemi przemili ludzie, w powietrzu bezwzględni pogromcy niemieckich agresorów.

Po powrocie do Polski ojciec nie mógł już o nich pisać.

Uratowała go wtedy fascynacja Indianami. Żył ich kulturą. Władze uznały, że Indianie byli tępieni przez amerykańskich imperialistów, co w istocie było prawdą. Poproszono wtedy ojca, by jeździł do szkół i opowiadał o losie Indian. Dzięki temu miał na utrzymanie rodziny.

Jakim był człowiekiem?

Ojciec kochał podróżować, zdobywać materiały i pisać książki. Unikał wielkich miast, fascynowała go przyroda i ludzie z innych kontynentów. Dwukrotnie byliśmy razem u leśnych Indian Algonkinów w Kanadzie, napisaliśmy potem z tych wypraw książki. Ostatnią podróż odbyliśmy do Kanady, gdy ojciec miał już 85 lat. Trochę się o niego bałem, bo obozowaliśmy w dziczy, wokół same lasy i jeziora, żadnych ludzi, ale on zawsze powtarzał, że jest człowiekiem lasów i jezior. Że tam się czuje najlepiej. Rzeczywiście czuł się fantastycznie, napisaliśmy potem z tej wyprawy wspólną książkę.

01.11.2016 Poznan . ul. Gnieznienska . Cmentarz Milostowo . Wszystkich Swietych . Arkady Fiedler podczas zbiorki na cmentarz na wilenskiej Rossie . Fot. Piotr Skornicki / Agencja Gazeta
Arkady Fiedler, drugi z synów pisarza, podczas zbiórki na wileński cmentarz na Rossie (fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Był wymagający?

Oczywiście. Czasem nas napominał, a jakże. Był dla nas autorytetem. Zawsze mi imponował swoim podejściem do Indian. Podczas wyprawy do Kanady znaleźliśmy się w wiosce, w której wszyscy byli pijani. Właśnie dostali zapomogi i pozamawiali sobie piwo. Mieli karabiny i początkowo myśleli, że jesteśmy Jankesami, którzy chcą ich sfotografować i puścić w świat informację, że są alkoholikami. Byli agresywni, chcieli nas wyrzucić, ale ojciec zaczął z nimi spokojnie rozmawiać. I przekonał ich, że mamy pokojowe zamiary.

Kiedy indziej spotkaliśmy Indianina, dwumetrowego olbrzyma, również pod wpływem alkoholu, który w ręku dzierżył ostry  nóż. Nagle podskoczył i powiedział, że nam poderżnie gardła. Rodzice go uspokajali, ale to nie pomagało. Wtedy mój ojciec zapytał go, jak ma na imię. "Cochise" - odparł zaskoczony. Na to ojciec zaczął opowiadać, że Cochise był bohaterskim wspaniałym Indianinem, wodzem Apaczów. Chłopakowi się zrobiło głupio i dał nam spokój.

Dobrze wam się razem pracowało?

Uwielbiałem z nim pisać. Wspólnie tworzyliśmy książkę o niezwykłym, sławnym wodzu Józefie z plemienia Nazpersów z Gór Skalistych [był wodzem plemienia Przekłute Nosy od 1871 do 1904 roku. Nazywano go "czerwonoskórym Napoleonem" - przyp. red.]. Umówiliśmy się, że ojciec pisze jeden rozdział, a ja drugi. Wcześniej wszystko skrupulatnie omawialiśmy. Było to dla mnie wielkie przeżycie. I pożyteczne doświadczenie.

Do kin wchodzi właśnie film pt. "Dywizjon 303. Historia prawdziwa", inspirowany książką pana ojca.

To dla naszej rodziny ogromna radość! Przez wiele lat nie mogliśmy się o to doprosić. W 2000 roku, z okazji 60. rocznicy bitwy o Anglię, zaprosiliśmy do muzeum Arkadego Fiedlera w Puszczykowie zasłużonych weteranów tej bitwy. To byli wówczas 80-latkowie, ale bardzo dziarscy. Ktoś rzucił wtedy, że powinien powstać film o Dywizjonie 303.

Ale nie powstał.

Popełniliśmy błąd, bo wydawało nam się, że pomysłem na film trzeba zainteresować reżyserów. Dziś wiemy, że najważniejsi są producenci, i że to do nich należy się zwracać. Przełom nastąpił w 2012 roku - wtedy Piotr Czaja, nasz znajomy i miłośnik lotnictwa, przywiózł do nas, do Puszczykowa, producenta Jacka Samojłowicza [producent m.in. "Wojny polsko-ruskiej" i "Tajemnicy Westerplatte" - przyp. red.]. Jacek bardzo się do tego projektu zapalił i z wielkim uporem starał się go zrealizować. Od początku podkreślał, że inspiracją jest dla niego książka mojego ojca. No i proszę - film "Dywizjon 303" właśnie trafia do kin. 

A muzeum poświęcone Arkademu Fiedlerowi działa już ponad 40 lat.

Z każdej wyprawy ojciec przywoził nie tylko materiały literackie, ale i pamiątki. A czytelnicy przyjeżdżali do nas, bo byli zaciekawieni jakie. To nas zainspirowało, żeby jeszcze za życia ojca wyciągnąć pamiątki ze strychu i urządzić ekspozycję. Tak powstało Muzeum-Pracownia Literacka Arkadego Fiedlera. Później poszliśmy dalej - wokół domu stworzyliśmy Ogród Kultur i Tolerancji. Stoją w nim m.in. repliki samolotu Hurricane z bitwy o Anglię i statku Krzysztofa Kolumba "Santa Maria". Przyjechał na jego inaugurację potomek tego wielkiego odkrywcy. Zdziwił się, bo spodziewał się miniatury, a tymczasem nasz żaglowiec jest w skali 1:1. 

Czego nauczył pana ojciec, poza pisaniem?

Że trzeba być pracowitym, mieć pasję. I kochać Polskę. Ojciec jeździł po całym świecie, ale najbardziej kochał te nasze rogalińskie dęby i lasy nadwarciańskie.


Wyprawa do Kanady. Od lewej Arkady Fiedler, Marek Fiedler i Arkady Radosław Fiedler (fot. arch. prywatne)

Marek Fiedler. Syn Arkadego Fiedlera. Jest dyrektorem Muzeum-Pracowni Literackiej Arkadego Fiedlera w Puszczykowie pod Poznaniem. Zafascynowany światem Indian, napisał powieści poświęcone wielkim dziewiętnastowiecznym wodzom: "Szalony Koń" i "Siedzący Byk". Wspólnie z ojcem napisał dwie książki: "Ród Indian Algonkinów" oraz "Indiański Napoleon Gór Skalistych". Ostatnio wydał "Małą wielką Wyspę Wielkanocną. W poszukiwaniu rozwiązania jednej z najbardziej intrygujących zagadek świata". Ma żonę i dwóch synów.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (3)
Zaloguj się
  • lemon100

    0

    Byłam w kinie na Dywizjonie 303 wczoraj. Wyszłam wzruszona. Wzruszenie widziałam też na twarzach wielu osób juz po napisach końcowych. Filmowcy wykonali kawał dobrej roboty. Gratulacje dla nich i aktorów.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX