Osoby, które chcą zostać rodzicami, muszą przygotować się na długi i skomplikowany proces adopcyjny

Osoby, które chcą zostać rodzicami, muszą przygotować się na długi i skomplikowany proces adopcyjny (fot. Grzegorz Skowronek / AG)

społeczeństwo

Adopcja po polsku. Najnowszy raport NIK poruszył i kandydatów na rodziców, i urzędników

Mimo przepełnionych domów dziecka łatwiej w Polsce dziecko kupić niż zaadoptować - żalą się kandydaci na rodziców. I powołują się na ostatni raport NIK. - Dzieci to nie towar, dzieci się nie rozdaje! - bronią się pracownicy ośrodków adopcyjnych, twierdząc, że raport sprowadza ich codzienną pracę do krzywdzących wniosków. W tym czasie w domach dziecka w całej Polsce tysiące podopiecznych dzieli ze sobą książki, zabawki, czasem nawet buty.

Tekst po raz pierwszy został opublikowany w 2018 roku.

On i ona, małżeństwo J. 34 i 30 lat. Bezdzietni. Dobrze sytuowani. Stomatolodzy z prywatną praktyką. Nie chcieli in vitro. Nie chcieli też noworodka jak wszyscy. Byli gotowi zaadoptować starsze dziecko, po przejściach. Stracili cierpliwość po trzech latach. Kiedy po raz kolejny musieli stawiać się na szkolenia, dostarczać nowe dokumenty, bo stare zdążyły już stracić ważność, zapewniać, że są zdrowi na ciele i umyśle.

- Przez pierwsze miesiące wydawało nam się, że damy radę, że szybko zleci. Że będzie to sprawdzian dla nas jako dla przyszłych rodziców. Byliśmy bardzo zdeterminowani, łudziliśmy się, że  przecież mnóstwo jest historii w internecie, jak komuś zaproponowano dziecko już po kilku miesiącach szkoleń - wspomina pani J. -  A potem okazało się, że z dwóch lat nasz czas adaptacyjny wydłuży się do trzech, a może nawet czterech. Nikt nie potrafił nam powiedzieć, jak długo będziemy czekać i czy mamy jakiekolwiek szanse. Co gorsza, nikt nie potrafił uargumentować opóźnień. Przez blisko rok nie mieliśmy kompletnie żadnej informacji z ośrodka - dodaje pan J.

W końcu dowiedzieli się, że ośrodek adopcyjny wystawił im negatywną ocenę. - Bez podania przyczyny, bez możliwości odwołania się - zaznaczają. Potem na forum nasz-bocian.pl inni, w podobnej sytuacji, uświadomili im przyczynę: nie dostali dziecka, bo obydwoje mieli za sobą rozwody. Podobno w ośrodku, który wybrali, na rozwodników patrzono nieprzychylnie, stawiając ich na ostatnim miejscu w kolejce po dziecko.

Nie ma ani jednolitych regulacji prawnych które chroniłyby dzieci i kandydatów na rodziców. Na zdj. zabawy w Domu Dziecka dla przy ulicy Lnianej w Łodzi, 2013 r. (fot. Tomasz Stańczak / AG)
Nie ma ani jednolitych regulacji prawnych które chroniłyby dzieci i kandydatów na rodziców. Na zdj. zabawy w Domu Dziecka dla przy ulicy Lnianej w Łodzi, 2013 r. (fot. Tomasz Stańczak / AG)

Wojna dwóch światów

O tym, że wyśrubowane procedury i nie zawsze sprawiedliwe kryteria komplikują i wydłużają adopcję w nieskończoność, mówi się od lat. Że gdyby nie te "nadkryteria" i przedłużanie obrad komisji kwalifikacyjnych, dzieci mogłyby wyjść z bidula do rodzin dużo wcześniej. Żal i rozgoryczenie kandydatów na rodziców adopcyjnych skupia się na forach internetowych poświęconych adopcjom. Ostatni raport Najwyższej Izby Kontroli pokazuje, że w ich skargach nie ma przesady. NIK zaprezentował bowiem polską politykę adopcyjną od - delikatnie rzecz ujmując - nie najlepszej strony.

Z raportu wynika, że od początku 2015 roku do połowy 2017, czyli przez dwa i pół roku, z 76 tys. dzieci przebywających w pieczy zastępczej (20 tys. w domach dziecka, 56 tys. w rodzinach zastępczych i rodzinnych domach dziecka) adoptowanych zostało zaledwie 6009, z czego 710 trafiło do rodzin za granicą. Adopcje międzynarodowe w 24 proc. dotyczyły dzieci z niepełnosprawnością, którym nowy dom postanowiły dać rodziny włoskie czy amerykańskie.

Tyle mówią podstawowe liczby. NIK przyjrzał się też procedurom. I odkrył to, co zorientowani w temacie kandydaci na rodziców zwykle już wiedzą: co województwo to inne kryteria wobec starających się o dziecko, różnią się też listy wymaganych dokumentów oraz warunki do ich składania. Nie ma ani jednolitych regulacji prawnych, ani jednolitych mechanizmów, które chroniłyby dzieci i kandydatów na rodziców. Wszystko ma opierać się na zaufaniu, a według NIK może prowadzić to do nadużyć i korupcji.

Kontrola w ośrodkach adopcyjnych została przeprowadzona dopiero sześć lat po wejściu w życie ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, która zakłada m.in. odejście od dużych domów dziecka na rzecz wzmacniania opieki zastępczej oraz powołanie asystentów rodziny, mających za zadanie pomoc rodzinom z trudnościami, aby ograniczyć liczbę porzucanych dzieci.

Dlaczego NIK powiedział: "sprawdzam" po sześciu latach? Przedstawiciele Izby twierdzą, że raport "Adopcja po polsku" jest ich inicjatywą własną. Organ nadzorujący ośrodki stanowi tak naprawdę Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej. "Od wprowadzenia w 2012 r. zmienionych przepisów MRiPS nie przeprowadziło jednak kompleksowych badań, ekspertyz czy też analiz" - podkreślają kontrolerzy NIK w odpowiedzi na moje pytania. "Nasz raport miał zatem podkreślić przede wszystkim niedostateczny nadzór przez MRiPS oraz potrzebę zmian".

Z raportu NIK wynika, że od początku 2015 roku do połowy 2017 adoptowanych zostało zaledwie 6009 dzieci. Na zdj. Dom Małego Dziecka przy ul. Drużynowej w Łodzi, 2006 r. (fot. Tomasz Stańczak / AG)
Z raportu NIK wynika, że od początku 2015 roku do połowy 2017 adoptowanych zostało zaledwie 6009 dzieci. Na zdj. Dom Małego Dziecka przy ul. Drużynowej w Łodzi, 2006 r. (fot. Tomasz Stańczak / AG)

Przedstawiciele NIK i w piśmie, i telefonicznie zapewniają mnie, że intencją Izby nie było pokazanie ośrodków adopcyjnych w złym świetle. Ale to, co wykryli, laurką na pewno nie jest. Z raportu wynika, że niektóre ośrodki oczekują od kandydatów zaświadczeń o ich stanie zdrowia, przyczynach bezdzietności lub braku uzależnień, do czego tak naprawdę nie mają prawa. Zdarzały się przypadki, że pracownicy ośrodków żądali od kandydatów wyjaśnienia przyczyn rozwodów, jeśli mieli oni takowe za sobą, a także... aktywnego uczestnictwa w życiu lokalnej parafii. Niektórzy liczyli staż małżeński, a dla innych to, czy rodzice są po ślubie, nie miało kompletnie żadnego znaczenia. Teraz bronią się, twierdząc, że raport NIK jest wymierzony przeciwko ich działalności. - W naszej opinii takie jednostronne podsumowanie pracy ośrodków jest bardzo szkodliwe społecznie, może zachwiać zaufaniem kandydatów na rodziców adopcyjnych, rodziców biologicznych czy dorosłych adoptowanych, którzy otrzymują od nas pomoc psychologiczną i prawną - mówi jedna z osób zajmujących się adopcjami. I dodaje, że zaufanie w trudnym i często bardzo intymnym procesie adopcyjnym jest podstawą jej pracy, a wnioski NIK tę pracę stawiają w złym świetle.

Jedną ze skontrolowanych przez NIK placówek jest działający od lat 60. ośrodek adopcyjny Towarzystwa Przyjaciół Dzieci przy ul. Kredytowej w Warszawie. - Jestem już zmęczona udowadnianiem, że ośrodki adopcyjne dobrze pracują. Bardzo rzadko spotyka się pozytywne przekazy publiczne, zazwyczaj mówi się o utrudnieniach dla kandydatów, opieszałości w działaniu, przetrzymywaniu dzieci, a teraz jeszcze doszły działania korupcyjne. To dla nas bardzo przykre - podkreśla Monika Jagodzińska, dyrektorka ośrodka. - Raport nie zauważa naszej odpowiedzialności w wykonywanej pracy. Tego, że pracownicy ośrodków bardzo często pełnią funkcję opiekunów prawnych dzieci i są do dyspozycji o każdej porze dnia i nocy. W ramach pracy sami szukają, czasami w nie do końca bezpiecznych środowiskach, rodziców biologicznych, aby uregulować sytuację prawną ich dziecka.

Cierpliwość czasem popłaca

On i ona, państwo K. 30 i 32 lata. Po przejściach zdrowotnych, przez które nie mogą mieć własnych dzieci. Trzypokojowe mieszkanie na kredyt, w miarę stabilne miejsca pracy, jeśli przymknąć oko na umowy śmieciowe. Właśnie mija 11 miesięcy, od kiedy zgłosili się na rodziców adopcyjnych.

- Wybraliśmy ośrodek w województwie, w którym mieszkamy. Od początku braliśmy pod uwagę, że trzeba będzie donosić jakieś dokumenty i brać udział w szkoleniach. Okazało się, że nasze miejsce zamieszkania nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Zanim dotarło do nas pierwsze pismo, że mamy coś uzupełnić, minęły blisko trzy tygodnie. Na szkolenia powinniśmy czekać około ośmiu miesięcy. Po 11 nadal nic nie wiemy. Póki co jesteśmy potulni, ale są dni, że mam ochotę krzyczeć z bezradności. Nie chcę robić awantury, bo wtedy nie mamy już co liczyć na wydanie pozytywnej decyzji - żali się ona.- Pocieszamy się, że w latach 90. na adopcję czekało się i pięć lat.

Adopcja dziecka to droga, która może trwać rok, ale może też ciągną się przez 4-5 lat. Na zdj. Dom Małego Dziecka przy ul. Drużynowej w Łodzi, 2012 r. (fot. Tomasz Stańczak / AG)
Adopcja dziecka to droga, która może trwać rok, ale może też ciągną się przez 4-5 lat. Na zdj. Dom Małego Dziecka przy ul. Drużynowej w Łodzi, 2012 r. (fot. Tomasz Stańczak / AG)

O dużym szczęściu może mówić małżeństwo P. Im udało się dostarczyć dokumenty, przejść szkolenia i zdobyć pozytywną opinię komisji kwalifikacyjnej w ciągu roku. Teraz czekają już tylko na dziecko. Ich przepis na sukces? - Ośrodek katolicki. Nie jesteśmy rozwodnikami, nie mamy dzieci z poprzednich związków i w sumie trochę przez przypadek i bardziej dla rodziny zdecydowaliśmy się na ślub kościelny - mówią P.

- Prawda jest taka, że wielokrotnie mówiliśmy o potrzebie wprowadzenia ogólnopolskich regulacji, bo nie powinno być sytuacji, że w jednym ośrodku małżeństwo dostaje odmowę albo rezygnuje z połowy szkoleń i zgłasza się do kolejnego, w którym "jest łatwiej dostać dziecko" - żali się jeden z urzędników zajmujących się adopcjami. I dodaje: - Panowie z NIK mieli zaplanowany raport, zrobili swoje, a teraz my z tym wszystkim zostaliśmy.

Jak wystraszyć kandydata na rodzica w 10 miesięcy

Zarzuty NIK dotyczą nie tylko samego mechanizmu działania ośrodków adopcyjnych,  ale także finansów. "W ostatnich dwóch latach na ich prowadzenie [ośrodków - przyp. red.] wydawano średnio 30 mln zł rocznie, a na jedno adoptowane dziecko przypadało w ramach procedury 13 tys. zł" - wynika z raportu. Dużo? Nie - zdaniem dyrektorów ośrodków. - Początkowo szkolenia dla przyszłych rodziców adopcyjnych miały być płatne, po nowelizacji ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej kandydatów zwolniono z odpłatności. A jak placówka, która zatrudnia tylko trzy, cztery osoby w niepełnym wymiarze czasu, może zrealizować wszystkie zadania zapisane w ustawie przy niewystarczających środkach? - pyta Jagodzińska. - Co roku składam do Mazowieckiego Centrum Polityki Społecznej kosztorys z planem wydatków na przyszły rok. Nigdy jeszcze nie otrzymaliśmy wnioskowanej kwoty. Na pytania o dodatkowe pieniądze w ciągu roku z reguły słyszę: "Nie mamy pieniędzy, Marszałek uruchamia własne środki, aby wypłacić pensje pracownikom w swoim Wojewódzkim Ośrodku Adopcyjnym". Dlatego część niezbędnych wydatków finansowana jest ze środków własnych organu prowadzącego, czyli z wpływów 1 proc. oraz darowizn - zaznacza Jagodzińska.

Jak podkreśla dyrektorka ośrodka przy ul. Kredytowej, miesięczne utrzymanie dziecka w całodobowej placówce kosztuje od 3,5 tys. do 8 tys. zł, w zależności od typu placówki i województwa. Uwolnienie budżetu państwa od utrzymania dziecka w najtańszej placówce (poprzez powierzenie go do rodziny adopcyjnej) dałoby więc rocznie kwotę 42 tys. zł. - Dlaczego nikt nie mówi więc o tym, że działalność ośrodków to także odciążenie budżetu państwa? I nawet jeśli koszt jednej adopcji został wyceniony na kwotę ponad 13 tys. zł, to i tak budżet rocznie oszczędza około 29 tys. zł na jednym dziecku zabranym z placówki do rodziny adopcyjnej - a nie wspominamy tutaj o społecznej wartości tego działania. Przy 30 adopcjach w roku jest to 870 tys. zł oszczędności. Ile innych instytucji może pochwalić się taką efektywnością? - pyta wprost Jagodzińska.

Miesięczne utrzymanie dziecka w całodobowej placówce kosztuje od 3,5 tys. do 8 tys. zł. Na zdj. pokój w Domu Dziecka przy ul Nawrot w Łodzi, 2016 r. (fot. Marcin Wojciechowski / AG)
Miesięczne utrzymanie dziecka w całodobowej placówce kosztuje od 3,5 tys. do 8 tys. zł. Na zdj. pokój w Domu Dziecka przy ul Nawrot w Łodzi, 2016 r. (fot. Marcin Wojciechowski / AG)

Co na to resort rodziny, któremu ośrodki podlegają? W chwili gdy rozmawiam z kandydatami na rodziców i z urzędnikami, ogranicza się do komentowania raportu NIK poprzez. sprostowanie materiału na jego temat, który pojawił się w dzienniku "Rzeczpospolita". 

Resort zauważa, że raport NIK odnosi się zaledwie do 15 z 64 ośrodków adopcyjnych i jako taki nie powinien być do końca wiążący. I przypomina, że odpowiedzialność za kontrolę nad ośrodkami tak naprawdę leży w gestii zarządów województw. Obiecuje: "pewne procedury adopcyjne mają ulec standaryzacji". Na pewno skróceniu nie ulegnie czas oczekiwania na dziecko. Przynajmniej nie legislacyjnemu. Krótko mówiąc, niech ośrodki nadal same decydują, co jest najlepsze.

Choroba sieroca przenoszona drogą prawną

Takich par jak J. czy K. są w Polsce tysiące. Gdyby zliczyć wszystkich kandydatów na rodziców adopcyjnych i poddać ich wstępnej selekcji, domy dziecka można byłoby wyburzyć. Ale w pieczy zastępczej (domy dziecka, rodzinne domy dziecka oraz rodziny zastępcze) wciąż czekają tysiące dzieci. Wiele od pierwszych dni życia walczy z łatką "nieuregulowanego", bo tylko w jednej trzeciej przypadków biologiczne matki dopełniają niezbędnych procedur i podpisują tzw. zgody blankietowe, umożliwiające adopcję. W pozostałych takie "nieuregulowanie" potrafi trwać latami.

Brakuje nie tylko pozytywnie zweryfikowanych rodziców adopcyjnych, ale też zastępczych. W 14 ze skontrolowanych przez NIK 24 powiatów ich liczba wciąż się zmniejsza, a w sześciu w ciągu ostatnich dwóch lat w ogóle nie było chętnych do tego zadania. Kryteria podobne do tych, za pomocą których "odsiewa się" potencjalnych rodziców adopcyjnych, odstraszają nawet kandydatów na rodziców zastępczych dzieci zdrowych, o niepełnosprawnych nie wspominając. Tymczasem zgodnie z przepisami dzieci poniżej siódmego roku życia teoretycznie nie powinny trafiać do domów dziecka. Czekać je ma najwyżej pobyt w rodzinie zastępczej, w czasie którego ośrodek adopcyjny winien szukać im rodziców na stałe. W praktyce brak rodziny zastępczej równa się biletowi do bidula.

Dr Marta Majorczyk, nauczyciel akademicki i pedagog z poradni przy Uniwersytecie SWPS Poznań, szczególnie mocno podkreśla potrzebę uproszczenia procedur adopcyjnych w przypadku najmłodszych. - Noworodki porzucone w szpitalach lub oknach życia powinny jak najszybciej trafiać do kochających rodziców. W ich przypadku budowanie więzi emocjonalnej trwa od pierwszych chwil życia. Dotyk, przytulanie to bodźce niezwykle przyspieszające rozwój fizyczny. Nie da się ich w żaden sposób zastąpić - podkreśla dr Majorczyk.

Obecnie matka biologiczna ma sześć tygodni na podjęcie ostatecznej decyzji co do oddania dziecka do adopcji. Zgodnie z planowaną nowelizacją ustawy o wspieraniu rodziny ma dostać dodatkowych osiem tygodni. - Być może jest to dobre dla samej matki, ale dla dziecka każdy dzień zwłoki, niepewności jest dniem straconym - zaznacza pedagog.

W całej Polsce znajduje się ponad 60 okien życia. Na zdj. okno życia na ul. Hożej 53 w Warszawie (fot. Dariusz Borowicz / AG)
W całej Polsce znajduje się ponad 60 okien życia. Na zdj. okno życia na ul. Hożej 53 w Warszawie (fot. Dariusz Borowicz / AG)

Anna, która pracuje jako pielęgniarka na jednym z oddziałów pediatrycznych, bardzo często spotyka noworodki porzucane w szpitalu tuż po urodzeniu. Wiele "nie ma papierów", które umożliwiałyby adopcję. - Przytulamy je, głaszczemy, uspokajamy, ale te dzieci na wstępie są poszkodowane. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy na początku swojej pracy w służbie zdrowia chciałam z mężem już, natychmiast adoptować maleństwo. Za każdym razem okazywało się, że ważniejsza jest biurokracja i kilkuletnie szkolenia. Nawet w przypadku dzieci chorych, z wadami, które wymagają nie tylko miłości, ale też natychmiastowej pomocy i wkładu finansowego, droga adopcyjna to droga przez mękę - uważa Anna.

Dziecko potrzebuje mamy. Marta potrzebuje dziecka

Marta nie jest mężatką. Ma konkubenta, a konkubent w polskim prawie się nie liczy. Przynajmniej nie w tym adopcyjnym. Zgodnie z art. 115 §1 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego pary mogą adoptować dziecko, tylko jeśli pozostają w związku małżeńskim. Zgodnie z kodeksem Marta ma większe szanse na adopcję dziecka, jeśli przedstawi się jako singielka. Kodeks nie wyklucza bowiem adopcji przez osoby samotne.

Jest jeszcze jeden problem. Marta ma wprawdzie 32 lata, ale zanim przejdzie wymagane szkolenia, będzie mieć około 34 lat. Przepisy nie określają bowiem czasu oczekiwania kandydatów na rozpoczęcie szkolenia. Według raportu NIK trwa to nie dłużej niż 221 dni. 221 dni samego czekania. Potem szkolenia, orzeczenie komisji kwalifikacyjnej i, jeśli wszystko pójdzie dobrze, do półtora roku oczekiwania na dziecko. A w tym czasie cisza - brak kontaktu i informacji ze strony ośrodka. Dokumenty składane są tak naprawdę w ciemno. Nie można nawet sprawdzić, ile dzieci zostało zakwalifikowanych przez dany ośrodek do adopcji ani ilu jest chętnych rodziców.

Trzy, cztery lata od złożenia pierwszych papierów Marta może mieć kryzys. Zaczynie 36. rok życia, nadal nie będzie mieć dziecka, a i związek nieformalny nie wiadomo, czy przetrwa w warunkach, w których trzeba się ukrywać, bo a nuż ktoś z ośrodka dowie się o nim i to ją zdyskredytuje. A potem na forum internetowym przez przypadek Marta dowie się, że trzy małżeństwa, które zaczęły starać się o adopcję długo po niej, są już szczęśliwymi rodzicami. Czy to byłoby sprawiedliwe? Z prawnego punktu widzenia, niestety, tak. Wiele ośrodków wprawdzie nie może odmówić samotnej osobie złożenia papierów i przejścia szkoleń, ale wystarczy, że w ostatnim etapie umieści ją na szarym końcu listy oczekujących. Marta nigdy się o tym nie dowie, że tam się znalazła. Niewykluczone, że podda się sama, przed ukończeniem 40. roku życia. Granicznego wieku dopuszczającego adopcję niemowląt. 

Single mają większe szanse na adoptowanie dziecka niż osoby w związkach nieformalnych. Na zdj. Dom Dziecka w Mysłowicach, 2010 r. (fot. Dawid Chalimoniuk / AG)
Single mają większe szanse na adoptowanie dziecka niż osoby w związkach nieformalnych. Na zdj. Dom Dziecka w Mysłowicach, 2010 r. (fot. Dawid Chalimoniuk / AG)

***

Dyrektor Jagodzińska przez lata pracy zgromadziła sporo pism, które kierowała do mediów, urzędów i posłów. Prosiła o spotkania z posłami i panią minister. Nie tylko w sprawie procedur, ale także w kwestiach wsparcia polityki adopcyjnej oraz usprawnienia mechanizmów. Nikt nie znalazł dla spraw adopcji czasu.

Tymczasem J. znowu próbują. W innym województwie. Ktoś na Naszym Bocianie polecił im ośrodek, w którym "nie ma problemów z rozwodnikami", "wszystko idzie sprawnie jak po maśle", "wystarczy odpowiednio podziękować". - Żyjemy w kraju, w którym za wszystko trzeba się odwdzięczać. Tak już mamy. Za operację flaszka, za szybką rejestrację auta bombonierka. Za dziecko... No właśnie, a ile należy dać za dziecko? - pytają J.


Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Joanna Pasztelańska. Dziennikarka, reporterka. Jako jedna z pierwszych dotarła do Turcji po trzęsieniu ziemi w 1999 roku, relacjonowała wybory prezydenckie w Iranie, zajmowała się sprawą farmy niewolników pod Londynem i ukrytymi w rejonie Prypeci sierocińcami dla dzieci z wadami genetycznymi po wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Od blisko dwudziestu lat jeździ po Polsce śledząc tematy trudne i niewyjaśnione m.in. dla "Życia Warszawy", "Tygodnika Kulisy" i magazynu "Dziennika Gazety Prawnej". W 2016 roku nakładem wydawnictwa Horyzont Znak ukazała się książka "Policjanci. Za cenę życia", którą napisała wraz z mężem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (355)
Zaloguj się
  • mmamma_mia

    Oceniono 141 razy 141

    Drodzy rodzice chcący adoptować dziecko - oto nasz sposób, który podpowiedziała nam inna para, sprawdził się doskonale.
    Oboje mieliśmy około 35 lat i chcieliśmy zaadoptować dziecko. W jednym ośrodku od razu nam powiedziano że bez szans, bo nie mamy ślubu (byliśmy razem już 15 lat). W dwa miesiące wzięliśmy szybki ślub cywilny. Powiedziano nam, że teraz musimy odczekać 5 lat, żeby złapać staż. Poszliśmy do innego ośrodka - okazało się, że bez ślubu kościelnego nawet z nami nie będą rozmawiać. W końcu w kolejnym ośrodku nasz światopogląd nie budził obrzydzenia, ale podobno byliśmy już za starzy. Wtedy spotkaliśmy parę, która opowiedziała nam o swoim sposobie i tak też zrobiliśmy.
    Zgłosiliśmy się do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie i powiedzieliśmy, że chcemy być rodziną zastępczą NIEZAWODOWĄ (to ważne, bo niezawodowych, czyli nie biorących wynagrodzenia jest jak na lekarstwo i wszystkie ośrodki takich chcą). W ciągu pół roku zakwalifikowaliśmy się na szkolenia (bardzo podobne do adopcyjnych), załatwiliśmy papierologię i dostaliśmy pozytywną opinię. W trakcie szkolenia nie ukrywaliśmy, że jesteśmy gotowi adoptować dziecko, jeżeli będzie taka potrzeba (ale trzeba wyczuć, czy akurat w danym ośrodku nie jest to źle widziane, u nas nie było). Jako niezawodowi mogliśmy też podać nasze preferencje dotyczące dzieci, którymi chcemy się opiekować. My podaliśmy, że na początek jedno, góra dwoje dzieci, najchętniej jak najmłodsze, do 7 lat (ośrodki mają ustawowy obowiązek zapewniać takim dzieciom rodziny zastępcze zamiast domów dziecka). Po kilku miesiącach telefon i pytanie czy weźmiemy pod opiekę rodzeństwo: 5-miesięcznego chłopca i dwuletnią dziewczynkę. Po dwóch dniach dzieci były już u nas. Mama tylko raz wyraziła chęć zobaczenia swoich dzieci, pojechała gdzieś w Polskę, a po roku odebrano jej władzę rodzicielską. Po dwóch latach adoptowaliśmy maluchy i była to czysta formalność (rodzina zastępcza ma pierwszeństwo w adopcji). W ten sposób ominęliśmy adopcyjne rafy. Happy end.
    W komentarzu dalszy ciąg.

  • smiki48

    Oceniono 115 razy 97

    Opieka nad dziećmi to świetny interes. Gdyby większość dzieci z domów dziecka i rodzin zastępczych zostałaby adoptowana, to tysiące ludzi straciłoby dobre posady. Kilkaset osób przestałoby być dyrektorami domów dziecka. I dlatego ci wszyscy niepotrzebni będą robić wszystko aby udowodnić sens swojego istnienia.

  • vito60

    Oceniono 90 razy 76

    Skandalem jest ocena rodziców adopcyjnych oparta o kryteria religijne. Poza tym, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi i pieniądze, nie tylko z łapówki.

  • tomekdp

    Oceniono 71 razy 67

    Wreszcie ktoś napisał coś więcej na ten temat. Procedury adopcyjne w Polsce - a zwłaszcza podejście ośrodków (przynajmniej niektórych) to katastrofa. Abstrahuję od konieczności przechodzenia szkolenia - jakieś na pewno jest potrzebne. Natomiast szkolenie to jedno, a późniejsze czekanie "na telefon" to drugie. Samo szkolenie, w formie, której doświadczyłem (ośrodek adopcyjny w Poznaniu), to i tak jakiś kosmos, chyba głównie uzasadniający sens i potrzebę pracy dla tych pań. Trwające po kilka miesięcy bezsensowne zajęcia, na których oczywiście musisz się zachowywać "poprawnie", cały czas grać i zakładać odpowiednią maskę, bo jeszcze wpadniesz w oko paniom i stwierdzą, że nie nadajesz się na rodzica... A treść tych zajęć można by określić z w skrócie "straszenie FAS-em" i zmieścić na 32 stronach porządniej opracowanej broszury. Potem jakaś rozmowa z psychologiem, papier i koniec. Prosto, krótko i na temat. No ale co wtedy robiłyby panie z ośrodka? Gdzie pożytkowałyby swoją wiedzę i poczucie misji. Gdy kurs już się kończy - powinno się rzeczywiście dostać jakiś dokument, potwierdzający tzw. kwalifikację. Ale nie - ja o swój musiałem się prawie że wykłócać. Oczywiście podczas kursu nie byliśmy informowani o żadnych obiektywnych kryteriach w ramach których "przyznawane" są dzieci (tak, wiem że to niewłaściwy zwrot, ale jedyny jaki przychodzi mi do głowy). Pełna uznaniowość, zero jawności i sformułowanie wytrych "dla nas najważniejsze jest dobro dziecka". No, szkoda że również nie dobro rodziców, którzy chcieliby jakość przeżyć, choćby w szczątkowej formie to wymarzone rodzicielstwo. Nie wiesz kiedy telefon zadzwoni, nie wiesz na jakiej podstawie jest ci prezentowane takie a nie inne dziecko (oczywiście zupełnie inne niż to, o którym pisałeś w kwestionariuszu). Nie wiesz dlaczego panie z ośrodka gubią twoje papiery i nie informują cię przez prawie 5 lat. No, ale z tego wszystkiego siedzisz cicho, bo przecież jak przejdziesz w ton bardziej zdecydowany, to się obrażą i wykopią cię z kolejki - bo "najważniejsze jest dobro dziecka". Spróbujesz zanegować 7-letnie dziecko (od tego wieku przepadają ci uprawnienia macierzyńskie) - wylatujesz na koniec kolejki. Więc ja nie miałem już siły na walkę z systemem, trudno, widocznie dziecko nie było mi pisane. Ważne, że "dobro dziecka" zostało ocalone, a panie z ośrodka mają cały czas pracę i mogą się spełniać. Przed ośrodkiem w Poznaniu przestrzegali nas, naiwnych, praktycznie wszyscy - co i ja niniejszym czynię. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że kontrole NIK nie przyniosą żadnego rezultatu, orzeczenia Izby nie mają mocy wiążącej, ale nawet wyrok Sądu Najwyższego nie będzie prawdopodobnie w stanie zmienić mentalności pań z ośrodka i urzędników. W końcu one też muszą z czegoś żyć - tak mi się wydaje, że oprócz "dobra dziecka" równie istotne jest "dobro" tych pań. Naprawdę rad bym się dowiedzieć czy NIK zwizytował też ośrodek poznański i jakie wnioski wyciągnął... Nie chce mi już się pisać i wracać do tych historii, ale przypuszczam, że nie jestem jedyny. W każdym razie w wielu wątkach powyższego tekstu znalazłem swoje doświadczenia, więc rzeczywiście chyba takich osób jest całkiem sporo. Tyle na razie, jak coś mi jeszcze przyjdzie do głowy to dorzucę...

  • Fa Kl

    Oceniono 51 razy 49

    Adoptowałam dziecko jako osba samotna, cała procedura zajęła 8 miesięcy. Serio. nie wiem czy miałam jakieś kosmiczne szczęście, czy co... Polecam ośrodek adopcyjny w Skierniewicach, fantastyczni ludzie. A moja córka w tym roku kończy 18 lat i jest wspaniałym człowiekiem. Jestem z niech cholernie dumna i mam nadzieję, że mam w tym jakiś mały wkład i coś zrobiłam dobrze...

  • Darius R

    Oceniono 55 razy 47

    Utrzymanie dziecka w ośrodku kosztuje 3,5 do 8 tysięcy złotych a one dzielą się butami? Za najniższą tę kwotę mogłyby się utrzymać i 2 całe rodziny! U mnie w domu było w dobrym okresie aż 1200zł na 3 osoby. Minus opłaty i zostawało 500zł na jedzenie i całą resztę. Co za idiota określa takie sumy? Kolejny Minister Złodziejski? Sam wziąłbym 2 dwoje dzieci choć swoje mam bo ja normalnego domu nie miałem. Wystarczyłyby psychotesty i tygodniowa obserwacja na określenie czy ktoś się nadaje.

  • Tomek M

    Oceniono 47 razy 45

    Pozycja pracowników ośrodków adopcyjnych jest sama w sobie demoralizująca - przynajmniej potencjalnie. Zauważyłem, że ci ludzie czują się nieraz jak bogowie - dziecku mogą dać rodziców, a rodzicom dziecko. Kiedy po raz kolejny zadzwoniłem, żeby się dowiedzieć, w jakich godzinach będzie szkolenie - nie uzyskałem odpowiedzi. Usłyszałem pytanie (od sekretarki), czy na pewno jestem gotowy na adopcję(!?)... Powiedziałem, że moja gotowość polega na tym, że przesunę swoje godziny pracy stosownie do grafiku szkolenia, ale muszę go w tym celu poznać. Pani protekcjonalnym tonem powiedziała, że dowiem się w swoim czasie. To tylko próbka z tych dziwacznych doświadczeń. Z chwilą "przyznania" dziecka, zaczęliśmy się kontaktować z pracownikami domu dziecka, a ci okazali się już zwykłymi, pomocnymi ludźmi, nie bogami. Opłacało się przez to przejść, bo od kilkunastu lat jestem szczęśliwym ojcem. Kiedy jednak czytałem ten artykuł - zagotowało się we mnie jeszcze raz...

  • hens

    Oceniono 41 razy 39

    Przecież za pobyt każdego dziecka w ośrodku adopcyjnym (przechowalni) jest kasa i to trzy razy wyższa, niż otrzyma to Kowalski. Tak że jest powód aby jak najdłużej kombinować jak koń pod górę, aby dziecko nie trafiło za szybko do rodziców zastępczych

  • gramic

    Oceniono 48 razy 38

    A może ktoś napisze ile tysięcy miesięcznie te ośrodki dostają za dziecko. I temat nagłej miłości ośrodka do dziecka rozwiązany. I to jest dopiero handel dziećmi. Nie wspominając o układach kurator- ośrodek- sąd. Gdzie zabiera się matkom dzieci bo są biedne i dziecko czasem chodzi zasmarkane. A ośrodek zarabia.To są dopiero dramaty i skandal.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX