Nowy film Terry'ego Gilliama wchodzi na ekrany kin 10 sierpnia. Na zdjęciu reżyser na Festiwalu Camerimage w 2013 r.

Nowy film Terry'ego Gilliama wchodzi na ekrany kin 10 sierpnia. Na zdjęciu reżyser na Festiwalu Camerimage w 2013 r. (fot. Tymon Markowski / AG)

wywiad gazeta.pl

Terry Gilliam: Najbardziej obawiam się tego, że będę brany zbyt serio

Jeśli przyjmujesz świat takim, jaki on jest, to cóż mój przyjacielu, masz przeje**ne - mówi Terry Gilliam, amerykański reżyser i scenarzysta filmowy, a także animator i aktor, jeden z członków grupy Monty Pythona. Jego najnowszy film "Człowiek, który zabił Don Kichota", właśnie wchodzi do kin.

Przyniosłam wydaną niedawno w Polsce twoją autobiografię "Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia". Jest naprawdę zabawna, co oczywiście nie musi oznaczać, że takie było całe twoje życie.

Ale było! Niestety. A dla twórcy zawsze lepiej, gdy musi pokonywać trudności: na przykład żyje w skrajnej nędzy, przez lata leczy złamane serce - albo co najmniej choroby weneryczne - lub walczy z polityczną dyktaturą. Nic z tych rzeczy! To nie mój przypadek. Miałem szczęśliwe dzieciństwo, kochających rodziców, oddanych przyjaciół. Nigdy nie było przeciwko czemu lub komu się buntować. Chociaż nie, przypominam sobie momenty, w których buntowałem się przeciwko sobie.

Świadomie? Czy to diagnoza wystawiona po latach?

Robiąc filmy uciekałem i wciąż uciekam od siebie samego. Już nie myślę wyłącznie: ja, ja, ja. Wreszcie nie chodzi tylko o mnie. Kiedyś naprawdę złapałem się na tym, że poświęcam sobie zbyt wiele czasu. Co za niedorzeczność, myśleć głównie o sobie.

[śmiech]

Nie, przestań, naprawdę tak uważam. Każdy twórca na to cierpi, nie każdy ma odwagę się do tego przyznać. Kino nie jest moją terapią, niczego sobie nie załatwiam filmami, ale w końcu, stając na planie zdjęciowym, mogę choć na moment sobie odpuścić. Przestaję dla samego siebie być centrum świata. To wspaniałe uczucie.

Terry Gilliam z częścią obsady filmu 'Człowiek, który zabił Don Kichota' w Cannes, 2018 r. (fot. Shutterstock)
Terry Gilliam z częścią obsady filmu 'Człowiek, który zabił Don Kichota' w Cannes, 2018 r. (fot. Shutterstock)

A książka? To twój pomysł? Bo jednak pisząc ją musiałeś znów skupić się na sobie.  

A skąd! Córka namówiła mnie do tego. Na początku zareagowałem mniej więcej w ten sposób: Dziecko, jeszcze nie umieram, nie czas na testamenty! [śmiech] Ale Amy przekonała mnie, że ta publikacja nie będzie miała elegijnego charakteru, a raczej formę wycinków z życia i pracy, zbioru anegdot i wspomnień, kroniki niesfornego nie-wiadomo-kogo. Pisałem coś w rodzaju - ale tylko w rodzaju - pamiętniczka niesłodkopierdzącego dziadka. Po rozmowie z wydawcą okazało się, że dla ludzi to może być ciekawe, bo oni również nie puszczają pachnących bąków i czasami zwisa im babie lato z nosa. Wiedziałem też, że taka książka będzie musiała zawierać dużo ilustracji, zdjęć i grafik.

Po raz kolejny współpracujesz z córką. Macie szczególną więź, która przekłada się na zawodowe sprawy?

Nie nazwałbym tego szczególną więzią. To moja córka. Świetnie się dogadujemy, po prostu.

Wchodzenie w interesy z rodziną nie zawsze się opłaca.

Masz rację, mam ciotkę, przed którą od wielu lat udaję, że nie żyję. Zdaje się, że nawet wysłałem jej swój nekrolog... No cóż, jeśli chodzi o Amy, to wahałem się nieco, nim zdecydowałem się na tę naszą współpracę. Rzeczywiście na początku zrobiliśmy kilka projektów na próbę. Jednak szybko okazało się, że Amy ma wszystko to, czego mi brakuje: jest uporządkowana, konsekwentna, asertywna. Nigdy nie powiedziałbym o moich filmach, że to moje dzieci, może dlatego, że dzieci naprawdę mi się udały. Tak jak mówiłem, kino niczego mi nie rekompensuje.

Wracając do córek - bo mam dwie - Amy od lat pracuje jako moja asystentka i producentka, młodsza Holly, jest menedżerem kolektywu znanego pod nazwą Monty Python. Obydwie były zaangażowane w przygotowanie mojej autobiografii. Mam jeszcze syna, który był na tyle mądry, że poszedł swoją własną drogą. Rozumiem go. Choć z drugiej strony, zawsze byłem szczęśliwy mając swoje dziewczyny blisko - moja żona z kolei zajmowała się make upem w większości realizowanych przeze mnie filmów. Sama widzisz, jesteśmy paczką ludzi, którzy nie tylko muszą się kochać - jak to rodzina - przede wszystkim lubią się, cenią, mogą na sobie polegać. Chcemy spędzać ze sobą czas w domu i poza nim.

Żeby jednak nie było tak bajkowo - prawda jest taka, że na początku w ogóle nie chciałem mieć dzieci.

Terry Gilliam na Festiwalu Nowe Horyzonty, 2011 r. (fot. Maciej Świerczyński / AG)
Terry Gilliam na Festiwalu Nowe Horyzonty, 2011 r. (fot. Maciej Świerczyński / AG)

Dlaczego?

Jak każdy facet, bałem się utraty niezależności. Wygodniej było mi żyć nie biorąc za nikogo odpowiedzialności. I oczywiście, znów, jak każdy facet, nie chciałem tracić swojej pozycji w związku. Wydawało mi się, że jestem najważniejszy dla mojej żony - wówczas dziewczyny - a dzieci to zmienią. Zaburzą hierarchię w naszym związku. I rzeczywiście tak się stało. Była to najpiękniejsza wolta mojego życia.

Dlaczego zmieniłeś zdanie i zapragnąłeś mieć dzieci?

Żona mnie przekonała. Do dziś jej za to dziękuję. Dzieci i rodzina, to najważniejsze co może spotkać człowieka w życiu. Jeśli w cokolwiek wierzę, to właśnie w nas: w moje dzieci, w żonę, w moją rodzinę. Kino nie ma tu nic do rzeczy i nigdy nie miało.

Szczęściarz z ciebie.

Zawsze to powtarzam. Szczęście towarzyszy mi w życiu. Jako młody człowiek nie za bardzo wiedziałem, co chcę robić, wiedziałem za to, czego nie chcę. To uprościło sprawę.

Przez całe studia imałem się różnych dorywczych prac. Ostatnią w miarę stałą robotą była fucha w fabryce Chevroleta prawie 40 lat temu. Pracowałem na nocnej zmianie, przy taśmie, którą transportowano części aut do wstępnego montażu. Co to był za koszmar! Po paru miesiącach rzuciłem to w cholerę i dołączyłem do grupy ulicznych artystów specjalizujących się w teatrze dla dzieci. Pierwszy raz miałem poczucie, że jestem we właściwym czasie i miejscu, z ludźmi, którzy mnie rozumieją.

Potem wyjechałem do Nowego Jorku. Coś mnie gnało, trudno powiedzieć co: młodość, naiwność, głupota, ciekawość świata? Pewnie po części wszystko. Szukałem pracy, ale nigdy obsesyjnie. Wciąż nie potrafiłem sprecyzować, co chcę robić, wiedziałem jedynie, że muszę mieć pełną kontrolę. Bardzo możliwe, że właśnie z tego powodu zostałem ilustratorem i grafikiem: potrzebowałem jedynie kartki i ołówka. Za sprawą tych dwóch elementów - bez ingerencji osób z zewnątrz - mogłem wyczarować, co chciałem. Lubiłem to poczucie kontroli. Ta opowieść jest po części dowodem na to, jak z biegiem czasu, stawałem się coraz głupszy.

Adam Driver gra jedną z głównych ról w filmie 'Człowiek, który zabił Don Kichota' (mat. prasowe)
Adam Driver gra jedną z głównych ról w filmie 'Człowiek, który zabił Don Kichota' (mat. prasowe)

Jak to rozumieć?

Zacząłem robić filmy. W filmach - czy może raczej należałoby rzec: w reżyserii - poczucie kontroli jest coraz bardziej iluzoryczne. Przemysł filmowy idzie w stronę odbierania reżyserowi niemal całego pakietu jego przywilejów, w tym poczucia kontroli, wizji, mocy sprawczej. Pozostaje jedynie odpowiedzialność i końcowa fota na ściance w dniu premiery. [śmiech] Uwierz mi, nie jest tak, że przemawia przeze mnie jedynie rozgoryczony starszy facet, ale dziś moja rola - według sugestii większości producentów, agentów, w tym agentów sprzedaży, agentów promocji i agentów gwiazd, a także prawników, czy jakichkolwiek doradców z wytwórni filmowych - najczęściej powinna sprowadzać się do tego, bym załatwiał pieniądze na film. I przynosił wpływy z poprzedniego. Bo tym samym będzie prościej załatwić forsę na kolejny. I tak w kółko. Naprawdę nie po to zostawałem reżyserem, by tworzyć perfekcyjne budżety. Gdybym tego chciał, zostałbym czarodziejem! No albo chociaż księgowym.

Zbieranie pieniędzy na film, to najtrudniejszy etap produkcji. Mogę się w to włączyć, nie ma problemu, ale moja rola nie może sprowadzać się jedynie do tego zajęcia. To zabija kreatywność i potrzebę snucia planów i marzeń. A to lubię najbardziej! [śmiech] Chętnie włączę się w proces pre-produkcji, co nie znaczy, że będę codziennie przeliczał banknoty w pancernym sejfie.

Porozmawiajmy o twoim wyjeździe z USA. Zrzekłeś się amerykańskiego obywatelstwa, kiedy George W. Bush został prezydentem w 2001 roku.

Dziwisz się? Niestety jest jeszcze gorzej... Ale to nie była trudna decyzja. Od lat czułem się Europejczykiem: mieszkałem w Anglii, pomieszkiwałem też w swoim zamku we Włoszech, mój amerykański rodowód tracił na znaczeniu. Po tym, jak zaakceptowano moją prośbę i oficjalnie przestałem być Amerykaninem, przez 10 lat wjeżdżając do USA byłem pod specjalnym nadzorem. To norma. Sprowadza się do tego, że pobyt nie może trwać dłużej niż 30 dni każdego roku w ciągu tych 10 lat. Pamiętam jak smutny pan w garniturze informował mnie o tym surowym głosem. Bez obaw - powiedziałem mu radośnie - nigdy nie przekroczę tych limitów. I rzeczywiście, tylko raz podczas dekady pojechałem do Stanów. Miało to związek z promocją filmu i mój pobyt trwał zaledwie kilka dni, chyba nawet go skróciłem. Dziś nie chcę mieć nic wspólnego z Ameryką. Mówię to bardzo świadomie. Chętnie za to zostałbym Kanadyjczykiem! Ostatnio spotkałem jednego, który na moje pytanie jak by zdefiniował swoją nację, bez namysłu wypalił: Po pierwsze nie jesteśmy Amerykanami. Bardzo mnie to rozbawiło. To argument w punkt. Krótki, a celny.

Terry Gilliam gościł niedawno na wrocławskim festiwalu Nowe Horyzonty 2018 (fot. Krzysztof Ćwik / AG)
Terry Gilliam gościł niedawno na wrocławskim festiwalu Nowe Horyzonty 2018 (fot. Krzysztof Ćwik / AG)

Nie tęsknisz za ojczyzną? Za miejscami, w których się wychowałeś, gdzie dorastałeś, zawierałeś pierwsze przyjaźnie?

Pewnie że tęsknie, ale Ameryka nie ma tu nic do rzeczy. Tęsknię za czasem, za ludźmi, za życiem bez plam wątrobowych. [śmiech] Gdybym urodził się w Urugwaju i wyjechał do Teksasu pewnie tęskniłbym równie mocno.

Zdaje się, że masz wyrobiony pogląd na wszystko...

Raczej tak. To przywilej starości.

Jest coś czego się boisz?

Wielu rzeczy. Mógłbym wymieniać, że to choroby, śmierć, starość - i tak dalej - ale to wszystko to są sprawy, na które nie mam wpływu. Więc staram się je ignorować. Najbardziej obawiam się chyba jednak tego, że będę brany zbyt serio.

Z taką różową walizką!

Zauważyłaś? [Gilliam wyciąga spod stołu różową walizeczkę - przyp. aut.]

Pewnie. Sama chętnie bym z taką podróżowała.

Uwielbiam ją. Wracając z Hiszpanii po zdjęciach do "Człowieka, który zabił Don Kichota" potrzebowałem nowego bagażu. Dostępne były tylko takie różowe. Nie muszę dodawać, że jako osoba z natury oszczędna - moja żona powiedziałaby pewnie "skąpa", ale to kwestia leksykonu - kupowałem walizkę na wyprzedaży. Ta różowa od razu rzuciła mi się w oczy. Dużo podróżuję, pomyślałem sobie, że zawsze, na każdym lotnisku, będzie się wyróżniać.

Lubisz się wyróżniać?

Nigdy nie sądziłem, że to coś złego. Wręcz przeciwnie. Ale też nie dążyłem do tego, by być oryginalnym na siłę. Zdaje się, że w ogóle nigdy nie marzyłem o tym, żeby być kimś innym. Oczywiście, super byłoby poczuć emocje, które towarzyszyły na przykład gejom czy czarnym lesbijkom w momencie przemian na przełomie lat 60. i 70. w Stanach. To musiał być niezwykły czas szczególnie dla osób z kręgu LGBT. No, ale żeby to poczuć w pełni musiałbym być gejem albo czarną lesbijką. Chętnie, na moment. No widzisz, ze mną to jest raczej tak, że nie mam marzeń, by zostać milionerem, albo szejkiem - nikomu nie zazdroszczę dóbr - ale dużo bym dał, by przeżyć pewne emocje czy przyjrzeć się z bliska jakimś ważnym wydarzeniom z przeszłości.

A do epoki Don Kichota nie chciałbyś trafić?

Na stałe? Na stałe to ja bym chciał trafić na moją kanapę i żeby żona leżała obok. A co do Don Kichota - uważam że wiele jego cech sprawdza się dzisiaj. Nie jest ważne, czy nosisz zbroje i jeździsz konno, czy pracujesz jako makler giełdowy - jeśli potrafisz kreować świat wokół siebie, i w ogóle, jeśli potrafisz patrzeć na świat oczami dziecka, to znaczy, że wszystko z tobą w porządku. Wygrałeś. Jeśli jednak przyjmujesz świat takim, jaki on jest, jeden do jednego, to cóż mój przyjacielu, masz przeje**ne. [śmiech] Świat cię wessie, przemieli i wypluje. Jesteś Sancho Pansą, nie Don Kichotem.

Zawsze chciałem siebie postrzegać właśnie jako Don Kichota, zamartwiając się jednocześnie, że świat co najwyżej weźmie mnie za jego konia. [śmiech] Wiem, że to idealistyczne, ale tylko takie podejście według mnie ma sens - trzeba marzyć, reinterpretować rzeczywistość wokół, zadawać pytania, stawiać sobie co raz to nowe wyzwania. Życie jest wędrówką, choć trudno naprawdę oszacować, co jest jej celem. Wiem, że Do Kichot jest utopijną postacią, ale życie jako koncept to rzecz jeszcze bardziej utopijna. Biorąc pod uwagę, że niektórzy przez całą swoją egzystencję chodzą do biura, albo pracują w kopalni, nie widzę powodu, dla którego snucie się na koniu po bezdrożach mogłoby wydawać się dziwne. 

Wszystkie moje filmy są mnie więcej o tym. Każdym z nim staram się podważyć zastany porządek.

Realizację najnowszego filmu rozpocząłeś 25 lat temu. Trudno było przez tyle lat nie stracić serca i zapału do historii i bohaterów?

Z pewnością mam inną energię niż 25 lat temu, ale nie rozpamiętuję tego. Przez te 25 lat scenariusz filmu ewoluował. Musiałem zmienić kilka założeń. "Człowiek, który zabił Don Kichota" wydaje mi się jeszcze bardziej aktualny obecnie niż wtedy, gdy zaczynałem nad nim pracować. To historia o wybaczaniu, zapominaniu, godzeniu się na starość, upływ czasu, jakiś kres. Mój film uczy akceptowania porażek. Jak to brzmi dzisiaj: porażka, porażka, porażka... Fatalnie! Jakie to obecnie niepopularne słowo, nieprawdaż? A jednak, Don Kichot - choć symbolizuje epokę romantyczną - w gruncie rzeczy ma nas oswajać z takimi rzeczami jak klęska, rezygnacja. Ze wszystkim tym, czego dzisiaj nie znajdziemy na Facebooku. I myślę, że jeśli w porę nie zrezygnujemy z tego pędu, jeśli nie wymiksujemy się z tego szaleństwa, życia na bardzo wysokich obrotach w zawrotnym tempie z przymusem sukcesu, to zwariujemy. Podoba mi się, że Don Kichot żyje w swoim rytmie gdzieś na obrzeżach rzeczywistości. W swoim świecie, według swoich zasad, nie wadząc nikomu. Życie w zgodzie ze sobą to luksus, na który stać naprawdę niewielu.

Adam Drive i Jonathan Pryce w filmie 'Człowiek, który zabił Don Kichota' (mat. prasowe)
Adam Drive i Jonathan Pryce w filmie 'Człowiek, który zabił Don Kichota' (mat. prasowe)

W tytułową rolę wcielił się Jonathan Pryce, z kolei mężczyznę, który po latach odnajduje Don Kichota, gra Adam Driver.

Gwiazda "Gwiezdnych wojen". Myślę że to dzięki niemu ostatecznie zrobiliśmy ten film. Na nikim dzisiaj nie robią wrażenia takie nazwiska jak Pryce, Gilliam, Cervantes - niekoniecznie w tej kolejności - za to Driver jest absolutnie na czasie. Kiedy tylko udział aktora został potwierdzony, studio filmowe dało nam zielone światło i rozpoczęły się przygotowania pełną piersią. Ja nie byłem przekonany do Adama. Wydawał mi się dziwny, jakiś taki nieforemny: wielki nos, wielkie uszy, no i ten wzrost... Ale przekonały mnie córki. Piszczały na sam dźwięk jego nazwiska. I miały rację. To fantastyczny aktor, niezwykły człowiek - skromny, zrównoważony, delikatny, dowcipny. Trochę nie z tej epoki. Zresztą Adam cały czas żartował ze swojej urody, trzeba nie lada dystansu, by pozwalać sobie na żarty przy ekipie.

Brat Pitt i Bruce Willis tego nie mieli?

Pitt był bardzo młody, gdy grał w moich "12 małpach", a towarzyszący mu Willis w przerwach realizował "Szklaną pułapkę 3". Do pewnego momentu Willis był świetny, ale zszedł z naszego planu na kilka dni, by dokończyć zdjęcia do trzeciej części swojego hitu. Kiedy wrócił do nas okazało się, że wciąż gra Johna McClane'a. To było dość niesamowite, bo żegnaliśmy uroczego faceta, a zjawił się po kilku dniach zarozumiały, zblazowany, wyniosły dupek. 

Brad Pitt początkowo chciał grać w "12 małpach" postać Jamesa Cole'a, ale Willis był już obsadzony. Postanowiłem powierzyć mu rolę Jeffreya, choć niemal wszyscy mi to odradzali, twierdząc że Brad nie podoła przede wszystkim językowo. Podołał i to jak - językowo, emocjonalnie, psychologicznie. Byłem dumny.

Co to znaczy, że mógł nie podołać językowo?

Jeffrey mówi z takim... niecodziennym zaśpiewem, w przyspieszonym tempie, przestawiając często szyk wyrazów w zdaniu, stale definiując czy wręcz podważając granicę między tzw. normą a szaleństwem. Czy Jeffrey jest szalony? Dla mnie nie, to jedna z najbliższych mi postaci z własnego uniwersum. Ale pewnie dla wielu widzów był niespełna rozumu. W ogóle dynamika ciała bohatera jest nieco inna niż - nazwijmy ich w uproszczeniu - u "zdrowych" ludzi.

Po premierze wszyscy mówili o Bradzie Picie nazywając jego grę kreacją. W cieniu pozostał sam Bruce Willis, a to wtedy on był gwiazdą. Całą uwagę mediów i krytyków skupił na sobie Pitt, słusznie i nie. Bruce - moim zdaniem - stworzył jedną z lepszych postaci w całej swojej karierze. Może nie tak spektakularną i widowiskową jak w "Szklanej pułapce", ale za to jak złożoną, a przy tym równą.

Duet Pitt i Willis był fenomenalny, podobnie jak tandem Robin Williams i Jeff Bridges w filmie "Fisher King".

Chemia między aktorami to wielka, niezgłębiona tajemnica każdego planu. Czy zaiskrzy między nimi, czy będą snuć się jak dwa znudzone wielbłądy - nikt z wyprzedzeniem tego nie wie. Robin Williams był jednym z najzdolniejszych aktorów, jakich miałem szansę poznać. Niezwykle wymagający przede wszystkim wobec siebie, spalał się w swojej pracy. Jeffa Bridgesa najchętniej widziałabym w każdym swoim filmie. Ma w sobie spokój, konsekwencję, elegancję. Jest niepoprawnie inteligentny. Tak, jeśli chodzi o mnie, może w każdym filmie snuć się jak wielbłąd. 

Wybór wiodącego aktora - czy wiodącej pary - zawsze był dla mnie wyzwaniem. Film według moich standardów to kolektyw, naiwnie pragnę, aby na każdym moim planie wszyscy czuli się dobrze. Zostało mi to chyba z czasów, gdy realizowaliśmy skecze i filmy jako Monty Python. Byliśmy zgraną paczką, wszelkie różnice nas budowały, każdy znał swoje miejsce. Lubiliśmy się i nakręcaliśmy wzajemnie. Za każdym razem próbuję przenieść ten model pracy na moje filmy i plany. Nie zawsze z dobrym skutkiem.

Bruce Willis i Brad Pitt wystąpili w filmie Gilliama '12 małp' z 1995 r. (mat. prasowe)
Bruce Willis i Brad Pitt wystąpili w filmie Gilliama '12 małp' z 1995 r. (mat. prasowe)

A uważasz, że udałoby się dzisiaj stworzyć taką grupę jak wasza, coś na kształt Monty Pythona?

Absolutne nie. Byliśmy wyjątkowi i nie próbujcie nas naśladować, nędzni imitatorzy! A tak na poważnie: myślę że w dobie poprawności politycznej jest to po prostu niemożliwe. Albo ktoś natychmiast by się obraził, albo kogoś pozwał, w najlepszym wypadku zniszczył w Internecie. Nie wyobrażam sobie powtórzenia tego stylu w dzisiejszym świecie wirtualnych bluzgów.

Wtedy dla nas nie liczyły się pieniądze, oglądalność, popularność. Mieliśmy z tego radość. To bezcenne. Który z dzisiejszych artystów, może powiedzieć: Robię to, bo chcę! Dla frajdy. A wtedy każdy z nas na swój sposób był błędnym rycerzem. I tacy pozostaliśmy. Byliśmy i wciąż jesteśmy niepoprawnymi marzycielami - szaleńcami, którzy nie chcą dorosnąć. O tym też są moje filmy.

Oscar Wilde powiedział słowa, która powracają do mnie ostatnio: Tragedią nie jest to, że człowiek się starzeje, a to, że pozostaje wiecznie młody. Nie cieszcie się jednak zbyt mocno - mówię to do wszystkich młodych scyzoryków, którzy zawadiacko zapalają teraz papieroska myśląc: Co ty pie***lisz dziadku? Bylibyście zdziwieni, co ten dziadek kiedyś potrafił, co kiedyś robił. Ale nie roztkliwiajcie się nade mną, niebawem ktoś będzie mazgaić się nad waszą historią i poczujecie się głupio. Wcześniej czy później wszyscy spotkamy się w tym samym miejscu. Równi wobec przespanych i nieprzespanych w młodości nocy. 

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Anna Serdiukow. Absolwentka Instytutu Dziennikarstwa i Laboratorium Reportażu na Uniwersytecie Warszawskim i Gender Studies na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje m.in. w: "Zwierciadle", "Harper's Bazaar", "Wyborczej", "Magazynie Filmowym SFP" i "FilmPro". Propaguje kino autorskie i artystyczne, konsultuje scenariusze filmowe, m.in. wielokrotnie nagradzany w Polsce i za granicą film "Płynące wieżowce" Tomasza Wasilewskiego. Od trzech lat dyrektor artystyczna Festiwalu Cinergia. Forum Kina Europejskiego w Łodzi. Współautorka albumu "Andrzej Wajda. Ostatni romantyk polskiego kina".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (11)
Zaloguj się
  • augenthaler

    Oceniono 9 razy 3

    Na Netflixie są dwa pierwsze sezony Latającego Cyrku Monty Pythona. Odświeżam sobie. Włączam odcinek by poczuć się lepiej. To naprawdę działa!

  • drapetomaniak

    Oceniono 1 raz 1

    Przy okazji, zauważyłem, że o ile wcześniej był taki trend do rozliczania się z patologiami społecznymi, powszechnymi w minionych epokach, dekonstrukcja mitów, jakichś nieporozumień prowadzących do niesprawiedliwości, to dzisiaj te wątpliwe wartości próbuje się rewitalizować. Don Kichot to przecież satyra na klasę uprzywilejowaną, a nie pochwała arogancji, impertynencji pasożytnictwa, czy mitomanii. W efekcie, na przykład w Polsce nowy film Gilliama oznacza wsparcie dla dawno wyśmianych, archaicznych błędów, stanowiących fundament konserwatywnych ideologii, czy będących przyczyną podziałów społecznych. Nie bawi mnie to.

  • drapetomaniak

    Oceniono 1 raz 1

    To ciekawe, bo moim zdaniem właśnie dzieci biorą świat taki, jakim jest. Z drugiej strony, trzeba odróżnić dziecinność (infantylość) od dziecięcości (otwartości, świeżego spojrzenia, bez uprzedzeń, bez założeń itd). A z tym bredzeniem o solipsyzmie, to już nie zgadzam się w ogóle. Rzeczywiście do pewnego wieku naturalna jest skłonność do projekcji i personifikacji, potem to już zaburzenie psychiczne (różnica między projektowaniem a empatią jest zasadnicza). Świat jest, jaki jest, niezaleznie od tego, co o nim wiemy, co o nim myślimy, nie robi na mnie wrażenia taka przekora, taka prowokacja, mam serdecznie dość ludzi, którzy próbują zwodzić w ten sposób - na przykład mechanizm ciasteczek w internecie, zamykający nas w mydlanych bańkach naszych uwarunkowań, do tego te wszystkie ankiety, programowanie neurolingwistyczne i inne kłamstwa - to właśnie to wsysa, banda oszustów, a nie dystans do rzeczywistości i umiejętność poprawnego rozumowania. O tym między innymi jest przecież film 12 Małp, nie rozumiem, dlaczego teraz w wywiadzie, pan Gilliam sobie przeczy, może nie do końa przemyśana wypowiedź.

  • romanthorne

    Oceniono 1 raz 1

    Niestey,pomimo całego mistrzostwa w realizacji tych bajek,filmowcy z Hollywood dla doraźnych zysków oszukali ludzkość.Na szczęście,dużo ludzi chce już wyp….ć telewizor za okno.

  • vargur09

    Oceniono 3 razy 1

    Mistrz! Stu lat życia czy czego tam by sobie życzył....

  • kisssmyass

    0

    tylko proszę nie wypowiadać się za wszystkich facetów, bo to zbyt oczywiste przekłamanie rzeczywistości i wygodnickie usprawiedliwienie własnych grzeszków! Dystansu! Dystansu! Do siebie też. Asekuranctwo jest tu wysoce niestosowne.

  • oloros11

    Oceniono 6 razy 0

    chodzilo o to zeby nie placic podatkow w US - ale to akurat nawet Rycerz by sie domyslil

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX