Aparat do dezynfekcji narzędzi chirurgicznych. 1914-1918 r.

Aparat do dezynfekcji narzędzi chirurgicznych. 1914-1918 r. (fot. Wikimedia Commons / Swiss Federal Archives / public domain)

Na pohybel drobnoustrojom. Jak Joseph Lister zmienił "domy śmierci" w szpitale

W 1869 roku chirurg James Y. Simpson zauważył, że "żołnierz na polu bitwy pod Waterloo ma większe szanse na przeżycie niż człowiek, który idzie do szpitala". Szpitale nazywane były "domami śmierci", a naczelni łapacze insektów, których praca polegała na odwszawianiu łóżek, zarabiali więcej niż chirurdzy. Lekarz Joseph Lister zdawał sobie sprawę z tego, że poprawę sytuacji może przynieść tylko zwiększenie poziomu higieny. Stało się to celem jego życia.

Najlepsze, co da się powiedzieć o szpitalach wiktoriańskich, jest to, że stanowiły nieznaczny postęp w stosunku do swoich poprzedników z czasów georgiańskich. Trudno to jednak uznać za powód do dumy, jeśli weźmie się pod uwagę, że szpitalny "naczelny łapacz insektów" - którego praca polegała na odwszawianiu sienników - był opłacany lepiej niż tamtejsi chirurdzy.*

Trzeba przyznać, że w pierwszej połowie XIX wieku kilka londyńskich szpitali zostało przebudowanych lub rozbudowanych w związku z wymogami, jakie stawiała przed nimi rosnąca liczba mieszkańców stolicy. (...) W tamtym okresie zbudowano również trzy kliniki, między innymi University College Hospital w 1834 roku. Pomimo wspomnianych zmian - albo dlatego że z powodu rozbudowy tych placówek setki pacjentów znalazły się nagle blisko siebie - szpitale powszechnie nazywano domami śmierci. Niektóre przyjmowały tylko tych chorych, którzy wzięli ze sobą pieniądze na pokrycie kosztów własnego niemal nieuniknionego pochówku. Inne, tak jak St. Thomas' Hospital, pobierały podwójną opłatę, jeśli dana osoba została uznana za "odrażającą" przez pracownika odpowiedzialnego za przyjmowanie chorych. Jeszcze w 1869 roku chirurg James Y. Simpson zauważył, że "żołnierz na polu bitwy pod Waterloo ma większe szanse na przeżycie niż człowiek, który idzie do szpitala".

Chociaż podejmowano symboliczne wysiłki zmierzające do tego, żeby szpitale stały się czystsze, większość nadal była przepełniona, brudna i źle zarządzana. Stanowiły wylęgarnię infekcji i zapewniały jedynie najprymitywniejsze warunki chorym i umierającym, z których wielu umieszczano w salach bez dostatecznej wentylacji i dostępu do czystej wody. Nacięcia chirurgiczne dokonywane w dużych szpitalach miejskich wiązały się z tak wielkim ryzykiem infekcji, że operacje ograniczały się jedynie do najpilniejszych przypadków. Chorzy często długo marnieli w brudzie, zanim doczekali się pomocy medycznej, ponieważ większość szpitali cierpiała na fatalne braki kadrowe. W 1825 roku odwiedzający St. George's Hospital odkryli grzyby i robaki, które świetnie się miały w wilgotnej i brudnej pościeli pewnego pacjenta dochodzącego do zdrowia po zabiegu związanym z otwartym złamaniem kości. Poszkodowany mężczyzna, uznając to za normę, nie skarżył się na warunki, a żaden z pozostałych pacjentów z tej sali nie uważał, żeby panujący tam brud był czymś szczególnie godnym uwagi.

Baron Lister z lekarzami z oddziału Victoria w szpitalu King's College w Londynie. 1893 r. (fot. Wellcome Collection / CC BY 4.0)
Baron Lister z lekarzami z oddziału Victoria w szpitalu King's College w Londynie. 1893 r. (fot. Wellcome Collection / CC BY 4.0)

Najgorsze ze wszystkiego było to, że szpitale nieustannie cuchnęły moczem, kałem i wymiocinami. Obrzydliwa woń przenikała każdy oddział chirurgiczny. Odór był tak ohydny, że niekiedy lekarze chodzili z chusteczkami przyciśniętymi do nosa. To właśnie ów afront dla zmysłów stanowił najtrudniejszy test dla studentów chirurgii podczas pierwszego dnia ich pracy w szpitalu.

(...) W tym niebezpiecznym środowisku szczególnie zagrożone były ciężarne, u których doszło do pęknięcia krocza w trakcie porodu, ponieważ tego rodzaju rany ułatwiały przenikanie do organizmu bakterii przenoszonych przez lekarzy i chirurgów. W latach czterdziestych XIX wieku w Anglii i Walii co roku w wyniku infekcji bakteryjnych, takich jak posocznica połogowa (zwana również gorączką połogową), umierało mniej więcej trzy tysiące matek. Oznaczało to w przybliżeniu jeden zgon na każde dwieście dziesięć porodów. (...)

Ponieważ chirurdzy na co dzień spotykali się z cierpieniem, bardzo niewielu czuło potrzebę zajmowania się tym problemem - uważali, że jest czymś zwyczajnym i nieuniknionym. Większość chirurgów była zainteresowana jedynie stanem poszczególnych pacjentów, a nie ogółem hospitalizowanych czy statystykami. Przeważnie nie obchodziły ich przyczyny chorób, woleli się skupiać na diagnozach, rokowaniach i leczeniu. Joseph Lister jednak wyrobił sobie wkrótce własną opinię na temat opłakanego stanu oddziałów szpitalnych i tego, co można zrobić, żeby zaradzić sytuacji, którą uważał za narastający kryzys humanitarny.

Wielka czwórka

W 1850 r. Niedługo po tym, jak Lister został dresserem [ludzie towarzysząc chirurgom podczas obchodów i noszący pudełka z materiałami potrzebnymi do bandażowania ran - przyp.red.] Erichsena [kierownikiem katedry chirurgii w University College Hospital w Londynie - przyp.red.] w szpitalu wybuchła epidemia róży, ostrej infekcji skórnej nazywanej niekiedy ogniem Świętego Antoniego, ponieważ w jej wyniku skóra chorego staje się jasnoczerwona i błyszcząca. Choroba, którą wywołują paciorkowce, może się rozwinąć w ciągu zaledwie kilku godzin, powodując wysoką gorączkę, dreszcze i ostatecznie prowadząc do śmierci. Większość ówczesnych chirurgów uważała różę za całkowicie nieuleczalną. (...) Lister znał tę chorobę lepiej niż jego koledzy ze studiów, bo odkąd był mały, jego matka Isabella cierpiała z powodu regularnych nawrotów tej choroby.

Joseph Lister (w pierwszym rzędzie, drugi od lewej) z lekarzami szpitala Old Royal Infirmary w Edynburgu. 1855 r. (fot. Wikimedia Commons / Wellcome Collection / CC BY 4.0)
Joseph Lister (w pierwszym rzędzie, drugi od lewej) z lekarzami szpitala Old Royal Infirmary w Edynburgu. 1855 r. (fot. Wikimedia Commons / Wellcome Collection / CC BY 4.0)

Róża należała do czterech najgroźniejszych infekcji, które nękały dziewiętnastowieczne szpitale. Pozostałe trzy to gangrena szpitalna (wrzody prowadzące do rozkładu ciała, mięśni i kości), sepsa (posocznica) i ropnica. Każda z tych chorób mogła się okazać śmiertelna, zależnie od najróżniejszych czynników, zwłaszcza od wieku i ogólnego stanu zdrowia zarażonej osoby. Wywołane przez tę "wielką czwórkę" nasilenie się infekcji i ropienia ran zaczęto później nazywać hospitalizmem, za który środowisko medyczne w coraz większym stopniu winiło zakładanie dużych miejskich szpitali, gdzie pacjenci mieli bliski kontakt ze sobą. Chociaż budowa tych obiektów wychodziła naprzeciw potrzebom ludności, której liczba gwałtownie rosła, wielu lekarzy uważało, że szpitale niweczą postępy chirurgii, ponieważ większość pacjentów umiera w wyniku infekcji, a w ogóle by się jej nie nabawili, gdyby nie zostali przyjęci do szpitala. (...)

Problem polegał na tym, że nikt dokładnie nie wiedział, jak są przenoszone choroby zakaźne. W latach czterdziestych XIX wieku opracowanie skutecznej polityki ochrony zdrowia stało się zakładnikiem debaty między zwolennikami tak zwanej teorii zakażeń a jej przeciwnikami. Ci pierwsi zakładali, że choroby są przenoszone z osoby na osobę za pośrednictwem towarów sprowadzanych z zarażonych rejonów świata. Wyrażali się jednak niejasno na temat czynnika, za pomocą którego choroba jest przekazywana. Niektórzy sugerowali, że chodzi o jakąś substancję chemiczną albo nawet małe "niewidzialne kule". Inni uważali, że może być przenoszona przez "żyjątka", bo tym uniwersalnym terminem określano wszelkie małe organizmy. Zwolennicy teorii zakażeń utrzymywali, że jedynym sposobem zapobiegania i kontrolowania epidemii jest stosowanie kwarantanny i wprowadzenie restrykcji handlowych. (...)

Po drugiej stronie znajdowali się przeciwnicy teorii zakażeń, którzy uważali, że choroby rodzą się samoistnie z brudu i zgnilizny, w efekcie procesu gnilnego, a następnie są przenoszone powietrzem za pośrednictwem trujących wyziewów, czyli miazmatów. Ten pogląd był popularny wśród medycznej elity sprzeciwiającej się drakońskim ograniczeniom wolnego handlu, za których wprowadzeniem podczas epidemii opowiadali się zwolennicy teorii zakażeń. (...)

Joseph Lister skonstruował aparaturę, która spryskiwała pacjenta kwasem karbolowym w celu zdezynfekowania rany (fot. Wikimedia Commons)
Joseph Lister skonstruował aparaturę, która spryskiwała pacjenta kwasem karbolowym w celu zdezynfekowania rany (fot. Wikimedia Commons)

Chociaż wielu lekarzy przyznawało, że żadna z tych dwóch teorii nie dostarcza wyczerpującego wyjaśnienia, jak rozprzestrzeniają się choroby zakaźne, większość szpitalnych chirurgów opowiadała się po stronie przeciwników teorii zakażeń, zwracając uwagę na skażone powietrze w przepełnionych salach szpitalnych jako na przyczynę hospitalizmu. Francuzi nazywali to zjawisko l'intoxication nosocomiale (zatruciem szpitalnym).

W University College Hospital z poglądem tym zgadzał się Erichsen. Utrzymywał, że pacjenci ulegają zakażeniu miazmatem powstającym w gnijących ranach. Sądził, że powietrze nasyca się trującymi gazami, które są następnie wdychane przez pacjentów: ów miazmat mógł się pojawić "o każdej porze roku, w każdych okolicznościach, i stać się niezwykle zjadliwy, jeśli stłoczenie razem operowanych lub rannych [.] będzie nadmierne". Erichsen oceniał, że gdy w sali na czternaście łóżek znajdzie się więcej niż siedmioro pacjentów z zakażoną raną, może to doprowadzić do nieodwracalnego wybuchu epidemii którejkolwiek z czterech głównych chorób szpitalnych. Trudno go winić za to, że tak myślał. (...)

University College Hospital prowadził politykę natychmiastowej izolacji, jeśli chodzi o postępowanie w wypadku infekcji szpitalnych. Gdy w styczniu 1851 roku Lister zaczął pracować dla Erichsena, czasopismo "The Lancet" doniosło, że szpital "był wyjątkowo zdrowy i zupełnie wolny od przypadków róży mającej źródło w jego murach". A jednak w tym samym miesiącu przywieziono tam z przytułku w Islington pacjenta z martwicą nóg, który jak się okazało, był również zarażony różą. Chociaż zajmował łóżko tylko przez dwie godziny, zanim Erichsen kazał go odizolować, było już za późno. Doszło do najgorszego. W ciągu kilku godzin infekcja rozprzestrzeniła się po całej sali, zabijając wielu pacjentów. Jej wybuch został ostatecznie powstrzymany, gdy zarażone osoby przeniesiono do innej części szpitala.

Wiele z tych ofiar niewątpliwie przetransportowano do prosektorium, żeby poddać je sekcji zwłok, co jeszcze dobitniej uświadomiło Listerowi i jego kolegom nierozerwalny charakter cyklu choroby i śmierci, którego osią okazała się sala szpitalna. Powodzenie lub porażka leczenia w domu śmierci były loterią. (...)

Hospitalizm

W latach sześćdziesiątych XIX wieku współczynniki umieralności w szpitalach osiągnęły nienotowany wcześniej poziom. Wysiłki zmierzające do utrzymania czystości w salach nie miały większego wpływu na występowanie hospitalizmu. Co więcej, od kilku lat środowisko medyczne coraz bardziej różniło się w kwestii dominujących teorii chorób.

Grafika przedstawiająca różne metody leczenia w brytyjskich szpitalach. 1881 r. (fot. Wellcome Collection / CC BY 4.0)
Grafika przedstawiająca różne metody leczenia w brytyjskich szpitalach. 1881 r. (fot. Wellcome Collection / CC BY 4.0)

Teorią miazmatyczną coraz trudniej było wyjaśnić zwłaszcza szerzenie się cholery. W poprzednich dziesięcioleciach doszło już do trzech dużych epidemii, które tylko w Anglii i Walii pochłonęły prawie sto tysięcy ofiar. Choroba szalała w całej Europie, pociągając za sobą kryzys medyczny, polityczny i humanitarny, którego nie dało się zignorować. Chociaż przeciwnicy teorii zakażeń potrafili wykazać, że do wybuchów epidemii często dochodziło w bardzo brudnych rejonach miejskich, nie umieli wyjaśnić, dlaczego cholera posuwała się wzdłuż szlaków komunikacyjnych, rozprzestrzeniając się z subkontynentu indyjskiego, ani uzasadnić, dlaczego niektóre epidemie wybuchały w zimie, kiedy nieprzyjemnych zapachów było najmniej.

Już w latach czterdziestych XIX wieku bristolski lekarz William Budd utrzymywał, że cholera rozprzestrzenia się za pośrednictwem skażonych ścieków niosących "żywy organizm odmiennego gatunku, który został przyjęty poprzez połknięcie i zwielokrotnił się w jelitach przez rozmnażanie". Podczas ostatniej epidemii traktował priorytetowo stosowanie dezynfekcji przy użyciu środka odkażającego, udzielając następującej rady: "Jeśli to możliwe, wszystkie wydzieliny pochodzące od chorych powinny być przyjmowane, podczas wydalania ich z organizmu, do naczyń zawierających roztwór chlorku cynku". Budd nie był jedyną osobą kwestionującą samoistne powstawanie cholery i jej rozprzestrzenianie się w powietrzu. Chirurg John Snow zaczął badać tę sprawę, gdy w 1854 roku epidemia tej śmiertelnej choroby wybuchła w pobliżu jego domu w londyńskiej dzielnicy Soho. Snow przystąpił do nanoszenia poszczególnych przypadków na mapę i dzięki temu zorientował się, że większość ludzi, którzy zachorowali, piła wodę z pompy znajdującej się przy południowo-zachodnim rogu skrzyżowania ulic Broad (obecnie Broadwick) i Cambridge (obecnie Lexington). (...)

Podobnie jak Budd, Snow doszedł do wniosku, że cholera jest przenoszona przez skażoną wodę, a nie przez trujące gazy, czyli miazmaty w powietrzu. Na poparcie swojej teorii opublikował mapę epidemii. (...)

Rewolucja Pasteura

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XIX wieku nastąpiło zauważalne odchodzenie od miazmatycznej teorii chorób na rzecz teorii zakażeń. Wynikało to częściowo z tamtych wypadków. Jednak wielu lekarzy nadal nie dawało się przekonać. Zwłaszcza badania Snowa wciąż nie wyjaśniały prawdopodobnego mechanizmu przenoszenia choroby. Jego wnioski wiązały cholerę ze skażoną wodą pitną, ale Snow, podobnie jak inni zwolennicy teorii zakażeń, nie twierdził kategorycznie, że zaraza jest przenoszona przez wodę. Czy chodziło o jakieś żyjątko? A może o trującą substancję chemiczną? (...) Głosy domagające się lepszego wyjaśnienia przyczyn chorób zakaźnych i epidemii były coraz głośniejsze.

Odkrycie Louisa Pasteura (z lewej) było niezwykle ważne dla pracy Josepha Listera (z prawej) (fot. Wikimedia Commons)
Odkrycie Louisa Pasteura (z lewej) było niezwykle ważne dla pracy Josepha Listera (z prawej) (fot. Wikimedia Commons)

Problem infekcji szpitalnych dręczył Listera od tak dawna, że chirurg zastanawiał się, czy kiedykolwiek uda mu się go rozwiązać, ale po rozmowie z profesorem Andersonem o najnowszych badaniach Pasteura dotyczących fermentacji poczuł nowy przypływ optymizmu. Natychmiast odszukał publikacje Francuza na temat rozkładu substancji organicznych i przystąpił do odtwarzania doświadczeń Pasteura w swoim domowym laboratorium. Po raz pierwszy miał odpowiedź w zasięgu ręki. (...)

Wnioski Pasteura były odważne. Twierdzenie, że drożdże działają na sok buraczany, ponieważ są żywym organizmem, stało w sprzeczności z doktrynami dominującymi w chemii w połowie XIX wieku. Chociaż strażnicy starego porządku byli skłonni zaakceptować obecność mikroorganizmów w substancjach ulegających fermentacji, to tylko na tej podstawie, że owe mikroorganizmy tworzą się samoistnie w ramach procesu fermentacyjnego. Pasteur natomiast uważał, że te mikroby zostały przeniesione przez powietrze na drobinkach kurzu i że same się rozmnażają. Nie powstały zatem de novo.

Lister początkowo skupił się na tych elementach badań Pasteura, które utwierdziły go we wcześniejszym przekonaniu, a mianowicie, że niebezpieczeństwo rzeczywiście jest obecne w powietrzu otaczającym pacjenta. Podobnie jak Wells, Lister wyniósł z pracy Pasteura pogląd, że to nie powietrze jako takie, lecz żyjące w nim mikroby są źródłem zakażeń szpitalnych. W tym najwcześniejszym okresie prawdopodobnie sądził, że skażenie powietrza i infekcję ran należy przypisać inwazji jakiegoś jednego organizmu. Lister nie potrafił sobie jeszcze wyobrazić, jak ogromna jest liczba przenoszonych przez powietrze drobnoustrojów i w jak różnym stopniu są one zjadliwe. Nie rozumiał również, że mogą być przenoszone na wiele rozmaitych sposobów i przez wiele rozmaitych nośników.

Książka 'Rzeźnicy i lekarze' ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak literanova (mat. prasowe)
mat. prasowe

Lister doszedł do zasadniczego wniosku, że nie jest w stanie zapobiec kontaktowi rany z drobnoustrojami żyjącymi w powietrzu, wobec tego skoncentrował się na znalezieniu sposobu zniszczenia mikroorganizmów w samej ranie, zanim dojdzie do infekcji. Pasteur przeprowadził wiele doświadczeń, które wykazały, że drobnoustroje można zniszczyć na trzy sposoby: wysoką temperaturą, filtracją albo środkami odkażającymi. Lister wykluczył dwie pierwsze metody, ponieważ żadna nie nadawała się do leczenia ran, skupił się natomiast na znalezieniu najskuteczniejszego środka odkażającego, który zabije drobnoustroje, nie powodując dalszych obrażeń: "Kiedy przeczytałem artykuł Pasteura, powiedziałem sobie: tak jak potrafimy zniszczyć wszy na pokrytej gnidami głowie dziecka, stosując truciznę, która nie powoduje uszkodzenia skóry, tak wierzę, że możemy posmarować rany pacjenta toksycznymi produktami, które zniszczą bakterie bez szkody dla delikatnych części tej tkanki".

*Fragmenty książki Lindsey Fitzharris "Rzeźnicy i lekarze" w tłumaczeniu Łukasza Müllera

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Lindsey Fitzharris. Doktor historii nauki i medycyny, absolwentka Oxfordu. Prowadzi popularną stronę internetową "The Chirurgeon's Apprentice" i własny kanał na YouTubie "Under the Knife". Jej styl to połączenie erudycji godnej Jürgena Thorwalda z błyskotliwym dowcipem Mary Roach. Rzeźnicy i lekarze zyskali entuzjastyczne recenzje w niemal wszystkich czasopismach, m.in. "Guardianie", "Publishers Weekly", "Kirkus Review", i zostali nagrodzeni prestiżową PEN/E.O. Wilson Prize for Literary Science Writing 2018.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (27)
Zaloguj się
  • banan125

    Oceniono 6 razy 6

    Jak działała i działa PROPAGANDA : Semmelweis wybrał cel nieprzypadkowo: był to tak ostry problem, jak dzisiaj rak. Program osiągnięcia celu: żeby znaleźć rzeczywista przyczynę zakażenia, wykluczał kolejne czynniki, działające na pacjenta; sprawdzał ideę na zwierzętach, na ludziach; metoda wdrożenia – początkowo prywatne listy do wszystkich klinik Europy, wydanie książki, przy pełnej ignorancji społeczności medyków – oskarżające listy, prośby o sprawdzenie metody. Pracowitość: praca nad problemem cały czas, oprócz snu, praca do stanu natręctwa. Technika pracy: początkowo planowe badanie, później gorączkowe, chaotyczne próby ( dowiedziawszy się, że w sąsiedniej klinice kobiety rodzą na boku, zastosował to u siebie , nie pomogło); badanie statystyki śmiertelności, analiza warunków w różnych klinikach. Nieoczekiwanie umiera przyjaciel – na skutek skaleczenia przy sekcji zwłok kobiety, zmarłej na gorączkę połogową. Powoli przychodzi zrozumienie, zaczyna stosować wodę chlorowaną. Odkrycie nastąpiło przed pracami L. Pasteura, który odkrył, że bakterie są przyczyną chorób. Zdolność wytrzymania ataków: z powodu tego odkrycia zostaje zwolniony z pracy, wyjechał do Budapesztu gdzie kontynuował prace. Jego odkrycie było ubliżające dla akuszerów: śmierci tysięcy kobiet winni byli lekarze! Był młody i „nie miał prawa” uczyć profesorów. W 1865 roku Semmelweisa umieszczono w zakładzie psychiatrycznym w Wiedniu gdzie po miesiącu zmarł, o ironio losu ! - na skutek skaleczenia przy drobnej operacji.

  • zigzaur

    Oceniono 12 razy 6

    Tadeusz Boy-Żeleński opisywał sytuacje w przedwojennych polskich szpitalach:
    Pielęgniarkami były zakonnice (stąd tradycyjne tytułowanie pielęgniarki siostrą), podlegające tylko biskupowi. Zakonnice trzymały się zakonnej reguły, według której stroje zakonne były własnością zbiorową zgromadzenia i wymieniały między sobą te burki (czy jak tam zwał) zupełnie przypadkowo, jak w znanym dowcipie o zmienianiu bielizny w rosyjskiej armii.
    Lekarze, nawet ordynatorzy, byli bezsilni. Argumenty o możliwości śmierci małego dziecka od zakażenia bywały zbywane odzywką, że pójdzie ono bez grzechu do nieba.

  • Oceniono 4 razy 4

    Sierpien 1975r, Edgware Hospital, London. Wlasnie bryknalem na Zachod i jestem na pierwszej robocie tam jako House Officer na oddziale chirurgicznym. Zdejmuje pacjentowi pooperacyjny duzy opatrunek z brzucha a tam-robaki! Zaalarmowana kolezanka bez mrugniecia okiem wybierala je penseta. W pokoju lekarskim starszy chirurg poinformowal mnie, ze angielscy jency wojenni w niewoli japonskiej cieszyli sie z robactwa w ranie bo one ja czyscily i stymulowaly granulacje rany. Ot,mile wspomnienie z lat durnych i chmurnych.

  • banan125

    Oceniono 14 razy 4

    jak zwykle tekst bez dogłębnej analizy historii - żenada !!! ...piszecie bzdury , bo ponad 20 lat wcześniej bo w 1847 roku lekarz I. Semmelweis doszedł do wniosku, że przyczyną jest niesterylność warunków i niechlujstwo lekarzy. Zaproponował proste wyjście: myc ręce chlorowana wodą. Wdrożeniu tej metody poświęcił resztę życia....
    wszystko co robiono potem jest konsekwencją jego prac ....
    a tak naprawdę to blisko 1000 lat wcześniej przed prostakami z Europy - pracowali nad tym Arabowie i Żydzi ... miłego dnia !

  • loneman

    Oceniono 3 razy 3

    Co z tego kto cos odkryl jesli nastepuje znow regres Nauki i nacjonalizmy wszelkiego typu oraz teokracje chca powrotu do wiekow ciemnosci, tego by wiekszosc ludzi umierala na byle co (a bogaci i glosiciele teorii paramedycznych i antynaukowych po cichu korzystaliby z nowoczesnych lekow) - jacy sa tak naprawde sami zwolennikami depopulacji zarzucajac to farmacji tak jak u nas nieuczciwy rzad insynuowal z dawnym wyborami i ich legalnoscia bo chce nadchodzace sfalszowac :/

  • student_zebrak

    Oceniono 10 razy 2

    az dochowalismy sie bakterii odpornych na wszystko, w rezultacie buduje sie nowy szpital, a stary rozwala. Nie ma sily na odkazenie scian, nawet po zbiciu tynkow. W XXI wieku w najwiekszym miescie bogatego kraju.....

  • Jerzy Nowina

    Oceniono 5 razy 1

    W kommentach Semmelweis, Semmelweis i Semmelweis - potęga Trójki.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX