Łemkowska Watra w Zdyni odbywa się co roku w trzecim lub czwartym tygodniu lipca

Łemkowska Watra w Zdyni odbywa się co roku w trzecim lub czwartym tygodniu lipca (fot. Bartosz Józefiak)

reportaż

70 lat po akcji "Wisła" tysiące Łemków przyjeżdża w rodzinne strony na Watrę

Pamiętają wywózki w bydlęcych wagonach, setki kilometrów od domu. I to, że w nowych wsiach czekały na nich rozszabrowane chaty bez drzwi i okien. A na tych, którzy się władzy nie spodobali - obóz koncentracyjny. Takie historie do dziś opowiadają sobie Łemkowie. Niektórzy nadal boją się mówić w ojczystym języku. Znów mają powody.

Pinezki są gęsto wbite w kontury Polski, Czech, Słowacji, Ukrainy, Węgier, Niemiec. Sporo w USA. Goście zaznaczają, skąd przybyli, umieszczając kolorowe szpile na mapie świata. Obok wisi mapa Polski. Tu najwięcej szpilek wbito w okolice Przemyśla, Krakowa, Nowego Sącza. Drugie skupisko kolorowych pinezek to Zielona Góra, Gorzów Wielkopolski, Wrocław, Wałbrzych. Trzecie: Pomorze.

Niektórzy podróżowali wiele godzin, żeby dojechać do Zdyni. To wieś w Beskidzie Niskim, gdzie co roku zbierają się na Łemkowską Watrę. 'Watra' znaczy 'ognisko'. Łemkowie to etniczna mniejszość o słowiańskim rodowodzie i karpackim pochodzeniu.

Na miejscu tysiące ludzi w każdym wieku. Stoiska z haftowanymi bluzeczkami, koralami, wiankami, makatkami z wizerunkiem Jezusa. Kramy z kiełbasą, bigosem i miodem. W tłumie pobrzmiewa polski, ukraiński i jeszcze język, który bardzo ukraiński przypomina. To mowa Łemków. Pośrodku alejki usadowiło się pięciu panów ze skrzypcami, harmonią i kontrabasem. Wyglądają trochę jak górale z Zakopanego. Na scenie amfiteatru śpiewają panie ubrane w kolorowe, haftowane kamizelki, spódnice i czepki. Śpiewają po łemkowsku.

Goście zaznaczają, skąd przybyli na Łemkowską Watrę, umieszczając kolorowe szpile na mapie (fot. Bartosz Józefiak)
Goście zaznaczają, skąd przybyli na Łemkowską Watrę, umieszczając kolorowe szpile na mapie (fot. Bartosz Józefiak)

Ula ma 22 lata. Ze znajomymi rozłożyła się na polu namiotowym. Usiedli w kole, wyjęli gitarę, nucą piosenki. Podają sobie butelkę z bimbrem. Wokół takich rozśpiewanych grupek jest więcej. - Rodzice zabierali mnie na Watrę, jak byłam jeszcze bardzo mała. Teraz przyjeżdżam z siostrami. Spotykam znajomych z całego świata. Łemkowie trzymają się razem - mówi Ula.

- U nas w domu nie mówiliśmy: Łemkowie. Ojciec nigdy tak się nie określał. Byliśmy po prostu Rusinami. Dzisiaj powiedzielibyśmy - Ukraińcami - wyjaśnia z kolei Stefan Hładyk ze Zjednoczenia Łemków. Nie każdy by się z nim zgodził. Wśród Łemków od lat trwa spór, czy są częścią narodu ukraińskiego, czy też osobną nacją.

Nikt jednak nie wątpi, że ich historyczne krainy to Bieszczady i Beskid Niski, gdzie spotykają się na Watrze. Organizowana od lat 80. impreza wcześniej była nie do pomyślenia. Zaraz po wojnie Łemkowie zostali wysiedleni z rodzinnych stron. Wszyscy, którzy przyjechali na Wartę, przechowują podobną historię. Są w niej bydlęce wagony. Poniemieckie chaty bez drzwi i okien. Żołnierze w rogatywkach z orłem, ale bez korony, którzy kolbami dobijają się do drzwi.

Wszystko gotowe na żniwa

Kunkowa w powiecie Gorlice to była wioseczka na 48 domostw. 260 mieszkańców. Sami Łemkowie. Wokół trafiały się też polskie wsie, choć przeważały łemkowskie osady. Nieporozumień narodowych przed wojną nie było żadnych.

Jan, ojciec Stefana Hładyka, zapamiętał ten dzień tak: od rana leje. Skoro świt wyprowadza krowy na pole. Patrzy, a z góry, od sąsiedniej wsi, maszeruje patrol żołnierzy Wojska Polskiego.
Mówią: Pan prowadzisz te krowy dla oddziałów UPA!
Jan tłumaczy: Nic z tych rzeczy. Jest ranek, krowy wydojone, trzeba je po polu przegonić.

Puścili go. Biegiem wraca do domu. Żołnierze zaś schodzą do wioski. Idą od chaty do chaty, pukają. Mówią: Pakujcie się. Macie trzy godziny.

Łemkowie zostali wysiedleni z zamieszkiwanych przez siebie ziem w ramach akcji 'Wisła', rozpoczętej w 1947 r. (fot. NAC)
Łemkowie zostali wysiedleni z zamieszkiwanych przez siebie ziem w ramach akcji 'Wisła', rozpoczętej w 1947 r. (fot. NAC)

Jest czerwiec 1947 roku. Od kwietnia trwa akcja "Wisła". 17 tysięcy żołnierzy otoczyło wsie południowo-wschodniej Polski. Mają jedno zadanie: wysiedlić wszystkich Ukraińców rzekomo wspierających Ukraińską Armię Powstańczą UPA, grasującą po okolicy.

- Ludzie przeczuwali, że coś się wydarzy, ale nie wierzyli do końca. Myśleli: a może do nas nie dojdzie. Żyli normalnie. Siali, obrabiali pola, ojciec miał już koniczynę skoszoną. Wszystko gotowe na żniwa - opowiada Stefan Hładyk.

Historycy są dość zgodni, że nie chodziło o sprzyjanie UPA. Profesor Jarosław Syrnyk z Uniwersytetu Wrocławskiego podkreśla, że akcja "Wisła" była częścią szerszego procesu: wysiedlenia ziem południowo-wschodnich z ludności niepolskiej. Cel: inżynieria społeczna. Wykorzenienie mniejszości. Zaczęło się we wrześniu 1944 roku wraz z wywózką mieszkańców wsi do Związku Radzieckiego. W tym celu użyto wojska, które postępowało nad wyraz brutalnie. Przeciwko wysiedleniom z bronią w ręku stanęli ukraińscy partyzanci. Do tego dochodziły akcje polskiego podziemia wymierzone w ukraińską mniejszość. Nakręcała się spirala przemocy, która później stała się pretekstem do akcji "Wisła". 

Ale o tym wszystkim rodzina Jana Hładyka w czerwcu 1947 roku nie wiedziała. Nie mieli pojęcia, gdzie jadą i na jak długo. Zapakowali na wóz trochę jedzenia, pierzyny, krowy przywiązali z boku, ruszyli. Pierwszy przystanek to polana otoczona drutem. Rodziny w deszczu, na wozach, z własnym tylko jedzeniem i piciem czekają nie wiadomo na co. Jeden dzień, drugi, piąty.

- Moja siostra miała sześć miesięcy. Mama nic nie jadła, straciła pokarm. Siostra wrzeszczy, mama płacze, wojskowy krzyczy: Ukrainko, zdechnij z tym dzieckiem. Do obozu podchodzi Polka. Mówi do żołnierza: Panie, co się pan tak znęcasz nad tą kobietą? Poszła się poskarżyć do oficera. Ten oficer jakiś ludzki, zrugał żołnierza, wypuścił mamę zza drutów. Tylko przykazał: Jak przyjedzie transport, to wracaj. Ta Polka podkarmiła moją mamę. Tak moja siostra przeżyła - opowiada Stefan i nie ukrywa łez.

Transport faktycznie w końcu przyjechał. Mieszkańcy wsi przesiadają się z wozów na ciężarówki. Jadą na stację kolejową. Tam czekają na nich wagony towarowe. Każda rodzina trafia do innego transportu. Wsie miały być rozerwane, rodziny wymieszane. Ubecja miesza pięć powiatów jak zupę w kotle.

Watra odbywa się w Zdyni - niewielkiej wsi w Beskidzie Niskim (fot. Bartosz Józefiak)
Watra odbywa się w Zdyni - niewielkiej wsi w Beskidzie Niskim (fot. Bartosz Józefiak)

Dowody? Niepotrzebne

Obok Kunkowej znajdziemy wieś Łosie. W 1947 roku była to duża osada, na 230 domów.

- Dziadkowie dowiedzieli się rano, że wojsko obstawiło wieś - opowiada Wacław Szlanta, którego rodzina od pięciu pokoleń mieszkała w Łosiu. - Żołnierze zapowiedzieli, żeby się pakować. Za dwie godziny zbiórka. Nikt nie wiedział dlaczego. Z UPA mieszkańcy nie współpracowali. Byli Bogu ducha winni. Tata zdążył schować pod sianem nową końską uprząż, bardzo cenną. Myślał, że za tydzień po nią wróci. Ludzie pakowali się w strachu. Przegonili mieszkańców do punktu zbornego w Gorlicach. 12 kilometrów od domu. Zebrali na polanie 250 osób. Niczego im nie dali. Wokół krążyli panowie z UB. Zabierali ludzi na przesłuchania. Bez żadnego powodu. Ludzie wracali z tych przesłuchań sini.

"Deportacja 1947 roku odbywała się wedle najlepszych stalinowskich wzorców. Ukraińskich mieszkańców zganiano w centralne miejsce wsi i dopiero wówczas informowano o planowanych wywózkach. Dostawali kilka godzin (...) na spakowanie dobytku. Towarzyszyło temu palenie zabudowań, kradzieże, niszczenie mienia, bicie, znęcanie się nad młodymi podejrzanymi o członkostwo w ukraińskim podziemiu, wyzwiska, aresztowania oraz gwałty" - pisze Paweł Smoleński w książce "Syrop z piołunu. Wygnani w akcji Wisła".

Dalej były bydlęce wagony, nierzadko też stacja w Oświęcimiu, gdzie przerażeni mieszkańcy przesiadali się do transportów jadących wprost do nowych domów. Kto wydawał się podejrzany, ten trafiał do Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie. Zarzut? Współpraca z UPA.

Prof. Jarosław Syrnyk opowiada, że bardzo wielu ludzi zesłano do obozu absolutnie niewinnie. Trafiali tam również współpracownicy podziemia czy najbliższe rodziny partyzantów. Dowody były prokurowane, wymuszane albo były to raptem namiastki "dowodów". Ale to wystarczyło.

"Wśród czterech tysięcy domniemanych banderowców, powyciąganych na rampie w Oświęcimiu, było kilkaset kobiet, kilkadziesięcioro dzieci i kilkanaście noworodków"  - notuje Marek Łuszczyna w książce "Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne".

Przez obóz w Jaworznie przewinęło się 10 tysięcy więźniów: Niemców, Ukraińców, Łemków i Polaków. Tysiące zmarło. "Do 1947 roku trafiało się do niego za złe słowo o nowej władzy, wygląd lub śląską volkslistę. (...) Większość kobiet, dzieci, mężczyzn i starców szybko zamieniała się w żywe szkielety. Za podwójnym ogrodzeniem i pasem śmierci, na który szperacze patrzyły od zmierzchu do świtu, bito, gwałcono i mordowano. Załoga, złożona z mieszkańców Jaworzna i okolicznych wsi, nie znała litości. Według profesora Piotra Madajczyka, historyka prowadzącego badania na temat obozu, bicie zaczynało się już pod prysznicem, kiedy nowo przybyli byli nadzy. Więźniów rażono prądem, wystawiano nagich na mróz, zanurzano w bunkrach z wodą" - pisze Łuszczyna.

Podczas Watry odbywają się rozmaite koncerty. Na scenie pojawiają się m.in. wykonawcy muzyki ludowej (fot. Bartosz Józefiak)
Podczas Watry odbywają się rozmaite koncerty. Na scenie pojawiają się m.in. wykonawcy muzyki ludowej (fot. Bartosz Józefiak)

Z Kunkowej, rodzinnej wsi Hładyków, do Jaworzna trafiło sześć osób. Rodzina Stefana pojechała dalej, na Ziemie Odzyskane. Podobnie jak 140 tysięcy rodzin deportowanych w akcji "Wisła".

Ukrainiec, ty u siebie?

Pociągi jadą do celu kilka tygodni. W wagonach obok ludzi wyjące z głodu krowy. Dobry maszynista zatrzymuje się w szczerym polu. Gospodarze łapią kosy, ścinają trawę dla zwierząt. Widzi to miejscowa ludność. Biegną z widłami, wyzywają od złodziei, Ukraińców i bandytów. Kto zdążył do pociągu wskoczyć, ten pojechał. Babcia Stefana Hładyka nie zdążyła. W krzaki uciekła. Jakoś dotarła do Wrocławia, tam dopiero wsiadła w transport do nowego domu.

Te nowe domy to poniemieckie osady w dzisiejszym województwie lubuskim. Na Łemków czekały  gołe ściany i rozszabrowane chaty. - Moja rodzina trafiła do przysiółka w lesie, za wsią. W jednej chacie posadzili pięć rodzin z różnych miejscowości. To była ruina, bez okien, drzwi. Babcia z dwoma synami mieszkała w sieni - opowiada Wacław Szlanta.

- Moją rodzinę wyrzucili we wsi Stare Kurowo, blisko Gorzowa Wielkopolskiego. Rodzice zdążyli  wyładować połowę rzeczy, zanim pociąg odjechał. Reszta dobytku pojechała dalej. Już go nie zobaczyli - mówi Stefan Hładyk.

W okolicy mieszkali już polscy przesiedleńcy z Wołynia. Podjudzani przez lokalną władzę przeciwko Ukraińcom witają rodzinę Hładyków obelgami i kamieniami. Rodzina przez trzy noce koczuje w cieniu dębu. Nikt się nimi nie zajmuje. Jan rusza na poszukiwania jakiejś chaty.

Ale wszystko pozajmowane lub rozszabrowane do gołej cegły. - Mama została z resztą rodziny. Nagle widzi - zbliża się dziarsko jakiś chłopaczek z kijem. Mama już ma czarne myśli, a on pyta, czy czegoś nie potrzeba. Wody, mleka? Taki dobry. Potem ten chłopak ożenił się w naszej rodzinie - wspomina Stefan Hładyk. Jego ojcu w końcu udało się znaleźć dom. Zdewastowany, ale nie ma co wybrzydzać.

Rodzina Wacława Szlanty dostała 10 hektarów piachu. Na takiej ziemi nic się nie da uprawiać. Rodzice chodzą więc do pracy najemnej u gospodarzy. Za ziemniaki i buraki. Młodsi zbierają szyszki, sprzedają w skupie. Hładykowie też chodzą w najmy. Ojciec kosi trawę, matka zbiera ziemniaki. Tak udaje im się przeżyć pierwszy rok.

Na straganach można znaleźć haftowane bluzeczki korale, wianki, a także makatki z wizerunkiem Jezusa (fot. Bartosz Józefiak)
Na straganach można znaleźć haftowane bluzeczki korale, wianki, a także makatki z wizerunkiem Jezusa (fot. Bartosz Józefiak)

Osadnicy z czasem znaleźli zatrudnienie w okolicznych zakładach, fabrykach i PGR-ach. Porzucili rolnictwo, ale nie zapomnieli o ojcowiźnie. Tylko wracać nie było jak.

Z nowymi sąsiadami układa się różnie. Stefan Hładyk wspomina Pietrzaków, którzy przyjechali z Poznania. Jak miał cztery lata, Pietrzakowie zaprosili ich na chrzciny. Zaprosili też innych sąsiadów - tych z Wołynia. Popili jedni i drudzy, i wschodniacy zaczynają ojca Stefana wyzywać: - Ty sk***synu, morderco, miałeś odwagę tu przyjść, między Polaków.

Gospodarz Pietrzak stanął w obronie ojca, ale nic nie wskórał. Mówi więc: - Janek, ja cię przepraszam, idź do domu. Hładykowie wrócili. O północy słyszą walenie do drzwi. Ojciec myśli: No to koniec. Przyszli nas mordować. Staje przy drzwiach i krzyczy: - Kto tam?

- Ukrainiec, ty u siebie? - słyszy głos Wołyniaka.

Nie przyszedł na bitkę. Chciał tylko sprawdzić, czy Hładykowie aby na pewno wrócili do domu. Bał się, że ojciec Stefana czai się na niego gdzieś w krzakach. Tak to się jedni drugich bali. Minęły lata, nim nastał spokój.

Wizyta u smutnych panów

Wacław Szlanta pamięta opowieść mamy. Miała 22 lata, kiedy pojechała z koleżanką do rodzinnej wsi w Beskidzie. Był rok 1948. Idą przez Łosie, widzą chaty pozajmowane przez nowych osadników. Wzięła ją na nocleg starsza, odważna pani, która miała pochodzenie węgierskie i nie była wysiedlana. Dziewczyny kładą się do snu, gdy słyszą pukanie. Sołtys. Ma wiadomość. Było u niego UB. Kazali mamie zgłosić się rano na komisariat do powiatowego miasteczka.

Poszła, a smutni panowie kręcili z niezadowoleniem głową. Kazali wracać na Ziemie Odzyskane i nigdy więcej nie przyjeżdżać. Mama posłuchała. Wiedziała, że jako główny argument smutni panowie mogli zawsze użyć obozu koncentracyjnego w Jaworznie.

Nadzieja na powrót na ojcowiznę odżyła w 1956 roku. Po odwilży stalinowskiej kto dostał zgodę lokalnego aktywu partyjnego, mógł wracać do domu. Ojciec Wacława Szlanty skorzystał z szansy.

W grudniu 1956 roku Szlantowie zapłacili fortunę za wynajęcie wagonu, zapakowali dobytek i wrócili w Beskid Niski. Dom rodzinny stał. Co prawda rozszabrowany, ale nikt w nim nie mieszkał. Za to na ich polu gospodarzył już ktoś inny. Musieli zająć nową ziemię, pod lasem. Dziki wpadały im na pole, rujnowały zbiory. Nie mieli prawie nic. Do orki musieli wynajmować od sąsiadów konia i pług. Buraki i ziemniaki okopywali ręcznie. Żeby coś zbudować, mały Wacław musiał z desek wyciągać gwoździe i prostować. Nowych nie było. O prądzie nawet nie marzyli. - Słowem: cepelia - wspomina Wacław Szlanta.

Warta to okazja do spotkań Łemków z całego świata (fot. Bartosz Józefiak)
Warta to okazja do spotkań Łemków z całego świata (fot. Bartosz Józefiak)

Jego rodzina i tak miała szczęście. Inni nie mieli po co wracać. Ich domy w 1956 roku już były zajęte przez polskich osadników. Zdarzało się, że Łemkowie odzyskiwali budynki, ale w zamian pomagali osadnikom postawić nowe, na ziemi obok. Większość jednak została na Ziemiach Odzyskanych. Z rodzinnej wsi Szlanty na 230 rodzin wróciło 30.

Lemkos Are Coming

Ponad 70 lat po akcji "Wisła" tysiące Łemków całkiem już legalnie przyjeżdża w rodzinne strony na Watrę. I nie jest to bynajmniej zjazd emerytów. Młodzi to na oko większość.

- Babcia i tata dużo opowiadali, jak było ciężko przez akcję "Wisła" - wspomina 22-letnia Ula, której rodzina wróciła z Ziem Odzyskanych do swojego domu? - Jestem Łemkinią i to bardzo ważne dla mnie.

- Akcja "Wisła" miała nas, Łemków, zlikwidować jako naród. Nie udało się. Łemkowie są uparci. Uratowała nas wiara. Budowaliśmy cerkwie na tych nowych terenach. Odprawialiśmy nabożeństwa po domach. Dzięki wierze jesteśmy tutaj... Do dzisiaj jest ważna. Młodzi co tydzień spotykają się w cerkwi - opowiada Mikołaj, chłopak Uli. - W grupie Łemków zawsze jest gitara, muzyka. Mówi się, że gdzie się spotka dwóch Łemków, tam śpiew. Razem z Ulą gramy w łemkowskim zespole. Co roku przyjeżdżamy na Watrę. No i łączy nas język - dodaje Mikołaj.

- Ja się polskiego nauczyłam dopiero w przedszkolu. W domu zawsze mówiliśmy po łemkowsku - opowiada Ula. - Jak dzwonię do mamy i słyszę, że mówi po polsku, to znak, że ktoś obcy jest w mieszkaniu.

Ula studiuje we Wrocławiu. Po studiach planuje wrócić w Beskid Niski. Duże miasto nie dla niej, choć ma też swoje plusy. Na przykład taki, że poznała tam wielu Łemków z zachodu. Spotykają się co tydzień na piwie. - W maju robimy małe Juwenalia - Lemkonalia. Wynajmujemy statek i pływamy po Odrze. Śpiewamy i tańczymy. W tym roku było 130 osób. Idziemy też razem w pochodzie juwenaliowym. W tym roku mieliśmy koszulki z Nedem Starkiem i hasłem "Lemkos Are Coming" - opowiada.

Młodych denerwują podziały starszyzny na 'Łemków ukraińskich' i 'Łemków - po prostu Łemków'. Obie grupy mają osobne Watry. Jedna odbywa się w Zdyni, druga w Michałowie (fot. Bartosz Józefiak)
Młodych denerwują podziały starszyzny na 'Łemków ukraińskich' i 'Łemków - po prostu Łemków'. Obie grupy mają osobne Watry. Jedna odbywa się w Zdyni, druga w Michałowie (fot. Bartosz Józefiak)

Młodych denerwują podziały starszyzny na "Łemków ukraińskich" i "Łemków - po prostu Łemków". Spór jest poważny. Obie grupy mają osobne Watry. Ta w Zdyni sygnowana jest przez Zjednoczenie Łemków - zwolenników "ukraińskości". Druga impreza, w Michałowie, organizowana jest przez Stowarzyszenie Łemków. Tam o "ukraińskości" lepiej nie wspominać.

- Jeździmy na obie imprezy, bo wszędzie mamy znajomych. Starsi kłócą się między sobą, a dla nas ten podział jest szkodliwy. Dochodzi do absurdów. Są łemkowskie zespoły, które nigdy tu nie przyjadą. Bo przecież trzymają "z tamtymi". I na odwrót. Tutaj źle jest wyciągnąć łemkowską flagę, za to ukraińskie powiewają bez problemu. I tak dalej. Jest nas tak mało, a my jeszcze się dzielimy. Serio? - denerwuje się Mikołaj.

Babcia też z Łemków

Ula wynajmuje mieszkanie z pięcioma Łemkami. Jej współlokatorzy mówią między sobą po polsku. - A ja od razu zaznaczyłam: do mnie po łemkowsku proszę. Denerwuję się, jak młodsza siostra przyprowadza do domu znajomych. Wiem, że oni są Łemkami, ale uparcie mówią do mnie po polsku. Do nich też mówię: albo rozmawiasz ze mną po łemkowsku, albo nie mów wcale. Młodzi jak pojadą w świat, to zapominają, skąd przyszli.

Ula ma teorię, dlaczego tak jest. Łemkowie bardzo długo bali się ujawniać swoje pochodzenie. Rodzice jej znajomych do dzisiaj mówią do siebie po polsku. Nawet w domu, bez obcych. To bardzo częste wśród Łemków, którzy zostali na zachodzie. Strach potrafi przetrwać pokolenia.

A może mają się czego bać? Mikołaj i Ula denerwują się, jak widzą łysych panów z falangą na ramieniu, którzy krzyczą: "Polska dla Polaków".

- Jak ktoś tak gada, to chyba nie zna historii swojego kraju. Taki przykład: W moim rodzinnym miasteczku burmistrz zawsze przychodził do naszej cerkwi na święta parafialne. Ale nowy burmistrz po wyborach zapowiedział, że on to do Rusinów nie będzie chodził! - opowiada Mikołaj. - Najwyraźniej bardzo stara się zapomnieć, że jego babcia też była Łemkinią.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś do końca nasz artykuł. Jeżeli Ci się podobał, to wypróbuj nasz nowy newsletter z najciekawszymi i najlepszymi tekstami portalu.

KLIKNIJ, BY ZAPISAĆ SIĘ NA NEWSLETTER >>>

Bartosz Józefiak. Mieszka w Łodzi. Pracował w gazetach lokalnych w Łodzi, Wrocławiu i Pabianicach, współpracuje z "Dużym Formatem" i "Tygodnikiem Powszechnym". Jest absolwentem Polskiej Szkoły Reportażu i swoją przyszłość wiąże właśnie z reportażem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (372)
Zaloguj się
  • Leon Misianiewicz

    Oceniono 45 razy 33

    Ja rozumiem raj utracony, ale na Łemkowszczyźnie 1939 roku:
    1. Analfabetyzm od 35 do 50%,
    2. Bezrobocie od. 30 do 50%,
    3. Średnia wielkość gospodarstwa 1 hektar,
    4. Umaszynowienie gospodarstw najniższe w kraju,
    5. Elektryfikacja śladowa,,
    6. Wydajność z q. pszenicy 8,8, wielkopolska 20,8,
    7. Osady kurnych chat bez komina, ulepionych z gliny
    Powszechny bród, niedożywienie, brak bieżącej wody, jakichkolwiek toalet, choroby nagminne (gruźlica,dur brzuszny, błonica, czerwonka) . Bieda która bulwersowała nawet zahartowanych badaczy II RP.

  • chateaux

    Oceniono 49 razy 29

    Pochodzę z rodziny Łemkowskiej. Brat babki jako jedyny z rodzeństwa nie zostal wywieziony na roboty do Niemiec, przeszedł następnie cały szlak bojowy II Armii WP, po powrocie natomiast, zginął we wspomnianym tu w artykule Jaworznie. Jej siostra prosto Niemiec wyemigrowała do Australii, pozostale rodzeństwo po powrocie z Niemiec, z okolic Ustrzyk zostało wywiezione "na zachód" w owych wagonach. Pozostawiając w rodzinnej wsi dopiero co wybudowany tuż przed wojną - jedyny w najbliższej okolicy - murowany dom.

    Pradziadek babki, powstaniec styczniowy, wrócił ze zsyłki na Syberie jako bogaty człowiek, na tyle bogaty ze kupił udziały w okolicznej kopalni ropy naftowej, i przy straszliwej biedzie, de facto utrzymywał całą wieś, i mimo 9-ciorga dzieci, wszystkie zdołał przed wykształcić. Wojny Hitlera nie dożył, ale jego wnuki i prawnuki, niemal w komplecie zostały wywiezione w ramach akcji Wisła.

    W lubuskiem, nie raz spotkali sie z krzykami pod oknami "Ukraińcy - zabiliście nam Świerczewskiego!", co dla mojej babci - 20-kilkuletniej wówczas dziewczyny, prawnuczki powstańca styczniowego i siostry brata walczącego w ramach WP, było co najmniej przykre, mówiąc eufemistycznie. Nie raz też nakrywała z męzem Polaków podsłuchujących pod okiennicami, czy nie słuchają Radia Wolna Europa.

  • mcguirre

    Oceniono 70 razy 26

    Z tymi „chatami” do których zostali przesiedleni to trochę bujda. To były piękne, murowane domy czasami dobrze wyposażone, z kanalizacją i innymi udogodnieniami, z których nie umieli korzystać. Chaty to ci przesiedleńcy opuszczali i mieszkali tam na kupie razem z kurami. Poza tym ciekawa historia.

  • 3guziec

    Oceniono 53 razy 25

    Jacy to niby łemkowie, ukraińcy to są.
    Polacy przesiedlili ich w sposób maksymalnie humanitarny , w kontraście do zezwierzęconych morderstw na Polakach na Wołyniu i nie tylko.

  • antypopisowiec

    Oceniono 75 razy 21

    Współczuję wysiedlonych mieszkańcom , ale i tak spotkał ich los o wiele lepszy niż ludności polskiej na Wołyniu. A utwór kłamie. Twierdzi , że wysiedlenia mieszkańców ukraińskich i łemkowskich wsi spowodowało akcje partyzantów ukraińskich nie nazywając ich z nazwy (a była to UPA). Otóż akcja "Wisła" była konsekwencją bandyckiej działalności UPA , która mprdowała mieszkańców polskich miejscowości (np:Bircza) , atakowała polskie władze (co prawda komunistyczne , ale polskie). Celem UPA było oczyszczenie tych terenów z ludności polskiej, aby w całości tereny w ich mniemaniu ukraińskie należały do jednego państwa (wówczas ZSRR). Gdyby polskie władze komunistyczne nie poradziły sobie z partyzantką UPA, tereny właczyliby do siebie Sowieci . Taka realna groźba istniała. Poza tym akcja "Wisła" powstrzymała rozlew krwi i zaprowadziła spokój na tych terenach. Przypomnijmy, że głównym twórcą akcji "Wisła" był przedwojenny oficer gen. Mosór, później represjonowany przez komunistów. Jeszcze wspomnę o jednym szczególe. Gdy Chruszczow (z pochodzenia Ukrainiec) w latach 50-tych odwiedzał Przemyśl bardzo ubolewał nad tym , że miasto to nie należy do sowieckiej Ukrainy. Nie mógł na szczęście zrobić z tym terenami to co zrobił Krymem podarowując go sowieckiej Ukrainie. Gdyby nie akcja "Wisła" Polska byłaby okrojona o obecne płd-wsch tereny.

  • tajemniczy_don_pedro

    Oceniono 23 razy 19

    Ddotychczas wśród nich istniejący podział (i antagonizm) na "Łemków" i "Ukraińców" jest pozostałością tego, kto z UPA współpracował, a kto nie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX