Zofia Rapp i niemiecki pancernik, którzy alianci zniszczyli dzięki jej działaniom

Zofia Rapp i niemiecki pancernik, którzy alianci zniszczyli dzięki jej działaniom (fot. mat.prasowe Wydawnictwa Fronda)

''Była śliczna i odważna''. Niesamowita historia Zofii Rapp, wywiadowczyni AK, dzięki której zatopiono niemiecki pancernik

"Jej historia jest tak nieprawdopodobna, że aż trudno uwierzyć, iż to, co przeżyła, wydarzyło się naprawdę."

Zofia Rapp urodziła się 25 sierpnia 1918 roku w Berlinie jako córka Bolesława i Gertrudy de domo Skibickiej. Spędziwszy w tym mieście kilka lat, mówiła po niemiecku jak nativen deutsche Frau (rodowita Niemka), z charakterystycznym gardłowym "r". Przed wybuchem wojny mieszkała w Poznaniu, a po jej rozpoczęciu, od września 1942 roku, jako kurierka wywiadu Armii Krajowej przewoziła tajną pocztę z materiałami wywiadowczymi na niebezpiecznej trasie pomiędzy Warszawą, Poznaniem i Berlinem.

Podróżowała z perfekcyjnie podrobionymi przez Wydział Legalizacji i Techniki Wywiadu AK dokumentami, wystawionymi na nazwisko volksdeutski Marie Springer. W specjalnej walizce z podwójnym dnem przemycała meldunki wywiadowcze i sfałszowane kartki żywnościowe. "Fałszywe nazwisko okazało się szczęśliwe - zanotował ten, który wspomniane dokumenty sporządził, Stanisław Jankowski "Agaton", cichociemny, kierownik Wydziału Legalizacji i Techniki Oddziału II Komendy Głównej AK. - Od września 1942 roku jeździła co miesiąc, aż do maja 1943 roku. Na najtrudniejszych kierunkach: do Berlina, Hamburga, Heildelbergu, Hanoweru, Ludwigshafen, Saarbrücken. Miała dobre papiery, świetnie mówiła po niemiecku, była elegancka i śliczna. To jej na pewno nieraz pomagało, ale nie wystarczyłoby w rozgrywkach z Abwehrą i gestapo. Była opanowana i odważna. I miała szczęście".

Jej uroda, inteligencja i osobisty urok, w połączeniu z nienaganną znajomością niemieckiego, okazały się równie ważne jak perfekcyjnie podrobione dokumenty. W trakcie jednej z podróży, w wyniku alianckiego nalotu, wjazd do Berlina został zamknięty dla wszystkich cywilów. Śliczna Fräulein Springer wjechała do miasta w przedziale z napisem Nur für Kurier, przemycona przez niemieckich oficerów wracających z frontu wschodniego. Oprócz przewożenia materiałów wywiadowczych Marie Springer wykonywała również wiele zadań typowo wywiadowczych. Na terenie Rzeszy nawiązała wiele rozmaitych kontaktów, dzięki którym udało się jej zdobyć niezwykle cenne informacje. Jedna z nich doprowadziła do zatopienia niemieckiego pancernika...


Niemiecki pancernik Tirpitz (fot. mat. prasowe Wydawnictwa Fronda)

***

"Tirpitz", największy okręt Kriegsmarine, stanowił śmiertelne zagrożenie dla morskich konwojów płynących do Murmańska, alianci zaś od wielu miesięcy bezskutecznie starali się go zatopić. (...) Odwiedzając w Berlinie swoją ciotkę, Zofia Rapp spotkała tam jej syna, oficera z pancernika "Tirpitz". Czy było to spotkanie przypadkowe? Raczej należy w to wątpić. Chcąc zaimponować ślicznej kuzynce młody porucznik, który akurat przyjechał na urlop do rodziny, opowiedział jej ze wszystkimi detalami o okręcie, na którym służył. W ten sposób udało się jej uzyskać dokładną liczbę członków załogi, liczbę samolotów i kaliber dział na okręcie. Najcenniejszą informację stanowiło jednak ustalenie aktualnego miejsca postoju "Tirpitza", ukrytego bezpiecznie w fiordzie Altafiord za potrójną siecią przeciwtorpedową. W sporządzonym przez Marie Springer raporcie wywiadowczym nie zabrakło nawet aktualnych zdjęć okrętu, które po prostu ukradła sympatycznemu niemieckiemu oficerowi i zabrała ze sobą do Warszawy. Wszystkie te informacje wymiernie pomogły unicestwić stalowego kolosa. (...). Po bezpośrednim trafieniu tuż w pobliżu burty okręt szybko zatonął, zabierając na dno znaczną część załogi. (...). Od rodaków pracujących w zakładach Hannower Stecken, produkujących akumulatory do okrętów podwodnych, Marie Springer uzyskała informacje, które posłużyły następnie do przeprowadzenia przez RAF precyzyjnego nalotu na fabrykę.

***

Zofia Rapp 21 marca 1943 roku wyszła za mąż. Jej wybrankiem był cichociemny Jan Kochański, pseudonim "Maciek", podobnie jak ona pracownik wywiadu AK. Niedługo po ślubie oboje wyjechali do Lwowa, gdzie zamieszkali pod przybranym nazwiskiem jako państwo Maciej i Zofia Zubowiczowie. Praca wywiadowcza na zapleczu wschodniego frontu, gdzie Niemcy zachowywali wyjątkową ostrożność, była skrajnie trudna i niebezpieczna. (...)


Cichociemny Jan Kochański, pseudonim 'Maciek', podobnie jak Zofia był pracownikiem wywiadu AK (fot. mat. prasowe Wydawnictwa Fronda)

W niedzielę 1 listopada 1943 roku o wpół do szóstej rano do mieszkania Zubowiczów-Kochańskich przy ulicy Kleparowskiej 8 we Lwowie wpadli gestapowcy uzbrojeni jak na front, spodziewając się obstawy. Takowej jednak nie było, a "Maciek" nie stawiał oporu. Nie mógł ryzykować, jego żona była w ósmym miesiącu ciąży. Obydwoje aresztowanych Niemcy zawieźli do siedziby gestapo mieszczącej się przy ulicy Łąckiego (obecnie Briułłowa). Pomimo zaawansowanej ciąży Zofia Rapp ani przez moment nie przestała być Marie Springer - doświadczoną agentką wywiadu, przedstawiając chłodno i spokojnie swoją "legendę": naiwna, przerażona, w ciąży, o niczym nie wie. Nie ma bladego pojęcia o konspiracyjnej działalności swojego męża. Na pierwszym przesłuchaniu udaje, że niewiele rozumie, domaga się tłumacza. Pudło. Przesłuchujący ją gestapowiec doskonale zna jej prawdziwe nazwisko, poprzedni adres w Warszawie i wie o jej podróżach do Niemiec.

- Pani myśli, że my nie bijemy ciężarnych kobiet? - grozi.

Po zapisaniu danych personalnych została odesłana do celi. Prawdziwe przesłuchania dopiero miały się zacząć. I zaczęły się następnego dnia rano. Zaprowadzili ją do dużego pokoju, w którym przebywało kilku gestapowców i maszynistka, a zarazem tłumaczka. Na środku stały dwa krzesła odwrócone do siebie oparciami. Na jednym z nich, tyłem do drzwi, siedział mąż...

- Janku... - zdążyła tylko powiedzieć, zanim jeden z gestapowców przerwał jej głośnym okrzykiem: - Ruhe!

Kazali Zofii usiąść tyłem do niego. Prowadzący śledztwo wskazał pistoletem na Kochańskiego:

- Mów! (...)

- Jestem Jan Kochański - wyrecytował drewnianym głosem aresztowany.


Tadeusz Semadeni i generał Zbigniew Ścibor-Rylski (fot. mat. prasowe Wydawnictwa Fronda)

(...) Wyprowadzili ją. "Wiedzą wszystko" - powtarzała w myśli Marie Springer. Na kolejnym przesłuchaniu zmieniła nieco taktykę. Ujawniła swoją biegłość w posługiwaniu się niemieckim, przyznała również, że jeździła do Rzeszy z kartkami żywnościowymi dla wywiezionych na roboty Polaków. Ani słowa o pracy wywiadowczej.

- Czy wiedziała pani, że kartki były fałszywe?

- Ależ skąd, przecież nikt ich nigdy nie kwestionował.

- Bo były bardzo dobrze podrobione - ripostuje poirytowany gestapowiec.

(...) W kółko te same pytania: Po co jeździła do Rzeszy? Gdzie i z kim się spotykała? Co stamtąd przywoziła? I ciągle, uparcie, takie same odpowiedzi. Czy uwierzyli w jej wyjaśnienia? Trudno powiedzieć. Najważniejsze, że nie biją. Na razie. (...)

***

(...) Przesłuchiwali ją co dwa, trzy dni. Nie spieszyło się im. Byli zajęci Kochańskim. W dowództwie Armii Krajowej zapada tymczasem decyzja o jej odbiciu. (...) Przewiezienia Zofii podjął się sędzia Tadeusz Semadeni, członek AK i sędzia konspiracyjnego sądu. Uprzedzona o tym wcześniej grypsami pani Kochańska zaczęła symulować przedwczesne bóle porodowe. Zamiast do szpitala, trafiła jednak do żydowskiego obozu, do baraku z chorymi na tyfus. Dzieliła tam wspólne łóżko z ranną Rosjanką z partyzantki. Dwa łóżka dalej leżała kurierka AK z jedną nogą amputowaną i drugą połamaną podczas skoku z trzeciego piętra w czasie przesłuchania. (...) Następnego dnia (...) rozpoczęła się eksterminacja obozu, która pochłonęła sześć tysięcy istnień ludzkich. (...)

Z całego baraku ocalały tylko trzy osoby - Zofia Rapp, ranna Rosjanka i dziewczyna bez nogi. Po zmroku, razem z połamaną kurierką, zabrali ją z powrotem do więzienia i umieścili w izolatce na męskim oddziale. Znów zaczęła symulować bóle porodowe. Sprowadzili lekarza, Żyda, który potwierdził fałszywą diagnozę.

Dostała się do szpitala więziennego - stąd już łatwiej było wydostać się na ulicę. (...)  Przy łóżku więźniarki dzień i noc czuwał niemiecki strażnik. Nie odstępował od niej ani na krok, towarzyszył nawet do toalety czy łazienki. Stopniowo zyskała jego zaufanie, zaczął puszczać ją samą. Kiedy czujność wachmana została całkowicie uśpiona, Zofia zeszła do piwnicy, a stamtąd wydostała się na ulicę. Bez trudu rozpoznana przez Semadeniego została wywieziona końmi na jedną z podlwowskich stacji kolejowych. Stąd oboje pociągiem wyruszyli w podróż. Przez trzy dni się przesiadali, zmieniali kierunki i środki lokomocji, aż dotarli do Grójca. Dopiero tutaj, w miejskiej ciuchci, Zofię chwyciły bóle porodowe.

31.07.2010 WARSZAWA , MUZEUM POWSTANIA WARSZAWSKIEGO , GEN. ZBIGNIEW SCIBOR RYLSKI PODCZAS UROCZYSTOSCI ZWIAZANYCH Z 66 ROCZNICA WYBUCHU POWSTANIA WARSZAWSKIEGO .FOT. WOJCIECH OLKUSNIK / AGENCJA GAZETA
Generał Zbigniew Ścibor-Rylski na uroczystościach w Muzeum Powstania Warszawskiego (fot.Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

- Zosiu poczekaj, Zosiu poczekaj - błagał ją co chwila przerażony sędzia. Skończyło się, na szczęście, tylko na strachu. Z dworca pojechali rykszą na Noakowskiego, a stamtąd do szpitala na Emilii Plater, gdzie Zofia Kochańska od razu trafiła na salę porodową. Dużego i zdrowego chłopca powiła 4 stycznia 1944 roku, nadała mu imię Maciek. (...) Informację o narodzinach syna udało się Zofii przekazać więzionemu na Pawiaku mężowi.

***

Miesiąc później, 16 lutego, cichociemny Jan Kochański pseudonim "Maciek", został rozstrzelany, prawdopodobnie w ruinach getta. Zaopatrzona w nowe dokumenty, nadal poszukiwana przez gestapo, do wybuchu powstania warszawskiego Zofia Rapp-Kochańska mieszkała z synkiem w Warszawie. (...). Z powstania wyszła 4 października 1944 roku z chorym na odrę dziewięciomiesięcznym Maćkiem. Została wraz z synkiem skierowana do szpitala w Pruszkowie (Maciuś miał 40 stopni gorączki), skąd jednak, obawiając się gestapo, wkrótce uciekła. W końcu trafiła do Gdańska, do mieszkania Danuty Rylskiej-Piątkowskiej, wdowy po poruczniku Bogdanie Piątkowskim "Dżulu", a zarazem siostry Zbigniewa Ścibor-Rylskiego "Motyla". (...)

"Moją żonę poznałem w 1946 roku w Gdańsku - wspomina generał Zbigniew Ścibor-Rylski. (...) Słyszałem o niej, była kurierem wywiadu AK, ps. Marie Springer. (...) W 1948 roku Zosia została moją żoną. Zofia Rapp zmarła w Warszawie 7 lipca 1999 roku. Czy ktoś kiedyś nakręci film opowiadający niezwykłą historię tej nieprzeciętnej kobiety?


Zofia Rapp i okładka książki ''Kobiety wywiadu'' (fot. mat.prasowe Wydawnictwa Fronda)

Historia Zofii Rapp jest fragmentem książki ''Kobiety wywiadu", która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Fronda. Skróty pochodzą od redakcji.

Przemysław Słowiński. Urodził się w 1959 roku we Wrocławiu. Z wykształcenia prawnik, wykonywał wiele zawodów, m.in. malarza, górnika, barmana, agenta ubezpieczeniowego. Autor książek biograficznych, m.in.: "Kobiety despotów", "Nikola Tesla - Władca piorunów", "Antoni Gaudi. Czarodziej architektury".

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Zobacz także
Komentarze (8)
Zaloguj się
  • karolhenryk

    Oceniono 6 razy 6

    Dlaczego nazywacie ją Zofią Rapp?

    Mogę to zrozumieć, gdy piszecie o jej życiu w czasie wojny, bo wtedy formalnie takie nazwisko nosiła (choć używała innego), ale nie było to jej ani nazwisko rodowe, ani ostatnie nazwisko.

    Już pierwsze zdanie brzmi fałszywie: "Zofia Rapp urodziła się 25 sierpnia 1918 roku w Berlinie jako córka Bolesława i Gertrudy de domo Skibickiej." Sugeruje ono, że jej ojciec miał na nazwisko Rapp (nie podano nazwiska ojca, a jedynie nazwisko panieńskie matki). Natomiast jej panieńskie nazwisko brzmiało Konieczka. Rapp, to było nazwisko po jej pierwszym mężu, ale bardzo szybko została wdową.
    W 1948 roku wyszła za Ścibor-Rylskiego. Jak więc można pisać: "Zofia Rapp zmarła w Warszawie 7 lipca 1999 roku"?

    Na jej nagrobku jest napis:
    Ś.P.
    ZOFIA
    Z D. KONIECZKA
    ŚCIBOR-RYLSKA
    I VOTO KOCHAŃSKA
    ŻOŁNIERZ A.K. K.G. II ODZ.
    * 1918 + 1999
    PS. "MARIE SPRINGER"

    Nazwiska Rapp nawet tam nie ma. Czemu więc uczepiliście się jego?

  • zigzaur

    Oceniono 5 razy 3

    W niemieckich wojskowych pociągach istotnie jeździli kurierzy. Ale ich zadanie było zupełnie inne. W razie utrudnienia jazdy z powodu np. zbombardowania stacji rozrządowej kurier miał opuścić pociąg i jak najszybciej dotrzeć do jednostki używając rekwirowanych pojazdów i możliwych środków łączności, aby zawiadomić jednostkę o opóźnieniu pociągu.

  • masofrev

    Oceniono 2 razy 2

    "dzięki której zatopiono niemiecki pancernik" - to lekka przesada... Na pewno jej wiadomości się przydały, ale...

    "Najcenniejszą informację stanowiło jednak ustalenie aktualnego miejsca postoju "Tirpitza", ukrytego bezpiecznie w fiordzie Altafiord za potrójną siecią przeciwtorpedową. [...] Wszystkie te informacje wymiernie pomogły unicestwić stalowego kolosa. (...). Po bezpośrednim trafieniu tuż w pobliżu burty okręt szybko zatonął, zabierając na dno znaczną część załogi"
    Primo: "bezpośrednie trafienie" nie mogło być "w pobliżu burty"!
    Secundo: w Altafjordzie "Tirpitza" akakowały miniaturowe łodzie podwodne (i do tego ataku informacja o sieciach przeciwtorpedowych mogła być przydatna) a potem już lotnictwo. Ostatecznie "Tirpitz" w Altafjordzie został tylko ciężko uszkodzony - wykończył go dopiero RAF w okolicach Tromso.
    Od autora "książek biograficznych" oczekiwałbym jednak większej precyzji wypowiedzi i trzymania się faktów.

  • leov

    Oceniono 2 razy -2

    To fatalne, że trzeba logować się na Facebooku, by przeczytać więcej interesujących tekstów. Ten słynny portal nie jest w niczym lepszy od gazety.pl

  • 66kropek

    Oceniono 12 razy -8

    To jest coś niesamowitego co się teraz dzieje z Czerską i wybuchającym tam nagle kultem bohaterów II Wojny!!! Jeszcze parę lat temu Powstanie Warszawskie było drobnym incydentem w wielowiekowej przyjaźni narodów polskiego i niemieckiego! Incydentem, bądźmy szczerzy, zawinionym właściwie przez obie strony. Kilka lat temu tego typu wspomnienia zostały by prze Europejczyków z TOK FM i GW przemilczane lub zabite śmiechem jako przejaw aberracji duchowej polskich zacofańców. Dzisiaj proszę , wspomnienia, pogrzeby, msze transmitowane przez dzielną stację TVN " Cały pogrzeb cała dobę". Niedługo doczekamy się Czerskiej grupy rekonstrukcyjnej i wieczernicy pieśni wojennych

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX