Jerzy Sobecki

Jerzy Sobecki (fot. arch. prywatne)

wywiad Gazeta.pl

Kapitan żeglugi morskiej: Wbrew temu, co mówią o marynarzach, moja żona jest pierwsza, jedyna i ostatnia

Gdy się pobraliśmy, wybierałem się właśnie w pierwszy rejs. Tygodniowy, więc króciutki, ale żona strasznie rozpaczała - opowiada Jerzy Sobecki.

Pan nie na morzu?

Jutro wypływam, więc poszliśmy wczoraj z rodziną na kolację do naszej ulubionej restauracji w Gdyni.

Długo nie będzie pana w domu?

Teraz kontrakty są tylko na cztery miesiące.

Tylko?

W latach 70., gdy zaczynałem, płynęło się na minimum dziewięć miesięcy.

Zawsze idzie pan z rodziną na taką kolację przed rejsem?

Zawsze. I po moim powrocie jest tak samo. Wybieramy się na kolację powitalną.

29.05.2013 Szczecin , Wycieczkowiec MV Deutschland zacumowal przy Walach Chrobrego .   Fot. Lukasz Wadolowski / Agencja Gazeta
Szczecin. Wycieczkowiec przy Wałach Chrobrego (fot. Łukasz Wądołowski / Agencja Gazeta)

Smaczny rytuał. Ale pana żona musiała się nauczyć trudnego życia z marynarzem.

Jesteśmy razem od 1974 r. Kawałek czasu. Wbrew wszystkiemu, co mówią o marynarzach, to moja pierwsza, jedyna i ostatnia żona.

A mówią, że marynarz ma w każdym porcie dziewczynę.

W moim przypadku tak nie jest. Bardzo się z żoną kochamy, po prostu. Gdy się pobraliśmy, pracowałem w Polskich Liniach Oceanicznych i wybierałem się właśnie w pierwszy rejs. Tygodniowy, więc króciutki, ale żona strasznie rozpaczała. Teraz też jest stres, tęsknota, ale z biegiem lat coraz lepiej to znosimy. Zresztą przy dzisiejszej technologii, kiedy mogę zadzwonić do niej w każdej chwili...

Nie to co w czasach bez internetu i telefonów komórkowych.

W 1985 r. podpisałem pierwszy kontrakt ze szwedzkim armatorem. Mieliśmy wtedy na pokładzie telefon komórkowy wielkości walizki. Można było z niego dzwonić do rodziny. Oczywiście tylko wtedy, kiedy byliśmy w odpowiedniej odległości od brzegu, żeby była łączność. Pamiętam, że minuta rozmowy kosztowała wtedy nieco ponad szwedzką koronę. Jak się rozgadałem, to poszło 50 koron, a to była spora część mojego wynagrodzenia. Kapitan mnie zawołał i mówi: "Muszę ci podnieść pensję, bo na chleb nie zarobisz, jak będziesz tyle gadał". I faktycznie podniósł!

Kiedy nie było telefonów komórkowych, pisało się listy. Z opóźnieniem, ale dochodziły.


Jerzy Sobecki przed laty i dziś (fot. arch. prywatne)

Jak to wyglądało?

Załoga składała listy u kapitana statku, a kapitan przekazywał agentowi, który w porcie szedł na pocztę i wysyłał.

Romantycznie.

W drugą stronę było trudniej, bo listy od rodzin goniły nas po świecie. Bo albo byliśmy z opóźnieniem w porcie, na który przesyłka była adresowana, albo dopływaliśmy tam wcześniej. Ale zawsze na koniec te listy mnie odnajdywały.

Pan jak się odnalazł w żegludze? Zaczynał pan od majtka?

Od młodszego marynarza, poprzez marynarza, oficera pokładowego, aż do kapitana. To najwyższy stopień, bo we flocie handlowej nie ma admirałów. Szczerze mówiąc, myślałem, że popływam pięć lat, zwiedzę świat, a potem wrócę na ląd. Jak widać, zostałem na morzu.

Prawdziwy z pana wilk morski.

Około dwunastu lat pracowałem u jednego armatora, niemieckiego. Gdy zbankrutował, zostałem na lodzie, a już nie byłem pierwszej młodości. W Gdyni jest ponad 50 agencji pośrednictwa pracy, odwiedziłem prawie wszystkie. Pytali o doświadczenie, to opowiadałem, na jakich statkach pływałem. Jednak gdy mówiłem, że jestem po sześćdziesiątce, rozkładali ręce. Panie, to pan za stary jesteś, nikt pana do pracy nie weźmie.

Okropne.

Na szczęście zatrudniła mnie niemiecka firma Strahlmann, która ma przedstawicielstwo w Szczecinie. Bardzo im jestem wdzięczny. Myślałem, że już będzie koniec pływania, ale zadzwonili do mnie ponad trzy lata temu. Trochę z nimi popływałem, potem znowu była przerwa, więc myślałem, że już po wszystkim. Ale w kwietniu znów zadzwonili. "Panie kapitanie, kiedy pan może być gotowy?" - zapytali.  "Zaraz po moich urodzinach w czerwcu" - odparłem. No i wypływam!

To super!

Też się cieszę, tylko oni mają małe statki. A mały statek - nasz obecny ma 87 metrów długości i 13 szerokości - oznacza zawsze dłuższy postój w porcie. Gdy pływałem na dużych kontenerowcach, w porcie byliśmy zaledwie pięć, sześć godzin i wyjazd. Nie było szans, żeby coś zwiedzić. Dla przykładu - przed laty co cztery miesiące byłem w Wenecji. I zarazem nigdy w Wenecji nie byłem. Pozostał niedosyt.

Mały stateczek stoi w porcie minimum dwa dni. Dzięki temu po raz pierwszy mogłem niedawno obejrzeć kawałek Bułgarii, w której dotąd nigdy nie byłem.

s06.09.2003. GDYNIA PORT WEJSCIE DO PORTU STATEK HANDLOWY KONTENEROWIEC COMET III FOT. KAMIL GOZDAN / AGENCJA GAZETA
Kontenerowiec wchodzi do portu w Gdyni (fot. Kamil Gozdan / AG)

Nie buja panem, jak pan schodzi na ląd? Mnie po tygodniowym rejsie statkiem bujało przez trzy tygodnie.

Organizm musi jakoś odreagować, to buja. Jeżeli nie ma takiej reakcji, oznacza to, że z błędnikiem jest coś nie tak. Nie znam ludzi, którzy nie mieliby żadnych objawów choroby morskiej. Niektórzy nie mają nudności, ale nimi buja, albo jak staną na lądzie, czują mrowienie w nogach.

A pan?

Już nie mam choroby morskiej. Na początku oczywiście miałem, wymiotowałem i tak dalej. Bosman mówił mi tak: "Idź do kucharza, weź suchego chleba razowego i jedz". No to jadłem.

Pomogło?

A gdzie tam! Ciekawie było zwłaszcza podczas sztormu.

I co?

Mówili: "Wpatruj się w horyzont!". Ale jak się mogłem wpatrywać, skoro musiałem pracować! Na szczęście po paru miesiącach objawy choroby morskiej całkiem mi ustąpiły. Organizm się przyzwyczaja do tego, że statkiem cały czas buja. I przestaje się na to zwracać uwagę.

Zaczynał pan na liniowcu, czyli promie turystycznym.

Dawno, dawno temu pracowałem jako marynarz na polskim promie. Nie podobało mi się. Ludzie są bardziej kłopotliwi niż ładunki. Bary, restauracje, a pasażerowie skandynawskiego pochodzenia lubią wypić. Kłopotliwi byli. Więc przerzuciłem się na ładunki.

Z biegiem lat zmieniły się też, co zrozumiałe, realia.  Kiedyś kapitan statku to był bóg. Dzisiaj to zwykła sekretarka. Cały czas siedzi w papierach albo przy komputerze. Żartuję, że kiedyś przez te formalności, nie będzie czasu, żeby przypilnować ładunku albo prowadzić nawigację. Nie zmieniło się jednak to, że kapitan wciąż odpowiada za wszystko. Za statek, załogę, towar. Jeśli przyrównać statek do przedsiębiorstwa, ja jestem jego dyrektorem.

Ile osób ma pan pod sobą?

To się bardzo zmieniło. Przykładowo w 1978 r. pracowałem na statku Syrenka w Polskich Liniach Oceanicznych. Mówili na niego bajkowiec. Miał 70 metrów długości i woził kontenery. Brał ich 48, a załoga, razem ze mną, liczyła 21 osób. Teraz na największym kontenerowcu na świecie, który mierzy prawie 600 metrów i bierze 20 tysięcy kontenerów, jest także 21 członków załogi. Wyobraża pani sobie, jaki ten kontenerowiec jest duży?

Jak kilkupiętrowy blok?

Mniej więcej.

15.03.2007 GDYNIA PORT TERMINAL KONTENEROWY MAERSK BROOKLYN NAJWIEKSZY KONTENEROWIEC NA SWIECIEFOT. RENATA DABROWSKA / AGENCJA GAZETA
Największy kontenerowiec świata przypłynął do Gdyni, marzec 2007 (fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)

I nie potrzeba większej załogi? Dlaczego?

Rządzi automatyka, automatyka i jeszcze raz automatyka. Ludzi zastępują maszyny, komputery, elektroniczna podwójna nawigacja, łączność satelitarna. Mówi się nawet o bezzałogowych statkach, ale ja tego nie widzę. Statek, który za chwilę obejmę, będzie liczył siedem osób załogi, łącznie ze mną. Poza tym teraz pływa się w systemie "trumpingu", czyli nie zna się dokładnie miejsca docelowego. Udajemy się do Marsylii, a tam czekamy na wiadomość od armatora, jaki jest dalszy plan naszej podróży. 

Co dziś transportują kontenerowce?

Różnie. Duże bębny blachy. Pasze i nawozy sztuczne przeważnie w workach, rzadko luzem. Ostatnio wiozłem wysokie na 15 metrów szpule z kablem, które się kładzie na dnie morza. Ale najdziwniejszym ładunkiem, który transportowałem jeszcze w Polskich Liniach Oceanicznych, był ogród zoologiczny. Wieźliśmy z Polski, z zoo we Wrocławiu, do Buenos Aires lwy, tygrysy i słonie.

Nic wam nie uciekło?

To były młodziaki. Niestety, jeden lew dostał zapalenia płuc i padł po drodze. W marcu na morzu zmarzł i nie przetrwał. W tamtych czasach na statkach zawsze pływali lekarze. Doktor dawał lwu antybiotyki i zastrzyki, ale nie pomogło. Trzeba było ciało zwierzęcia zwodować, wcześniej obciąwszy mu ogon, żeby poświadczyć, że lew nie został przez nas sprzedany.

A sytuacja najbardziej niebezpieczna?

Miałem jedną w okolicach Lagos [Nigeria - przyp. red.], dokąd płynęliśmy w kontenerami. Niestety, wszedłem na mieliznę, statek nie mógł się ruszyć. Staliśmy pół mili od brzegu i czekaliśmy na pomoc. To była najdłuższa noc w moim życiu, bo tam właśnie piraci napadają na statki stojące w małej odległości od portu. Na szczęście nic złego się nie stało.

Kiedyś o mały włos nie napadli na nas piraci, kiedy przeprowadzałem świeżo zbudowany statek z Chin do Europy. Gdy wchodziliśmy do Kanału Sueskiego, widziałem ich z oddali na łódkach.

Wyglądali jak z filmu "Piraci z Karaibów?

Raczej jak ci z filmu "Kapitan Williams" z Tomem Hanksem. Mają kałasznikowy i ruszają łódkami w pościg za statkiem. Na pierwszy rzut oka widać, że nie płyną w pokojowych zamiarach. Ale bliskiego stopnia nigdy z nimi nie miałem.

Za to wiele razy miałem tzw. blindziarzy, czyli pasażerów na gapę. To zwykle młodzi ludzie, którzy wsiadają najczęściej w portach w Maroku czy Nigerii. Kiedyś dosiadło się trzech. Schowali się pod kontenerami, ale tak nieudolnie, że wystawały im głowy. Drugi oficer, który szedł z pilotem wyprowadzającym statek z portu, wyszedł na mostek. "O, z boku widzę bambusowy kij z hakiem. Ktoś musiał przy jego pomocy wejść na pokład" - mówi. "Oho, to mamy blindziarzy" - orzekłem.


Jerzy Sobecki (fot. arch. prywatne)

Poszliśmy przeszukać statek i ich znaleźliśmy. Trzeba było zawiadomić agenta, musieliśmy zostać w porcie w Lagos cały dzień. A że to afrykański kraj, to musieliśmy kupić prezenty dla miejscowych notabli, żeby sprawnie sprawę załatwiono. Bardzo kosztowne.

Skończyło się pomyślnie?

Na szczęście udało się ich "zdać". Nieraz bywa to trudne, bo czasem miejscowe władze mówią, że przecież pasażerowie na gapę mogli wsiąść gdzie indziej. Zwłaszcza kiedy nie mają przy sobie żadnych dokumentów.

Czuł pan kiedyś na morzu paraliżujący strach?

Przed laty wieźliśmy szpule blachy. Jedna waży dwadzieścia parę ton. Mocuje się je specjalną metalową taśmą, ale kiedy statek zaczyna się kiwać mocno na boki, te taśmy mogą się zerwać. Kiedy po ładowni zacznie hulać taka szpula blachy i uderzy w burtę, to dziura gotowa. Wiadomo, czym to grozi. I gdzieś między Amsterdamem i Rotterdamem zaczął nam szwankować główny silnik, pogoda była zła, statek zaczął się obracać. Ustawialiśmy się bokiem do fal, co było bardzo niebezpieczne, bo mogliśmy się przechylić. Naprawdę się wtedy bałem.

Jednak dzięki pańskiemu doświadczeniu wyszliście cało?

Powiedziałbym, że dzięki pomocy kolegów. Mamy taką radiową częstotliwość, na której rozmawiamy, żartujemy, omawiamy ważne sprawy. We wspomnianej sytuacji nie miałem kontaktu z armatorem, bo byliśmy za daleko, żeby zadzwonić, ale miałem radiową łączność z kolegą z kompanii od tego samego armatora. Poprosiłem, żeby zadzwonił do naszego instruktora technicznego i opowiedział o tym, co się dzieje. Zadzwonił, tamten udzielił mu konstruktywnych wskazówek. Kolega mi je przekazał i statek odzyskał pływalność.

Szczęśliwie dotarliśmy do portu w Rotterdamie, gdzie statek przeszedł remont.

Nie miał pan nigdy ochoty uciec ze statku?

Nie, nigdy!


Jerzy Sobecki, kontenerowiec w porcie gdańskim ((fot. arch. prywatne / Damian Kramski/AG)

Co takiego jest w morzu, że ono wciąż pana ciągnie?

Widzę po kolegach, którzy odchodzą na emeryturę, że długo ona u nich nie trwa. Dwa, trzy lata i się żegnamy... Człowiek na morzu jest przyzwyczajony do pewnego reżimu, ono konserwuje. Kiedy zaczynałem, dochodziła jeszcze romantyka, jak w powieściach Josepha Conrada.

Można zaryzykować stwierdzenie, że opłynął pan cały świat?

Właściwie można. Co ciekawe, jakiś czas temu po latach wróciłem na Daleki Wschód. Byłem tam w 1973 i w 2014 r. Jeden z maleńkich portów Malezji, który w latach 70. był jeszcze brytyjski i który wówczas odwiedziłem, teraz jest jednym z największych miejsc przeładunkowych na Dalekim Wschodzie.

Udało mi się nawet dopłynąć do miejsc, o których marzyłem, ale nie sądziłem, że się uda, czyli do Nowej Zelandii i Nowej Kaledonii.

Udało się też panu próbować rzeczy, których zwykli śmiertelnicy w czasach PRL-u nie znali?

Kiedy zaczynałem pływać jako młodszy marynarz, moja pensja wynosiła tysiąc złotych, czyli wówczas jakieś 30 dolarów, plus 35 centów za każdy dzień na morzu. Gdyby nie możliwość przywożenia do Polski różnych towarów, tobyśmy nie pływali. Woziło się bluzki damskie i męskie, golfy, koszulki polo, peruki, płyty do szaf grających. A nawet soki.

W pewnym momencie każdy bar na Wybrzeżu oferował tzw. napój firmowy. A trzeba go było z czegoś zrobić, np. z soków pomarańczowych czy grejpfrutowych, które marynarze wozili z Anglii. W kawiarenkach je rozcieńczali i ludzie pili.

Pływa pan w mundurze?

Zwykle nie, ale do Afryki trzeba włożyć przynajmniej koszulę z pagonami. Żeby miejscowi czuli respekt. Kiedy się wpływa do afrykańskiego portu, trzeba się wystroić, dobrze wyglądać na mostku. W Europie nikt już na to nie zwraca uwagi. To w sumie smutne, ale tradycja umarła.

Jerzy Sobecki. Kapitan żeglugi wielkiej. Na statkach pływa od 1970 r. Skończył liceum plastyczne, fotografuje. Ma żonę i córkę. Mieszka w Sopocie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Zobacz także
Komentarze (32)
Zaloguj się
  • kzet69

    Oceniono 15 razy 9

    Pozytywna postać, bardzo sympatyczny artykuł, stopy wody pod kilem panie Kapitanie!

  • mark6

    Oceniono 4 razy 4

    Być może dla Ciebie.Największy problem w tym, że nie zawsze dla żon.
    Zdrowia szczęścia.

  • gpk58

    Oceniono 11 razy 3

    1. Kapitan Żeglugi Wielkiej - tak to się nazywa
    2. Inspektor Techniczny - tak to się nazywa
    3. 400 metrów - ni 600 metrów ( tyle miał największy tankowiec na świecie - już zezłomowany )
    4. 1000 zlp to było 10 - 13 dolarów
    WARTO AUTORYZOWAĆ TEKST BY BZDUR NIE PISAĆ !!!

  • atr8

    Oceniono 4 razy 2

    " Kiedyś kapitan statku to był bóg."
    Taa, szczególnie w swoim mniemaniu, Pływałem w PLO ponad 15 lat, /1974 - 99/, na szczęście w siłowni, przez co kontakty z Najwyższym miałem mocno ograniczone. 16 statków, 18 kapitanów, Z tego 4 normalnych i 13 świrów o olbrzymim przeroście ego i przekonaniu o swojej boskiej władzy nad załogą. Odizolowanych od ludzii, często jadających tylko w swojej kabinie, bo kontakt ze zwykłą załogą był dla nich ujmą. Był taki, co po wyjściu z portu zamykał się u siebie i przez kilkanaście dni przelotu steward nosił mu flaszki. Wychodził, gdy pojawiał się pilot. Nienagannie ubrany, z uśmiechem, pan i władca. Znikał, gdy odbijała kolejna pilotówka. Trudno zachować równowagę psychiczną, gdy przez 5-7 miesięcy nie ma się normalnych kontaktów z załogą. Samotność długodystansowca. Naczytali się Borhardta i realizowali swą boskość. Ten osiemnasty był zamiłowanym brydżystą, często grywaliśmy na przelotach. Dzięki temu dał się lubić, a i autorytet w załodze miał największy. Nie unikał rozmów z każdym i o wszystkim. Dopiero gdy zacząłem pływać na kontraktach zobaczyłem, że ta większość, to była taka polska specyfika.

  • cracken001

    Oceniono 5 razy 1

    Facet buja,az trzeszczy..choroba m orska mija po klilklu DNIACH,a nie miesiacach,po drugie w PLO,czas trwania rejsu zalezal od trasy,NIE bylo minimow 9 miesiecznych,po trzecie w latach 70 tych,NIE bylo 1000 zlotowych pensji,po czwarte,dolar "stal" wowczas 100-120 zetow,wiec JAKIE 30 waszyngtonow za RZEKOME 1000 zl???Na stazu,po studiach w 1976,zarabialem ca 3500,i po piate,z mlodszego marynarza,BEZ Wyzszej szkoly Morskiej,to mogl po kilkunastu latach,i kursie doksztalcajacym,awansowac co najwyzej na bosmana.

  • cichwoda

    0

    wpisy wyglancowane

  • Stefan Chwin

    Oceniono 2 razy 0

    Bardzo ciekawy i sympatyczna rozmowa. Kapitanie Jurku - pozdrowienia... Krystyna i Stefan Chwinowie

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX