Igor na blogu relacjonował zmiany w żyicu

Igor na blogu relacjonował zmiany w żyicu (fot. pixabay.com)

zjawisko

"Po trzech tygodniach jedzenia zielska talerz ziemniaków smakował nieziemsko"

"Przez rok nie kupię jedzenia" - postanowił Igor. Jako właściciel spółki informatycznej notowanej na warszawskiej giełdzie miał ogromną wiedzę o nowoczesnych technologiach i niemal zerowe doświadczenie rolnicze. Miał za to dużą wiarę w siebie i powodzenie swojego planu. Wszystkiego postanowił nauczyć się z książek i od bardziej doświadczonych ludzi. Plan przewidywał żywienie się wyłącznie tym, co sam wyhoduje. Ach, drobny szczegół - wcale nie zamierzał rzucać pracy "w Matrixie". Był listopad 2012 roku. "Godzina zero": 1 czerwca 2013.

Igor - prezes giełdowej spółki informatycznej. Przeprowadził się z Bielska-Białej (skąd przez piętnaście lat podróżował co tydzień do klientów w Warszawie) do domu na zboczu Magurki Wilkowickiej, położonym na wysokości 838 metrów n.p.m. w Beskidzie Małym.

Koszty: adaptacja szopki na owczarnię - 5000 złotych, akcesoria do hodowli owiec - 1500 złotych, zakup pięciu dorosłych owiec wschodniofryzyjskich - 3500 złotych, zakup dziesięciu kur - 300 złotych; pasza na zimę dla dziesięciu owiec - 2000 złotych; budowa kurnika dla piętnastu kur - 3000 złotych, ogrodzenie warzywnika - 1000 złotych.

Czas realizacji planu: ponad rok.*

Trafiłam na niego przez bloga, na którym opisywał swój eksperyment i rewolucyjne, buntownicze podejście do współczesnego systemu społecznego. Igor bez ogródek punktował opresyjne, jego zdaniem, metody działania państwa i sposoby zniewolenia ludzi, między innymi uzależnienie ich od zasobów żywności. Jednocześnie nigdy nie namawiał do rzucenia wszystkiego, ucieczki do lasu i żywienia się korzonkami. "Gdy obierzemy kierunek przeciwny do Matrixa, z każdym dniem się od niego oddalamy - pisał na blogu**. - Nie trzeba robić bolesnego skoku 'w busz'. Wystarczy tak się ustawić, by z każdym dniem nasze drogi z Matrixem się rozchodziły - choćby o jeden kroczek. Przestańmy oglądać telewizję. Przestańmy słuchać wiadomości. Nie zaciągajmy kolejnego kredytu. Postarajmy się spłacić szybciej istniejące zadłużenie. Zamieńmy metr kwadratowy trawnika na grządkę. Nauczmy się uprawiać pomidory czy ziemniaki. Kupmy trzy kury i zróbmy im prowizoryczny kurnik. Przeczytajmy książkę o ziołach i wyeliminujmy w tym roku jedno lekarstwo syntetyczne. Na przykład zamiast aspiryny pijmy napar z kory wierzby. Odbierzmy politykom kontrolę nad naszymi emocjami. Zanim się obejrzymy, to coraz więcej ludzi dołączy do nas, widząc pozytywne efekty".

Beskid Mały, droga z Czupla w kierunku Magurki Wilkowickiej (fot. Jakub Hałun / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)
Beskid Mały, droga z Czupla w kierunku Magurki Wilkowickiej (fot. Jakub Hałun / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Nie mogłam się do niego nie odezwać i nie zapytać o powody takiej decyzji, jego dalsze losy (blog kończy się wpisem z 3 czerwca 2015 roku) i spojrzenie na tamte doświadczenia z dystansu, jaki daje czas.

Wszystko zaczęło się, jak w przypadku wielu wiejskich historii, od osobistego kryzysu. "Przeciążyła mnie cywilizacja. Żyłem intensywnie, zbyt intensywnie. Jako młody, początkujący przedsiębiorca chciałem podbić świat. Los sprawił, że urodziłem się w miejscu i czasach sprzyjających rozwojowi nowych technologii. Przez dziesięć lat tworzyłem i sprzedawałem produkty informatyczne dla dużych firm. Pod koniec zdarzało mi się pracować po dziewięćdziesiąt, a nawet sto godzin tygodniowo - wspomina Igor. - Mój organizm, zmęczony latami nieludzkiej (a może właśnie typowo ludzkiej) pracy, zaczął się buntować i rozsypywać. Intuicja podpowiadała mi, że sytuacja jest groźna, i podjęła próbę naprowadzenia mnie na rozsądne tory. Przekonała mnie do zakupu pięknej działki - ogrodu - położonej wysoko w górach".

(...) Niechęć do instytucji państwowych zaowocowała zainteresowaniem samowystarczalnością, zdrowym odżywianiem i medycyną naturalną. "Założyłem, że z ZUS-u nigdy nie zobaczę marnego grosza i że to dobra kondycja fizyczna, nowe umiejętności, relacje z rodziną i innymi ludźmi będą stanowiły moje zabezpieczenie na przyszłość".

Oczywiście nie było łatwo zejść z utartych torów i ot tak, zapomnieć o wieloletnich przyzwyczajeniach i znanych schematach działania: "Z początku podchodziłem do ogrodu jak do kolejnego projektu informatycznego. Tak jak gdyby przyroda, podobnie jak komputer, była po to, by wykonać moje polecenia. Praca w ogrodzie przypominała walkę. Ganiałem z hałaśliwą kosiarką i podkaszarką, by zapanować nad swoim ogrodem, w pocie czoła porządkowałem teren. Z czasem jednak nabierałem coraz większego przekonania, że moje podejście nie jest odpowiednie. Z właściciela ziemi powoli stawałem się jednym z tysięcy jej mieszkańców. Odkryłem permakulturę, a w zasadzie jej wąski wycinek - techniki uprawy ogrodu zgodnie z jej zasadami permakultury. Dotarłem do książki "Permakultura Seppa Holzera "autorstwa alpejskiego rolnika, który zamienił położony ponad 1000 metrów n.p.m. las w bujny ogród. Wiele z doświadczeń Holzera pasowało do moich warunków".

Igor zaczął od walki z ogrodem (zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com)
Igor zaczął od walki z ogrodem (zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com)

Po stoczeniu wewnętrznej walki intuicji krzyczącej "uciekaj!" z analitycznym rozumem, który wyszukiwał argumenty przeciw wyprowadzeniu się na wieś - od typowych o śniegu, dojazdach do pracy i problemie ze szkołą dla dzieci po praktyczne obawy o to, czy podoła wyżywieniu się z własnej roli - intuicja wygrała. (...)

Nie umrzeć z głodu***

Stosy przeczytanych książek, nauka i praca w polu - tak w skrócie można określić te przygotowania. Pierwsze grządki ogrodu warzywnego założył na łące, która wcześniej latami nie była uprawiana. Na szczęście miała sprzyjające położenie: łagodnie opadający teren, nasłonecznione, południowe zbocze, była też co roku koszona, więc porastała ją bujna trawa. Igor rozrzucił na trawie owczy obornik, przykrył go tekturą i gazetami, na tekturę poszła słoma. Tak, w trzech prostych krokach, założył swój pierwszy permakulturowy ogród. Z zasady niemal "bezobsługowy". Warstwy obornika, tektury i słomy izolują niepożądane chwasty, a rozkładając się, użyźniają glebę. Dzięki tej "kołderce" ziemia zachowuje wilgoć, tak jak w przypadku ściółki leśnej. Przynajmniej tak to wygląda w teorii, reszta zależy od tak zwanego elementu ludzkiego, czyli wykonania odpowiedniego ściółkowania, rozmieszczenia względem siebie roślin, bo nie wszystkie się lubią i dobrze na siebie oddziałują, i od znalezienia dobrego obornika.

Kolejne były ul i słoneczna suszarnia owoców i warzyw, zbudowane własnoręcznie. Igor, po wnikliwej lekturze poradników, postanowił też, że koniecznie powinien na wiosnę pozyskać sok z brzozy (z którego można robić syrop - zamiennik cukru i miodu), kiełkować nasiona (są bardzo cennym źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych, witamin i minerałów) i spróbować uprawy zimowej. Uzbrojony w wiedzę, czuł się nieźle przygotowany do eksperymentu na żywym - własnym! - organizmie. W końcu nadeszła "godzina zero".

Przez pierwsze dwa tygodnie czerwca jadł tylko dzikie rośliny i resztki z okresu przed eksperymentem: "pokrzywę, korzeń i ogonki liściowe łopianu, koniczynę, szczaw, babkę, liście mlecza. Rarytasem był kawałek cebuli siedmiolatki posadzonej zeszłej jesieni. Zostało mi też z etapu przygotowań kilka gorszych kawałków baraniny: szyja i żeberka"- wylicza. W ciągu tych dwóch pierwszych tygodni ubyło mu dwanaście kilogramów, ale jak twierdził, opisując na bieżąco doznania z chudego okresu żywienia się dzikimi roślinami, nie odczuwał negatywnych skutków tej diety, czyli senności i zmęczenia, jak w przypadku postu o samej wodzie. "Być może gdybym miał więcej czasu na zbieranie roślin, to spadek wagi byłby mniejszy. Najbardziej pożywną potrawą był korzeń łopianu, ale jego wykopywanie jest czasochłonne. Dzikie rośliny są dobrym dodatkiem do jadłospisu lub sposobem na 'dotrwanie' do obfitszych żniw. Dieta oparta przede wszystkim na dzikich roślinach zdobywanych w wolnych chwilach po pracy - nie dłużej niż przez godzinę dziennie! - raczej nie zapewnia współczesnemu człowiekowi kompletu wymaganych składników odżywczych".

Przez pierwsze dwa tygodnie czerwca Igor jadł tylko dzikie rośliny i resztki z okresu przed eksperymentem (fot. pixabay.com)
Przez pierwsze dwa tygodnie czerwca Igor jadł tylko dzikie rośliny i resztki z okresu przed eksperymentem (fot. pixabay.com)

Nie umrzeć z głodu to jedno, a smaki, w przypadku żywienia się roślinami z łąki raczej mało zróżnicowane - to drugie. "Pokrzywę uważam za bardzo smaczną. Czy w formie siekanych i podduszonych liści, czy przerobioną na zupę jadłem chętnie. Sałatka z młodych liści mlecza jest całkiem dobra, ale przy skąpej diecie w ogóle nie miałem apetytu na tę potrawę. Gotowany korzeń łopianu jest niezły, ale bez rewelacji, a jego ogonki liściowe raczej niesmaczne, ale dają chwilowe poczucie sytości. Kwiaty koniczyny zjedzone na surowo mają lekko słodkawy smak, w większych ilościach powodują nudności. Szczaw był prawdziwym rarytasem, szczególnie sparzony i zjedzony na ciepło. Cennym dodatkiem był też kiszony czosnek niedźwiedzi. Ogólnie, dopiero tak skromne i monotonne jedzenie umożliwia zrozumienie, dlaczego w dawnych czasach przyprawy sprowadzane z Indii do Europy miały tak dużą wartość. Pozwala też inaczej spojrzeć na to, jak jemy na co dzień. Gdy zebrane przy drodze zielsko było moim głównym pożywieniem, większą uwagę zwracałem na resztki zostawiane przez dzieci po posiłkach. Doświadczenie lekkiego głodu powoduje, że jedzenie na powrót staje się święte. Zmienia się z powszechnie dostępnego towaru w świętą istotę, która daje nam chwilę życia".

Ziemniaki w intercity 

W pierwszym miesiącu eksperymentu Igor poniósł "porażkę kontrolowaną". Nie chciał schodzić poniżej siedemdziesięciu kilogramów wagi i straszyć rodziny nadmiernym osłabieniem, nie chciał też na samym początku zabijać jednej z zakupionych wcześniej owiec. W rezultacie podjął decyzję o odstąpieniu od pierwotnego założenia i zaczął kupować ziemniaki. "Sporo osób zwracało mi uwagę, że powinienem był zacząć znacznie później, po nabraniu co najmniej rocznego doświadczenia i zebraniu zapasów" - pisał wówczas na blogu. "Pewnie tak byłoby łatwiej, ale moje podejście dało więcej ciekawych doświadczeń. Owszem, moja dieta w lipcu była w większości oparta na kupionym jedzeniu, ale nauczyłem się za to, jak samodzielnie opiekować się stadem owiec, zbudować kurnik, hodować kury, budować ul i zajmować się pszczołami. Nabyłem sporo nowej wiedzy na temat ziół i roślin dziko rosnących, eksperymentowałem z konserwowaniem żywności, dowiedziałem się wiele o uprawie warzyw i owoców. Na przykład moje ziemniaki, uprawiane pod słomą, gdy już wyrosły, okazały się wielkim sukcesem. Z wszystkich dostępnych mi roślin ta najskuteczniej zapewniała sytość. Można zjadać kilogramy sałaty, dzikich ziół czy cukinii, ale człowiek cały czas traci wagę i nie osiąga sytości. Po trzech tygodniach jedzenia zielska talerz ziemniaków smakował nieziemsko. Nic dziwnego, że przez wieki były one podstawą diety".

Przez kolejne miesiące, nie trzymając się kurczowo wstępnego założenia "zero zakupów", Igor starał się sam zapewniać sobie jedzenie, z lepszym lub gorszym skutkiem. "Bywały okresy, kiedy byłem prawie całkowicie samowystarczalny. Bywały też takie, związane szczególnie z pracą i podróżami, kiedy nie dałem rady - wspomina. - Co tu kryć - niezręcznie mi było w intercity do Warszawy wieźć ze sobą ziemniaki, pokrzywę i suszoną baraninę. Nie byłem też bardzo ortodoksyjny, bo wymagałoby to postawienia całej rodziny na głowie, a i tak już miała już sporo wyzwań związanych z moimi odchyłami. Trochę ją przymusiłem do przeprowadzki do lasu".

Warzywa z własnego ogródka (zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com)
Warzywa z własnego ogródka (zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com)

Coraz lepiej szła mu hodowla kur i owiec, odniósł sporo sukcesów ogrodniczych. Ziemniaki pod słomą, które wymagały jednego dnia pracy przy sadzeniu, dały plon wystarczający dla całej rodziny. Udały się też wysiewana na łące gryka oraz len i słoneczniki przeznaczone na olej. Oczywiście sporo było też niepowodzeń, choć Igor woli nazywać je naukami. Pszczoły nie przeżyły zimy, nornice zjadły blisko setkę sadzonek warzyw i wszystkie nasiona dyni i cukinii. Nie udały się niektóre grządki, a ziemianka okazała się zbyt zimna, przez co część przechowywanych ziemniaków zmarzła. "W większości przypadków problemem był mój brak wiedzy - komentował w podsumowaniu pierwszego roku eksperymentu. - Wszystko wymaga doświadczenia. Czasami drobne zmiany decydują o sukcesie". (...)

Pierwszy rok podsumował na blogu, pisząc na czele listy sukcesów: "(...) skok w kierunku niezależności żywieniowej. To oprócz satysfakcji i opalenizny daje sporo siły wewnętrznej. Wiem, że jestem w stanie zaspokoić większość potrzeb żywieniowych swojej rodziny. (...) Czy byłbym w stanie teraz już przeżyć, gdyby nagle uciąć łączność z cywilizacją? Nie. Mój eksperyment uzmysłowił mi, że samowystarczalność jest prawie niemożliwa bez wsparcia innych ludzi. Sam bym z pewnością szybko zginął. Rodzina być może jest w stanie być samowystarczalna, ale przy braku doświadczenia to byłby raczej survival, a nie pełne życie. Sądzę, że dopiero wioska, skupisko kilku rodzin daje możliwość samowystarczalności, a i taka samowystarczalność jest iluzją, bo opiera się na czerpaniu z doświadczeń tysięcy naszych przodków. Do szczęścia potrzebujemy kontaktów z ludźmi i w moim przypadku ciekawe jest to, że poszukując niezależności, natrafiłem na mnóstwo ciekawych osób. Najbardziej się cieszę, że moja próba pokazała mi, że istnieje alternatywa dla systemu dogmatów, nakazów i zakazów zwanych Matrixem czy 'cywilizacją zachodnią'. Cały czas w 90 procentach jestem uzależniony od 'cywilizacji', ale ten jeden krok w dobrym kierunku już mi wiele dał". (...)

Jedną z porażek Igora było to, że pszczoły nie przetrwały zimy (zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com)
Jedną z porażek Igora było to, że pszczoły nie przetrwały zimy (zdjęcie ilustracyjne / pixabay.com)

***

Sałatka pasterska z "chwastów" - przepis Igora

Składniki: krwawnik; pospolity mlecz (mniszek lekarski): liście, kwiaty, koszyczki kwiatowe; gwiazdnica pospolita; szczaw zwyczajny; kapusta: liście i kwiaty; jarmuż; kapusta chińska; szpinak warzywny; liście rzodkiewki; babka lancetowata; przywrotnik pospolity; tasznik pospolity: liście i kwiaty; koniczyna łąkowa; szczawik zajęczy; lubczyk ogrodowy; cebula siedmiolatka; mięta pieprzowa

Wykonanie: Składniki według uznania wymieszaj i przypraw posiekanym ząbkiem czosnku i olejem rzepakowym (kupionymi w sklepie). Sałatka smakuje naprawdę wybornie i daje spory zastrzyk energii. Wydawałoby się, że to sama trawa, a jednak razem z olejem daje poczucie sytości. W wersji deluxe do sałatki można wkroić kawałki sera.

Lista roślin, których uprawa jest, według Igora, najprostsza:

cukinia i dynia czosnek brokuł jarmuż cebula seler burak por rzepa fasolka szparagowa gryka

Książki o hodowli i uprawie polecane przez Igora:

Joy Larkcom, Grow Your Own Vegetables
Idealna, jeśli szukasz jednej książki na temat ogrodnictwa. Prawie 400 stron skompresowanej wiedzy na temat uprawy najpopularniejszych warzyw. Prosta w formie, bogata w treści.

Sepp Holzer, Permakultura Seppa Holzera
To książka o doświadczeniach rolnika-rebelianta, autorytetu w dziedzinie rolnictwa naturalnego. Wbrew powszechnej wiedzy rolniczej, wbrew opiniom sąsiadów, wbrew regulacjom Unii Europejskiej z sukcesem prowadzi gospodarstwo w Alpach na wysokości ponad 1000 metrów n.p.m.

Carol Ekarius, Paula Simmons, Storey's Guide to Raising Sheep
Jest w niej wszystko, co chcesz wiedzieć na temat amatorskiej hodowli owiec.


*Fragment książki "Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta" Natalii Sosin-Krosnowskiej. Książka jest dostępna w Publio.pl>>>

** http://niekupiejedzenia.blogspot.com/, dostęp: 1 marca 2018. 107

***Śródtytuły pochodzą od redakcji

Natalia Sosin-Krosnowska (fot. Monika Ostrowska)
Natalia Sosin-Krosnowska (fot. Monika Ostrowska)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Natalia Sosin-Krosnowska. Ur. 1982. Redaktorka, absolwentka politologii i socjologii, dziennikarka Polsatu i serwisu gazeta.pl, współautorka i pierwsza redaktor naczelna polskiej wersji magazynu cafebabel.com. Współpracowała m.in. z "Polityką", TV Arte i francuskim "ELLE", jej artykuły były publikowane w "Courrier International", "La Stampa", "Die Zeit" i "The New York Times". Obecnie współtworzy i prowadzi program Daleko od miasta na antenie Domo+. Prywatnie interesuje się designem, architekturą wnętrz i fotografią, ćwiczy jogę i maluje. Całe życie jedną nogą w mieście, a drugą na wsi.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (74)
Zaloguj się
  • jan.go

    Oceniono 35 razy 21

    Zabawa bogatych ale nieszkodliwa Oczywiście do czasu jak wszyscy zaczniemy się w to bawić

  • real_krab

    Oceniono 37 razy 17

    ledwo co wspomina sie tu o rodzinie, za to wszystko zrobilem 'ja'
    juz to widze, zrobil niewolnikow z zony + ktos tam, ktora zapierdziela przy tym wszystkim, zeby prezesio mogl chwalic sie kolejnymi nalwochwalczymi bzdetami

  • kikolo350

    Oceniono 9 razy 7

    Taki był sposób na życia w czasach przełomu w mniejszych miejscowościach. Teraz rolnicy aby zdobyć żywność stoją w kolejce w Biedronce.

  • i.l

    Oceniono 33 razy 7

    Zmarnowany rok na bezsensowny eksperyment. Wystarczyło poczytać o dawnych dziejach.
    Jeszcze nie tak dawno chłop żył z tego co wyhodował i jeszcze miał na sprzedaż, żeby kupić machorkę,
    i okowitę. Wyniosłem się na wieś i coś tam podjadam. Podstawą jest Biedronka(blisko), ale założyłem
    warzywniak i coś tam rośnie. Użytkuję rolniczo 150 m.kw. z 30 tysięcy czyli zaledwie ułamek. Nie mam
    gadzin poza psem. Nie mam wiedzy, ani doświadczenia, ale z pewnością byłbym w stanie ,,wyprodukować''
    więcej żywności niż potrzebuję. Problem jest w ilościach. W dawnych czasach istniała wymiana towarowa.
    Jeśli ktoś miał czegoś za dużo, wymieniał się z tym, który miał za mało. Dzisiaj to niemożliwe. Mógłbym
    coś sprzedawać i kupić brakujące tylko po co? Wróciłbym do punktu wyjścia.
    Ratunek jest w czym innym. Trzeba zmienić obyczaje na ziemi. Ten gość od bloga ma firmę i trzepie kasę.
    Zużywa energię, produkuje śmieci. Poleciał do Nigerii, a samolot przepalił dziesiątki ton paliwa. To trzeba zmienić.
    Żyć musimy dla samego życia, a nie po to by np. podróżować, inaczej już niedługo czeka nas smutny koniec.

  • six_a

    Oceniono 7 razy 3

    cisza i spokój. jeden drugiego by utopił w łyżce wody. oto uroki małej społeczności.

  • po.prostu.marian

    Oceniono 2 razy 2

    Hehe. Tak sie rozstawal z Matrixem, ze caly czas jest w radzie nadzorczej spółki.

  • tpdlagier

    Oceniono 4 razy 2

    Skoro przez rok zamierzał nie kupować jedzenia to również nie powinien kupować zapasów paszy dla zwierząt. Bo to trochę tak jakby kupił 300 konserw, schował na półkę i chwalił się że nie chodzi do sklepu przez rok.

  • Moje konto

    Oceniono 6 razy 2

    A przeczytałem JA - ur. 1971, bezrobotny, absolwent szkoły zawodowej. Hejter na wszystkich serwisach gazety, czytelnik Faktu i Super Expressu, kawaler. Niegdyś czytywał "Samochody specjalne" i "Skrzydlatą Polskę". Ogląda telewizję, TVP, TVN, Polsat. Obecnie leży na kanapie i pisze komentarze do różnych serwisów internetowych. Prywatnie interesuje się sąsiadami i pisaniem donosów do US. Całe życie jedną nogą w mieszkaniu, a drugą w monopolowym.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX