Barbara Rybałtowska na Mazurach

Barbara Rybałtowska na Mazurach (fot. archiwum prywatne)

wywiad Gazeta.pl

Wojnę spędziła w Afryce, śpiewała w Mazowszu. Zagmatwane losy Barbary Rybałtowskiej

Nie daję głowy, że pamiętam wszystko dokładnie. Wspomnienia mieszają mi się z opowieściami mamy - opowiada pisarka.

Zagmatwane to pani życie.

Ma pani na myśli pierwsze lata mojego życia? Było pełne grozy, ale jakże ciekawe!

Oj, i to bardzo!

Miałam trzy lata, gdy w wakacje 1939 roku pojechaliśmy do rodziny ojca na Kresy, do Iszkołdzi [dzisiaj Białoruś - przyp. red]. Stamtąd już do Warszawy nie wróciliśmy, bo wybuchła wojna. Tatę wzięto do wojska. Po rozwiązaniu oddziału ojca po bitwie pod Sarnami musieliśmy się ukrywać. Wyjechaliśmy do Połoneczki [dzisiaj wieś Białorusi - przyp. red.], a stamtąd mnie i mamę wywieziono na Syberię. Ojca akurat w domu nie było.

Zapamiętała pani coś z tego zdarzenia?

Pamiętam, że obudziła mnie mama słowami: "Wstawaj, Basiu, jedziemy na białe niedźwiedzie". Jeden ze zdrajców, którzy towarzyszyli Rosjanom, bardzo się na to obruszył i chciał mamę uderzyć za to, że jakoby "straszy dziecko". Jak potem wspominała, byłam w czasie wywózki bardzo dzielna, serce jej się krajało, gdy na mnie patrzyła.

Dopiero na rogatkach Połoneczki uświadomiłam sobie, że nie wzięłyśmy mojej ulubionej zabawki, niebieskiego zająca. Strasznie płakałam. Ale mama uszyła mi nowego, ze swojego swetra, też niebieskiego. Spalili go dopiero w porcie w Krasnowodsku, podczas kwarantanny w drodze do Afryki.


Barbara Rybałtowska jako dziecko (z lewej) (fot. archiwum prywatne)

Do Afryki?

Udało nam się wyruszyć tam z armią Andersa. Zaraz po ogłoszeniu amnestii [w konsekwencji układu Sikorski-Majski z 1941 r. - przyp. red.] mama zasięgała języka, gdzie i jak odbędzie się ewakuacja Polaków z armią. W ten sposób złapałyśmy transport do Kirgizji, gdzie czekałyśmy osiem miesięcy. Potem ruszyłyśmy przez Irak i Indie, by ostatecznie dotrzeć do Ugandy nad jezioro Wiktorii; armia  stacjonowała w Egipcie. Rodziny umieszczono w kilku obozach polskich w Afryce Środkowej i Wschodniej. Miałam wtedy prawie sześć lat i mieszkałam w Afryce prawie do dziesiątego roku życia.

W Afryce było nam dobrze. Hołubił nas rząd londyński, dostawaliśmy paczki z jedzeniem i ubraniami. Chodziłam tam do polskiej szkoły i choć byłam mała, już pociągała mnie scena. Przygotowywałam na przykład jasełka i je wystawiałam w szkole. Kiedyś zabrałam mamie sporo ubrań na kostiumy, zakopaliśmy je z innymi dziećmi w ziemi. Niestety, w tym dole zagnieździły się żmije i już ubrań nie odzyskaliśmy.

Afryka była dla mnie wielką przygodą. Zdarzyło mi się uciekać przed krokodylami, podziwiać na wolności wiele pięknych zwierząt.

Pamięta to pani?

Nie daję głowy, że pamiętam wszystko dokładnie. Wspomnienia mieszają mi się z opowieściami mamy. Na wygnaniu ciągle uświadamiała mnie, że życie tak nie wygląda. Że wrócimy do Polski, w której jest inaczej. Opowiadała mi o kwiatach, które tam rosną. Kiedyś przyśniły mi się niezapominajki, których nigdy nie widziałam.


Barbara Rybałtowska kiedyś i jako dziecko z mamą w Afryce (fot. archiwum prywatne)

Gdy skończyła się wojna, wyruszyliśmy do Polski. Tylko o tym marzyliśmy.

Do Warszawy?

Chciałyśmy, ale w 1947 roku wciąż była zniszczona i bardzo przeludniona. Nie przyjmowano już więcej mieszkańców. Pojechaliśmy więc do Zamościa. Nasz przyjaciel z Afryki, który potem został moim ojczymem, stamtąd pochodził.

Co się stało z pani ojcem?

Aresztowano go jeszcze przed naszym wywiezieniem na Syberię. Dostałyśmy wiadomość, że nie żyje. Potem okazało się, że to nieprawda. Nigdy go już jednak więcej nie zobaczyłam.

Czy po powrocie do Polski pani ciągoty artystyczne nadal dawały o sobie znać?

W szkole w Zamościu tańczyłam patriotyczne kujawiaki i grałam w przedstawieniach. Chciałam jednak studiować chemię. Niestety, matura mojej klasy została unieważniona przez donos córki członka PZPR. Nie zdała, więc powiedziała, że wszyscy ściągaliśmy. Powtórzona matura poszła mi świetnie, ale ostatecznie stopnie miałam obniżone. Bałam się, że na tę chemię się nie dostanę, więc wybrałam filologię rosyjską w Warszawie. A po studiach dostałam się do Mazowsza.

Powoli... Jak pani trafiła do najpopularniejszego wówczas zespołu pieśni i tańca?

Koleżanka szła na przesłuchanie do Mazowsza i poprosiła, żebym jej towarzyszyła. Poszłam z nią, żeby dodać jej odwagi. Zaśpiewałam arię i jakąś piosenkę z repertuaru Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej [w latach 1957-1997 dyrektor Mazowsza - przyp. red.]. Po eliminacjach dostałam list, że pani Mira zaprasza mnie do siebie do domu, bo akurat była chora i nie widziała mojego występu. Nauczyłam się z płyty kilku piosenek Mazowsza, pani Mira mnie przesłuchała i powiedziała: "W poniedziałek przyjdź na zajęcia".  


Barbara Rybałtowska na spotkaniu autorskim (fot. archiwum prywatne)

I tak zaczęła pani występy w Mazowszu?

Występowaliśmy na całym świecie. Byłam w Japonii, Mongolii, Korei, Chinach, Rosji, Jugosławii, Austrii, Holandii, Skandynawii. W Mazowszu poznałam Irkę [Irenę Santor - przyp. red.]. Póki była w zespole, zanim zaczęła karierę solową, śpiewała "Ej przeleciał ptaszek".

Rywalizowałyście ze sobą?

Byliśmy jednym zespołem. Pamiętam, jak na koncercie w Sali Kongresowej w Warszawie chwilę przed występem usłyszałam: "A teraz wychodzisz na Cyraneczkę na solówkę". Nie spodziewałam się tego, wcześniej nie śpiewałam tej partii solo. Ręce miałam złożone z tyłu, ale tak mi się trzęsły, że ktoś włożył mi w dłonie wianek czy kwiaty. Pomogło.

Narzucano wam repertuar, tak jak to pokazał Paweł Pawlikowski w "Zimnej wojnie"?

Wie pani, że Mazurek z "Zimnej wojny" to właśnie Mazowsze. Oczywiście, że naciski były. Był wymóg Komitetu Centralnego, że w repertuarze musi być dydaktyczna piosenka o książce, o przyjaźni. Do ZSRR jechaliśmy z kantatą o Stalinie. Broniliśmy się jednak repertuarem ludowym.

Romanse w Mazowszu też były? Takie jak głównych bohaterów w "Zimnej wojnie" [film pokazuje miłość śpiewaczki zespołu i nauczyciela - przyp. red.]?

Ależ skąd! Tadeusz Sygietyński [kompozytor, założyciel Mazowsza - przyp. red.] nie romansował z dziewczynami.

Dlaczego odeszła pani z zespołu?

Gdy byliśmy na występach w Niemczech, złamałam rękę. Źle mi ją złożyli, konieczna była operacja w Polsce. Wtedy po raz pierwszy zaświtała mi myśl, że może powinnam odejść z Mazowsza i robić coś innego. Miałam za sobą prawie sześć lat śpiewania. Pani Mira bardzo była na mnie zła. Nie lubiła, gdy ktoś odchodził sam. Usłyszałam, że jestem niewdzięczna. 

Pani Mira miała dość trudny charakter, ale sporo się od niej nauczyłam. W pewnym sensie dzięki niej zaczęłam więcej pisać. Na początku lat 60. Mazowsze odwiedził Jan Brzechwa, a pani Mira poprosiła, żebym przyszła na spotkanie z nim. Poszłam z kilkoma koleżankami i kolegami do gabinetu pani Miry. No i popisywaliśmy się tam przed Brzechwą. Czytałam mu fragmenty moich pierwszych książek, był oczarowany. Powiedział, że powinnam tworzyć.

28.11.2014 Lodz ,  Centralne Muzeum Wlokiennictwa , Biala Fabryka .  IV Salon Ciekawej Ksiazki . Pisarka Barbara Rybaltowska podpisuje swoja ksiazke .Fot . Marcin Stepien / Agencja Gazeta
Barbara Rybałtowska na spotkaniu autorskim w 2014 roku (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Tak też pani zrobiła.

"Szkoła pod baobabem", pierwsza książka, opisuje moje dzieciństwo w Afryce. Oczywiście dodałam trochę fikcji literackiej, żeby tę opowieść ubarwić. Najśmieszniejsze jest to, że moja mama i ojczym, gdy czytałam im fragmenty książki, w fikcyjnych miejscach fabuły wykrzykiwali: "O tak, tak właśnie było!".

W latach 90. wzięłam się za kolejny tom wspomnień, tym razem o Syberii, zatytułowałam go "Bez pożegnania". Dał on początek mojej serii "Saga", o dziejach Polaków i mojej rodziny. Doszłam już do ośmiu części i czytelnicy grymaszą, bo zapowiedziałam, że to będzie ostatni tom. Wszystkie poza pierwszym i drugim powstawały na życzenie czytelników.

Napisała pani też wiele przebojów.

Odeszłam z Mazowsza, ale zostałam w środowisku artystycznym. Występowałam w Syrenie, na scenie Teatru Buffo. W 1978 roku dostałam stypendium literacko-artystyczne i pojechałam do Paryża. W tamtejszych kabaretach kochali słowiański repertuar. W Polsce był wtedy głęboki komunizm, więc tam, we Francji, marzyłam, żeby u nas było podobnie. Żeby było normalnie. 

Pokochałam Francję. Przyjeżdżałam do Polski na występy w programie  "Podwieczorek przy mikrofonie", żeby nie zapomniano o mnie w kraju. A potem wracałam do Paryża.

Długo mieszkała pani w Paryżu?

Nie mieszkałam tam bez przerwy, w ciągu trzydziestu lat miałam w Paryżu długie kontrakty.

W ogóle za PRL-u my, artyści, mieliśmy bardzo dużo pracy. Koncerty dla fabryk, programy telewizyjne. Miałam po kilka występów w tygodniu. Co prawda za psie pieniądze, ale za to nabywało się doświadczenia. No i wciąż mogliśmy się doszkalać.

Wciąż pani śpiewa?

Niedawno byłam w programie Polskiego Radia, często śpiewam też na spotkaniach autorskich, na prośbę czytelników. Gram też Polę Negri w monodramie mego autorstwa. Przetłumaczyłam do tej sztuki kilkanaście filmowych szlagierów Poli Negri, bo ona nigdy nie śpiewała po polsku. Zagrałam to blisko siedemdziesiąt razy na różnych scenach Polski i Warszawy, i dalej gram od czasu do czasu. Wciąż piszę teksty i muzykę do piosenek, które wykonuję.

Więc tantiemy idą do pani kieszeni.

Nie mówmy o tym, bo bardziej realizuję pasje niż liczę na zarobki. Kiedyś rzeczywiście sporo zarabiałam na piosenkach. Radia grały moje przeboje. Cała Polska śpiewała "Nie warto było", czyli piosenkę, którą napisałam dla Reginy Pisarek. Inne przeboje wylansowały Halina Kunicka, Stenia Kozłowska czy Marianna Wróblewska. Teraz moje  książki są czytane bardziej, niż się spodziewałam. Pozdrawiam przy okazji czytelników.


Barbara Rybałtowska podpisuje swoją najnowszą książkę pt. ''Co tu po nas zostanie'' (fot. archiwum prywatne)

Barbara Rybałtowska. Piosenkarka, pisarka,  autorka tekstów (m.in. "Nie było warto" z repertuaru Reginy Pisarek czy  "To ona jest przyczyną" do muzyki Mozarta w wykonaniu Haliny Kunickiej. Tłumaczy z języków francuskiego i rosyjskiego. Napisała kilkanaście powieści, w tym ośmiotomową sagę z elementami własnej biografii, rozdanej wielu bohaterom. Kolejne tomy sagi to: "Bez pożegnania", "Szkoła pod baobabem", "Koło graniaste", "Mea culpa", "Jak to się skończy", "Co to za czasy", "Co tu po nas zostanie". Inne jej powieści to: "Kuszenie losu", "Romanse w Paryżu", "Magia przeznaczenia", "Przypadek sprawił".

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Komentarze (17)
Zaloguj się
  • white_lake

    Oceniono 5 razy 5

    co za ciekawa osoba i niezwykłe losy

  • 3-kuleczka

    Oceniono 29 razy 5

    na terenach muzułmańskich, na Bliskim Wschodzie, w Iranie, istniały podczas wojny obozy dla UCHODŻCÓW
    dla POLSKICH UCHODZCÓW
    Szach objął specjalna troską setki polskich dzieci, nie brakowało im ptasiego mleka, oprócz oczywiście rozdzierającej tęsknoty za rodzinami, matkami
    Poczytajcie pisie obszczymurki jak w tamtych niewyobrazalnie tragicznych czasach polacy znajdowali schronienie na całym świecie, nawet na kontynencie południowoamerykańskim
    Muzułmanie nie patrzyli czy dzieci tam przywiezione mają pasozyty, tyfus czy malarie, czy noszą na szyi krzyzyk albo mealik od zaginionej matki
    Całujcie ziemię i dziekujcie ze macie domy, dach i jedzenie
    nikt wam nie zagwarantuje jutra i tego GDZIE bedziecie musieli wyciagać ręce o prośbę dla siebie czy swoich dzieci, pisowskie głupie tłuki

  • jezioraniagara

    0

    Chylę czoło przed panią Barbarą.
    Co ludzie przeżyli a co mnie ominęło.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX