W drodze do bazy pod K2 (fot. archiwum Rafała Froni)

W drodze do bazy pod K2 (fot. archiwum Rafała Froni) (W drodze do bazy pod K2 (fot. archiwum Rafała Froni))

Jak na polskiej wyprawie na K2 omal nie doszło do tragedii. ''Twoja ręka uratowała nam życie''

Pół świata śledziło, jak Polacy z wyprawy na K2 ratują Elisabeth Revol. Pół Polski próbowało zrozumieć, dlaczego Denis Urubko szarpnął się na samotny atak wbrew kolegom. A w cieniu tych wydarzeń jeden człowiek z polskiej ekipy, Rafał Fronia, pisał dziennik. 9 lutego było o włos od tego, żeby jego zakończenie było tragiczne.

***

Nade mną nie ma nikogo, a mimo to coś szumi, dudni. Odwracam głowę. Dębieję.

Pędzi na mnie biała ściana. Potężna, jak z filmu o tanich efektach. Sztuczna, nierealna, w ogóle tu nie pasuje. Ale pędzi i wyje. Myśli zagłusza ryk. I ten mój krzyk:

- Laaawiiinaaa!


W trakcie wspinaczki na K2 (fot. z prywatnego archiwum Rafała Froni)

Rzuciłem się w prawo. Tam, gdzie lód przechodzi w skały. Jeden, drugi raz oplatam karabinek liną, kładę się, kulę, raki zabijam w lód, a kask z twarzą wtulam w skalne załomy. Zamykam oczy. Sekunda, dwie. Łup! Uderza we mnie pociąg. Jakbym wszedł pod wodospad. Lecąca biała masa bębni, dudni, szarpie *.

Czuję, jak napierany śniegiem plecak zaczyna ciążyć, lina wrzyna się w dłoń, a kolejne kule śniegu łomocą w kask. Głuchnę od huku. Wydaje mi się, że krzyczę i ostrzegam Piotrka Tomalę, ale nawet ja siebie nie słyszę. A co dopiero on. Kamienie. Jeśli tam, w tej śnieżnej fali tsunami, są kamienie, to już po nas. Nagle zapadła cisza. Otwieram oczy. Niepotrzebnie. W ślad za szarżą śnieżnej husarii pędzi bezładna masa pyłu. Nic nie widać, nic nie słychać. Gdy w końcu odważyłem się wstać, palcami odnajduję radio:

- "Krótki", żyjesz? "Krótki"!

Jest! Piotr drze się zza załomu, więc zsuwam się w dół. A ze skał wstaje bałwan. Nie ma żółtego kombinezonu, twarzy. Jest tylko oblepiona śnieżna postać z jakiejś koszmarnej kreskówki. Postać ociera twarz, wyłaniają się oczy i roześmiany pysk. Rechoczemy jak po wysadzeniu śnieżnego sracza w surrealistycznej komedii. W tamtym momencie po raz kolejny zrozumiałem, że mam pewien dar. Dar życia. Jeszcze nigdy nie zginął przy mnie człowiek.

Bo widzisz, ja mam Anioła Stróża. On dba o mnie, a ta Jego aura roztacza się na wszystkich wokół. Uśmiechasz się? Dobrze. Ale jeśli napiszę, że to prawda, zapewne pomyślisz, że zwariowałem, a jeśli stwierdzę, że robię sobie z ciebie jaja, będzie ci przykro.

Chcesz wiedzieć? Dobrze. Każde słowo w tej książce to prawda. Czytasz więc zapiski wariata. Witam cię w Kukułczym Gnieździe.

Jedziemy.


Rafał Fronia (fot. Marcin Pietrusza/FOTOQZ)

***

Siedzę w hotelu w Skardu jak upuszczony kryształ, rozbity na niepoliczalną ilość myśli. Bez internetu, z zepsutym piecykiem. W pokoju są +3 stopnie i pierwszy raz od wielu dni nie jest mi zimno. Coś we mnie zgasło. Zgasło to, co grzało od środka, jak rozpadające się w reakcji atomy wodoru. Napisałem kiedyś pod Broad Peakiem, że "nadzieja zamarza ostatnia". Chyba właśnie tu dotarłem, do tego miejsca, gdzie już jej nie ma. Jadę do domu. Wyrzucony z wyprawy przez Górę, która mnie opluła i, naznaczonego, więcej nie chce.

Boli ręka, ale wczoraj pakistański lekarz, facet wielki jak dom, prawdopodobnie oficer co najmniej w stopniu generała, dał mi taki zestaw kolorowych tabletek, że jeśli tylko zechcę, zaraz sobie polatam. I w ogóle zapomnę, że mam rękę. Ale to nie ręka boli najbardziej. A na to, co boli, nie pomogą pigułki. Boję się, że po nich mógłbym wybuchnąć.

"Jak to? Dlaczego ja? Dlaczego?" W głowie kłębią się myśli, z którymi nie umiem się pogodzić. Ale jedno, czego nauczyły mnie ostatnie dni, to to, że porażka za pięć minut może być ocaleniem. Dlaczego? Bo los lubi się śmiać. Muezzin nawołuje już od kilku minut. "Allahu Akbar". Głośniki są chyba tuż za oknem. Drżą szyby, drżę i ja, wsłuchany w pasję, w wiarę absolutną, bezwiedną, szczerą, bez wątpliwości. Nie zasnę już. Wracają tak świeże wspomnienia.


K2 (fot. z prywatnego archiwum Rafała Froni)

Kamień

9 lutego, 34. dzień w Base Campie [baza wyprawy na K2 - red]. Wyszliśmy późno. Lazłem noga za nogą, aby nie spłynąć potem. Za mną "Krótki". Czasem mam wrażenie, że jesteśmy połączeni kabelkiem, jak dwa klony. Staję i w tej minisekundzie staje też on. Smarkam, a odgłos smarkania Piotra rozbrzmiewa z tyłu. To jest jak taniec synchroniczny Asteriksa i Obeliksa. Schylam się w odpoczynku, opadając na kijku, a zza mnie dochodzi jęk jego kijka, skrzywdzonego ciężarem Piotra.

Rusza z nami "Reksiu" (nasz oficer), bo chce dotknąć ściany. Siedzi z nami pod górą już tak długo, że stał się przezroczysty. Nie widuję go całymi dniami. Może znika albo jest niewidoczny po prostu? No nic, ruszamy, mamy iść we trzech. Rozglądam się, patrzę po łachach śniegu. Gdzie? Gdzie one są? Ślady lisa. Ufff, są. A jakże, ale idą w poprzek, jakby mnie odciągały od Góry. Zawsze szedłem po nich. Dziwne.                                                        

Nagle naszła mnie myśl, która zburzyła rozważania o lisim tropie. Zapomniałem kasku! Gdybym tak wtedy zawrócił, 10 minut. Efekt Lodowego Motyla. Jak niewiele może zmienić tak wiele, trzeba tylko wcześniej wiedzieć. Nie zawróciłem. Skorzystałem z radia, poprosiłem bazę i kask zabrał oficer.

Dodreptaliśmy pod ścianę. Ale jakby na zaciągniętym hamulcu ręcznym, z trudem, z oporem. Nic to, trzeba robić swoje. Jest plan, jest robota. Dotarł i oficer, podziękowałem, założyłem kask i ruszyliśmy w kuluar, a "Reksio" z powrotem do bazy. Brnęliśmy jak dwa żółwie.

Wyszło słońce i zaczęło nam rozpinać zamki w kombinezonach, zmieniać na cieńsze czapki i rękawice. Prawie pełzliśmy, a obok nas, po czarnych skałach, płynęły strużki pocącej się wraz z nami góry. Zima. 5800 metrów nad poziomem morza, a śnieg zamienia się w wodę. Cud większy niż w Kanie Galilejskiej.  Nie ma w nas spokoju. Ale jest cisza. Nie wieje.

Zerkam w górę, zerka Piotr. Setny raz. Zaczyna się. Leci pierwszy kamikaze. Frrr! Obok. Słyszymy śpiew gwiżdżącego powietrza, ciętego przez ostre krawędzie kamieni. Kolejne metry, kolejne świsty, furkoty, grzmotnięcia granitu o granit. Doszliśmy do zęba, zaraz zakręt w prawo, trawers i rzęchowisko. Gdy kolejny, milionowy raz uniosłem głowę, zobaczyłem go. Nie było świstu. Po prostu leciał.

Padłem, pociągając na lód Piotra, a sekundę później wisieliśmy na linie oderwani uderzeniem od ściany. Zanim się połapałem, o co chodzi, mózg wysłał wiadomość, impuls: ból! Ręka.


Śmigłowiec leci po rannego Rafała Fronię (fot. archiwum Rafała Froni)

Zaplątany w uprząż, nie mogłem się ruszyć, a "Krótki" próbował dopytać, co się stało. Pytał jak nakręcony: "Co jest?", "Dostałeś?", "Gdzie?", "Jak to się stało?". Zgarnąłem na siebie jego prezent urodzinowy. Pierwszy.

Powoli się otrząsnęliśmy. Bolało jak cholera, palce nie mogły utrzymać liny, odpiąć karabinka. Gdy spojrzałem w górę, "Krótki" pokręcił głową:

- To koniec! Schodzimy, słyszysz?!

Słyszałem. Słyszałem, jak mi krew huczy we łbie, przy okazji zagłuszając zdrowy rozsądek.

Zaczęliśmy schodzić. Co lina, co stanowisko, Piotr przepinał mnie na kolejny zjazd. Jak worek kartofli. I tak metr po metrze zsuwaliśmy się w dół. W dół, aż z radia dobiegł wrzask:

- Laaawinaaa! Uciekajcie!

Spojrzałem w górę. Nieee, nieee. To nie może być prawda. To jaja, to żart. Déja vu. To. to. nie wiem, co to. Ale czoło zapieprzającego białego potwora było nieprawdopodobne. Tam, w górze, urwał się serak wielkości 10 Pałaców Kultury. Walnął w zbocze i rozbryzgnięty na miliard lodowych brył, pchany grawitacją, ruszył w dół. Na nas.

Dwóch żółtych Minionków z jednym okiem czołówki, gapiących się jak wół na malowane wrota i przyczepionych do takiej samej żółtej wstążeczki. Piotr wypiął się i skoczył w skały, w dół, jak pantera, a ja za nim. Ale lina, do której byłem wpięty, ta cholerna lina trzymała i zawróciła mnie jak bungee na dno kuluaru. Wstałem. Lewa ręka bezwładna. Na prawej łapawica, a na linie zakręcony karabinek. A naprzeciw mnie 100 pociągów śmierci wypakowanych śniegiem i lodem. Wprost na mnie gnała ściana jak francuski TGV na prostej.

Zębami zdjąłem łapawicę i niezdarnie odkręcałem karabinek, kawałeczek po kawałeczku. Już pół obrotu. Ale TGV jest 500 metrów ode mnie. Kolejne pół obrotu, ale zostało mu już tylko 300 metrów. Pół obrotu. Puścił!

Nie pamiętam, jak znalazłem się na skałach, ale wiem, że tutejszy Michał Anioł, który wykuł swą wspaniałą dłonią szczelinę, w którą wpadłem, zasługuje na moją dozgonną wdzięczność.

Żaden Dawid, żadna Pieta nie ucieszyła mnie swym widokiem tak, jak ta mała, wąska wnęka, dopasowana idealnie do mojego ciała. Szczelinka, która zakryła mnie dokładnie tak, jak zamek w drzwiach zakrywa klucz. Tylko tam wlazłem, tylko przekręciłem się jak ten klucz, klinując wewnątrz, i łupnęło. Nie jakoś mocno, nie jak ostatnio. Teraz to jakby ktoś we mnie dmuchnął. To tylko pyłówka. Silna, ale pyłówka. Impet szedł dnem kuluaru, tam gdzie liny. Pociągi pędziły z minutę, a gdy zrobiło się cicho, wylazłem z zamka i darłem się jak opętany. Szukałem "Krótkiego".

Wokół ciemno, zewsząd lecą śnieżne kulki.

- "Krótki"! "Krótki"! Żyjesz?!

Tak, jest. Wyłazi zza skał. Biały, rozklekotany jak nieposkręcany model zabawki.

- Długi. Twoja ręka, twoja ręka uratowała nam życie

- mówi z przejęciem. Tam, 400 metrów wyżej. Tam łupnął o ząb skalny cały ten śnieżny bajzel. Tam byłoby po nas.

Tak, to mój drugi prezent urodzinowy dla Piotra.

Przeżyliśmy.


Noc na Broad Peaku (fot. Marcin Kaczkan/archiwum Rafała Froni)

Powrót

Ale nie może być tak, do jasnej cholery, że jak ta Góra sobie wymyśli, że zrzuci lawinę, to my będziemy akurat stać w kuguarze i zbierać po dupach. No nie może! Nie. Schodzimy. Adrenaliny mam w sobie tyle, że jestem jak pijany. Nic nie czuję, drżą kolana, ręce, lata szczęka i kask, uda. O, boli udo, czyli wraca ból. Ręka zwisa jak zwiędnięty kwiat, a my idziemy do bazy, skąd nadchodzi pomoc.

Nafaszerowany prochami jak wielkanocny gołąbek mięsem, z lekkim rozbawieniem patrzę, jak mnie bandażują, zakładają szynę. Dopiero jak Piotr Snopczyński dotyka wielbłądzich garbów, które wyrosły mi na ręce, drę się jak zarzynany i grożę, że za chwilę dostanie zdrową ręką w łeb.

Dzwoni telefon. Dziennikarka pyta, jak się czuję. Wieści lecą jak światło, albo szybciej. Świat już wie. No właśnie - jak się czuje facet, któremu kamień przetrącił łapę? Przez którego przejechała lawina? Po którego ma przylecieć helikopter, aby go zabrać z imprezy, o której marzył całe życie? I który jest tak otumaniony, że właściwie nie wie, co się wokół dzieje? No jak? Odpowiadam wszystkim, którzy nie słyszeli w TV: Czuję się do dupy!

Nie będę przepraszał za to, co powiedziałem. Jeśli ktoś nie ma w sobie dość empatii, aby to zrozumieć lub o to nie pytać w takiej chwili, trudno. Niech mówi o mnie: cham, prostak. Nie dbam o to.

Coś jest dla mnie zdecydowanie ważniejsze od tej opinii i to się właśnie skończyło. I liczy się to, że przeżyliśmy. A reszta? Reszta to głupstwo.

* Fragment książki Rafała Froni "Anatomia Góry". Książka ukazuje się nakładem wydawnictwa Sine Qua Non (SQN). E-book możesz kupić w Publio.pl.


Baza Polaków pod K2 (fot. Archiwum Rafała Froni)

Rafał Fronia. Należy do Sudeckiego Klubu Wysokogórskiego. Uczestnik wielu wypraw w góry najwyższe w tym zimowej wyprawy PZA PHZ na Broad Peak 2010/2011, oraz innych m.in. na Nanga Parbat, Dhaulagiri, Pik Lenina i Baruntse. Wszedł na Gasherbruma II. Kartograf - Wydawnictwo PLAN. Mieszka w Jeleniej Górze. W "Anatomii Góry" zawarł opisy swoich wypraw w Andy, Pamir, Himalaje i Karakorum, a także kulisy ostatniej polskiej wyprawy na K2 i bardzo osobiste przemyślenia.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX