Zawodnicy podczas ostatniego etapu TdF 2011

Zawodnicy podczas ostatniego etapu TdF 2011 (fot. Shutterstock)

sport

60 ran w plecach i zapadnięte płuco. Nic nie powstrzymało LeMonda przed zwycięstwem

W 1986 r. Greg LeMond był u szczytu kariery - stanął na podium Giro d'Italia i jako pierwszy zawodnik spoza Europy wygrał Tour de France. Zaledwie rok później kolarz walczył o życie. Wypadek podczas polowania pozostawił go podziurawionego śrutem, na granicy śmierci. Nikt nie spodziewał się, że po takim ciosie LeMond wróci do formy. A on to zrobił, i to w spektakularnym stylu.

LeMond siedzi w kawiarni w angielskim Coventry, gdzie przemawiał właśnie na konferencji. Potrząsa głową, jak gdyby do teraz nie uporządkował myśli, jak gdyby jeszcze nie mógł uwierzyć w to, jak potoczył się tamten dzień. Nie on jeden. Wspomina swój powrót na Tour po trzech latach od momentu, w którym został jego pierwszym amerykańskim zwycięzcą, a także to, że dziewięć miesięcy później został postrzelony podczas wypadku na polowaniu i nieomal zginął. (...) *

Jedną nogą w grobie

Doniesienia z kwietnia 1987 roku, że LeMond jest już jedną nogą w grobie, wcale nie były przesadzone. Podczas polowania na indyki został przypadkowo postrzelony przez szwagra. Myśliwi się rozdzielili. Greg krył się w krzakach, miał na sobie strój maskujący. Wtedy usłyszał wystrzał. Huk był tak głośny, że w pierwszej chwili uznał, że to jego strzelba wypaliła. Dopiero po kilku chwilach uświadomił sobie, że plecy ma podziurawione 60 kulkami śrutu. Zapadło mu się płuco, a od wykrwawienia na śmierć dzieliło go 20 minut. Gdyby w pobliżu nie przelatywał akurat śmigłowiec Kalifornijskiej Policji Autostradowej, zmarłby tam, gdzie wydarzył się wypadek, na jakimś kalifornijskim polu. Żona Kathy, która popędziła do szpitala, zastała go w takim stanie: "Wyglądał jak durszlak. Miał 60 dziur i z każdej z nich kapała krew". Chirurdzy usunęli kawałki śrutu z jego nóg, rąk, wątroby, nerek oraz jelit. Niektóre utkwiły w osierdziu, skąd nie dało się ich wydobyć. (...)

Wyścig Giro d'Italia w 1991 r. LeMond widoczny w drugim rzędzie (3. z lewej) (fot. Wikimedia Commons)
Wyścig Giro d'Italia w 1991 r. LeMond widoczny w drugim rzędzie (3. z lewej) (fot. Wikimedia Commons)

Po sześciu tygodniach od postrzału LeMond ponownie wsiadł na rower. Na początek przejechał sześć kilometrów. Cztery tygodnie później był w stanie wytrzymać 45 minut na rowerze górskim. Stracił 70 procent objętości krwi, więc jego ciało potrzebowało aż dwóch miesięcy, by zacząć z powrotem normalnie funkcjonować. (...) Wracając do zdrowia, LeMond uzgodnił warunki powrotu na sezon 1988 z holenderskim zespołem PDM, ale ich propozycja była obwarowana zastrzeżeniem, że już w 1987 roku będzie się ścigał. "Ten, kto wiedział, przez co przeszedłem, rozumiał, że to szaleństwo - mówi LeMond. - Mimo to we wrześniu zjawiłem się w Belgii, bo chciałem mieć pewność, że w kolejnym roku będę miał miejsce w tamtym zespole. Pojechałem jedno kryterium. Zrobiłem jedno okrążenie, a potem udałem, że złapałem gumę". (...) 

Kontrakt LeMonda z PDM wygasał co prawda dopiero za rok, ale zespół chciał renegocjować wysokość jego wynagrodzenia, dlatego 31 grudnia Amerykanin podpisał nową umowę z ADR, małą ekipą belgijską sponsorowaną przez wypożyczalnię samochodów ciężarowych. Zainteresowanie jego usługami zgłaszali już 12 miesięcy wcześniej, wtedy jednak LeMond mówił tak: "ADR! To jeden z najsłabszych zespołów w całej stawce. Nie ma szans, żeby pomogli mi wygrać wyścig, a co dopiero Tour!".

W maju, po pięciu miesiącach ścigania się bez sukcesów, a także bez choćby centa z  zakontraktowanych 350 tysięcy dolarów, LeMond znalazł się w kryzysowej sytuacji. Kiedy dzwonił do żony z pokoju hotelowego we Włoszech, po prostu się rozpłakał. Było to wieczorem po zakończeniu 13. etapu Giro, który obejmował między innymi podjazd Tre Cime di Lavaredo. LeMond stracił tego dnia 17 minut.

Kolarze podczas 15. etapu Tour de France 2017 (fot. Shutterstock)
Kolarze podczas 15. etapu Tour de France 2017 (fot. Shutterstock)

Wreszcie pojawiła się iskierka nadziei, przebłysk starego LeMonda. (...) "Rankiem ostatniego dnia, przed czasówką, powiedziałem José, że zamierzam poudawać, że liczę się w walce o triumf w Giro d'Italia. Chciałem się przekonać, jak wypadnę na tle innych. W indywidualnej jeździe na czas nikt nie daje z siebie 100 procent, jeśli nie ma szans na końcowy triumf. Musiałem zatem stanąć na starcie i udawać, że jestem liderem albo że zajmuję drugie miejsce".

LeMond uśmiecha się na myśl o tym, jak sam się wtedy oszukiwał. "Zadziałało, naprawdę mocno się wtedy nakręciłem. Pojechałem na maksa i byłem drugi. Fignona pokonałem o minutę i 20 sekund, co zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie. Po drodze dogoniłem aż pięciu zawodników, ale nie miałem pojęcia, że będę drugi. Liczyłem bardziej na pierwszą dwudziestkę".

Powrót 

Na początku Touru LeMond był czwarty w prologu rozegranym w Luksemburgu. Fignon zakończył go na drugim miejscu, choć z tym samym czasem. Całkiem udany występ, przesłonięty jednak przez dziwaczne spóźnienie Delgado, obrońcy tytułu i faworyta. Jako że Hiszpan spóźnił się na start, zaczynał Tour ze stratą dwóch minut i 40 sekund, a nazajutrz stracił kolejne dwie minuty przez problemy żołądkowe.

Etap piąty - długa, 73-kilometrowa indywidualna jazda na czas do Rennes - stanowił pierwszy poważny sprawdzian dla pretendentów do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej. Wygrał LeMond, i to w przekonującym stylu. (...) LeMond nie tylko wygrał czasówkę na piątym etapie z przewagą 56 sekund nad Fignonem, ale został liderem klasyfikacji generalnej. (...) Oprócz tego miał w rowerze kierownicę nowego typu [zwaną do dziś lemondką - przyp.red.]. Zamontowano na niej specjalne wsporniki, dzięki którym mógł trzymać łokcie blisko siebie, a ramiona wyprostować nad przednim kołem. Teraz miał żółtą koszulkę i pięć sekund przewagi na Fignonem, ale wciąż przechodził od pewności siebie do zwątpienia i tak w kółko. Pewnie, wygrał, ale jak dużo zyskał dzięki nowej kierownicy? Do tego ciągle jeszcze nie wjechali w góry. Reporterom powiedział: "Naprawdę jestem tym zaskoczony. Od zakończenia Giro d'Italia odnotowuję duże postępy. Ciągle nie wiem, jak dobrze jestem w stanie jeździć, na przykład w górach. To dla mnie wielka niewiadoma".

Peleton podczas 8. etapu Tour de France 2013 (fot. Shutterstock)
Peleton podczas 8. etapu Tour de France 2013 (fot. Shutterstock)

Po dziewięciu dniach rywalizacji wjechali w Pireneje. "Nie odstawałem - wspomina LeMond. - Jechałem w pierwszej piątce". Ciągle miał pięć sekund przewagi nad Fignonem. Następnego dnia Fignon uciekł mu pod koniec podjazdu pod Superbagneres, LeMond stracił tam 12 sekund. W ten oto sposób liderem został Francuz z przewagą siedmiu sekund. Niestety, rywalizacja między nimi traciła dotychczasowe piękno. LeMond zauważył u Fignona pewną przykrą metamorfozę: od momentu wdziania żółtej koszulki lidera "z pokornego faceta zmienił się w człowieka bardzo aroganckiego".

Fignon zarzucił LeMondowi, że wiecznie jedzie za kimś, że nie jeździ jak mistrz. LeMonda rozdrażniło to o tyle, że drugiego dnia w Pirenejach na własne oczy widział, jak Fignon chwyta się ręką motocykla fotografów. Trwało to tylko kilka sekund, ale wystarczyło, aby Francuz nie dał się zgubić na podjeździe. Dalej na tym samym etapie, na podjeździe pod Superbagneres, to Fignon odjechał LeMondowi. Nazajutrz Amerykanin postanowił porozmawiać z nim bez ogródek w wiosce startowej. "Nie mów mi o jeżdżeniu jak mistrz. Widziałem, jak trzymałeś się motocykla. Jeżeli uważasz, że to jest zachowanie godne mistrza, to chętnie opowiem o tym innym".

Zdany sam na siebie

Z Pirenejów przejechali przez południową Francję, aby wjechać na pięć kluczowych dni w Alpy. Pierwszy z tych etapów przewidywał 39-kilometrową czasówkę z metą w Orcieres-Merlette. Wyścig ponownie zaczął układać się po myśli LeMonda. Następnego dnia Fignon znów miał problemy. Został z tyłu na podjeździe pod Col d'Izoard, ale dogonił potem LeMonda na zjeździe. Fignon nie utrzymał się jednak za nim na stromym dwukilometrowym podjeździe przed metą w Briançon, gdzie stracił ostatecznie 13 sekund. "Straciłem żółtą koszulkę, potem ją odzyskałem, potem znów straciłem - opowiada LeMond. - Nie zmienia to faktu, że byłem zadowolony z tego, co mam. Prawie nie dostawałem pomocy od kolegów z zespołu. To była ekipa sprinterska, chłopaki robili dla mnie wszystko, co mogli, ale w praktyce byłem zdany sam na siebie".

Na tym etapie, udowodniwszy sobie, że potrafi dotrzymać kroku liderom także w górach, LeMond zaczynał wierzyć w powodzenie tego przedsięwzięcia. Niestety, nocami nie umiał uciszyć szalejących w jego głowie myśli. Nie mógł spać. Pewnej nocy, o drugiej nad ranem, zadzwonił do Kathy, która była w ich domu w Kortrijk. Chciał jej tylko powiedzieć, że jest zbyt podekscytowany, żeby spać. "Wtedy ulegliśmy zachłanności i zaczęliśmy myśleć, że Greg może wygrać ten Tour - stwierdziła Kathy. - I ja też przestałam spać".

Greg LeMonde na początku ostatniego etapu Tour de France w 1989 r. (fot. Wikimedia Commons)
Greg LeMonde na początku ostatniego etapu Tour de France w 1989 r. (fot. Wikimedia Commons)

L'Alpe d'Huez: etap 17. LeMond w koszulce lidera i mający 53 sekundy straty Fignon u podnóża góry jechali razem. Fignon zaatakował już na samym początku, na agrafce numer 20. LeMond mu odpowiedział. Fignon zaatakował ponownie. "To była walka na śmierć i życie - pisał później Fignon w swojej autobiografii. - Sztych za sztych, cios za cios. Żeby pokonać LeMonda, jednego z najwybitniejszych na świecie kolarzy trzymających koło, trzeba było go bezlitośnie nękać". (...)

Kolarstwo to poker

Mniej więcej w połowie podjazdu LeMond zaczął opadać z sił. Płacił cenę za wysiłek we wcześniejszych fragmentach tego etapu oraz za poprzedni dzień, gdzie mocno napracował się na podjeździe do Briançon. "Czułem się świetnie aż do piątego kilometra przed metą, gdzie. po prostu zabrakło mi sił. Guimard [Cyrille Guimard - dyrektor sportowy Fignona - przyp. red.] znał mnie doskonale, a José [Jose De Cauwer - dyrektor sportowy teamu ADR -  przyp. red.] dopiero zaczynał mnie poznawać. Ten pierwszy wiedział, że gdy ramiona zaczynają mi podskakiwać w górę i w dół, mam problem. Guimard zobaczył, że się kołyszę, więc starał się dojechać do Fignona i powiedzieć mu, że ma atakować. José wiedział, co się święci, więc swoim samochodem blokował Guimarda. Na podjeździe do L'Alpe d'Huez obaj stoczyli własny pojedynek samochodowy. Wreszcie Guimard się przebił, podjechał do Fignona i powiedział mu: "Atakuj teraz! On jest już skończony!", na co Fignon odparł: "Nie dam rady. Słyszałem całą ich rozmowę". Guimard opowiadał później: "Gdy Greg na zmianę wstaje na pedały i siada, to dlatego, że spuchł. A kiedy już spuchnie, to spuchnie na dobre". LeMond komentuje to tak: "Zastanawiam się dzisiaj nad tym i dziękuję Bogu, że nie mieliśmy wtedy radia. Kolarstwo opiera się na blefie, to poker".

Od szczytu dzieliły ich jeszcze cztery kilometry. Fignon uciekał, a LeMondowi opadła głowa. Miał poczucie, że zupełnie opuściły go siły - jak gdyby kręcił nogami w gęstym syropie. Na zmianę wstawał na pedały i siadał, bezskutecznie szukał rytmu. "Przez ostatnie 500 metrów wygląda to okropnie - pisał Philippe Bouvet na łamach "L'Équipe". - Lider w żółtej koszulce tonie w morzu ludzi". Do tego momentu cała górska strategia LeMonda opierała się na blefie. Po prostu nie wiedział, czego ma się spodziewać. "Brakowało mi pewności siebie, uznawałem więc, że jeśli będę atakował tak samo jak on, będę sprawiał wrażenie mocnego. Prawda jest taka, że na L'Alpe d'Huez czułem się do dupy". Na mecie Fignon odnotował minutę i dziewięć sekund przewagi nad LeMondem, przejmując prowadzenie w klasyfikacji generalnej. Znów miał żółtą koszulkę, nabierał rozpędu. Nazajutrz, na etapie do Villard-de-Lans, powiększył przewagę w generalce do 50 sekund. Wygrał ten etap niespodziewanym atakiem. "Miałem kolejny zły dzień - mówi LeMond. - Sięgałem do absolutnych rezerw". Został im jeszcze jeden etap górski, z metą w Aix-les-Bains. Ten nie był aż tak ciężki jak dwa poprzednie. Jedyny trudny moment nastąpił wtedy, gdy wszyscy liderzy - nie wyłączając Fignona i LeMonda - przestrzelili zakręt na rondzie na wjeździe do miasta, w którym zlokalizowano metę. Ostatecznie LeMond wygrał tam sprintem swój drugi etap w tym Tourze. W tym momencie Fignon miał 50 sekund przewagi, a na trasie nie było już etapów górskich. Za metą poklepał LeMonda po ramieniu i powiedział: "Greg, jedziesz znakomity wyścig. Muszę ci powiedzieć, jak widzi to Guimard: ja wygrywam, ty jesteś drugi".

Zawodnicy podczas 2. etapu TdF w 2010 roku (fot. Shutterstock)
Zawodnicy podczas 2. etapu TdF w 2010 roku (fot. Shutterstock)

Tour de France z 1989 roku był tourem powrotnym także dla Fignona. Co prawda nie otarł się o śmierć jak LeMond, ale przez poprzednie cztery lata zmagał się z szeregiem kontuzji i urazów. W Aix-les-Baines, gdzie gratulował LeMondowi zwycięstwa etapowego, był przekonany, że triumf w tym Tourze ma już w kieszeni. Później tamtego wieczoru Fignon poczuł "ostry ból między nogami". Otarcia od siodełka. Każdy ruch powodował udrękę, przez co Fignon nawet nie mógł spać. Gdy następnego ranka wsiadał na rower, miał ochotę krzyczeć, ale nawet nie mrugnął okiem. Nie chciał, żeby LeMond lub ktokolwiek inny zauważył "przejmujący ból", z którym przyszło mu się zmagać.

Osiem sekund

To był pogodny dzień, wiał lekki ciepły wietrzyk, który miał towarzyszyć zawodnikom w drodze z Wersalu do Paryża, na metę na Polach Elizejskich. 24,5-kilometrowy etap prowadził również łagodnie w dół. LeMond obudził się, nie wiedząc, czego ma się spodziewać, ale kiedy rano przejechał się tą trasą, poczuł się pewniej. "Gdy stanąłem na starcie tamtej czasówki, nogi miałem w pełni zregenerowane. Czułem się lepiej, niż gdy zaczynałem Tour". O 16.12 LeMond zjechał z rampy startowej ustawionej tuż przed pałacem wersalskim, pognał sprintem wzdłuż Avenue de Paris, a potem szybko przyjął charakterystyczną pozycję aerodynamiczną: ręce wyciągnięte do przodu, opływowy kask w kształcie łzy, pełne tylne koło. Co kilka sekund spoglądał przed siebie na drogę, a potem na jakieś pięć sekund znów ją pochylał. Schemat ten utrzymywał na całej trasie. O 16.14 z rampy startowej zjechał za nim Fignon. Rozpędzając się, szarpał rowerem na prawo i lewo. Po chwili usiadł i złapał zawiniętą ku górze kierownicę roweru czasowego. Walczący Fignon wyraźnie kontrastował z płynniej się poruszającym, zdecydowanie bardziej aerodynamicznym LeMondem. Fignon w żółtej koszulce i gładkich czarnych spodenkach nieustannie wiercił się na siodełku. Ewidentnie miało to związek z jego otarciami. Na nosie miał okulary, jechał bez kasku. Gdy pochylał głowę, jego kucyk z włosów w kolorze blond powiewał na wietrze. Jedynym akcentem aerodynamicznym w czasie jego jazdy były dwa pełne koła.

Wzdłuż ulic Paryża, rodzinnego miasta Fignona, ustawiły się tłumy, ludzie gromadzili się też na mostach. W połowie dystansu, w miejscu, w którym zawodnicy jechali nabrzeżem Sekwany, zlokalizowano oficjalny punkt pomiaru czasu. LeMondowi zmierzono tam 12,08 - jak dotąd był to najlepszy czas o całe 20 sekund. Fignonowi zmierzono 12,29, co oznaczało, że był o 21 sekund wolniejszy. Po pięciu kilometrach Guimard powiedział mu, że traci do LeMonda sześć sekund. Gdzieś na horyzoncie zamajaczyła wieża Eiffla. Strata Fignona wynosiła już 24 sekundy. (...)

LeMond był już na Rue de Rivoli, pędził przed Luwrem, a potem zacienionym korytarzem tworzonym przez ludzi i pięciokondygnacyjne budynki. Pędził ku światłu, ku rozległej otwartej przestrzeni Place de la Concorde.

Trzydzieści dwie sekundy.

LeMond przemknął przez Place de la Concord, na tle którego wydawał się malutki, a potem rozpoczął stopniowy podjazd ku Polom Elizejskim. Łuk Triumfalny mijał z lewej strony, by potem zawrócić i pod nim finiszować.

Trzydzieści pięć sekund.

LeMond trzymał się lewej krawędzi jezdni, szukał tam osłony przed wiatrem i najbardziej gładkiej nawierzchni. Utrzymywał prędkość, dalej jechał w pozycji siedzącej. Gdy dojechał do nawrotu i go pokonał, wstał na pedały, by odzyskać właściwą szybkość. Po drugiej stronie Pól Elizejskich, ciągle jeszcze na drodze do tego nawrotu, jechał Fignon.

Czterdzieści sekund.

Fignon był wykończony, na jego twarzy malowała się desperacja i ból. Co chwila wstawał na pedały, szukał dodatkowej mocy i ulgi. Gdy tylko siadał, głowa opadała mu między ramiona, wyglądało to jak gest rezygnacji. Musiał wytrzymać jeszcze trzy kilometry.

Czterdzieści osiem sekund.

LeMond udziela wywiadu po wygraniu Tour de France w 1989 r. (fot. Wikimedia Commons)
LeMond udziela wywiadu po wygraniu Tour de France w 1989 r. (fot. Wikimedia Commons)

Teraz LeMond miał już z górki. Pędził do mety, niemal dogonił Pedro Delgado, który zaczynał dwie minuty przed nim. Przeciął metę z czasem 26 minut i 57 sekund. To był najszybszy czas dnia i najszybsza czasówka w historii całego Touru, pokonana ze średnią prędkością 54,545 kilometra na godzinę.

Fignon ciągle jeszcze dojeżdżał do nawrotu. Do mety prowadził zwężający się korytarz ustawiony ze słupków parkingowych, a pędzący w tę stronę Fignon zdawał się od nich odbijać. LeMond tuż za linią mety padł na ziemię, ale szybko się podniósł i założył na głowę duże słuchawki, by posłuchać komentarza we francuskim radiu. Po chwili je zdjął. Był niecierpliwy, cały spięty, zbył Kathy i jej ojca Boba. Wspiął się na palce, starając się dojrzeć coś ponad tłumem. W jednej ręce trzymał dużą butelkę z wodą, w drugiej krył twarz. Gdy Fignon dojechał do tablicy informującej, że do mety pozostało 100 metrów, zegar pokazywał mu 27 minut i 47 sekund. Ostatecznie zatrzymał się na 27 minutach i 55 sekundach. Na tym etapie był trzeci, choć pojechał najszybszą czasówkę w karierze. Przejechał 3285,3 kilometra dookoła Francji w czasie 87 godzin, 38 minut i 43 sekund. Przegrał ten Tour. O osiem sekund.

Książka Richarda Moore'a ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN (mat. promocyjne)
Książka Richarda Moore'a ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN (mat. promocyjne)

*Fragmenty książki "Tour de France. Etapy, które przeszły do historii" Richarda Moore'a w tłumaczeniu Bartosza Sałbuta. Możecie ją kupić w Publio.pl >>>


CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Richard Moore. Brytyjski dziennikarz i autor książek, były kolarz reprezentujący Szkocję na Igrzyskach Wspólnoty Narodów w 1998 roku. Pisał dla "Esquire", "The Guardian", "Observer", "Sunday Times", "Daily Telegraph", "Daily Mail", "The Independent" i "Scotland on Sunday". Współprowadzący The Cycling Podcast wraz z Lionelem Birniem i Danielem Friebem. Jego pierwsza książka In Search of Robert Millar otrzymała tytuł Najlepszej Sportowej Biografii 2008 roku w Wielkiej Brytanii. Był wielokrotnie wyróżniany za inne publikacje: Heroes, Villains & Velodromes, The Dirtiest Race in History czy The Bolt Supremacy.

Greg LeMond. Amerykański zawodowy kolarz szosowy, czterokrotny medalista mistrzostw świata (1982, 1983, 1985, 1989) i trzykrotny zwycięzca Tour de France (1986, 1989, 1990).

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (4)
Zaloguj się
  • irena.kasprzak

    Oceniono 3 razy 3

    szkoda indyków.

  • Maciej Nosówka

    Oceniono 3 razy 1

    "Dopiero po kilku chwilach uświadomił sobie, że plecy ma podziurawione 60 kulkami śrutu."
    Dopiero? Nie da się szybko policzyć 60 kulek. No chyba, że jest się jakąś Klaudią Figurą.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX