Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów w Europie

Polacy są jednym z najbardziej zapracowanych narodów w Europie (fot. Tomasz Pietrzyk / AG)

wywiad gazeta.pl

Autor książki "Urobieni": Mam 30 lat i ani jednego dnia nie byłem zatrudniony na umowę o pracę

Zajmujemy drugie miejsce wśród państw Unii Europejskiej, jeśli chodzi o czas przepracowany w ciągu roku: spędzamy w pracy 1928 godzin, a Niemcy zaledwie 1363 - mówi Marek Szymaniak, autor książki "Urobieni", której bohaterami są ochroniarze, sprzątające mokotowskie wille Ukrainki, pracownicy call center, maklerzy, Polacy sortujący brudną pościel w Wielkiej Brytanii, a także prezeska izraelskich linii lotniczych i szef sieci kawiarni.

Polskie społeczeństwo jest aż tak nieszczęśliwe, jak to wynika z twojej książki?

Jeśli chodzi o pracę, to jest źle. Wielu Polaków jest przepracowanych. Nic dziwnego, że nie mają siły na zaangażowanie obywatelskie, obronę łamanej konstytucji, działalność we wspólnotach lokalnych czy w końcu udział w wyborach, na które nie chodzi połowa obywateli. Może jest tak, że część z nich ma akurat wolną niedzielę i chce się wyspać po ciężkiej pracy, bo wie, że zaraz zacznie się kolejny maraton. To problem niektórych moich bohaterów, którzy pracują po 12 czy nawet 14 godzin dziennie, i po powrocie do domu myślą nie o tym, jak zmienić świat, ale czy zdążą się wyspać przed kolejną zmianą. A jeszcze przecież trzeba pomóc dziecku w lekcjach, naprawić gniazdko w domu czy zreperować kran. 

Ochroniarz z mojej książki, zanim wprowadzono minimalną stawkę godzinową, żeby zarobić normalne pieniądze, za które zapłaci ratę kredytu, czynsz i kupi jedzenie, musiał spędzić w pracy kilkanaście godzin dziennie. Pracował około 400 godzin miesięcznie. Dopiero wtedy dostawał godziwą wypłatę.

Tymczasem Szwedzi testują sześciogodzinny dzień pracy, w Polsce Partia Razem mówi ostatnio o siedmiu godzinach.

Zajmujemy drugie miejsce wśród państw Unii Europejskiej, jeśli chodzi o liczbę godzin przepracowanych w ciągu roku: spędzamy w pracy 1928 godzin, a Niemcy zaledwie 1363 godziny. Pod tym względem - według danych OECD z 2016 roku - jesteśmy też w światowej czołówce - zajmujemy siódme miejsce. Warto więc rozmawiać o tym, jak ten problem rozwiązać. Bez debaty i presji społeczeństwa 100 lat temu nie udałoby się skrócić czasu pracy do obecnych ośmiu godzin dziennie.

Przedsiębiorcy mówią jednak, że Polski nadal nie stać na to, żeby przeciętny Kowalski pracował siedem godzin. Politycy największych partii zgadzają się z nimi. A jak jest naprawdę?

Od wielu lat słyszymy, że nie stać nas na poprawę losu pracowników.

Partia Razem zaproponowała zmianę długości dnia pracy z ośmiu na 7 godzin (Fot. Mateusz Skwarczek / AG)
Partia Razem zaproponowała zmianę długości dnia pracy z ośmiu na 7 godzin (Fot. Mateusz Skwarczek / AG)

Neoliberalni ekonomiści mówią, że jesteśmy ciągle na dorobku.

I dodają, że musimy zaciskać zęby. Tymczasem są firmy, także w Polsce, które skróciły czas pracy, nie obcinając pensji, i nie dość, że nie upadły, to radzą sobie świetnie, bo wypoczęci pracownicy są bardziej kreatywni i wydajni. Na taki krok zdecydowała się m.in. warszawska firma Form Up, w której pracuje się siedem godzin. 

Potwierdza to również eksperyment przeprowadzony w szwedzkim domu seniora. Pielęgniarkom skrócono tam czas pracy z ośmiu do sześciu godzin - bez obniżki płac. Efekty? Były wydajniejsze, lepiej koncentrowały się na swoich obowiązkach i dużo rzadziej brały zwolnienia lekarskie, a jeśli już do tego dochodziło, to absencja była krótsza aż o 62 procent niż u pielęgniarek pracujących standardowe osiem godzin. Co więcej, te pracujące sześć godzin czuły się zdrowiej i miały więcej energii, więc o jedną czwartą wzrosła ich aktywność fizyczna, co ostatecznie pomaga w utrzymaniu zdrowia.

Oczywiście skrócenie czasu pracy oznacza lukę w grafiku, którą trzeba zapełnić dodatkowymi pracownikami. Jednak dodatkowe koszty są niemal równorzędne, co oszczędności wynikające m.in. z rzadszych absencji.

Szwecja jest jednak bogatsza niż Polska - to kolejny argument neoliberałów. My musimy przyjmować kolejnych inwestorów, obniżać dla nich podatki i tym samym podnosić PKB.

Przez 30 lat dbaliśmy o spełnienie ich postulatów. W Polsce dokonał się niemały gospodarczy progres, ale nadszedł czas, żeby owocami transformacji podzielić się z innymi. Badania autorstwa Pawła Bukowskiego i Filipa Novokmeta dotyczące nierówności pokazują, że na transformacji najmocniej zyskali najbogatsi. Wyniki ostatnich wyborów są dowodem, że Polacy odrzucili narrację o życiu "na zielonej wyspie" i "cudzie gospodarczym ostatnich 25 lat". To był jasny sygnał, że duża część społeczeństwa nie odczuwa tego transformacyjnego sukcesu. Czas zastanowić się, co zrobić, aby ci ludzie wreszcie go posmakowali. Takim gestem może być właśnie skrócenie czasu pracy. Może nie od razu do siedmiu godzin, na początek nich będzie siedem i pół. Zobaczmy, co się stanie. I czy na pewno jednego dnia z Polski uciekną wszyscy inwestorzy. 

Co jeszcze należałoby zmienić, żeby poprawić los pracowników?

Chociażby zwiększyć budżet Państwowej Inspekcji Pracy i jej uprawnienia.

PIP obecnie kontroluje jedno przedsiębiorstwo raz na 36 lat.

To nie wina urzędników, tylko ustawodawców i kolejnych rządów. Inspektorów kontrolujących przestrzeganie prawa jest za mało, a ich wizyty w firmach muszą być zapowiedziane. To prowadzi do nadużyć. Znam przypadek firmy, gdzie wiele osób pracuje na umowach o dzieło, a kiedy PIP chciała ją skontrolować, to inspektorów umówiono z kimś zatrudnionym na etat. I wszystko było w porządku.

PIP mogłaby też nakładać o większe kary.

Średnia wysokość grzywny wymierzonej przez sądy w 2016 roku to 2400 zł. Na zdjęciu Stanisław Szwed z Ministerstwa Pracy i Główny Inspektor Pracy, Wiesław Łyszczek (fot. Kuba Atys / AG)
Średnia wysokość grzywny wymierzonej przez sądy w 2016 roku to 2400 zł. Na zdjęciu Stanisław Szwed z Ministerstwa Pracy i Główny Inspektor Pracy, Wiesław Łyszczek (fot. Kuba Atys / AG)

Jakie są dzisiaj?

Grzywna PIP to maksymalnie 2 tys. zł, w przypadku recydywy - 5 tys. zł. Inspektorzy mogą co prawda wnioskować o ukaranie przez sąd, wtedy najwyższa kara wynosi 30 tys. zł, ale sąd rzadko po nią sięga. Średnia grzywna wymierzona w 2016 roku to 2400 zł. Dla porównania: najwyższa kara w Niemczech stanowi równowartość 1,2 mln zł. Gdyby w Polsce uzależnić jej wysokość od np. procenta przychodu, to firmy szybko zmieniłyby nastawienie do zatrudnianych osób.

Moją poprzednią pracę wykonywałem w stałym miejscu i czasie, grafik był ustalany z miesięcznym wyprzedzeniem, a obowiązki wyznaczała mi szefowa. Mimo to podpisano ze mną śmieciówkę. Po tym wyznaniu powinna do mnie zadzwonić Państwowa Inspekcja Pracy i poprosić o dane tej firmy. Ciekawe, czy zareagują.

A płace? Polacy narzekają, że zarabiają za mało.

Bo tak jest. Słyszymy, że średnia płaca wynosi prawie 5000 złotych brutto, ale to dotyczy ledwie jednej trzeciej pracowników. Kwota podawana co miesiąc przez Główny Urząd Statystyczny jest obliczana na podstawie danych z firm zatrudniających powyżej dziewięciu pracowników.

To ile tak naprawdę zarabiają Polacy?

Blisko cztery miliony osób pracujących w mikrofirmach zarabia na rękę 1862 zł. Wszyscy zatrudnieni Polacy to około 16 milionów, czyli jedna czwarta z nich dostaje co miesiąc nieco ponad 1800 złotych.

Są tacy, którzy zarabiają mniej?

Oczywiście. Dominanta, czyli najczęściej wypłacane wynagrodzenie w 2016 roku, to 1511 złotych netto. Tyle zarabia 15 procent pracujących Polaków. Z kolei mediana, czyli środkowa pensja, to nieco ponad 2,5 tys. zł netto.

Do najlepiej zarabiających należą zatrudnieni w branży IT. Na zdjęciu biuro Cisco Global Services w Krakowie (fot. Jakub Ociepa / AG)
Do najlepiej zarabiających należą zatrudnieni w branży IT. Na zdjęciu biuro Cisco Global Services w Krakowie (fot. Jakub Ociepa / AG)

Dlaczego GUS nie publikuje pełnych danych, informacji o wszystkich zatrudnionych?

Nie wiem, może jest niedofinansowany? Może politykom zależy na pokazaniu, że jest dobrze?

W której grupie są twoi bohaterowie?

We wszystkich. Piszę o mężczyźnie, który zrobił zawrotną karierę w spółkach wydawniczych, teraz jest współzałożycielem firmy produkującej gry komputerowe i zapewne zarabia dużo więcej niż wynosi średnia krajowa. Ale i on mówi, że polski kapitalizm prawie każdego skrzywdził. Sam odniósł sukces, ale kosztem zdrowia i rodziny.

Z drugiej strony jedna z moich rozmówczyń pracuje na nocnej zmianie w sklepie, w którym wykłada na półki alkohol. Nie jest w stanie przeżyć za pensję, więc raz w roku na dwa miesiące jedzie do pracy do Niemiec i dzięki zarobionym tam pieniądzom udaje się jej przetrwać. W pewnym momencie dojdzie do takiego wieku, że nie będzie miała siły jechać na saksy. Co wtedy?

Weźmie chwilówkę?

Żaden z moich rozmówców się do tego nie przyznał, być może dlatego, że jest to decyzja powszechnie oceniana jako niemądra. Zadłużają się za to u rodziny, znajomych. Mówią o chwilówkach, ale tak, że raczej biorą je inni w podobnej sytuacji.

Urobieni są też migranci ekonomiczni. W książce opisujesz panią z Ukrainy, która była traktowana jak niewolnica w dużej willi na Mokotowie w Warszawie. To powszechne?

Tamtą sytuację można porównać do handlu ludźmi. Moja rozmówczyni została sprzedana za 30 dolarów. Obejrzano ją - cytuję - tak, jak ogląda się konia przed zakupem. Wypytano, co umie, a następnie wskazano kilkumetrowy pokoik w piwnicy, obok kotłowni. Światło wpadało tam tylko przez dwa wąskie okna przy suficie. Codziennie pracowała przez kilkanaście godzin, np. szorując każdego dnia od nowa podłogi na kolanach, bo zabroniono jej używać mopa.

Oczywiście to sytuacja skrajna, ale część przyjeżdżających do Polski Ukrainek jest traktowana jak bardzo tania siła robocza, a czasem jak podludzie. Wiele się o tym ostatnio pisze. Bardziej powszechne są jednak przypadki takie jak innego z moich bohaterów, który za wykonaną pracę nie otrzymał wynagrodzenia.

Pracownicy zza wschodniej granicy często zatrudniani są do ciężkich, fizycznych prac (fot. Tomasz Stańczak / AG)
Pracownicy zza wschodniej granicy często zatrudniani są do ciężkich, fizycznych prac (fot. Tomasz Stańczak / AG)

Czym się zajmował?

Wykańczał mieszkania, układał płytki. Pracodawca wyśmiał go, kiedy domagał się zapłaty.

Poszedł do sądu?

Prawnicy mu odradzili. Proces trwałby kilka lat, a wygrana nie była pewna, bo pracował bez umowy. Inna moja bohaterka, Michalina, w pewnym momencie pracowała w przedsiębiorstwie produkującym szaszłyki. Od niskiej temperatury puchły jej palce, a kiedy nie dawała rady wyrobić normy, to przełożeni potrącali jej pieniądze z dniówki. Nikt długo tam nie wytrzymał.

Zestawiasz to z doświadczeniem niektórych Polaków z Wielkiej Brytanii, gdzie byli równie źle traktowani.

Każdy ma w swoim bliższym lub dalszym otoczeniu kogoś, kto wyjechał do pracy za granicę. Znamy te wszystkie opowieści o nieludzkich warunkach pracy, wyśrubowanych normach, o mobbingu. A jednocześnie wśród Polaków znajdują się tacy, którzy robią to samo osobom szukającym u nas lepszego życia.

Jednak koniec końców w Wielkiej Brytanii czy w Norwegii jest lepiej działające państwo, które zawsze stanie po stronie pracownika. To dlatego Polacy nie wracają?

Nie zawsze, ale to prawda, że moi rozmówcy żyjący na emigracji cenią sobie socjalną pomoc państwa. Innym powodem są pieniądze. Wielu Polaków za granicą żyje z wykonywania niespecjalistycznych prac, nie potrzebuje zdobytego w ojczyźnie dyplomu wyższej uczelni, a zarabia tyle, że może spokojnie wynająć mieszkanie, dwa razy w roku pojechać na wakacje i jeszcze coś odłożyć. W Polsce ich rzeczywistość wyglądałaby zupełnie inaczej. 

Doświadczenie migracji zarobkowej zmienia rynek pracy w Polsce?

Nie sądzę, aby miało wielki wpływ na sytuację w naszym kraju. Osoby, które pracowały za granicą, oczekują, że po powrocie będą mogły żyć na podobnym poziomie, co na Zachodzie. Kiedy wracają i okazuje się, że to niemożliwe, znów wyjeżdżają. Tak było np. z Karolem, jednym z bohaterów książki, który kilkukrotnie wracał, ale odbijał się od polskiej rzeczywistości. Mówi, że mógłby wrócić na stałe nawet jutro, ale jego zdaniem obecnie w Polsce nie da się normalnie żyć, a on nie chce ciągle martwić się, czy starczy mu do pierwszego.

Osoby, które ma doświadczenie w pracy za granicą, rzadko decydują się na powrót do kraju (fot. Adam Stępień / AG)
Osoby, które ma doświadczenie w pracy za granicą, rzadko decydują się na powrót do kraju (fot. Adam Stępień / AG)

A czy pieniądze zarobione tam nie zmieniają naszego kraju?

Zmieniały i zmieniają, bo Polacy przesyłają co roku do kraju miliardy złotych. Ale ta kwota w ostatnich latach nie rośnie, choć rodaków pracujących za granicą jest więcej. Po prostu wielu decyduje zostać poza Polską, ściągają do siebie rodziny i już nie muszą wysyłać pieniędzy do kraju.

Piszesz też o związkach zawodowych. Myślisz, że można je odczarować?

Można, dlatego pokazałem panią Iwonę Mandat z Częstochowy, która jest szefową komisji zakładowej w Tesco, gdzie zajmuje się konkretnymi sprawami, np. pomaga pracownikom pisać pisma do sądu. Niestety, dominująca narracja ostatnich 30 lat brzmi: jesteś kowalem własnego losu. Każdy dba wyłącznie o swoje interesy i w efekcie jako społeczeństwo jesteśmy sproszkowani. Polacy zapomnieli, że wolność została wywalczona dzięki ruchowi robotniczemu, dzięki solidarności pisanej i wielką, i małą literą.

Po co są nam potrzebne związki?

Żeby pracownicy mieli większą siłę przetargową podczas negocjacji z pracodawcą, a tym samym poczucie większego wpływu na swoje życie. W pracy spędzamy przynajmniej jedną trzecią czasu, a tę sferę pozostawiamy wolnemu rynkowi, na którym pracownik jest w gorszej pozycji niż pracodawca. To szczególnie ważne w takim kraju, jak Polska, gdzie utrzymujące się przez lata wysokie bezrobocie było skutecznym batem na żądania pracowników.

Na silnych i nieuwikłanych politycznie związkach zawodowych zyskaliby wszyscy. Pracodawcy, bo dogadując się ze związkami będą mieli większą pewność, że wynagrodzenia pracowników w ich firmach nie będą rosły szybciej niż wydajność, więc ich biznes będzie bardziej opłacalny. Pracownicy, bo będą mieli więcej pieniędzy i stabilną pracę. A także gospodarka, bo pracownicy z większym portfelem nakręcą koniunkturę.

Przed naszą rozmową wspominałeś o tym, że w ostatnim roku ukazały się trzy książki o pracy i okazało się, że żadne z was, ich autorów, nie zajęło się tymi samymi branżami, nie rozmawiało z podobnymi bohaterami. Co to o nas mówi?

Że problem z pracą jest szeroki i gdzie nie spojrzymy, to wiele jest do naprawy.

Jakoś nie widzę na to szans, nie ma politycznej woli.

Jednak społeczeństwo chce zmiany, co pokazały ostatnie wybory. Nie jestem aż tak naiwny, żeby wierzyć, że każdy będzie miał pracę marzeń, ale na początek wystarczy, że każdy będzie się w niej czuł godnie.

Książka 'Urobieni' Marka Szymaniaka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (fot. Anna Brodzi / mat. promocyjne)
Książka 'Urobieni' Marka Szymaniaka ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne (fot. Anna Brodzi / mat. promocyjne)

Dlaczego w ogóle zająłeś się pracą? To nieoczywisty temat na debiutancką książkę.

Mam 30 lat i ani jednego dnia nie byłem zatrudniony na umowę o pracę. Kiedy zacząłem się rozglądać, to okazało się, że nie tylko ja mam z tym problem. Takie jest powszechne doświadczenie moich znajomych. Im głębiej zanurzałem się w ten temat, tym bardziej przekonywałem się, że na polskim rynku pracy jest wiele patologii. I tematów na reportaż. Zadaniem reportera i dziennikarza jest opisywanie świata, pokazywanie, że coś nie działa po to, aby ten stan naprawić.

Każda publikacja, także moja książka, sprawia, że temat pracy i jej warunków powraca. Kropla drąży skałę. Rośnie świadomość tego, że trzeba zgłaszać np. łamanie prawa pracy. Im więcej osób będzie oczekiwało poprawy, tym większa szansa, że coś się zmieni. W końcu to my, naszymi głosami, decydujemy, w jakim kraju żyjemy, jak wygląda nasza praca, która jest ważną częścią życia. 

Będzie druga książka?

Tak. Właśnie rozpoczynam pracę nad drugim reporterskim projektem. Roboczy tytuł to "Zapaść". Książka będzie opisywała życie w średnich miastach, którym grozi marginalizacja, wyludnienie i gospodarcza stagnacja. Chciałbym dać głos tym, których często nie słychać z perspektywy największych aglomeracji. I pokazać miejsca, które - mimo niekorzystnego położenia - są dobrym miejscem do życia.

Książkę "Urobieni" Marka Szymaniaka możecie kupić w Publio.pl >>>

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Marek Szymaniak. Dziennikarz i reporter. Jest dwukrotnym finalistą konkursu stypendialnego Fundacji "Herodot" im. Ryszarda Kapuścińskiego oraz finalistą Nagrody "Newsweeka" im. Teresy Torańskiej. Książka "Urobieni. Reportaże o pracy", która ukazała się w Wydawnictwie Czarnym, to jego debiut.

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (119)
Zaloguj się
  • botnet

    Oceniono 27 razy 15

    Tekst "jesteśmy na dorobku, musimy zacisnąć zęby" zawsze mnie rozwala. Z racji tego, że jesteśmy na dorobku, nie ma mnie stać na przeżycie od pierwszego, do pierwszego? Nic dziwnego, że tyle nas wyjechało.

  • huuump

    Oceniono 12 razy 10

    A to nie jest tak, jak mówiła taka baba z brochą, że nam sie te piniądze po prostu należą?

  • big.ot

    Oceniono 8 razy 8

    Po 30 latach ślepej wiary w teorie "skapywania" i "przypływu, który podnosi wszystkie łodzie" mamy rezultat - bunt ludzi i rządy PiS.

  • clevland

    Oceniono 16 razy 8

    Oferty pracy 2zł/h pojawiały się w urzędach pracy. Przykład z końca 2013r.:
    www.kociewiak.pl/wiadomosci/4699,2-zlote-za-godzine-niewolniczy-wyzysk

    Przez wiele lat było przyzwolenie na dymania Polaków za grosze, na śmieciówkach.
    natemat.pl/83385,wyzysk-nasz-powszedni-i-konieczny-miliony-polakow-pracuja-za-4-5-zl-za-godzine-to-determinacja-a-nie-glupota

    Dziwne że takie artykuły pojawiają się dopiero teraz.

    A może zlikwidować stawkę minimalną i wrócić do starych czasów?
    Szczaw i Mirabelki...

  • rufuz writer

    Oceniono 6 razy 6

    mialem firme w Polsce teraz mam firme w Danii. Roznica: kolosalna. W Polsce biurokracja, niepewnosc, niejasnosc przepisow, samowola urzednikow. W Danii: prosto i automatycznie. Nie musze robic nic: zadnych papierow, stempli, wezwan itp. Nikt mi sie nie wtraca, wszystko odbywa sie automatycznie, przez internet.

  • humidorek

    Oceniono 10 razy 6

    Bohaterami sa osoby o najniższych kwalifikacjach, a nie jest to przekrój społeczeństwa. Również szefowie takich pracowników nie grzeszą szacunkiem do ludzi.

    Coraz więcej osób ma czas na życie poza pracą i ma normalnych przełożonych. Inna sprawa, czy potrafimy go wykorzystać na aktywny wypoczynek, czy na telewizję...

  • libero1963

    Oceniono 16 razy 6

    Bo Niemcy to.....a wy nie potraficie nic innego tylko pluć na Niemców i Niemcy. Nieraz słyszę takie odzywki od ludzi stąd, ale ci szkopi głupi, przecież to można zrobić szybciej, inaczej. U nas w RP to długo by taki szkop nie porobił bo rusza się, jak mucha.... Tam inaczej jest Państwo zorganizowane i Polacy powinni brać przykład z Niemców, stosować ich organizacje pracy, mentalnie się zmieniać, nie wadzić z każdym. Ale tak nie będzie i Niemcy zawsze, zawsze was wyprzedzają o 2 pokolenia. Bieda była, będzie i jest. Bo żyjecie historią, a Niemcy jadą na wakacje i korzystają z życia.

  • dziurowice

    Oceniono 4 razy 4

    Niemców jest 80 mln. Z tego 40 mln pracuje w gospodarce i usługach utrzymując pozostałych (budzetowka, zdrowie, wojsko, policja, sądy itp).
    W Polsce tylko 12 mln ludzi utrzymuje 26-milionową armie urzędasów, obrone, nierobów-polityków, edukację itd budzetówke.
    Niemcy 1pracuje na 2 ,Polacy 1 na 3.
    I najlepsze; ci co żyją z budżetu zarabiają 2x więcej niż ci co ich utrzymują.
    Dziekuje, dobranoc.

  • jan_dreptak

    Oceniono 12 razy 4

    Tylko dla przypomnienia, pracownik, który zarabia 200 zł dziennie, na koniec miesiąca zarobi 4400 zł ale do ręki dostanie tylko 2600. Resztę zajumie mu Rzeczpospolita na pięcsetplusy, emerytury na górników samolocik dla Klempy.
    Naprawdę umowa o pracę to taki miód?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX