Pracownikom sezonowym oferowane są najniższe stawki

Pracownikom sezonowym oferowane są najniższe stawki (fot. Shutterstock)

reportaż

Sezonowi. Stawka: 6 zł za godzinę. Umowa? Bez żartów

Jeśli chcesz napić się wody, schowaj się za lodówką. Inaczej szef cię zobaczy. Jak chcesz zarobić więcej, odsłoń dekolt, włóż legginsy, znoś komentarze pijanych menedżerów. I zapomnij o umowie czy stawce minimalnej. Tego licealiści i studenci uczą się w pracy dorywczej.

Zuzia potrafi udawać robota i reagować na bezgłośne komendy klientów.

Krzysztof zdobył umiejętność obierania ogórków tak, żeby szef nie potrącił mu z wypłaty kilkuset złotych za zbyt grube obierki.

Kamila perfekcyjnie wciska karnety na siłownię, czyli, za przeproszeniem, robi ludzi w ch*ja.

Młodzi ludzie w dorywczej pracy zdobywają niezbędne życiowe umiejętności. Sezonowe roboty to też najlepsze lekcje etyki. Z polskimi przedsiębiorcami w roli wykładowców.

Marketing uprawiaj w legginsach

Ola, lat 18, najlepiej zapamiętała pracę w barze z sziszą. Stawka - sześć złotych za godzinę. Umowa: bez żartów. To nie jest branża, w której się podpisuje umowy, dlatego o stawce minimalnej nikt tutaj nie słyszał. Niby można było dorobić na napiwkach, ale koleżanki Oli - 'dziewczyny z miasta' w zwyczajowych dresach - podbierały jej pieniądze. Wolała się nie wychylać.

W barze z sziszą Ola nauczyła się nieco o marketingu, bo szefowie mieli bardzo konkretny pomysł na biznes. Kelnerki wciskali w opięte leginsiory, na tyłki zakładali im brzęczące chusty. Poniżające - pomyślała, ale ubrała się pokornie. Barową salę obserwował szef. Ze swoimi ziomkami siedział nad piwem. Palili sziszę i na głos komentowali, na ile oceniają "łanie", które donosiły im napoje i orzeszki. Nie bez powodu zatrudniali same dziewczyny.

Zdarza się, że właściciele barów i pubów wykorzystują młodych ludzi i nie płacą im za próbne dni (fot. Shutterstock)
Zdarza się, że właściciele barów i pubów wykorzystują młodych ludzi i nie płacą im za próbne dni (fot. Shutterstock)

Ola za pierwszy dzień nie zarobiła ani złotówki, bo jak tłumaczył szef, to tak na próbę, więc standardowo pracuje się za darmo. Na początku jeszcze się starała. Ale dostała opierdziel, że zmywa zbyt dokładnie. A trzeba było według systemu: kufel wkładasz do obleśnej miski z płynem i wodą i opłukujesz w drugiej, nie mniej obleśnej. Szef powtarzał, że trzeba robić to szybko, bo ludzie chcą pić piwo.

Ola nie zagrzała długo miejsca w barze z sziszą. W kolejnym miejscu pracy odebrała następną cenną lekcję. Szef radził jej, żeby nosiła większy dekolt, to dostanie napiwki.

Taki to jest biznes.

Nie noś telefonu na tyłku

Agata ze Śląska zaczęła pracować w barze, do którego jej tata chodził z kolegami na piwo. Nie był zachwycony, ale przyjął do wiadomości, że teraz córka będzie podawać mu lecha, bo musi zarabiać pieniądze - osiem złotych na rękę za godzinę. Agata powinna dostawać co najmniej dwa złote więcej, bo taka jest minimalna stawka. Ale żeby tyle mieć, to trzeba w ogóle podpisać umowę. A Agata, jak wszyscy jej znajomi, pracuje na czarno. I ma taką teorię: szefowie wiedzą, że ludzie, którzy właśnie skończyli liceum, wezmą każdą robotę. Nigdzie indziej ich nie zatrudnią. I szefowie mają rację. Agata składała CV w sklepach, kioskach, barach mlecznych. Nikt nie oddzwonił. Wszyscy chcą pracowników z doświadczeniem.

Tak oto bez ubezpieczenia, składek i książeczki sanepidu, za to z zapałem do pracy, Agata zaczęła biegać między stolikami, zbierając szklanki od podpitych panów w wieku jej ojca, a czasami także od niego. Dzień w dzień, po 12 godzin. Szef nie uwzględniał w grafiku przerwy, dlatego po kilku dniach Agata odkryła, jak wyglądają jej nogi, kiedy są opuchnięte. Krata piwa - żaden problem, "ta nowa" przeniesie. Dziesięć kufli na desce - też sobie poradzi. Mycie zarzyganych toalet - co to dla niej! Agata trochę straciła zapał, kiedy w ogródku przed barem klienci skoczyli do siebie z pięściami. Zaroiło się od mundurowych, pomiędzy którymi dziewczyna lawirowała, zbierając szklanki. Czy to nie idealna lekcja pracy w stresie?

Kierownika baru poznała po tygodniu. Menedżer knajpy powiedział: Szefie, to nasza nowa kelnerka. Szef kiwnął głową, nie podnosząc wzroku. Potem się rozkręcił. Zagadał do Agaty nie raz. A to, że szkła nie zebrane, popielniczki brudne, czy reszta na pewno wydana, czy może Agata zabrała coś dla siebie.

Pilnowała też, czy do drinków nie brakuje cytryny, limonki, mięty. Jak brakowało, robiła listę i leciała do sklepu. Raz poszła z telefonem, żeby menedżer mógł w razie czego zadzwonić. Wróciła z zakupami i usłyszała głos szefa: A co ona niby ma na dupie? Wyjęła telefon ze spodni i pokornie odniosła na półkę, ale trochę się zdenerwowała. Menedżer szybko ją powstrzymał: Masz się do szefa nie odzywać. Tylko "dzień dobry, dzień dobry". Ja z nim będę rozmawiał.

Młodzi ludzie często są zatrudniani w punktach gastronomicznych bez wymaganej książeczki sanepidu (fot. Shutterstock)
Młodzi ludzie często są zatrudniani w punktach gastronomicznych bez wymaganej książeczki sanepidu (fot. Shutterstock)

Grafik, można powiedzieć, mieli mocno niestabilny. Agata codziennie dopytywała, czy jutro ma przyjść do pracy. Na  przykład kilka dni temu o godz. 21 dostała SMS-a: "Nie przychodź. Dam znać, co z resztą tygodnia". Za to jak siedziała na działce z rodzicami, to odebrała telefon: Musisz przyjść, kolega chory. Więc pokornie się zerwała i pobiegła, żeby być na otwarciu.

W zeszłym roku za dwa miesiące zarobiła dwa tysiące złotych. Dlatego trochę ją irytował widok szefa podjeżdżającego pod bar BMW lub jego żony za kierownicą land rovera.

W tym roku udało jej się wynegocjować podwyżkę - do dziesięciu złotych za godzinę. Popracuje jeszcze przez wakacje. We wrześniu czeka ją przeprowadzka do Poznania. W październiku zacznie tam studia. W nowym mieście nie będzie już szukała pracy za barem.

Poznaj naleśnikową hierarchię

Obok barów idealnym miejscem do prac dorywczych są restauracje, przy czym mają tę przewagę nad barami, że można się w nich więcej nauczyć. Ola ma porównanie, bo oprócz shisha baru pracowała też w "gastrokorporacji" - cukierni i kawiarni na franczyzie.

Zadania: rozsmarowywanie czekolady, smażenie naleśników, składanie deserków niewartych swojej ceny. Zalety: stałe zmiany, prawdziwa umowa! Wady: durne zasady dla samych zasad.  Na przykład: po co Ola pracowała w kuchni w firmowych spodniach i T-shircie, skoro żaden klient nie mógł jej zobaczyć? Po co jej była jedna, 10-minutowa przerwa, skoro i tak nie można było w tym czasie jeść ani pić? Do kuchni nie wolno było wnosić swojego jedzenia. Szczęśliwie za lodówką była specjalna przestrzeń, gdzie pracownicy chodzili, by napić się wody. Tam nie sięgał wzrok kamery.

Krzysztof, były student informatyki z Łodzi, w chińskiej knajpie nauczył się idealnie kroić i obierać warzywa. Miało to bezpośrednie przełożenie na wysokość jego pensji. Właściciele żądali, żeby ważyć obierki. Potrącali pieniądze pracownikom, którzy zbyt grubo kroili i obierali ogórki czy ziemniaki. Jak to mierzyli - nie wiadomo. Szef po prostu przychodził i mówił: w tym miesiącu zarobisz mniej, bo za grubo kroisz. I to nie chodziło o dyszkę, ale o dwie, trzy stówy. Miesiąc w miesiąc, losowe osoby, losowe kwoty.

Karolina dwa lata pracowała w sieciowej knajpie ze zdrową żywnością. Nauczyła się tam przede wszystkim, jak sobie radzić z zimnem. Szef oszczędzał na wszystkim. Zwłaszcza na pracownikach. W lokalu nie było ogrzewania. Zimą klienci siedzieli w kurtkach, a obsługa w swetrach, na które nałożone były firmowe koszulki. Pracownicy dogrzewali się przy piecyku do podgrzewania kanapek.

Kolejna przygoda Karoliny to knajpa z naleśnikami. Pracowała tam przez cztery miesiące. Choć miejsce było z tych ekskluzywnych, to na taki luksus jak umowy szefowie nie mogli sobie pozwolić. Karolina trzy razy prosiła o umowę trzech różnych menedżerów. Nic z tego.

W naleśnikarni panowała iście wojskowa dyscyplina. Kelnerki stały najniżej w hierarchii. Wyżej od nich były dwie dziewczyny, które nakładały farsz do naleśników. Karolina była nową kelnerką, więc niżej od niej w hierarchii nie było już nikogo.

W knajpach panuje specyficzna hierarchia, w której najmniej doświadczeni są często traktowani poniżej jakiegokolwiek poziomu (fot. Shutterstock)
W knajpach panuje specyficzna hierarchia, w której najmniej doświadczeni są często traktowani poniżej jakiegokolwiek poziomu (fot. Shutterstock)

Jedno z zadań Karoliny to  informowanie, że klient dostał już zupę i należy zacząć smażyć dla niego naleśniki. Dwie dziewczyny od farszu najpierw ją ignorowały, potem wydzierały się: Dlaczego nam nie powiedziałaś wcześniej? Potem znów krzyczały, że im nie trzeba dwa razy powtarzać.

Albo taki pejdżer, który nosiła każda kelnerka. Jeśli wibrował, to oznaczało, że trzeba szybko zawrócić na kuchnię. I tak Karolina stoi przy kliencie, a tu pejdżer wibruje co sekundę. Farszowe dziewczyny wciskają go nerwowo, choć przecież wystarczy, że nacisnęłyby raz.

W końcu nie wytrzymała, bo ile można przez osiem godzin słuchać okrzyków: Szybciej! Poprosiła o pomoc liderkę - też kelnerkę, tylko wyżej w hierarchii. Usłyszała tylko: Daj spokój. Ty nie wiesz, co ja tu przechodziłam. Wtedy pomyślała, że ona nie musi tego wiedzieć. I podziękowała za współpracę.

Pozostała jeszcze kwestia wypłaty. Karolina co tydzień dostawała od szefów gotówkę do ręki. Przez ostatni tydzień czekała, czy aby na pewno dadzą jej pieniądze. Na szczęście dali.

Naucz się czytać z gestów, "Laluniu"

Zuzia kelneruje w restauracji pod Łodzią. Robota na czarno, ale szef trzyma się stawki 11 złotych za godzinę. Wesela, chrzciny, osiemnastki, imprezy integracyjne. Czasem po pięć, a czasem po 12 godzin.

Klienci mają oczekiwania jak w restauracji pięciogwiazdkowej, choć sami zachowują się, delikatnie mówiąc, nietaktownie. Ściślej: jak buraki. Jakby Zuza była ich sługą. Nie chodzi nawet o to, co mówią. Bardziej o to, czego nie mówią. Na przykład wskażą  paluchem, co ma posprzątać. A ona bez słowa, jak robot, ma wykonać polecenie.

Pijani wujkowie na weselach to jeszcze nie jest dramat. Większe wrażenie robi pijany pracownik firmy na imprezie integracyjnej. Do lokalu wkraczają damy i dżentelmeni puszący się niczym menedżerowie z Wall Street. Do północy z tego imidżu niewiele zostaje. Przedstawiciele rodzimego biznesu są pijani, rzygają i obmacują się po kątach. Ostatnio rozbawione panie życzyły sobie, żeby Zuza obrała im i drobno pokroiła cytryny do drinków. Zgięta wpół kelnerka wykonała polecenie. Bizneswomen twierdziły, że cytryna śmierdzi, więc Zuzia pobiegła wyparzać kolejną. Panowie obmacywali ją wzrokiem, rzucali niewybredne żarty. Do tego jest akurat przyzwyczajona. Na majowej komunii ojciec wlepiał wzrok w jej pośladki, zapraszając ją do stolika słowem: "Laluniu". Wszystkiemu w spokoju przysłuchiwała się matka chłopca, aktualnie po rozwodzie.

Prawdziwą zmorą obsługi pracującej na imprezach okolicznościowych są pijani goście, którzy nie potrafią trzymać rąk przy sobie (fot. Shutterstock)
Prawdziwą zmorą obsługi pracującej na imprezach okolicznościowych są pijani goście, którzy nie potrafią trzymać rąk przy sobie (fot. Shutterstock)

Joanna, lat 21, popracowała najpierw w Warszawie. Stawka - osiem złotych na godzinę. Szef tłumaczył: Przecież dorobisz na napiwkach. Ale napiwki były takie sobie: w weekendy można było uzbierać nawet stówkę, ale w ciągu tygodnia wychodziło średnio 15 złotych. Joasia dostawała najgorsze dni w grafiku, bo była nowa. Z tego też powodu najczęściej czyściła lodówki i myła łazienki.

Na sezon przeprowadziła się do Trójmiasta. Koleżanka załatwiła jej pracę w knajpie z waflami i bajglami. I to okazał się strzał w dziesiątkę. Bez pośpiechu, bez presji. Grafik elastyczny, ale znany z wyprzedzeniem. 12 złotych na rękę. Zespół spotyka się też po pracy. Razem imprezują i chodzą na plażę. Słowem - praca wymarzona. Czyli jednak można, jak się człowiek - to znaczy szef - postara.

Miej pod ręką dwa cenniki

Agata z Katowic, przyszła studentka filologii germańskiej, wiele nauczyła się, pracując jako hostessa. Razem z koleżanką reklamowały sery i jogurty w marketach. Przyszli szefowie na rozmowie kwalifikacyjnej ocenili ją krytycznie, bo ma raptem półtora metra wzrostu. A hostessa to taka trochę modelka, więc nogi powinna mieć do samej ziemi. W końcu powiedzieli: W porządku, tylko włóż obcasy i sukienkę taką, żeby nogi było widać.

Praca była po siedem godzin dziennie, na stojąco, bez przerwy. Największą radość Agata sprawiała dzieciakom, które darmo zajadały jogurty. I panom, którzy komentowali na głos: Jakie nogi, jaki tyłek. Ale nauczyła się od szefowej: nie odpowiadaj, do klienta zawsze z uśmiechem.

Kamila rozwijała umiejętności biznesowe na siłowni. Praca polegała na sprzedawaniu karnetów. To było, za przeproszeniem, robienie ludzi w ch*ja. Na czterodniowym szkoleniu uczyli ją, jak oszukiwać. Na przykład: wchodzi klient, ćwiczy godzinę, na koniec prosi o cennik karnetów. Kamila podsuwa mu ceny z kosmosu. Klient marudzi, że drogo, na co Kamila serwuje tekst: No dobra, wiesz co, spędziliśmy już dużo czasu, pójdę, zapytam menedżera, może coś da się zrobić. I Kamila szła na zaplecze, parzyła herbatę i po pięciu minutach wracała ze słowami: Słuchaj, udało się. Płacisz stówę zamiast 250 złotych. Taka promocja.

Karnet nigdy nie kosztował 250 złotych i prawdę mówiąc, Kamila nie wiedziałaby, co zrobić, gdyby ktoś się zgodził od razu na pierwszą cenę. Do tego godziny pracy miała takie sobie. Niby trzy czwarte etatu, ale raz siedziała w pracy do północy, bo w galerii handlowej była noc zakupów i szefowie Kamili liczyli, że ktoś zajrzy też do siłowni po karnet. Codziennie Kamila miała targety do wyrobienia. Nie mogła iść do domu, póki ich nie zrealizowała. Więc ta cząstka etatu to była fikcja, ale przynajmniej Kamila w praktyce poznała znaczenie zwrotu "elastyczny grafik".

Karnet na siłownie zawsze są w 'wyjątkowej promocji' (fot. Shutterstock)
Karnet na siłownie zawsze są w 'wyjątkowej promocji' (fot. Shutterstock)

Tomek z kolei wiele nauczył się od turystów. Na przykład punktualności. Codziennie wstawał o 4.30, by wsiąść do autobusu z biura podróży i o szóstej zameldować się po turystów. Zgarniał grupy z kilku hoteli i razem z nimi jechał do Wieliczki lub Auschwitz. Tam odprowadzał  grupki pod drzwi muzeum. I gotowe, bo na miejscu przejmował ich profesjonalny przewodnik. Tomek nie mógł się spóźniać, czekał za to na turystów. Nie wolno im jednak zwracać uwagi, nawet jeśli rozwalają ci cały plan. Koleżanka Tomka miała na jedną godzinę umówione dwie grupy zwiedzających w dwóch oddalonych hotelach. Dyskretnie zwróciła szefom uwagę, że nie ma prawa zdążyć. Oni niedyskretnie podziękowali jej za współpracę.

Tomek niby nie narzekał, bo pracował w międzynarodowym towarzystwie. Jednak jak zarabiasz minimalną krajową i widzisz szefa, który podjeżdża porsche cayenne pod firmę, to coś ci zgrzyta. Dlatego po pół roku zrezygnował.

Nie odmawiaj "jobów"

Wyjątkowo zdolni studenci mogą dorabiać artystycznie. Tak jak Marta, lat 25, pianistka z akademii muzycznej. Na studiach nauczyła się: jeśli chcesz przetrwać, to nie odmawiaj. Bierze więc "joby", czyli zlecenia: granie na weselach, otwarciach galerii sztuki czy biurowców. Ze ślubami bywają nieporozumienia, bo jak Marta mówi, że zagra za 300 złotych plus koszty dojazdu, to para młoda robi wielkie oczy. "Przecież pani brzdęknie kilka utworów, myśleliśmy że 100-150 złotych to maksimum". A Marta myśli, że ktoś nie docenia jej pracy od "zerówki", skoro proponuje takie stawki. I jeszcze knajpy - to jest masakra. Za trzy godziny standardów jazzowych oferują 150 złotych.

Muzycy grający na weselach rzadko mogą liczyć na godziwą stawkę (fot. Shutterstock)
Muzycy grający na weselach rzadko mogą liczyć na godziwą stawkę (fot. Shutterstock)

Ciężko Marcie znaleźć inną pracę. Musiałaby ją wcisnąć między naukę, koncerty i próby, a próby ma nieustannie. Dorabia jeszcze w niepublicznej szkole muzycznej, gdzie pani dyrektor idzie jej na rękę z grafikiem. Tam zarabia 25 złotych za 45 minut nauki. Lepsze stawki są za prywatne lekcje w domach uczniów - 60 złotych za godzinę.

Jak się zsumuje te wszystkie zarobki, to Marcie na konto co miesiąc wpływa średnio 1500 złotych. Ale tak naprawdę nie da się oszacować miesięcznego budżetu. W ferie Marta nie zarabia na uczniach. Nie zarabia też podczas epidemii grypy, bo odwołują zajęcia. Szkoła również płaci tylko za lekcje, które faktycznie się odbyły. W wakacje szkoły nie ma, za to są wesela, więc wtedy zarobki szybują do dwóch tysięcy. A potem przychodzi jesień, zima i dorabianie się kończy, co Marcie, wynajmującej pokój z trójką współlokatorów, szczególnie doskwiera. Nie mówiąc o mamie Marty, która dokłada córce do mieszkania. Ale do końca studiów jakoś dociągną.

Szanuj szefa

Emilia za to na swojego szefa nie narzeka. Wiosną pracowała przez dwa miesiące w hotelu nad morzem. Na kilka tygodni przed rozpoczęciem pracy podpisała umowę. Wszystko legalnie, stawka minimalna. Za pracę w weekendy - podwójne wynagrodzenie. Grafik? Znany z wyprzedzeniem. W tygodniu zawsze dwa dni wolne.

Szef pomógł Emilii znaleźć mieszkanie do wynajęcia. Po trzech tygodniach pracy w hotelu dostały z koleżanką propozycję dorobienia w restauracji.

Uczciwi pracodawcy też się zdarzają. Trzeba ich tylko poszukać, czasami znacznie dalej (fot. Shutterstock)
Uczciwi pracodawcy też się zdarzają. Trzeba ich tylko poszukać, czasami znacznie dalej (fot. Shutterstock)

Ramię w ramię z Emilią pracowała też czwórka nastoletnich dzieci właściciela. Młodzi po szkole pomagali w sprzątaniu i kwaterowaniu gości. Także szef, jeśli brakowało rąk do pracy, zakasywał rękawy i łapał za mopa. Typ flegmatyka. Polecenia wydawał powoli. Lubił dokładność. Jeśli coś zrobiły nie po jego myśli, zwracał uwagę, pokazywał, jak powinno być. Ale nigdy się nie irytował i nigdy, przenigdy nie podnosił głosu. Po pracy odwoził dziewczyny do mieszkania, bo z hotelu miały spory kawałek. Pytał, czy czegoś nie potrzebują, zabierał je na zakupy. Lubił żartować i dbał o to, by nie czuły się źle.

Emilia po dwóch miesiącach wróciła do domu zachwycona. Pewnie jeszcze odwiedzi swojego szefa. Będzie musiała tylko wykosztować się na bilet lotniczy, bo ten hotel, w którym pracowała, jest nad islandzkim fiordem.


CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Bartosz Józefiak. Mieszka w Łodzi. Pracował w gazetach lokalnych w Łodzi, Wrocławiu i Pabianicach, współpracuje z "Dużym Formatem" i "Tygodnikiem Powszechnym". Jest absolwentem Polskiej Szkoły Reportażu i swoją przyszłość wiąże właśnie z reportażem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (286)
Zaloguj się
  • felucjan

    Oceniono 80 razy 68

    Jak to jest, że w telewizji słyszę o niskim bezrobociu, braku rąk do pracy, szczelnym systemie podatkowym... a idę do najbliższej naleśnikarni i jedzenie podaje mi dziewczyna, która zasuwa na czarno za 6 zł na h, a za kasą siedzi właścicielka i paragon wydaje tylko na wyraźne żądanie, a czasem dopytuje się nawet, czy aby na pewno klientce ten paragon, bo kasa chyba się zepsuła...

    Mnie jakoś wirtualna rzeczywistość z TVP kompletnie nie chce się 'skleić' z rzeczywistością mojego miasta - 200 tysięcznego w aglomeracji śląskiej. Więc nie w Polsce B i nie na całkowitym zad...piu.

  • antekwielki

    Oceniono 51 razy 47

    Pracuje w turystyce od ponad 10 lat.
    W Polsce pracowalem jako inzynier (po politechnice).
    Pozniej bylo UK gdzie nauczylem sie pracowac dobrze i zobaczylem, ze pracownik jest czescia biznesu (dobre traktowanie).
    Obecnie mieszkam i pracuje w Ameryce Pld, rowniez w turystyce.
    Podobnie jak w Polsce jest wyzysk i niski poziom pracy. Probuje kontorlowac to wszystko (pracuje jako ¨jefe¨) i podniesc poziom serwisu, ale nie jest to latwe. Podobnie jak w Polsce, wiekszosc wlascicieli to zwykle buraki. Ale wqrwia mnie jak probuja wyzyskiwac zwyklych pracownikow, ktorzy maja checi i serce do pracy. Nie jest ich tu duzo, ale ja ich bronie i walcze o ich prawa. Jest to w koncu moj zespol, moj team!

  • volongoto41

    Oceniono 35 razy 27

    Fascynują nas dzisiejsi nowobogaccy, którzy nie wiadomo jak i kiedy przeskoczyli z PRL-owskiej biednej szarości w sferę biznesu i dostatku. Podziw i zdumienie budzi ich chamstwo, tupet i bezczelność, a drwinę prymitywizm i kompleksy skrywane za garniturami od Versacego, zegarkami Breguet i innymi drogimi świecidełkami. Skąd w nich tyle buty, siły i niczym nie okiełznanego prostactwa.? Otóż nie ma w tym żadnej tajemnicy. Z badań życiorysów ponad 100 nuworyszy wynika, że są to ludzie najczęściej wychowani w obskurnych kamienicach, drewnianych norach, w których każda rodzina miała swój zawilgocony pokój i nic więcej, gdzie zło dominowało we wszystkich możliwych odmianach. Trwała tam wielopokoleniowa ciągła walka o wspólną kuchnię, toaletę, wodę. Awantury, agresja, bójki, wścibstwo sąsiadów były codziennością. Te domy i te nory położone były w rejonach miasta cieszącego się sławą „złodziejskiego” lub „bandyckiego” a już na pewno „parszywego”, bo najczęściej za ścianą mieszkał element nie pracujący i nie trzeźwiejący. Ta domowa bitwa przenosiła się też na ulicę: o przetrwanie, o przeżycie, gdzie dominowało okrucieństwo i podłość, gdzie jeśli bijesz to przetrwasz, jeśli nie bijesz to będą ciebie bili i zginiesz. O czym można było marzyć w takich warunkach? O własnym mieszkaniu bez obnażonego pijaka na korytarzu, o samochodzie Fiat 126p, i przy ogromnym szczęściu – podróży latem na Węgry, bądź do Bułgarii. A kiedy PRL upadł, to ludzie poczuli, ze teraz ten, któremu się powiedzie, będzie wypoczywać na Karaibach, w marmurowym garażu będzie miał Merca, a pokój z grzybem zastąpi willa z lustrami i basenem. To był wielki wstrząs przyprawiający o zawrót głowy. Nagle wszyscy chcieli mieć wszystko to, co do tej pory było nieosiągalne. W ruch poszły łokcie, paznokcie, zęby i pięści. Za wszelką cenę zdobyć wszystko i to natychmiast. W tej walce i szarpaninie wygrali najsilniejsi, pozbawieni skrupułów, kombinatorzy, bezwzględni, agresywni i zachłanni. I dziś taką mamy klasę przedsiębiorców przyzwyczajonych do agresji, chamstwa, prostactwa i gdy spotykają ludzi, którzy mówią „dzień dobry”, „przepraszam”, „dziękuję”, nie wiedzą jak się zachować i jak rozmawiać… Niby nas fascynują, zadziwiają, ale tak naprawdę, to nie ma im czego zazdrościć, bo choć czasami się starają, to jednak bardzo trudno im uwolnić się od przyzwyczajeń wyniesionych z domowego chlewu…

  • adashofman1

    Oceniono 39 razy 23

    To chyba trochę przestarzały artykuł, teraz jest raczej tak że młody człowiek kończy współpracę po 1 dniu jeżeli praca jest za ciężka a kasa za mała. Janusze gastronomii zarabiający na robieniu w ch...a klientów też padają jeden po drugim, coraz mniej ludzi daje się nabierać na "duże porcje" złożone z frytek na starym oleju i surówki z kapusty ze śmietnika.

  • rossignols

    Oceniono 25 razy 21

    Ogólnie Polska to chory kraj. Pisiory krzyczą na korporacje. A to korporacje płaca podatki, zatrudniają legalnie, płaca na czas i mają jakieś standardy. Praca z Polakiem-burakiem-cwaniakiem to musi być koczmar. A tych jest najwięcej I dlatego Polska nigdy cywilizacyjnie nie podnisieie się do poziomu Zachodu. Przez prostaków, kościół zawsze będzie na wschodzie. Co za okropne społeczeństwo. Ludize, któzy emigrują do krajó zachodnich już nigdy nie wrócą. Oni tam są nie dla pieniędzy. Każdy normalny i rozumny człowiek, któy pomieszka na Zachodzie kilka miesięcy wie, że nie warto marnować życia swojego i rodzinie w Polsce. Lepiej być biedniejszym, ale żyć normalnie choćby w UK.

  • mallerco

    Oceniono 19 razy 15

    "były student informatyki z Łodzi, w chińskiej knajpie nauczył się idealnie kroić i obierać warzywa"
    Albo uczelnię łódzką (PŁ?) należałoby zamknąć i zaorać
    albo stażysta wymyślił artykuł

    tertium non datur

  • sl1234

    Oceniono 19 razy 15

    Trzeba bylo kopac "szmaciaka" od dwoch lat wieku na podworku jak mistrz Lewandowski.....

  • elemir

    Oceniono 22 razy 12

    Urzekające są opowieści o tym jak ktoś płucze kufle w brudnych miednicach, albo bezczelnie oszukuje "bo szef kazał".
    Ludzie kochani (o ile nie jesteście tworami wyobraźni) naprawdę nikt nie stoi przy was z karabinem i nie musicie źle postępować.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX