Elżbieta Dzikowska, w tle pomalowana podczas jednej z podróży twarz Tony'ego Halika

Elżbieta Dzikowska, w tle pomalowana podczas jednej z podróży twarz Tony'ego Halika (fot. Dawid Żuchowicz/AG)

wywiad Gazeta.pl

Elżbieta Dzikowska o Tonym Haliku: Prawdziwa była tylko jedna twarz Tony'ego. Ta uśmiechnięta do całego świata

- Na ogół byliśmy razem w naszym świecie. Tony nigdy nie wyłączał mnie ze swojego życia - mówi Elżbieta Dzikowska. A co z przeszłością, którą Tony Halik do końca życia zatajał przed swoją towarzyszką życia? - Myślę, że zrobił tak, bo mnie kochał - podkreśla słynna podróżniczka.

Michał Gostkiewicz: "Pieprz i Wanilię" oglądałem jako dzieciak z wypiekami na gębie.

Elżbieta Dzikowska: Pan dalej jest dzieciak, ile pan ma lat?

Trzydzieści pięć.

Niemożliwe, na dwadzieścia pięć pan wygląda. Ale na ile się pan czuje..? Ja na moje 81 ani nie wyglądam, ani się nie czuję. Ciągle, jak gdzieś to już powiedziałam, jestem nie retro, a futuro.


Elżbieta Dzikowska i Tony Halik nagrywają 'Pieprz i Wanilię' (fot. Archiwum Elżbiety Dzikowskiej/Wikimedia Commons/domena publiczna)

Ledwo wróciła pani z kolejnej podróży. Elżbieta Dzikowska nie wybiera się na emeryturę?

Jestem wciąż bardzo zajętą kobietą...! Teraz, oprócz wielu innych zadań,  przejmuję się organizacją wystawy na 200 rocznicę urodzin Ernesta Malinowskiego, polskiego inżyniera, który zbudował w Peru najwyżej do niedawna położoną kolej na świecie - Centralną Kolej Transandyjską. Udało mi się  - oczywiście przy wsparciu wielu osób -  doprowadzić do tego, że Malinowski ma też najwyżej na świecie położony pomnik, autorstwa znakomitego rzeźbiarza Gustawa Zemły Na przełęczy Ticlio, a to wysokość 4818 m n. p.m.

Na wystawę poświęconą genialnemu inżynierowi zapraszam do Muzeum Podróżników im. Toniego Halika w Toruniu, będzie otwarta 28 września. Teraz ma tam miejsce ekspozycja poświęcona Toniemu, w dwudziestą już, niestety, rocznicę jego śmierci. Całe Muzeum - dwie zabytkowe kamieniczki w centrum miasta - powstało głównie z moich darów, a jest ich tyle i będzie więcej, że prezydent Torunia obiecał Muzeum (trzymam za słowo!) trzecią kamieniczkę. Stoi tuż obok, opuszczona, więc jest szansa.

Wracając do pana pytania - na emeryturze pracuję więcej, niż przed nią. I dobrze mi z tym. Życiu trzeba nadać sens, także przez pracę.

Też bym tak mówił, gdybym, jak pani, całe życie łączył pracę z wielką przygodą.

Oj tam, przygodą. Z przyjemnością - tak. To cudownie kiedy praca jest zarazem przyjemnością.

To czego było w tym jeżdżeniu przez ponad dwadzieścia lat po świecie i filmowaniu najwięcej? Pracy? Przygody? Przyjemności?

Pasji. Najwięcej było pasji - której rezultatem była i praca i owa wielka przyjemność. Przygoda też oczywiście była, bo Tony, jak sam wciąż o sobie mówił, "dla przygody był urodzony". To się udzieliło również i mnie, choć prowadziłam przez 20 lat dział Ameryki Łacińskiej w miesięczniku "Kontynenty" i zdążyłam poznać Amerykę Łacińską, zanim poznałam Tony'ego Halika.


Elżbieta Dzikowska i Tony Halik (fot. Archiwum Elżbiety Dzikowskiej/Wikimedia Commons/domena publiczna)

Zaczęło się od wywiadu, który się nie odbył.

Był 1974 rok. Ryszard Badowski z programu "Klub sześciu kontynentów" dowiedział się, że wybieram się do Meksyku i poprosił  o zrobienie wywiadu z Halikiem. Wzięłam kamerę Bolex Reflex i pojechałam. Na miejscu okazało się, że Toniego w Meksyku nie ma. Ale że dostałam roczne stypendium od prezydenta Luisa Echeverii Alvareza - Tony zdążył wrócić z Gujany. Jeździliśmy razem po Meksyku zapraszani przez prezydenta. Razem - i osobno, ponieważ ja towarzyszyłam dziennikarzom meksykańskim, a Tony - zagranicznym, był  prezydentem ich związku. Kiedy prezydent zaproponował mi pracę i obywatelstwo - podziękowałam i odmówiłam. Toniemu też.

Jak to?

"Jeśli chcesz być ze mną - przyjedź do Polski". Przyjechał. Zaczęliśmy razem organizować różne wyprawy, dotarliśmy nawet do zaginionej stolicy Inków - Vilcabamby. A z czasem powstał program "Pieprz i Wanilia".

Lubi pani wanilię?

Niekoniecznie. Wolę mocniejsze przyprawy. Wanilia jest jakby bez charakteru; była dla nas, jak i pieprz, po prostu symbolem dalekiego, egzotycznego świata. Pachnąca - ale jakby miękka.

Miękkość faktycznie nie pasuje do kobiety, która w latach 70. I 80. XX wieku jeździła po dżungli Ameryki Łacińskiej, do tego razem z kimś o charakterze Tony'ego Halika.

To ostatnie akurat ode mnie twardości nie wymagało. Przedtem, przez 15 lat, jeździłam sama i wtedy bywało różnie. Tony zaś wszystko wspaniale organizował - jaka ulga! Uzupełnialiśmy się. On miał wielką wyobraźnię i fantazję. Był bardzo pracowity. I - to było cudowne! - realizował moje marzenia.

Czytałem taką charakterystykę Halika, autorstwa jednego z jego znajomych: "jowialny, stale uśmiechnięty, żywiołowy, spontaniczny". Taki przynajmniej był dla świata, takim go znamy z telewizji.

W domu był taki sam. Uśmiechnięty. Lubił żartować. Oczywiście nie można być spontanicznym całą dobę. Czasami się wyłączał. Sam z siebie.


Tony Halik (fot. Archiwum Elżbiety Dzikowskiej/Wikimedia Commons/domena publiczna)

Był wtedy w swoim świecie?

Może na chwilę. Na ogół byliśmy razem w naszym świecie. Nigdy nie wyłączał mnie ze swojego życia. Zawsze mieliśmy coś wspólnego do roboty i nie musiała to być tylko praca zawodowa. Wieczorami np. grywaliśmy w kanastę [gra karciana - przyp. red.]. Na pieniądze. Ja wygrywałam i gdy rozliczaliśmy się w końcu roku  -  Tony mi płacił! - kupowałam za to obrazy od przyjaciół - artystów. Kiedy nabyłam pewnego razu wspaniałe, bardzo emocjonalne dzieło Jacka Sempolińskiego, Tony zapytał: "czy nie mogłabyś kupić obrazu bez dziur...?"
Nie przepadał za sztuką współczesną, ale nie utrudniał mi z nią kontaktu. Ważne też, że umieliśmy się  rozdzielić, wyjechać na pewien czas osobno. Bo, moim zdaniem, dobry związek to kompromis. A to był fantastyczny związek.

W listach Tony'ego do pani, które znalazły się w książce Mirosława Wlekłego "Tu byłem. Tony Halik" widać, jak pięknie tęsknił.

Tak było. Ale gdy chciałam z nim wyjechać w moje ukochane Bieszczady - mówił, że po górach skaczą tylko kozy i rogacze. Więc sama wyjeżdżałam. On z kolei uwielbiał żagle, a ja cierpiałam na chorobę morską. Pływałam z nim jednak przez 20 lat po różnych akwenach świata, raz tylko odmówiłam rejsu na Alandy - za wysokie fale. Wolałam żeglowanie po jeziorach w Finlandii.

Dlaczego w Finlandii?

To był nasz "prywatny" kraj. Tylko dla nas. Kraj spokoju, natury, wody, zbierania grzybów... i opędzania się od komarów. Nie kręciliśmy tam żadnych filmów. Pływaliśmy aż za koło podbiegunowe i wyłączaliśmy się ze świata.

Nawet Tony Halik musiał się wyrwać  z tego pędu, w którym żył?

Tak myślę, choć on ten pęd kochał. Ja zresztą też nie wyobrażam sobie osiadłego życia. Jak mnie pytają, gdzie chciałabym żyć, jeśli nie w Polsce, to zawsze odpowiadam: na Manhattanie.

Dlaczego?

Bo tam się tyle dzieje! Tam jest sztuka - muzea, galerie, koncerty, w najlepszym wydaniu. Tam się nie chodzi, tylko biega. Tam jest się zmuszonym do bezustannej aktywności, do rozwoju. Tak jakby ciągle było się w podróży, kiedy musieliśmy planować i żyć na bieżąco.

230.03.2017 Warszawa , ul. Czerska 8 / 10 . Od lewej : Ewa Wieczorek , Michal Nogas , Miroslaw Wlekly , Elzbieta Dzikowska , Martyna Wojciechowska , Aleksander Doba i Marek Kaminski podczas spotkania wokol ksiazki  Tony Halik - Tu bylem ' w Centrum Premier Czerska . Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Gazeta
Mirosław Wlekły, autor biografii Tony'ego Halika 'Tu byłem', Elżbieta Dzikowska i Martyna Wojciechowska na spotkaniu promującym książkę M. Wlekłego (fot. Dawid Żuchowicz/AG)

Mówi pani: planowaliście. Czy z Halikiem, człowiekiem spontaniczności i improwizacji, któremu na dodatek ciągle coś nieprzewidzianego się przytrafiało, dało się w ogóle coś zaplanować?

Dało się! "Elżuniu, dokąd chciałabyś pojechać?"- pytał. Ja mówiłam dokąd - na przykład tropem katedr romańskich, on kupował przyczepę "Niewiadów", wsiadaliśmy - i w drogę! (śmiech)

Ufał moim wyborom. A ja - jego. Tony'ego interesowali najbardziej ludzie, zwłaszcza indiańskie plemiona - i zwierzęta. Mnie - zabytki, sztuka współczesna, przyroda. Na początku więc planowaliśmy, ale później - w trakcie podróży - nie obrażaliśmy się na to, co się nam przytrafiało. Na przypadki. Kombinowaliśmy, jak je wykorzystać - i nieraz stawały się tematem filmów, które realizowaliśmy.

A pamięta pani taki przypadek nieprzewidziany, który potem stał się tematem albo elementem filmu?

Wiele ich było. Na przykład w Australii - jechaliśmy do Ayers Rock, owej magicznej skały, a po drodze trafiliśmy do kopalni opali. Zatrzymaliśmy się - i powstał film. Ciekawe, że tam ludzie mieszkają najchętniej w dawnych wyrobiskach, gdzie jest chłodniej, albowiem temperatura na zewnątrz sięga 60 stopni C. My też nocowaliśmy w podziemnym hotelu.

W jednym z wywiadów powiedziała pani taką rzecz: że to pani wymyślała filmy, on je kręcił, a postprodukcja, tłumaczenia dialogów, montaż - to była pani działka po powrocie.

Dzieliliśmy się pracą. Tony doskonale czuł i wiedział, co i jak filmować, potrafił leżeć z twarzą w błocie lub piasku, żeby złapać lepsze ujęcie. Potem ja zastanawiałam się, jak ten materiał zmontować, nadać mu ostateczną formę. Ale nasze filmy to zawsze były wspólne dzieła. Nie zazdrościliśmy sobie nawzajem, obojgu chodziło o to samo.

Czyli?

Pokazać ludziom świat. Przede wszystkim Polakom, zamkniętym wówczas za żelazną kurtyną.

Marcin Borchardt kręci właśnie film dokumentalny o Tonym Haliku. Jeśli reżyser pokaże, jak Tony widział świat zza kamery, to w kadrze - oprócz tych wszystkich odległych krain - na pewno pojawi się pani.

Ale ważne jest, żeby pokazać wszystkie etapy życia Tony'ego.

Także wtedy...

Tak, także wtedy, kiedy był z Francuzką Pierrette [pierwsza żona Tony'ego Halika - red.], kiedy razem wędrowali po Ameryce, kiedy urodził się ich syn Ozana. Mam nadzieję, że to będzie film o Tonym, ja w jego życie wkroczyłam później, spędziliśmy je już do końca wspólnie. Że będzie to film o życiu, które - niezależnie od tego, że za wcześnie odszedł  - było pełne optymizmu. Patrzył zawsze na świat przez różowe okulary.

Ale patrzył przez te okulary człowiek o kilku biografiach. Patrzył Tony Halik, sympatyczny podróżnik z Pieprzu i Wanilii. Tony Halik, korespondent NBC. Antonio Halik, niespokojny duch, pilot i podróżnik z obywatelstwem Argentyny. Max Halik, rzekomo urodzony w 1916 roku we Francji, uciekinier z Luftwaffe, członek francuskiego ruchu oporu. Naprawdę -  Mieczysław Sędzimir Halik, urodzony w Toruniu w 1921 roku. Wszystkie te biografie opisał w swojej książce Mirosław Wlekły. Pani znała tego Halika, który był tylko dla pani. Ile twarzy może mieć człowiek?

Myślę, że prawdziwą tylko jedną. I prawdziwa była tylko jedna twarz Tony'ego. Ta uśmiechnięta do całego świata. Może dzięki temu ja też byłam uśmiechnięta. Mieliśmy dla siebie prawdziwe twarze.


Tony Halik (fot. Archiwum Elżbiety Dzikowskiej/Wikimedia Commons/domena publiczna)

Dalej jest pani tego pewna, mimo że Tony nigdy nie opowiedział pani o swoich prawdziwych losach podczas wojny - wcieleniu do Luftwaffe, dezercji, udziału we francuskim ruchu oporu?

Tak... Choć nie znałam tej części jego życia. Pewnie bał mi się o tym opowiedzieć.

Na kopercie z dokumentami, które poświadczały jego walkę przeciwko Niemcom, napisał "nie otwierać, spalić". Gdyby naprawdę tego chciał, nie sądzi pani, że spaliłby ją sam?

Te dokumenty były dla niego ważne do końca życia. Tyle, że ostatnie dwa miesiące spędził w szpitalu i tam zmarł. Ze szpitala nie miał już żadnej możliwości zadysponowania tą kopertą. Może i ja powinnam ją spalić, ale zapomniałam - i dziś się cieszę. Bo listy, które znalazłam, przedstawiają go w bohaterskim świetle.

Dlatego mnie dziwi, że chciał tak bardzo ukryć przeszłość, że tworzył różne jej wersje.

Chciał zataić, że był w armii niemieckiej. Niezależnie od tego, że w tych dokumentach jest zapisane, że nic złego nie robił - a wręcz przeciwnie: owszem, wcielono go do wojska III Rzeszy, ale zdezerterował i został bohaterem francuskiego ruchu oporu.

Dlaczego więc ukrywał coś, z czego powinien być dumny?

Wstydził się tej Luftwaffe. Znał mój stosunek do Niemców, którzy rozstrzelali mojego ojca. Nie chciał mi też powiedzieć, że się zgodził na "współpracę" z bezpieką, z której przecież wyszedł śmiech, bo o niczym nie donosił. Ale znał mój wyrobiony  - przez pół roku w więzieniu w Lublinie - stosunek do władzy ludowej.

Za co panią wsadzili?

Jako piętnastoletnią dziewczynę aresztowano mnie za udział w organizacji antykomunistycznej. Spędziłam w więzieniu pół roku, na tym samym zamku w Lublinie, gdzie rozstrzelano mego ojca. Zwolniono mnie na podstawie amnestii. Długo miałam kłopoty, rzadko o tym mówię, teraz tyle osób chciałoby mieć przeszłość związaną ze "styropianem"...

A o czym miał donosić esbekom Tony?

O stosunkach handlowych Chin z Meksykiem! Rozumie pan absurd? Tony nie miał o tym pojęcia! (śmiech) Ubecja się go w końcu sama pozbyła.

Po co się zgodził na współpracę?

Żeby nie robili mu problemu z prawem stałego pobytu w Polsce Ludowej. Wie pan, myślę, że zrobił to, bo mnie kochał. I chciał być w Polsce. Ze mną. Bo ja nie chciałam być nigdzie indziej.


Tony Halik (fot. Archiwum Elżbiety Dzikowskiej/Wikimedia Commons/domena publiczna)

Robiąc notatki do naszej rozmowy zapisałem to słynne hasło Tony'ego "Tu byłem", a tuż obok zapisałem tytuł pani książki - "Tam, gdzie byłam". Czyli Tony, gdziekolwiek był, był "tu", u siebie, a pani "tam", czyli jednak nie "w domu"? Czy zgodzi się pani z tą interpretacją?

Nie myślałam o tym w ten sposób. Dla mnie zawsze najważniejsze było "tu, gdzie jestem" i "to, co będzie". Teraz zajmuję się nie "pieprzem i wanilią", tylko "grochem i kapustą". Nie tym, co dalekie i egzotyczne, ale tym, co nasze, swojskie, przaśne. Napisałam cztery tomy "Grochu i kapusty, czyli podróżuj po Polsce", przygotowuję piąty tom "Polski znanej i mniej znanej". Objechałam pół świata, żeby wrócić do własnego kraju i objechać go po raz drugi - za pierwszym razem poznawałam go z Andrzejem Dzikowskim, moim pierwszym mężem, też bardzo dobrym. Polska, w której są miejsca ciekawe, niebanalne, wyjątkowe,  leży teraz - wydaje mi się - odłogiem, każdy kto ma zdrowie, czas i  pieniądze, może pojechać na krańce świata. Więc ją opisuję. Na przykład moje ukochane Bieszczady, ich krajobrazy, kościółki, cerkiewki, wsie. Niedawno mój tamtejszy przyjaciel, leśnik Edward Marszałek zawiadomił mnie, że pięknej, zabytkowej jodle w Mucznem nadano imię "Elżbieta", bo siadywałam na jej gałęzi.

Tony nie chciał jeździć po Polsce?

Nie miał czasu. Pracował w Polsce dla NBC. No i świat był do odkrycia.

To, co zapisaliście na taśmach, dziś już często nie istnieje. Pierwotne kultury giną lub ulegają wpływom cywilizacji. W dziewicze tereny wchodzi przemysł.

I trudno się dziwić, że tacy np. Indianie Lakandoni, mieszkający na granicy Meksyku i Gwatemali, chcą korzystać ze zdobyczy cywilizacji, mieć światło, prąd, wodę, nawet samochód. Zobaczyłam tę zmianę na własne oczy.

Bezpowrotnie zapominają przy okazji o tradycyjnej kulturze, z której się wywodzą.

Niekoniecznie. Ale ja interesuję się właśnie tym światem, który odchodzi. Dokumentuję w moich książkach plemiona, które albo o swojej kulturze zapominają, albo kultywują ją dla białego turysty. Bo to najłatwiejszy sposób zarobku. W Etiopii w dolinie rzeki Omo za każde zdjęcie trzeba zapłacić. Więc rdzenni mieszkańcy malują się, noszą w dolnych wargach gliniane talerzyki, jak np. w plemieniu Mursi. Ale na targu też ich widać jeszcze w tradycyjnych strojach.  Paradoksalne jednak, że turystyka i nasza cywilizacja z jednej strony wypierają dawne kultury, a z drugiej strony - utrzymują je przy życiu.

20.05.2017 Warszawa , Stadion Narodowy . Elzbieta Dzikowska podczas trzeciego dnia Warszawskich Targow Ksiazki .Fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta
Elżbieta Dzikowska podpisuje swoje książki (fot. Adam Stępień/AG)

Elżbieta Dzikowska. Historyk sztuki, sinolog, podróżniczka, reżyser i operator filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, artykułów publicystycznych, a także wystaw sztuki współczesnej. Wraz z partnerem Tonym Halikiem zrealizowała około 300 filmów dokumentalnych ze wszystkich kontynentów dla Telewizji Polskiej oraz prowadziła popularny podróżniczy program telewizyjny "Pieprz i wanilia". Po śmierci Tony'ego w 1998 r. zajęła się głównie popularyzacją ciekawych miejsc w Polsce realizując krajoznawcze programy telewizyjne z cyklu "Groch i kapusta" i tworząc cykl książek "Groch i kapusta, czyli podróżuj po Polsce!". W 2006 otrzymała Nagrodę Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz i redaktor magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, "Dziennika" i "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Zobacz także
Komentarze (25)
Zaloguj się
  • dr.hayd

    Oceniono 14 razy 6

    Nie bądźmy naiwni. Naprawdę ktoś myślał, że w PRL mógłby jeździć po świecie z kamerą i robić program telewizyjny, ktoś, kto odmówił współpracy z władzą? Zresztą nikogo z widzów to nie obchodziło.
    Dużo ciekawszy jest ten ledwo napomknięty wątek z Luftwaffe i francuskim ruchem oporu. Myślałem, że Halik latał bombowcem w Polskich Siłach Powietrznych w Wielkiej Brytanii.

  • twzelnik

    Oceniono 10 razy 4

    Kwestia wyboru. W mojej rodzinie nikt nie wstąpił nawet do partii, nie mówiąc o współpracy z UB.
    Niczym złym to nie skutkowało - ot, wujek nie dostawał awansu, ojciec nie wyjechał na kontrakt za granicę, inny wujek kierował pracownią projektową z tylnego siedzenia, bo oficjalnie robił to tłuk po WUML-u.

    Po prostu, dla wygody można się godzić na pewne rzeczy, ale można też się nie godzić i nie mieć wygody.
    Z rodziny żony jeden taki Ślązak się nie zgodził na podpisanie volkslisty i miał baaaardzo niewygodnie...

  • stanislaw.sk

    Oceniono 12 razy 2

    @twzelnik
    Józef Tusk 1 września 1938 został mianowany na stanowisko telegrafisty kolejowego. Przynależał do Związku Zawodowego Zjednoczenia Zawodowego Polskiego na Wolne Miasto Gdańsk.
    Wśród kolejarzy było też wielu członków formacji dywersyjnych, przygotowywanych przez Oddział II do działań w przypadku wojny. Jednym z nich był – według doniesień prasowych – Józef Tusk, radiotelegrafista na dworcu głównym w Gdańsku.
    W dniu aneksji Gdańska do Rzeszy, 1 września 1939, Adolf Hitler wydał ustawę, zgodnie z którą obywatele byłego Wolnego Miasta Gdańska stali się automatycznie obywatelami III Rzeszy. Jednocześnie ludność polska Gdańska, mimo posiadania niemieckiego obywatelstwa, była poddana prześladowaniom.Już 1 września 1939 rozpoczęła się akcja przeszukiwania domów Polaków przez niemieckie oddziały szturmowe. Józef Tusk podczas wizyty uciekł na dworzec PKP. Kiedy zdał sobie sprawę, że rozpoczęła się wojna, udał się na komisariat policji. Gestapo zastosowało areszt oraz stwierdziło, że Tusk to „polski fanatyk, zagraża bezpieczeństwu Rzeszy”.
    Józef Tusk przez jakiś czas przebywał w więzieniu, a potem pracował jako przymusowy robotnik. Między innymi uczestniczył w budowie baraków obozu Stutthof – na jednej z zachowanych drewnianych tabliczek znalezionych w tym obozie odkryto podpis [J. Tusk 24 września 1939]. 19 marca 1940 został uwięziony w tym obozie, a następnie w obozie koncentracyjnym Neuengamme (nr obozowy 5939), w którym przebywał do 26 sierpnia 1942.
    ================================
    Ale minister J.Kurski z tej wiadomości zrobił news o "dziadku w Wehrmachcie"...

  • mer-llink

    Oceniono 11 razy -3

    PaN Halik kolorowym człowiekiem był.
    I w każdym ustroju, organizacji, konwentyklu potrafił znaleźć miejsca, gdzie satły konfitury (leżało "sianko").
    Przy okazji: był to jeden z najbardziej zawziętych konfabulacjonistów. To, co potrafił opowiadać na temat swojego zyciosysu, "życiorysu", cv, bio, etc. to jak osobna bajka: mnóstwo sprzecnzości, brawurowych łgań, kolorowych naciągań faktów, dat, zdarzeń. Jak sie nie zgadzały fakty, to tym gorzej dla faktów. Pan Halik potrafił wszystko i wszystkim tak zamotać, że wychodził na herosa, Wyrwidęba i Ilie Muromca w jednym (pardon, pomyliłem strony: BArona Richthofena).
    Krótko: to taki kuzyn Munchhausena i Rycerza Szaławiły.
    Ale nie malujmy tak jego osoby pastelowo, permisywnie, łagodnymi kolorkami w przedwieczornej bryzie. Bo wychodzi na urocze niewiniątko, miłego łapserdaka i kolorowego ptaka.
    Jesli już ptak - to sęp....
    Faktem jest, że dobrowolnie współpracował z UB.

    W kazdym kraju są tacy. Ale nie w każdym kraju takim funduje sie muzea. Ja zreszta przypuszczam, że to bardziej własne muzeum buduje sobie sama pani Dzikowska w tym Toruniu...
    Zreszta w Toruniu zdarzają się różne dziwactwa. Także w mykologi....

  • mniklasp

    Oceniono 9 razy -3

    ciekawe jest to ze w Polsce warszawski etnocentryzm pozwalal w komunizmie i obecnie na kariere pewnych ludzi co bylo nie do pomyslenia dla ludzi prowincji. Warszawa byla zamknietym miastem , nikt nie mogl zamieszkac w Warszawie do 89 roku. To bylo bardzo niesprawiedliwe ze nie dawalo szans ludziom spoza Warszawy, Ja dopiero jak wyjechalem z Polski do USA na stale 30 lat temu zdalem sobie sprawe jak zycie moze wygladac inaczej bez takiej dyskryminacji

  • ponury_swiniarz

    Oceniono 10 razy -10

    Usunięto mój komentarz więc powtórzę, "Pieprz i Wanilia" to były dla mnie nudne programy a z książek Tonego, moim zdaniem, bił rasizm.

  • jan.go

    Oceniono 29 razy -11

    Człowiek może upaść na wiele sposobów I każdy z nas wielokrotnie zaliczy w życiu glebę Nie dajmy sobie wmówić że tylko jeden z tych sposobów jakoś szczególnie nas dyskredytuje Bo co ,całe życie sku...syn ale nie donosił do SB ? Szczególnie że nie wiemy co

  • welarg

    Oceniono 28 razy -16

    "Pieprz i Wanilię" oglądałem jako dzieciak, ale nie z wypiekami na gębie, tylko z niejasnym przeczuciem, że Tony Halik jest strasznie fałszywy. Miałem wrażenie, że cały czas zmyśla. Nie potrafiłem ocenić, kiedy zmyśla, a kiedy mówi prawdę.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX