Za Władysława Gomułki królowały tzw. procesy akcyjne. Gomułka walczył, jak sam to określał, ze zgnilizną moralną

Za Władysława Gomułki królowały tzw. procesy akcyjne. Gomułka walczył, jak sam to określał, ze zgnilizną moralną (fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

Opisała procesy w PRL-u. ''Gomułka walczył ze zgnilizną moralną. Tropił ludzi wolnych zawodów''

Żeby wsadzić do więzienia króla nocnych balang, a równocześnie wnikliwego demaskatora ówczesnej zakłamanej obyczajności, jakim był Ireneusz Iredyński, trzeba było zmanipulować akt oskarżenia - opowiada Helena Kowalik, znawczyni sądownictwa w PRL-u.

Wiadomo, że wymiar sprawiedliwości PRL-u był w pełni upolityczniony, ale dopiero historie z pani książki "PeeReL zza krat" pokazują, jak bezwzględnie niszczył życie nie tylko działaczom opozycji, ale i zwykłym ludziom.

Uściślijmy, że chodzi o sądy w latach 50. Z tego okresu opisałam przejmującą historię maturzystów z liceum w Częstochowie. Rzecz działa się w 1948 roku. Cała klasa została zaaresztowana za, jak to określono, podważanie podwalin ustroju socjalistycznego. A polegało to na tym, że ci chłopcy czasem opowiadali dowcipy o Stalinie, a niektórzy mieli pod ławką obrzyny z demobilu.

Kto na nich doniósł?

Tu nie był potrzebny donos. W KC PZPR szukano egzemplifikacji dla właśnie wysuwanych oskarżeń Gomułki, że tkwi w głęboko zakonspirowanym spisku agentur imperialistycznych i ta zaraza przenosi się już do głów licealistów. Trzeba zatem tę młodzież opanować. Liceum w Częstochowie nadawało się, bo wychowawcą był były legionista. Oskarżeni dostali wyroki od 4 do 7 lat więzienia, proces był pokazowy. Zresztą pokazowość procesów to specyfika PRL-u, która się ciągnie prawie do 1989 roku.

Na czym ona polegała?

Proces maturzystów odbył się w jednej z hal fabryk włókienniczych w Częstochowie, bo trzeba było zwołać robotników w charakterze publiczności. Gdy skazani maturzyści - kilkunastu chłopców - odsiedzieli wyroki, zamiast obowiązkowej służby w wojsku, czekały na nich bataliony karne w kopalni. Drugie więzienie, z wyrokiem dwa lata. Część z nich na szczęście objęła amnestia w 1953 roku.

01.09.2017 Wroclaw . Rzezba przedstawiajaca Temide , nad wejsciem do gmachu sadu przy ulicy Sadowej 1 .fot . Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
W PRL-u królowały procesy pokazowe (fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta)

Na celowniku PRL-owskich prokuratorów byli nie tylko uczniowie, ale również artyści.

Za Władysława Gomułki królowały tzw. procesy akcyjne. Gomułka walczył, jak sam to określał, ze zgnilizną moralną. Tropił nie tylko "dzieci kwiaty", ale i ludzi wolnych zawodów, m.in. pisarzy Ireneusza Iredyńskiego i Leopolda Tyrmanda. Żeby wsadzić do więzienia takiego króla nocnych balang, a równocześnie wnikliwego demaskatora ówczesnej zakłamanej obyczajności, jakim był Ireneusz Iredyński, trzeba było zmanipulować akt oskarżenia.

W jaki sposób?

Iredyńskiego sądzono za gwałt na nieletniej, ale podczas całej sprawy nie padło w sądzie, a także w ocenzurowanych relacjach medialnych, że ofiara jest córką pracownika MSW. Była podstawiona. Przed rzekomym gwałtem dziewczyna sama zdjęła ubrania i bieliznę, równiutko ułożyła wszystko na krześle, po czym naga wybiegła z mieszkania, wołając o pomoc. Wykorzystano fakt, że pisarz lubił chodzić po restauracjach, bywać na rauszu, a potem lądować z kumplami w przygodnych kawalerkach...

Który rodzaj procesów z okresu PRL-u uważa pani za najbardziej absurdalny w tamtej epoce?

Przestępstwa dewizowe, które nasiliły się za Gierka, po uchyleniu żelaznej kurtyny. W kraju brakowało wielu podstawowych artykułów; właściwie wszystkiego brakowało. I ludzie kombinowali, próbowali przemycić coś z Rumunii czy Bułgarii. Przed wydziałami paszportowymi gromadzili się ludzie, którzy dzielili się zagranicznymi kontaktami oraz informacjami, kto co ma do sprzedania, w jakim kraju jaki towar z Polski ma najlepsze przebicie cenowe. Niektórzy widzieli w tym interes życia - przemycali nie tylko kremy Nivea, ale i złoto.

Sądy były zawalone setkami tego rodzaju karnych spraw. W ławach oskarżonych siadali sportowcy wszelkich dyscyplin, lekarze, wysocy rangą urzędnicy, zwłaszcza z central handlu zagranicznego. Ci pierwsi jeździli na zawody, drudzy na sympozja, z których przywozili w walizkach dobra z Zachodu. Często na handel wymienny. W proceder byli wciągnięci nawet kolejarze, którzy robili skrytki w wagonach pociągów jadących np. do Budapesztu. Właściwie nie było grupy zawodowej, która by nie handlowała.

12.10.1990 WARSZAWA , HOTEL HOLIDAY INN . NZ. EDWARD GIEREK , PIOTR JAROSZEWICZ Z ZONA ALICJA SOLSKA - JAROSZEWICZ . PROMOCJA KSIAZKI EDWARDA GIERKA  EDWARD GIEREK - REPLIKA ' FOT. Slawomir Sierzputowski / Agencja Gazeta SS 259
Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz z żoną Alicją Solską-Jaroszewicz (fot. Sławomir Sierzputowski / Agencja Gazeta)

Pamięta pani finał tego typu spraw?

Niektóre kończyły się dramatycznie. Pamiętam z 1973 roku proces olimpijskiej biegaczki narciarskiej z Zakopanego, która jeździła na międzynarodowe olimpiady i przemycała do kraju różne towary, głównie twardą walutę i złoto. Dostała sześć lat więzienia. Bardzo przeżywała swój proces. Pisała listy do koleżanek z prośbą, by nie przychodziły do sądu, bo nie potrafi im spojrzeć w oczy. Oficjalnie, w mediach była napiętnowana, ale tzw. ulica jej współczuła. Dziś jest szanowaną mieszkanką Podhala.

Czy trafiła pani na przypadki, które panią rozbawiły?

W sprawach sądowych nie ma szczególnych okazji do śmiechu, bo tam się decyduje o losach człowieka. Raczej mówmy o zadziwieniu paradoksalną sytuacją. Oto przykład. Dwaj przedsiębiorczy mężczyźni prowadzili cocktail bary Hortexu. Weszli w układy z kapitanami statków, którzy transportowali do Polski egzotyczne owoce, będące wówczas rarytasem. Czasem kupowali z tych transportów np. spleśniałe rodzynki, które po znajomości przekazywali do zakładów karnych. Więźniowie je przebierali, płukali i potem te rodzynki trafiały do lodów w barach Hortexu. Polacy się o nie zabijali.

Organizatorzy tego procederu zostali oskarżeni o korupcję i niesubordynację wobec centralnego zarządzania. Dostali po parę lat więzienia, i to  nie jest już śmieszne. Niewykluczone, że dziś uznano by ich za rzutkich menedżerów, zasługujących na laur biznesu.

Inna paradoksalna sytuacja: sądzono wielu różnej maści hochsztaplerów. W tej galerii znalazł się niejaki Jacek Ben Silberstein, a tak naprawdę Śliwa, który stanął przed sądem jako fałszywy konsul generalny Austrii. Gdyby ówcześni urzędnicy znali płynnie języki obce, a był to rok 1969, nie nabraliby się na prymitywnie spreparowane listy uwierzytelniające, napisane bełkotliwym niemieckim. Rzekomego konsula nikt nie sprawdzał, wystarczyło, że przedstawił się jako dyplomata z Zachodu i wszyscy otwierali przed nim drzwi, udzielali pożyczek - z nadzieją, że zrewanżuje się dolarami.

Dobrze ocenia pani sprawność i etykę zawodową sędziów PRL?

To zależy, o jakim mówimy okresie. Ale pomijając oczywiście ekstremalny okres stalinowski i wspomnianą akcyjność w latach 60. czy procesy w stanie wojennym, to zdecydowana większość spraw była prowadzona rzetelnie, nawet gdy na orzekających wywierały nacisk sterowane przez władze media, dążące do spektakularnego wyroku.

Pamiętam głośny proces poszlakowy z 1971 roku w sprawie porwania lekarki z Płocka. Pojechała do chorego dziecka i zaginęła. Nigdy nie odnaleziono jej ciała. Zatrzymano człowieka podejrzanego o uprowadzenie kobiety, który rzeczywiście to zrobił. Twierdził, że później lekarkę wyrwali mu z rąk dwaj nieznani mu mężczyźni. Nawet na łożu śmierci nie przyznał się do zabicia lekarki. Sąd, nie mając wszystkich zazębiających się dowodów w łańcuchu poszlak, nie skazał go za zabójstwo, choć publiczność na procesach domagała się kary śmierci.

Uwaga ! Zakaz publikacji wizerunku oskarzonych15.05.2018 Poznan . Sad Okregowy . Szymon B. i Andzelika B. podczas procesu w sprawie Lilianny z Pily . Oskarzonym zostal postawiony zarzut zabojstwa. Partner matki dziewcznki Szymon B. pchnal dwuletnie dziecko , bo przeszkadzalo mu grac na komputerze . Dziewczynka uderzyla glowa o futryne . Okazalo sie po kilku dniach, ze ma peknieta czaszke i krwiaka . Dziewczynka zmarla podczas operacji .
W PRL-u popularne były procesy pokazowe (zdjęcie ilustracyjne, fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

Na ówczesne procesy pewnie spory wpływał miała cenzura?

Były procesy, w których nie wszystko ujawniano opinii publicznej. Chociażby, jak w przypadku Juliana H., doktora prawa z Uniwersytetu Jagiellońskiego, oskarżonego o przyjmowanie łapówek za dyplomy ukończenia prawa na tej uczelni. Stanął przed sądem w latach 60. W relacjach z procesu nigdy nie pojawiła się informacja, że w okresie stalinowskim ten człowiek był sędzią wojskowym z nadania politycznego. Podpisywał wyroki śmierci dla politycznych. Do dziś nie wiem, czy ówcześni sprawozdawcy sądowi, a było ich na procesie kilkunastu, znali ten rozdział z życia oskarżonego, a jeśli nie, czy wyczuli zmowę milczenia między sędzią a prokuratorem. I czy ktoś z nich naraził się cenzurze.

Zdarzało się, że ingerowano w pani artykuły?

Dosyć często, ale ja zajmowałam się reportażem społecznym, również tzw. interwencyjnym. Dziś można by go nazwać śledczym. Materiały zbierałam w terenie, nie na sali sadowej. Ale zdarzyło mi się wręcz anegdotyczne wejście cenzury w reportaż z procesu. Oskarżenie, bardzo typowe dla tamtych czasów, dotyczyło kradzieży mienia państwowego, czyli "niczyjego".

Oskarżeni byli z kilku miejscowości na wschodzie Polski, przez które przejeżdżały pociągi z towarami do ZSRR. Na tej trasie mieszkańcy, w zmowie z kolejarzami, zasadzali się na transporty, otwierali wagony w nocy i plądrowali. Część towarów brali dla siebie, część sprzedawali.

I się wydało?

Tak, i to w zabawnych okolicznościach. Otóż na 1 listopada na miejscowym cmentarzu większość pań włożyła płaszcze w biało-czarną kratkę z Mody Polskiej, a panowie tyrolskie kapelusze. Bo to akurat wyszabrowali z wagonów. Pewna nauczycielka oburzyła się na ten widok i doniosła do prokuratury. Doprowadziła do procesu złodziejskiej szajki, przez co omal nie straciła życia, bo później próbowano się na niej zemścić. W proceder byli zresztą wciągnięci jej byli uczniowie. 

WWRZESIEN 1989 WARSZAWA UL.MYSIA CENZURA            FOT.TOMASZ WIERZEJSKI/AGENCJA GAZETA
Urząd Cenzury przy ul. Mysiej w Warszawie (fot. Tomasz Wierzejski / AG)

Napisałam o tej sprawie reportaż, po czym okazało się, że wyrzucono z niego tylko jedno zdanie - że pociągi jechały na Wschód.

Czasami nie wystarczyło wyrzucenie kilku zdań, ale cenzura, to zbrojne ramię władzy, wręcz wymagała tuszowania wydarzeń. Opisuje pani takie procesy.

W Nowym Dworze Mazowieckim na przykład doszło do zabójstwa i gwałtu dziewczyny. Ofiar gwałtów było zresztą więcej. Problem organów ścigania polegał jednak na tym, że większość przestępczej szajki stanowiły nastolatki z wojskowego osiedla. Wszyscy się ich bali. Żeby wydarzenia w Nowym Dworze przybladły, rozmyły się w natłoku im podobnych, na polecenie prokuratury zaczęła się akcja szukania gwałcicieli w cały kraju. Wyłapywano ich, sądzono, a dziennikarze chętnie te sprawy opisywali.

Proszę na koniec powiedzieć, czy przeglądając akta z dawnych lat, trafiła pani na sprawę pokroju Tomasza Komendy?

Kojarzy mi się inna, ale nieco podobna historia zabójcy kobiet i dzieci z Krakowa. To był młody człowiek, którego ogarnęła żądza mordowania. Okrzyknięto go wampirem i stracono. Podczas sekcji zwłok okazało się, że miał guza mózgu. Chociaż na potrzeby procesu badali go biegli, choroby nie wykryto. A przecież wpłynęła ona na poczytalność tego człowieka. Nie powinien być sądzony. Pomyłka sprawiła, że oskarżony stracił życie.

Książka Heleny Kowalik pt. "PeeReL zza krat" ukazała się nakładem Wydawnictwa Naukowego PWN.


Helena Kowalik i okładka jej najnowszej książki (fot. archiwum prywatne / mat. prasowe)

Helena Kowalik. Dziennikarka. Zdobywczyni prestiżowych nagród dla reportażystów im. Ksawerego Pruszyńskiego i Bolesława Prusa. W 2010 roku nagrodzona radiowym "Melchiorem" za "uporczywe i konsekwentne dążenie do prawdy w reportażach sądowych". Pracowała m.in. w "Życiu Warszawy", "Przeglądzie Tygodniowym" "Przeglądzie" oraz "Prawie i Życiu". Autorka kilkunastu zbiorów reportaży. "PeeReL zza krat" to jej piąta książka z sali sądowej. Prywatnie emerytka i szczęśliwa babcia.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Zobacz także
Komentarze (22)
Zaloguj się
  • jan.go

    Oceniono 11 razy 5

    " Wiadomo, że wymiar sprawiedliwości PRL-u był w pełni upolityczniony " Pierwsze zdanie i już polityka historyczna Pani wrzuciła do wora trzy okresy które do siebie nie przystają Tak to można powiedzieć o epoce stalinizmu Pierwsza czystka w sadach jest własnie po tym przestali pracować tam "sędziowie" po kursach i ci najbardziej zasłużeni dla reżimu Były nawet sprawy karne w stosunku do nich W drugim okresie gomułkowskim sprawy polityczne są incydentalne bo cała opozycja to jedna kanapa Nawet w trzecim po stanie wojennym 80 % sędziów nie widziała żadnej sprawy politycznej A akcyjność i tz polityka penitencjarna to już wynaturzenia całego świata nawet tego demokratycznego 6 lat za przemyt ? A dożywocie za batoniki w USA i gigantyczna ilość skazanych To tez właściwie "procesy polityczne" bo pozwalają politykom wygrywać wybory na wszystkich szczeblach Nawet Bierut nie wsadził tylu ludzi do wiezienia

  • Konrad Pirek

    Oceniono 15 razy 5

    Jak dobrze, że po 1989 sędziowie sami przeprowadzili niezbedne reformy i pozbyli się najgorszych aparatczyków. Dzięki temu mieliśmy przez prawie 30 lat wzorowy system sprawiedliwości....

  • ksks3

    Oceniono 6 razy 4

    A dziś PiS chce sądów na wzór tych z lat sześćdziesiątych. Czy wśród sędziów znajdzie się tyle kanalii co wówczas ? Zobaczymy . Ale że trochę się ich znajdzie to widać już dziś !

  • wildturkey

    Oceniono 3 razy 3

    Artykuł mimo wszystko ciekawy. Okazuje się iż dyplomy ukończenia studiów na wydziale prawa UJ rozdawali już w latach sześćdziesiątych.

  • gangut

    Oceniono 4 razy 0

    Iredyński ? Następny artysta który "zgwałcił ale nie zgwałcił, dziewczyna oczywiście! była podstawiona a zresztą tak naprawdę sama chciała? Coś mi to przypomina... :-)

  • adashofman1

    Oceniono 4 razy 0

    Niestety wymiar sprawiedliwości jest tak zepsuty, że jedynym sposobem jego oczyszczenia są działania fizyczne. Polityka i prawo są bezradne,tylko plac z szubienicami.

  • kkorzempa

    Oceniono 14 razy 0

    A wyroki wydawali wtedy personalnie ci sami sędziwie, którzy wydają wyroki obecnie (ewentualnie ich rodzice). Transformacja ustrojowa i upadek PRL nie zmieniły w polskim wymiarze sprawiedliwości absolutnie niczego. A jeśli cokolwiek zmieniły to jeszcze na gorsze. W tej chwili zamiast wymiaru sprawiedliwości mamy raczej system terroryzmu prawniczego. I to trzeba zmienić. Natychmiast !!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX