Film 'Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka' będzie miał swoją premierę na HBO 10 czerwca

Film 'Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka' będzie miał swoją premierę na HBO 10 czerwca (mat. promocyjne)

wywiad gazeta.pl

Jego "Dzieje grzechu" obejrzało w polskich kinach 8 milionów widzów. Przypadek Waleriana Borowczyka

Niektórzy oglądali ten film po kilka razy, przychodzili do kina z karteczkami, na których mieli wynotowane "momenty". Wychodzili na papierosa, zerkali na zegarek i w kluczowym momencie wchodzili na salę kinową - mówi Kuba Mikurda, reżyser dokumentu "Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka", który w niedzielę 10 czerwca o 22.00 będzie można obejrzeć na HBO. Film trafi również na platformę HBO GO.

Terry Gilliam mówi w twoim filmie, że z Borowczykiem można walczyć, ale koniec końców trzeba mu się poddać. Kiedy ty uległeś twórcy "Bestii"?

Można powiedzieć, że uległem Borowczykowi już w trakcie naszego pierwszego spotkania (śmiech). Zetknąłem się z jego twórczością podczas wystawy monograficznej w CSW Zamku Ujazdowskim, zorganizowanej dwa lata po jego śmierci, w 2008 roku.

Wcześniej znałem głównie jego animacje, wiedziałem, że nakręcił "Dzieje grzechu", ale oprócz tego jego nazwisko było dla mnie pewnego rodzaju "białą plamą" w historii kina. Na tej wystawie zobaczyłem coś w rodzaju konstelacji  - od jego plakatów, przez grafiki, rzeźby, filmy animowane, eksperymentalne, aż do pełnometrażowych. W nic mi się to nie chciało złożyć. My, filmoznawcy, lubimy tworzyć na temat twórców pewne narracje, wpisywać ich w znajomy kontekst, dzielić dorobek na etapy. Tutaj nic się nie zgadzało. Zacząłem więc szukać i okazało się, że na temat Borowczyka napisano bardzo niewiele. Do większości jego filmów nie można było dotrzeć. Trzeba było odkryć tego reżysera na nowo.

Terry Gilliam z plakatem Waldemara Borowczyka. Kadr z filmu 'Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka' (mat. promocyjne)
Terry Gilliam z plakatem Waldemara Borowczyka. Kadr z filmu 'Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka' (mat. promocyjne)

I wyjąć go przy okazji z szuflady, do której włożyli go historycy kina, określając go mianem specjalisty od kina erotycznego. Borowczyk kojarzy się w Polsce głównie z kontrowersyjnymi "Dziejami grzechu".

Całe jego życie opierało się na obsesyjnym, może nawet nieco ślepym, dążeniu do wolności. Borowczyk poświęcał mnóstwo energii na walkę z ograniczeniami, nie chciał, by mu cokolwiek narzucano albo przypinano jakąkolwiek etykietę. Gdy nazywano go surrealistą - odcinał się od wszelkich -izmów; gdy opisywano go jako artystę pochodzącego z Polski - mówił, że nie ma nic wspólnego z polską sztuką; gdy nazywano go animatorem - podkreślał, że od strony technicznej nie ma różnicy między animacją a filmem aktorskim.

Polskie kino nigdy nie traktowało seksualności poważnie - a Borowczyk owszem. Twórca "Dziejów grzechu" był tutaj na pierwszej linii frontu. Nie był epigonem, naśladującym modne wówczas nurty w świecie sztuki, on te nurty wymyślał i tworzył.

"Dzieje grzechu" obejrzało w polskich kinach 8 milionów widzów. Wynik dzisiaj niewyobrażalny.

Kiedy ten film wchodził do kin w 1975 roku, stał się dla widzów powiewem świeżego powietrza, oknem na rewolucję seksualną, która dokonywała się na Zachodzie. To był bardzo ciekawy obyczajowo czas, rok później Wisłocka opublikowała "Sztukę kochania", Polacy otwierali się na dyskusję o seksie i każdy chciał obejrzeć film, w którym seksualność była jednym z głównych tematów. Niektórzy oglądali go po kilka razy, przychodzili na "Dzieje grzechu" do kina z karteczkami, na których mieli wynotowane "momenty". Wychodzili na papierosa, zerkali na zegarek i w kluczowym momencie wchodzili na salę kinową.

Cofnijmy się odrobinę w czasie. W twoim filmie Andrzej Wajda, który studiował z Borowczykiem na krakowskiej ASP, wspomina, że ich profesor powiedział studentom pewnego dnia, że w ich grupie jest jeden wybitny artysta. Nauczycielowi chodziło właśnie o Borowczyka.

Borowczyk poszedł na studia plastyczne z myślą o zawodzie nauczyciela rysunku. Fascynację sztukami wizualnymi zaszczepił mu jego ojciec, który pracował na kolei, ale był jednocześnie malarzem amatorem. Borowczyk już jako młody chłopak miał w sobie żyłkę eksperymentatora. Słyszałem historię, że pewnego razu zakradł się do garażu kolejowego i pomalował wagony w kolorowe wzory. Rano, kiedy pociąg wyjeżdżał, zaczaił się w punkcie widokowym i przyglądał się swojemu pierwszemu "filmowi", serii ruchomych obrazów stworzonych przy pomocy sunących po torach pociągów.

Był zafascynowany pionierskim etapem kina, czasem, kiedy filmowanie było przede wszystkim zabawą i zajęciem jednoosobowym, a jego nieodłącznym elementem było eksperymentowanie. W latach 50. w swoim mieszkaniu w Warszawie urządzał w swojej pracowni specjalne pokazy dla znajomych. Tworzył coś w rodzaju filmu na żywo - malował bezpośrednio na taśmie filmowej i wyświetlał ją na ścianie.

W 1959 roku Borowczyk wspólnie z Janem Lenicą otrzymuje nagrodę 10 tys. dolarów za animację "Dom" i wyjeżdża do Francji. Niedługo później europejscy krytycy obwołują go geniuszem, stawiają w jednym rzędzie z Ionesco czy Beckettem. Co w jego twórczości uwiodło najpierw jego profesorów, a potem cały świat sztuki?

Dla niego nie istniały granice gatunkowe ani formalne. Jego animacje bazowały z jednej strony na wycinankach, akwarelach, zdjęciach, obiektach, ale też na fotografii czy fragmentach z kronik filmowych. I już w jego pierwszych pracach pojawia się zmysłowość, która w latach 70. zapewniła mu miano najsłynniejszego twórcy kina erotycznego.

Borowczyk samodzielnie wynajduje wiele form animowanych, które były później rozwijane przez innych twórców. Zdobywając uznanie za jeden rodzaj animacji, nie osiada na laurach, nie odcina kuponów. Ciągle poszukuje, ciągle eksperymentuje. Za każdym razem próbuje czegoś nowego. W 1969 roku trafia na okładkę prestiżowego "Cahiers du Cinéma" z okazji premiery "Goto - wyspy miłości", gdzie stawia się go w jednym rzędzie z Eisensteinem. Właśnie wtedy zostaje jako twórca niejako namaszczony na mistrza kina.

Kadr z filmu 'Opowieści niemoralne' (1974) W. Borowczyka (mat. promocyjne)
Kadr z filmu 'Opowieści niemoralne' (1974) W. Borowczyka (mat. promocyjne)

Na liście twórców, którzy wymieniają Borowczyka jako źródło swojej inspiracji, są m.in. Terry Gilliam, Neil Jordan, reżyser m.in. "Wywiadu z wampirem", Patrice Leconte, reżyser m.in. "Dziewczyny na moście". Kiedy w twoim filmie Gilliam ogląda animacje Borowczyka z przełomu lat 50. i 60., rzuca się w oczy ich podobieństwo do wczesnych prac członka Monty Pythona.

Zapytałem o to Gilliama. Powiedział mi, że zdaje sobie sprawę, jak podejrzanie to wygląda, ale on naprawdę nie widział tych animacji wcześniej (śmiech). Przyznaje, że musieli mieć z Borowczykiem wspólne inspiracje sięgające surrealizmu czy XIX-wiecznych ilustracji. Na tym polega przekleństwo i paradoks rewolucyjnych artystów. Przecierają pewne szlaki, są pionierami. A potem przychodzą inni i twórczo ich koncepcje rozwijają. My często pamiętamy tych kolejnych, zapominając o źródłach. Dlatego dzisiaj, kiedy oglądamy animacje Borowczyka, myślimy, że to przecież wygląda znajomo, że Lynch, Gilliam czy bracia Quay robili podobne rzeczy. A tymczasem to właśnie Borowczyk był pierwszy.

Borowczyk myślał jak twórca animacji nawet wtedy, kiedy zaczął realizować filmy aktorskie. Miał obsesję całkowitej kontroli nad procesem twórczym, dlatego aktorów traktował jak marionetki mające całkowicie podporządkować się jego wizji. Jako twórca deklarował, że szuka wolności, ale na planie był despotą.

Reżyser to zawód wymagający umiejętności pracy z ludźmi, przekazania im swojej wizji i zapanowania nad tym, co dzieje się na planie. Trzeba wyjść ze swojej głowy i opowiedzieć swoim współpracownikom, czego się od nich oczekuje. Borowczyk nie potrafił pracować zespołowo. Czuł silną potrzebę kontrolowania każdego aspektu produkcji, interesowały go nawet zupełnie drugoplanowe sprawy, na przykład dekoracje, elementy scenografii, nawet projekty plakatów czy wybór fotosów promocyjnych. Jego współpracownicy przyznają otwarcie, że podczas pracy z nim nie mieli pojęcia, w czym biorą udział. Dopiero kiedy obejrzeli gotowy film, rozumieli, że byli częścią czegoś wyjątkowego.

Kadr z filmu dokumentalnego 'Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka' (mat. promocyjne)
Kadr z filmu dokumentalnego 'Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka' (mat. promocyjne)

Borowczyk zaczął kręcić filmy erotyczne pod koniec lat 60., w samym środku rewolucji seksualnej. Co zmiany obyczajowe oznaczały dla kina?

Zaowocowały największymi arcydziełami w historii kina. W tym czasie powstały m.in. "Powiększenie" Antonioniego, "Mechaniczna pomarańcza" Kubricka czy "Ostatnie tango w Paryżu" Bertolucciego. Jak w moim filmie podkreśla Mark Cousins, kino było wcześniej dojrzałe w wielu kwestiach, ale zupełnie nie potrafiło mówić o seksie. I nagle, po epoce młodzieńczego purytanizmu i różnego rodzaju zakazów, kino seksualne wręcz wybuchło. Emocje, które budziło na początku, były ogromne. W połowie lat 70. powstały obrazy, które wywołują kontrowersje do dzisiaj, jak np. "Salo, czyli 120 dni Sodomy" Pasoliniego, "Słodki film" Makavejeva czy "Nocny portier" Cavani. Minęło ponad 40 lat, a te tytuły wciąż otwierają wszystkie rankingi najbardziej obrazoburczych filmów w historii kina.

Dla Borowczyka to był fascynujący czas. Współpracował wówczas z producentem Anatolem Daumanem, który wierzył w jego kino i dawał mu wolną rękę. "Jeśli robi to Borowczyk, nie muszę czytać scenariusza" - mówił. Więc z jednej strony wolność twórcza, z drugiej - wolność obyczajowa, która idealnie zrymowała się z artystycznymi poszukiwaniami "Boro".

Jego filmy erotyczne z przełomu lat 60. i 70. podbijają światową publiczność i zachwycają krytyków, którzy nazywają go "inżynierem ekstazy". Borowczyk pokazał przyjemność płynącą z erotyzmu, bez próby obudowywania go kontekstem, tłumaczenia miłością. Dzisiaj te same filmy, oglądane po latach, nie wydają się już tak bardzo rewolucyjne. Ja widzę w nich reżysera, który wykorzystuje kino, by realizować swoje fantazje - fantazje heteroseksualnego mężczyzny.

To paradoks, który dotyczy bardzo wielu rewolucyjnych artystów. W jednych kwestiach przełamują granice, w innych, często nieodległych, pozostają zakładnikami swoich czasów i kompletnie nie dostrzegają, że powielają pewne schematy czy stereotypy. Podobnie było z Borowczykiem. Z jednej strony jest rewolucyjny, z drugiej pozostał bardzo mocno uwikłany w patriarchalną kulturę, w której funkcjonował.

Kiedy stawiano mu zarzuty, że w jego filmach dominuje męskie spojrzenie, a kobiety są uprzedmiotawiane, bronił się, że jego zadaniem jest pokazywać zastaną rzeczywistość, a nie ją zmieniać. Jeżeli ta wizja nas oburza, to dobrze. Może zmotywuje nas to, by wyjść z kina i coś z tym zrobić. Z drugiej strony argumentował, że w jego filmach kobiety biorą sprawy w swoje ręce. W sposób często krwawy i brutalny rozprawiają się z patriarchalnymi oprawcami. Tyle na poziomie treści - na poziomie formy jego filmy pozostają spektaklem dla męskiego oka, to nie ulega wątpliwości.

Kadr z filmu W. Borowczyka 'Opowieści niemoralne' (1974) (mat. promocyjne)
Kadr z filmu W. Borowczyka 'Opowieści niemoralne' (1974) (mat. promocyjne)

Postulaty rewolucji seksualnej szybko zostały skomercjalizowane i uprzemysłowione.

Każda rewolucja ma podobną dynamikę. Wahadło musi się bardzo radykalnie wychylić w jedną stronę, by później się cofnąć i ustabilizować. Każda zmiana zaczyna się od ryzykantów, anarchistów, którzy tworzą coś nowego, świeżego, a kiedy coś zaczyna się sprawdzać, wkracza rynek i zaczyna to zawłaszczać. Borowczyk bardzo ubolewał, że rynek pornograficzny się uprzemysławia i wulgaryzuje. Wszystko zaczęło się kręcić wokół zysku, zniknął twórca, spontaniczność tworzenia. Awangardowa erotyka przecierała szlaki dla rozkwitającego w drugiej połowie lat 70. rynku porno. A tam już nie było miejsca dla reżysera-wizjonera.

Borowczyk nie mógł się zgodzić na uprzemysłowienie swojej sztuki. Nie znalazł dla siebie innej niszy?

Nie rozpoznał sytuacji rynkowej, nie zorientował się, jak szybko to, co przed chwilą było awangardą, stało się mainstreamem. Rynek bardzo szybko się nasyca. Coś, co było atrakcyjne i transgresyjne w 1974 roku, niedługo później stało się anachroniczne. Tymczasem Borowczyk nadal prowadził poszukiwania w podobnych rejonach - i nagle z pioniera stał się démodé. Już nie pokazywano go na festiwalach, trafił do nielegalnej dystrybucyji, publiczność się od niego odwróciła.

Istotny jest tutaj także aspekt pewnej mieszczańskiej hipokryzji, która do pewnego stopnia napędzała oglądalność filmów Borowczyka. Mnóstwo widzów wybierało się do kina na filmy erotyczne, snobując się na publiczność awangardową. W gruncie rzeczy wielu z nich interesowała jednak nagość, erotyka, a nie wizja twórcy. Można było "iść na Borowczyka", bo przecież to nie jest pornografia, a my jesteśmy kulturalnymi wielbicielami twórcy "Blanche" i "Goto". Po jakimś czasie ten mechanizm przestał działać. Publiczność nie miała skrupułów i chodziła na filmy erotyczne otwarcie, nie potrzebowała artystycznego alibi.

Kadr z filmu Borowczyka 'Za murami klasztoru' (1978) (mat. promocyjne)
Kadr z filmu Borowczyka 'Za murami klasztoru' (1978) (mat. promocyjne)

Co się działo z Borowczykiem później?

Dotarłem do bardzo ciekawych projektów, które chciał rozwijać. Był wśród nich film historyczny o Nefretete, film przygodowy z elementami science fiction, kilka animacji, bardzo pomysłowa formalnie ekranizacja "Powiatowej lady Makbet" Leskowa czy "Grigii" Roberta Musila. Gdyby to się udało, bardzo możliwe, że recepcja Borowczyka wyglądałaby inaczej.

Niestety, od początku lat 80. Borowczyk stopniowo zaczął tracić kontrolę nad swoją karierą. Był oszukiwany przez nieuczciwych producentów i dystrybutorów, którzy bez jego wiedzy przemontowywali jego filmy, a nawet wstawiali pornograficzne ujęcia do filmów, które kilka lat wcześniej cieszyły się uznaniem krytyków. Tak się stało w przypadku "Dziejów grzechu", do których włoski dystrybutor dołożył ujęcia masturbacji. Borowczyk dowiedział się o tym przypadkiem, od kogoś, kto oglądał film w rzymskim kinie.

Borowczyk nie był awangardzistą z wyboru - on po prostu nie potrafił inaczej. Nie zaplanował sobie kariery, nie napisał manifestu. Napędzała go ciągła ciekawość. Chętnie mówił o sobie jak o alchemiku, który nigdy nie wie, co uda mu się stworzyć. Raz wyjdzie mu złoto, innym razem zostanie z ołowiem. Raz będzie eksplozja, a kiedy indziej sukces. I tak wygląda jego twórczość. To reżyser, który udowodnił, że awangarda nie musi być męcząca czy hermetyczna. Pokazał, że można robić kino, które jest jednocześnie transgresyjne, awangardowe i atrakcyjne dla widza.


CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Dr Kuba Mikurda. Psycholog i filozof, wykładowca w Szkole Filmowej w Łodzi. Pracował jako krytyk filmowy, dziennikarz, wydawca i tłumacz. Opublikował m.in. "Nie-całość. Žižek, Dolar, Zupancic" (2015), zredagował "Wunderkamera. Kino Terry'ego Gilliama" (2011) i "Boro, l'ile d'amour. The Films of Walerian Borowczyk" (2015, wspólnie z Kamilą Kuc i Michałem Oleszczykiem). W 2018 roku zrealizował swój debiut filmowy - pełnometrażowy dokument "Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka".

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (35)
Zaloguj się
  • pogromca_hipokryzji_katolskiej

    Oceniono 26 razy 18

    Ten film jest po prostu znakomity. Szkoda, że sprowadzono go do "momentów". Zresztą wszystkie kostiumowe filmy PRL-owskie są wybitne.

  • oczy_argusa

    Oceniono 29 razy 17

    "Można było "iść na Borowczyka", bo przecież to nie jest pornografia, a my jesteśmy kulturalnymi wielbicielami twórcy "Blanche" i "Goto."
    Dość durne zestawienie, w "Blanche" nie ma ani pół "gołego cycka". To "Mazepa" dziejąca się w średniowiecznej Francji. Znakomity film, tak przy okazji...
    Cała ta rozmowa jest szalenie powierzchowna. Erotyka w filmach Borowczyka nie jest celem samym w sobie, w jego filmach, co psycholog powinien zauważyć, postacie mają znakomitą podbudowę psychologiczną a całość oprawiona jest mistrzowska scenografią, bezbłędnym operowaniem światłem, znakomitym montażem, dbałością o szczegóły a przede wszystkim brakiem jakiejkolwiek przypadkowości kadru. Filmy Borowczyka są dziełami skończonymi. Jego filmy są bardzo "malarskie", widać wpływ studiów plastycznych (podobnie jak w niektórych filmach Wajdy, który też studiował na ASP).
    Sprowadzanie wszystkiego do erotyki i golizny jest totalnym nieporozumieniem...

  • mr_gm

    Oceniono 18 razy 16

    Dzieje Grzechu? Grzecha ni ma poszedł do kina na Dzieje Grzechu.

  • kozieradka2012

    Oceniono 14 razy 8

    W kontekście smętnych rozważań nad upadkiem kultury w ogóle, a ambitnego kina w szczególności, obrazek z kinomanami chodzącymi parę razy na ten sam film, żeby poślinić się na widok gołych dup i cycków, jest przeuroczy.

  • gotlama

    Oceniono 4 razy 2

    Kultowe: "Momenty były?"

  • shtalman

    Oceniono 1 raz 1

    Czy to grzech pójść na "Dzieje grzechu"?

  • zanimmnieznowzbanuja

    0

    Fakt na filmie bylem .............. ale o czym byl nie pamietam ............. za to pamietam ze to jedyny "legalny" film z golizna ........... podejrzewam ze wiekszosc tylko dlatego ogladala ten film i jedynie pamieta to ze byla tam "golizna".

  • superpolpol

    0

    Panie bobrów nie goliły. Fajnie.

  • buwalker

    0

    Metaforyczny alchemik kłóci się z moją definicją artysty. Jeżeli nie wiesz, co masz do powiedzenia, to o co ci chodzi? Gdzie tu sztuka? Szukanie formy dla treści, udoskonalanie środków wyrazu, moim zdaniem o artyście można mówićtylko wtedy, jeśli potrafi świadomie wywołać u odbiorcy pożądane, z góry przewidziane wrażenie, a jeśli wszystko nie jest zabawne, pożyteczne i pouczające, to mija się z celem. Popyt na nagość, erotykę i porno nakręca tabu seksualne, w naszej kulturze mówi się o "epatowaniu nagością", a przecież antycznym rzeźbiarzom nie chodziło o pobudzenie seksualne odbiorcy, z drugiej strony, można być artystą pornografem (sprawnie pomagając osiągnąc widzowi satysfakcję), a można być pornografem wyrobnikiem (zniechęcając do seksu co drugim ujęciem). Po co sceny erotyczne, wciskane na zasadzie porno, chociaż nie wnosi to nic do fabuły, jeśli takie rzeczy kręcą odbiorców, to rolą artysty jest pokazanie genezy tego problemu, mowa więc o jakiejś terapeutycznej funkcji sztuki. Tak, czy inaczej, ekspozycja zdeprywowanej seksualnie osoby na silne bodźce powoduje wejście w fazę apetytywną, co oznacza potrzebę przejścia do fazy konsumacyjnej, na przykład masturbacji podczas oglądania filmu pornograficznego. Co goła baba znaczy dla fabuły, i po co mam to oglądać w podkręconej formie, jeśli nie wolno mi się zbrandzlować w towarzystwie albo w kinie? Wolę produkcje BangBros albo Brazzers w swoim zaciszu, bez moralnego niepokoju, bez anarchii i oskarżeń o zakłócanie porządku publicznego.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX