Sacha Batthyany opisuje historię swojej rodziny, którą wielu jej członków wolałoby przemilczeć

Sacha Batthyany opisuje historię swojej rodziny, którą wielu jej członków wolałoby przemilczeć (Fot. Dawid Żuchowicz / AG)

wywiad gazeta.pl

Sacha Batthyany: Moja ciotka tańczyła i śmiała się, gdy jej przyjaciele strzelali do ludzi

Wiedziałem, że powinienem dotrzeć do faktów i odtworzyć przebieg tamtej nocy, ale zarazem chciałem rozszyfrować mechanizm psychologiczny, wedle którego w rodzinach o pewnych rzeczach się milczy. Kto i w jaki sposób o tym decyduje? Kto dzierży władzę nad pamięcią? - mówi Sacha Batthyany, autor książki nominowanej do nagrody im. R. Kapuścińskiego "A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945. Dzieje mojej rodziny".

Śledztwo rodzinne, jakie prowadziłeś przez siedem ostatnich lat, miało dość niespodziewany początek. Podczas niedzielnego dyżuru w redakcji spieszyłeś się ze skończeniem tekstu o holenderskim dawcy nasienia. Tymczasem koleżanka nalegała, byś zerknął na jakiś artykuł. Nie zamierzała ustąpić, wyraźnie zainteresowana, jak zareagujesz. Ze zdjęcia ilustrującego tekst spoglądała twoja od lat nieżyjąca ciotka. Nagłówek głosił, że to krwawa hrabina. Według autorów tekstu Margit Batthyany-Thyssen zamordowała 180 przymusowych robotników pochodzenia żydowskiego. Mord miał być rozrywką dla gości zaproszonych na bal, jaki wyprawiła w pałacu w austriackim Rechnitz w marcu 1945 roku. Jak to możliwe, że sprawa udziału twojej ciotki w tamtej zbrodni wypłynęła ponad 60 lat po masakrze i blisko 20 lat po jej śmierci?

Takie pytanie zadałem sobie, czytając wtedy artykuł. Z niego dowiedziałem się o istnieniu miasteczka Rechnitz, tym bardziej nie miałem pojęcia o zbrodni, jakiej tam dokonano w ostatnich dniach wojny. Dość oszołomiony zadzwoniłem do ojca, licząc, że może on będzie cokolwiek wiedział. Rzeczywiście, w rodzinie mówiło się o pałacu w Rechnitz, który spłonął zaraz po wojnie. Ojciec znał też historię mordu żydowskich robotników przymusowych. Co więcej, zdawał sobie sprawę, że tamtej nocy, z 24 na 25 marca, ciotka Margit wyprawiała huczną imprezę. Ale nigdy ani jemu, ani moim dziadkom nie przeszło przez myśl, że te dwa zdarzenia mogą być jakoś powiązane.

Na zdjęciu zamek w Rechnitz, gdzie rozegrała się tragedia (fot. commons.wikimedia.org)
Na zdjęciu zamek w Rechnitz, gdzie rozegrała się tragedia (fot. commons.wikimedia.org)

Jego wyznanie mną wstrząsnęło i zmusiło do dalszych poszukiwań. Wiedziałem, że powinienem dotrzeć do faktów i odtworzyć przebieg tamtej nocy, ale zarazem chciałem rozszyfrować mechanizm psychologiczny, wedle którego w rodzinach o pewnych rzeczach się milczy. Kto i w jaki sposób o tym decyduje? Kto dzierży władzę nad pamięcią? Pomyśl o swoich krewnych, wujkach i ciotkach, których spotykasz podczas świąt. Każdego "czytasz" według określonej etykietki. Kto ją nadał i na ile jest ona zgodna z prawdą? Do kogo w ogóle należy prawda o rodzinie i w jaki sposób wpływa ona na nasze życie, przenikając do kolejnych pokoleń? Te pytania towarzyszyły mi od samego początku moich badań.

Wnioski okazały się rozbieżne z tym, co twierdzili autorzy pierwszego artykułu. Ciotka na pewno wiedziała o zbrodni: podczas imprezy część gości dostała do ręki broń i na kilka godzin opuściła zabawę. Margit jednak do nich nie dołączyła. Została w pałacu i świetnie się bawiła wraz z mężem Ivanem - bratem twojego dziadka. Skąd masz pewność, że tak właśnie było?

Pewności nie mam, ale nie jestem pierwszym, którym badał masakrę w Rechnitz. Napisano na jej temat wiele prac naukowych. W 1946 roku odbył się proces wymierzony w głównych sprawców. Niestety, dwóch kluczowych świadków zamordowano. Jednym z nich był człowiek ocalały z masakry. Przeżył, bo ukrył się w stodole. Zginął od strzału w głowę, gdy jechał na proces.

Nie istnieje żaden dokument czy badanie historyczne świadczące o tym, że ciotka Margit pociągała za spust podczas masakry. Mnie udało się dotrzeć do kobiety, która była na balu. Opowiadała, że ciotka tamtego wieczoru wyglądała zjawiskowo i przez cały wieczór towarzyszyła gościom w zabawie. Oprawcy natomiast opuścili biesiadę około 23.00, a wrócili chwilę po 3.00 nad ranem. Ciotka polewała im alkohol, tańczyła i śmiała się. Wiedziała, że to jej ostatnie chwile w Rechnitz, ale koniec wojny specjalnie jej nie martwił. W końcu była miliarderką i mogła żyć wszędzie. Wybrała Lugano we włoskiej części Szwajcarii.

Czy jej uwikłanie w nazizm miało podłoże ideologiczne?

Absolutnie nie. Jedynym celem Margit i jej męża była dobra zabawa i luksusowe życie arystokracji, co trzeba przyznać, im się udało. Ciotka hodowała konie, polowała, podróżowała po świecie, organizowała koktajle. Była do cna zepsutą osobą. Tak naprawdę nie ma większego znaczenia fakt, że tamtej nocy nie pociągała za spust, nie widziała, jak postrzeleni w kark ludzie wpadają do dołów, które wcześniej wykopali. W tym czasie tańczyła i śmiała się, mając świadomość tego, co dzieje się na zewnątrz.

Dlaczego do dziś nie znaleziono grobów ofiar?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. W poszukiwanie grobów zaangażowanych jest wiele organizacji, badaczy, lokalnych instytucji, a nawet władze Austrii. Ostatnią próbę podjęto jesienią 2017 roku. Niestety, bez powodzenia.

To jest trudne do zrozumienia dla kogoś, kto nigdy nie był w Rechnitz, ale mówimy o bardzo rozległym terenie. Kilka dni po masakrze do miasteczka wkroczyła Armia Czerwona. Żołnierze znaleźli świeżo rozkopaną ziemię, sporządzili mapy. Niestety, ktoś je później zniszczył. W tamtych dniach spłonął też pałac ciotki Margit. Podobno winni podpalenia byli Rosjanie, ale być może to sprawcy zacierali ślady.

Trzeba też pamiętać, że po wojnie Austria nie rozliczyła się ze swoich win. Ludzie uwikłani w nazizm mieszkali w Rechnitz nawet w latach 80. i 90. Zapewne dbali, by prawda nie wyszła na jaw. Lokalna legenda głosi, że groby znajdują się w miejscu, gdzie swego czasu postawiono ogromny supermarket. Stanął tam, by o dekady odwlec ich odnalezienie.

W miejscue tragedii postawiono pomnik znany jako Krzyż Stadlober (fot. commons.wikimedia.org)
W miejscue tragedii postawiono pomnik znany jako Krzyż Stadlober (fot. commons.wikimedia.org)

Co stało się ze sprawcami masakry po wojnie?

Uniknęli kary dzięki pieniądzom i kontaktom mojej ciotki. Mordem dowodziło dwóch nazistowskich oficerów, Franz Podezin i Hans Joachim Oldenburg. Ten drugi był wieloletnim kochankiem Margit. Na początku lat 60., gdy wokół masakry znowu zaczęło być głośno, Podezin szantażował moją ciotkę, grożąc, że podczas procesu zniszczy jej reputację. Margit zorganizowała mu wyjazd do Południowej Afryki, a potem załatwiła pracę w jednej z firm należących do rodu Thyssenów. Zdobyłem telefon do człowieka, który przez wiele lat wynajmował Podezinowi mieszkanie w Johannesburgu. Powiedział, że jego lokator był samotnikiem, ale lubił grać w karty z innymi Niemcami w podeszłym wieku. W tamtym czasie do Południowej Afryki uciekło wielu zbrodniarzy wojennych. Podczas rozmowy telefonicznej ten człowiek nagle przypomniał sobie, że po Podezinie, który zmarł w 1995 roku, zostało stare pudło z rzeczami. Zapytał, czy chcę chwilę poczekać, to je przejrzy. Prawie dostałem zawału serca. Oczami wyobraźni widziałem stosy listów, notatek, może pamiętnik. Niestety, nie było tam nic wartego uwagi.

Z kolei Oldenburg - również dzięki wsparciu mojej ciotki - zdołał uciec do Ameryki Południowej, ale już w latach 70. wrócił do RFN i wiódł spokojne życie, opiekując się jedną z posiadłości rodziny Thyssenów. Margit zwierzała się swojej siostrze w listach, że jej starzy przyjaciele są bezpieczni. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Dlaczego nikt wcześniej nie zbadał biografii Margit?

Ona pochodziła z bardzo potężnej i wpływowej rodziny Thyssenów. Jej związków z Trzecią Rzeszą też nikt przez lata nie analizował, a na wojnie dorobiła się fortuny, produkując w fabrykach zaopatrzenie dla wojska. Gdy wpiszesz w wyszukiwarkę nazwisko mojej ciotki, to znajdziesz nie tylko zdjęcia z nazistami, ale i z królową brytyjską. Kogoś tak potężnego bardzo trudno jest oskarżyć.

Może właśnie dlatego pytań nie zadawał też nikt z twojej rodziny.

Na pewno pieniądze Margit były jednym z powodów ich milczenia. Ciotka bardzo pomogła dziadkom, gdy wraz z moim kilkunastoletnim wówczas ojcem uciekali z Węgier na Zachód. Był 1956 rok. Wybuchło powstanie. Tuż za granicą austriacką Czerwony Krzyż rozstawiał namioty dla tysięcy węgierskich uchodźców, a na moich dziadków czekała limuzyna, którą pojechali na wiedeńskie lotnisko. Tam podstawiono dla nich prywatny samolot. Polecieli prosto do szwajcarskiego Lugano. W latach 50. Europa dopiero podnosiła się z wojennych zniszczeń, a w Lugano w wielkich posiadłościach z basenami bawiła się śmietanka europejskich bogaczy, w tym ciotka Margit i wujek Ivan. Oni pomogli moim dziadkom osiedlić się w RFN, znaleźli dziadkowi pracę, a ojcu opłacili szkołę z internatem i studia w Zurychu. Czy miałabyś śmiałość o cokolwiek pytać czy krytykować tak hojnych darczyńców?

Sacha Batthyany na gali wręczenia nagrody im. Ryszarda Kapuścinskiego za reportaż literacki (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)
Sacha Batthyany na gali wręczenia nagrody im. Ryszarda Kapuścinskiego za reportaż literacki (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Poza tym myślę, że milczenie mojej rodziny wpisuje się też w szerszy kontekst polityczno-społeczny. W Warszawie podczas dyskusji o mojej książce ktoś powiedział, że w Polsce szeroka debata o winach Polaków wobec społeczności żydowskiej zaczęła się zaledwie 10 lat temu. Zapytałem, dlaczego nie wcześniej. Nie było miejsca na tego typu debatę - sugerował mój rozmówca. W latach 90. przystąpiliście do krajów tak zwanego "wolnego świata". Trzeba było sobie radzić z szalejącym kapitalizmem. Kto miał czas na zajmowanie się przeszłością? Wyjaśnienia członków mojej rodziny były podobne: wiesz, mieliśmy małe dzieci, chcieliśmy sobie ułożyć życie, czasy były ciężkie, a Margit bogata. Zatykała im usta swoimi pieniędzmi.

Masz do nich żal, że milczeli?

Nie napisałem mojej książki, żeby kogokolwiek obwiniać, nie uważam, bym miał do tego prawo. Chciałem zrozumieć postawę moich dziadków. Zresztą nie mogę wykluczyć tego, że moje dzieci za kilkanaście lat też zadadzą takie pytanie mnie: Co robiłeś, gdy świat się walił, była wojna w Syrii, plastik zalewał oceany, kryzys ekonomiczny szalał. Jeździłeś po świecie, promując swoją książkę?

Albo chodziłeś na sesje psychoanalityczne, na które zresztą zaprosiłeś też czytelników. Twoja książka nie jest zwyczajną relacją z tego, co można odkryć pod rodzinnym dywanem, gdy tylko się go podniesie. Nie jest reportażem historycznym, bo rodzinne śledztwo wpisujesz w opowieść o tym, kim jesteś i dlaczego taki właśnie jesteś. Po co to robisz?

Tradycyjny reportaż historyczny wymaga spojrzenia na wszystko z góry, paraobiektywnym okiem. Nie chciałem tego robić. Interesowało mnie, by rodzinne tajemnice wpisać w tu i teraz.

Może warto zaznaczyć, że historia ciotki Margit i masakry w Rechnitz zajmuje niewielką część książki. Moje poszukiwania stopniowo zataczały coraz szersze kręgi. Zgłębiałem wojenne historie rodziny mojej babki, która pochodziła ze starego arystokratycznego rodu Esterházy. Jego członkowie mieszkali we dworze we wsi Sárosd, który po wojnie odebrano im w ramach nacjonalizacji. Kiedy pytałem ojca o ciotkę Margit i zbrodnię w Rechnitz, on przypomniał sobie, że na łożu śmierci babcia przekazała mu swoje notatki, prosząc, by je spalił. Ojciec zapomniał o jej prośbie i tak trafiły one do mnie. Zawarta w nich opowieść tłumaczy wiele z jej późniejszego życia. To, co pod koniec wojny stało się w Sárosdzie - nie będę psuł lektury, zdradzając tę historię - sprawiło, że babcia z każdym rokiem życia zapadała się w sobie, malała w oczach, aż znikła. Właśnie taką ją zapamiętałem. Wszystko widziała w czarnych barwach. Czuła się niegodna tego, by ktoś poświęcał jej uwagę. Szliśmy do restauracji, a ona od razu zakładała, że na pewno nie będzie miejsc albo nas nie wpuszczą. Kiedy okazywało się inaczej, mówiła, że pewnie jedzenie niedobre i nie warto było ruszać się z domu. Poszedłem na psychoanalizę, by cały ten bagaż relacji rodzinnych uporządkować, skonfrontować się z nim i zobaczyć, jakie piętno odcisnęła na mnie historia mojej babki, dziadka i ojca.

Sacha Batthyany na gali wręczenia nagrody im. Ryszarda Kapuścinskiego za reportaż literacki (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)
Sacha Batthyany na gali wręczenia nagrody im. Ryszarda Kapuścinskiego za reportaż literacki (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Szczerze mówiąc, drażniła mnie ta koncentracja na sobie. Bo czy naprawdę zawsze musi chodzić o nas? Ale potem pojawiła się Linda i zrozumiałam, że ciebie to gadanie o sobie też drażni. Dlaczego chciałeś, by spotkanie z nią znalazło się w książce?

To zabawne. Żaden dziennikarz nigdy nie zapytał mnie o Lindę. Spotkałem ją podczas jednej z podróży pociągiem z Zurychu do Budapesztu, kiedy byłem kompletnie pochłonięty moim śledztwem, i sobą oczywiście (śmiech). Linda jak wiele węgierskich kobiet pracuje w przemyśle seksualnym w stolicy Szwajcarii. Zaczęliśmy rozmawiać, ona jechała do rodziny, do synka, którym podczas jej nieobecności opiekowała się babcia. Linda, podobnie jak moja rodzina, umiejętnie odsłaniała i skrywała elementy swojej biografii. Mówiła i milczała jednocześnie. O charakterze swojej pracy nie opowiadała matce czy dziecku, chroniąc ich w ten sposób przed światem. Matka zapewne się domyślała, ale przypuszczenia zachowywała dla siebie. To odgrywanie ról i tworzenie siebie w oczach innych wydało mi się bliskie milczeniu moich przodków. Z drugiej strony spotkanie Lindy było dla mnie uderzeniem rzeczywistości. Skupienie na sobie męczyło mnie, ale w jaki inny sposób można naprawdę skonfrontować się z przeszłością.

Twój ojciec konfrontuje się z nią inaczej. W książce przedstawiasz go jako zagorzałego zwolennika Viktora Orbána i jego wizji historii, w której Węgrzy to ofiary geopolitycznych rozgrywek silniejszych graczy: najpierw państw ententy, potem Trzeciej Rzeszy, ZSRR, a teraz Unii Europejskiej. Polska pod rządami Jarosława Kaczyńskiego w podobnej narracji właśnie wstaje z kolan. Czy starałeś się zrozumieć rzeczywistość, w jakiej funkcjonuje twój ojciec?

Ostatnio nawet przeprowadzałem z nim wywiad dla mojej gazety (śmiech). Podczas wyborów zaproponowałem redakcji, że pojadę na węgierską prowincję i zapytam ludzi o ich wizję kraju. Odrzucili ten pomysł, nie chcieli też rozmów z elitą intelektualną. Wreszcie w akcie desperacji mówię: Słuchajcie, mój ojciec jest fanatykiem Orbána, może namówię go, by spróbował przekonać mnie do swoich racji. Nie chciałem go wyśmiewać, przyklejać łatek, chciałem zrozumieć sposób, w jaki interpretuje rzeczywistość.

Udało się?

Do pewnego stopnia. Codzienność mojego ojca zanurzona jest w przeszłości. Może trudno w to uwierzyć, ale dla niego i dla wielu Węgrów wciąż aktualnym i ważnym tematem jest Traktat z Trianon, czyli porozumienie pokojowe z 1920 roku, w wyniku którego Węgry utraciły znaczną część terytorium. Zaznaczmy, że mojego ojca nie było wtedy na świecie. Odwołuje się więc do czegoś, co zna z książek czy opowieści rodziców. A Orbán doskonale umie grać na tym uczuciu utraconej chwały narodu. Do tego rozlicza byłych funkcjonariuszy reżimu komunistycznego, co też wielu Węgrom leżało na sercu. Przede wszystkim jednak Orbán to twórca nowej narodowej tożsamości, zgodnie z którą Węgry nie będą już pionkiem w grze pomiędzy Zachodem i Rosją. Za co mój ojciec jest w nim niemal zakochany. Ja jakoś rozumiem tę jego potrzebę przynależności i tożsamości.

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Czytelnik (Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta / mat. promoycjne)
Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Czytelnik (Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Gazeta / mat. promoycjne)

Sukces Orbána polega też na doskonałym zarządzaniu zbiorowymi emocjami. Kiedy odwiedzałem ojca, pół Budapesztu obwieszono plakatami, na których za drutem kolczastym umieszczono głowy George'a Sorosa i liderów opozycji. Napis głosił: Jeśli wygrają, masy imigrantów zaleją kraj. Tu nie ma miejsca na jakąkolwiek racjonalność. Orbán w rozpalaniu emocji bardzo przypomina Trumpa, dzięki czemu na Węgrzech są albo ludzie kompletnie zobojętniali, zmęczeni polityką i wiecznymi awanturami, albo obywatele znajdujący się w stanie permanentnego pobudzenia, gotowi do ataku. Zresztą podczas rozmowy poruszyliśmy temat aktualnej migracji. Ojciec sam był uchodźcą - jak już wspomniałem w '56 jako kilkunastoletni chłopiec uciekł z dziadkami do Austrii, a potem do ciotki w Szwajcarii. Na Węgry wrócił dopiero w latach 90. Myślałem, że tamto doświadczenie uwrażliwi go na obecną sytuację. Nic z tych rzeczy. Dla niego nie ma żadnej analogii pomiędzy jego przeszłością a sytuacją dzisiejszych uchodźców. Węgrzy to w końcu chrześcijanie - wypalił i na tym zakończyliśmy rozmowę.

Rozmawiając z ojcem, zastanawiałeś się, jak wyjść z tego klinczu?

Myślę, że to będzie bardzo trudne, bo Orbán rozmontował instytucje publiczne i media, czyli przestrzeń budowania dialogu i dyskusji o faktach, zamiast mrzonek o dawnej wielkości i byciu ofiarą historii. Moim zdaniem potrzebna jest zbiorowa praca z pamięcią, ale nie na zasadzie przedstawienia listy win, tylko wysłuchania i pogodzenia się z faktami. To jedyny oręż w walce z populistami pokroju Orbána, którzy karmią się niedopowiedzeniami, przerabiając je w łatwe do przyswojenia i puste slogany.

W książce napisałeś o potomkiniach żydów ze wsi Sarosd, w której mieszkała twoja babka: "miały holokaust, którego mogły się uczepić - a co miałem ja?". Co to znaczy?

Kiedy pojechałem do Mirty i Margi do Argentyny, uderzyło mnie, jak bardzo ich życie jest wciąż przesiąknięte traumą przeszłości. Ich dwudziestokilkuletnie dzieci wciąż jeżdżą do Sarosdu szukać śladów przodków i ich wojennej historii. Zacząłem się zastanawiać, czy ja jestem do czegoś tak mocno przywiązany. Co jest fundamentem mojej tożsamości? Nie wiem. Nie mogę swoim dzieciom powiedzieć: Jestem tym i tym. Nie jestem. Moja książka jest też pytaniem o to. Pytaniem, nie odpowiedzią.

Książkę "A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945. Dzieje mojej rodziny" możecie kupić w Publio.pl >>>

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Sacha Batthyany. Ur. 1973.Potomek starego węgierskiego rodu; socjolog i dziennikarz, redaktor m.in. "Neue Zürcher Zeitung", wykładowca w Szwajcarskiej Szkole Dziennikarstwa, autor reportaży dla "Tages-Anzeiger" i "Süddeutsche Zeitung". Książka "A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945. Dzieje mojej rodziny" to jego debiut.

Magda Roszkowska. Dziennikarka i redaktorka. Przez wiele lat związana z Fundacją Nowej Kultury Bęc Zmiana, gdzie współprowadziła magazyn kulturalny "Notes na 6 tygodni".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (182)
Zaloguj się
  • kobietawpodrozy

    Oceniono 57 razy 47

    Masz rację, że można się przyczepić do „zbrodni Polaków” zamiast „zbrodni niektórych Polaków.” Ja jednak czytając artykuł nawet tego nie zauważyłam. Przeczulenie na ten temat jest mi zupełnie obce. Myślę, że to dlatego, że z moimi przyjaciółmi żydowskiego pochodzenia te tematy omówiłam już lata temu. Na spokojnie. Ja przyznawałam, że czasami zbrodnie były, bo były. A moi przyjaciele ze swojej strony przyznawali, ze ludzie byli różni po obu stronach. I tyle. Opowiadaliśmy sobie o losie naszych rodzin. Człowiek się wtedy zadumał nad tą wspólną historią o której trzeba pamiętać i mówić. Czasem popłakał. Po tych rozmowach stawaliśmy się sobie blizsi. Skłaniam się więc do wniosku, że na poziomie relacji prywatnych wszystko jest w naszych polsko-żydowskich stosunkach ok. Tak na pewno jest w moich. Ale ja mam bardzo małą podatność na uleganie zbiorowej histerii i manipulacji. Nie szukam wszędzie podstępu i wroga, ale przyjaciół. Zjezdziłam świat i wiem, że ludzie są wszędzie tacy sami. Jakieś tam sentymenty antypolskie w części społeczności żydowskiej istnieją. Jakieś tam sentymenty antysemickie istnieją w części społeczeństwa Polskiego. Nie rozumiem czemu to taki problem by się do nich przyznać. Zamiast się wzajemnie oskarżać i pogarszać sprawę, można też na spokojnie zastanowić się nad tym jak je zmienić.

  • markowski222

    Oceniono 24 razy 24

    O masakrze w Rechnitz wspomina Anne Marie O'Connor w książce o obrazie Klimta "Złota Dama". Książka jest znakomitym udokumentowanym zapisem także o tym, co działo się w Austrii od Anschlussu w 1938r po czasy współczesne. Polecam.

  • werner53

    Oceniono 17 razy 15

    Dla tych co nie wiedza przypomne tylko, ze Adolf Hitler byl Austriakiem, obywatelstwo Republiki Weimarskiej otrzymal dopiero w 1932r, gdy mial lat 43. Wlasnie we Wiedniu zacni, eleganccy wiedenczycy w marcu 1938r nakazali Zydom czyscic trotuary szczoteczkami do zebow, ci sami wiedenczycy w ekstazie euforii witali Hitlera na Heldenplatz 15. marca 1938r. Zacni Austriacy byli najokrutniejszymi nasistowskimi oprawcami i oprawczyniami np Maria Mandl, Franz Murer, Alois Brunner etc.
    Szymon Wiesenthal wypowiadal sie na ten temat wielokrotnie twierdzac, iz nie ma ani jednej austriackej rodziny, w ktorej nie znalazlby sie przynajmniej jeden hitlerowski oprawca.

  • kali555

    Oceniono 21 razy 15

    Austria to kraj nazisowski do dzis.
    Nazistowski swoimi starszymi obywatelami i ich dziecmi.
    Proponuje poczytac Martina Pollacka.
    Wlosy sie jeza na glowie.
    Nigdy sie z tego nie rozliczyli, nie postawiono ich przed sadem.
    A przekonan nie zmienili do dzis.

  • pd2016

    Oceniono 41 razy 13

    Ciekawe! Rozmowa z Węgrem o zbrodniach jego rodziny, a w komentarzach atak na Żydów i żarliwa obrona Polaków! Czysta paranoja zakompleksiałych rodaków, którzy wszędzie widzą zagrożenie - nawet jak Eskimos opowiada o połowie ryb, to i tam dojrzą atak na swoje plemię...

  • mistrzglobusa

    Oceniono 11 razy 9

    O masakrze w Rechnitz wiadomo od 50 lat. W Austrii o tej zbrodni media nie dyskutują ani nie próbują tego robić. Nikt tym się nie interesuje, mieszkałem 5 lat w Wiedniu i rozmawiałem z Austriakami na ten temat. Nie wiedzą nic i nie interesuje ich II WŚ. Są totalnymi ignorantami w tej sprawie. A propo Szwajcarii nie jeden zbrodniarz Niemiecki z dużą kasą osiedlił się tam i do dzisiejszego dnia żyją ich rodziny w dobrobycie. Biedaki i nie rokujący finansowo zostali odstawieni do Niemiec. Nie wspominając o rozliczeniu banków z depozytami Niemieckich faszystów w większości zagrabionych żydom. O jakiej winie można mówić o Polakach i kolaborantach? Dlaczego Szwajcaria nie rozliczy się ze swojej przeszłości?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX