Hotele robotnicze były jednym miejsc, gdzie rozwijała się warszawska chuliganeria

Hotele robotnicze były jednym miejsc, gdzie rozwijała się warszawska chuliganeria (fot. Z. Siemaszko / NAC / 51-443-47)

Ich znaki rozpoznawcze to plereza, wąskie spodnie i prążkowane skarpetki. Cisi wrogowie PRL-u

Władze nienawidziły chuliganerii, uważając ją za młodzieżową V kolumnę, sterowaną przez imperialistów w celu obalenia najlepszego z ustrojów. Zwykli ludzie też mieli jej dość, ponieważ utrudniała im i tak trudną egzystencję, a wiele drak z jej udziałem przeistaczało się w pospolity bandytyzm. Natomiast nigdy wcześniej i nigdy później chuliganeria nie pleniła się równie szybko, masowo i skutecznie. W latach 50. i 60. już nie stolica miała swoich chuliganów, lecz chuligani swoją stolicę.

Istną wylęgarnię chuliganerii stanowiły hotele robotnicze. Była to instytucja wielce zasłużona dla ekstensywnego rozwoju społeczno-gospodarczo-ekonomicznego, nie tylko czasów Wielkiej Odbudowy. (...) Wykorzystywanie wiejskiej, niewykwalifikowanej siły roboczej do prac poważniejszych od budowy stodoły nie jest bynajmniej socjalistycznym wynalazkiem. Pierwsze z obiektów Centralnego Ośrodka Przemysłowego, niespełnionego snu o potędze II Rzeczypospolitej, powstawały bardziej w ludzkim - i końskim - pocie i znoju niż w zgiełku potężnych maszyn budowlanych, karczujących las, budujących drogi, kopiących fundamenty.

 10 października 1937 roku zatrudniłem się jako prosty robotnik do firmy montażowej z pierwszą zapłatą 50 groszy za godzinę, ubezpieczeniem od wypadków i darmowym leczeniem siebie i rodziny. Nigdy mi się śniło, że będę kiedyś pracował w takich warunkach i zarabiał takie ogromne pieniądze. [...] Dyscyplina jest, ale bez przesady. Nikt nade mną nie stoi z batem, nie pogania, nie krzyczy, nie zmusza do tego, żebym wypruwał z siebie flaki i po fajrancie wyżymał mokrą od potu koszulę. Przerwy na obiad nie ma, ale gdy ktoś zgłodnieje, może odejść na bok, zjeść chleb, a nawet zapalić. [...] Jak zaczęła powstawać huta, ludzie poczuli pieniądze w kieszeni, zrobili się pewniejsi siebie, weselsi jacyś. Jak się zdarzy taka piękna, letnia noc z gwiazdami, chłopaki chodzą przez całą noc po wsi i śpiewają. Tak po prostu, z radości, że żyją, że są młodzi, silni i zdrowi, że widzą przed sobą przyszłość. A rano idą do roboty i pracują jak nawiedzeni

 - mówi w kronice filmowej Antoni Burdzy ze wsi Pławo nad Sanem, niespełna 30 km od Sandomierza. Lat 28, ubrany w przykrótką marynarkę w prążki, bawełniany podkoszulek z małymi guziczkami pod szyją, luźne, szerokie spodnie (...).*

Fotografia pamiątkowa budowniczych Starego Miasta, 1953 r. (fot. Z. Siemaszko / NAC / sygn. 51-545-9)
Fotografia pamiątkowa budowniczych Starego Miasta, 1953 r. (fot. Z. Siemaszko / NAC / sygn. 51-545-9)

Antek Burdzy był protoplastą późniejszego ludowego chłoporobotnika, z tym tylko, że każdy ludowy majster, kierownik odcinka, robot, budowy, dyrektor przedsiębiorstwa budowlanego chętnie oddawałby cząstkę miesięcznej premii czy rocznej nagrody (wiedząc, że opłaciłoby mu się to z nadwyżką) za podmianę chłoporobotnika powojennego na przedwojennego. Ten drugi szanował pracę, pieniądze i awans społeczny. A za pieniądze mógł kupić wszystko, czego potrzebował: krowę lub konia, maszyny rolnicze, dachówkę, cegłę, meble, rower, a jak dobrze poszło, to i motocykl albo radio. Był więc czystym wytworem kapitalistycznej ekonomii Powojenny chłoporobotnik był wytworem socjalistycznej polityki, wmawiającej mu, że jest solą ziemi, wobec czego, czy stoi czy leży, dwa tysiące (mu) się należy, tyle że za swoje zarobione pieniądze - poza koniem lub krową - nie mógł kupić ani cegły, ani dachówki, ani maszyn rolniczych, ani roweru, ani motocykla, ani radia, ponieważ były to towary ściśle przez państwo ludowe reglamentowane, praktycznie dla swoich. Oczywiście, po pewnym czasie radia w tej pogoni za bogactwem zostały zastąpione przez telewizory, z rowerami nie było już większych kłopotów, ale z cegłą, dachówką, cementem, meblami - były do końca PRL. Zarazem, z jeszcze bardziej interesującego nas tutaj punktu widzenia, hotele robotnicze odegrały ważną rolę jako instytucje zakorzeniające wiejskich przybyszów w miejskiej, a zwłaszcza wielkomiejskiej tkance. Tyle że nie od razu, bo najpierw byli to już nie chłopi, jeszcze nie robotnicy.

Hotel Żerań

Hotelem "Żerań" zajmował się Manturzewski (Stanisław Manturzewski - reżyser i reporter, autor książki "Niebezpieczne ulice. U źródeł chuligaństwa. Materiały i refleksje" - przyp. redakcja). Brał udział w rożnych miejscowych wiecach, zebraniach, dyskusjach, próbach zespołów artystycznych, a nawet w pierwszych spektaklach telewizyjnych. Mieszkańcy wiedzieli, że jest członkiem zespołu piszącego książkę o hotelu. Z czasem uznali go za reportera tygodnika młodzieżowego, z którym wówczas faktycznie współpracował. Chętnie na to przystał, uważając, że rola reportera będzie dla mieszkańców bardziej zrozumiała od roli socjologa. "Historię obyczajową hotelu można podzielić, z pewnymi uproszczeniami, na kilka faz, różniących się nasileniem objawów wykolejenia i jego formami" - pisze.

Fazę pierwszą, lata 1952-1953, można by nazwać okresem aklimatyzacji. Hotel zamieszkiwali wówczas ludzie bardzo młodzi, w wieku 17 - 19 lat, przeważnie świeżo przybyli do Warszawy ze wsi i małych miasteczek. Rekrutacja do pracy odbywała się drogą "zaciągów". Po prostu agitatorzy jeździli po wsiach Mazowsza oraz Podlasia i przez głośniki nawoływali do awansu społecznego. Obietnice na przyszłość zwykle łączyli z poczęstunkiem na bieżąco. Młodzi zwerbowani zastawali rzeczywistość inną od obiecywanej.

Ten hotel znajdował się na pustkowiu, pośród zarośniętych chwastami terenów przyszłej dzielnicy Praga II. Do najbliższej zabudowy - konkretnie: slumsów starej Pragi - było ok. kilometra. Dla wielu hotel był po prostu miejscem noclegowym. Liczba jego mieszkańców ulegała ciągłym zmianom: stopniowo, falami napływali nowi, ale i wielu powracało na wieś, rotacja była więc ogromna. Młodzi także w hotelu trzymali się grupami sąsiedzkimi: ziomkowie z tej samej wsi, koledzy z tego samego powszechniaka / podstawówki. Grupami wychodzili "na miasto", grupami wyjeżdżali w soboty, święta i na urlopy. Początkowo związek z rodzinną wsią był u wielu silny. Ciułali zarobione pieniądze na zakup inwentarza do gospodarstwa, prawie wszyscy chętnie zawozili rodzinie prezenty.

Robotnicy pracujący przy odbudowie Starego Miasta, 1952r. (Fot. Z. Siemaszko / NAC / sygn. 51-538-4)
Robotnicy pracujący przy odbudowie Starego Miasta, 1952r. (Fot. Z. Siemaszko / NAC / sygn. 51-538-4)

A zarabiali niemało: niewykwalifikowani 2-3 tysiące miesięcznie, przy kilkusetzłotowej pensji szeregowego kolejarza, ekspedientki czy prostej urzędniczki. Oszczędności były tym łatwiejsze, że często przywozili z domu zapasy żywności. W dodatku opłaty za hotel i stołówkę były groszowe, bo zakład działał na zasadzie planowego deficytu, który wyrównywano z pieniędzy państwowych.

W tym okresie "Żerań" przeznaczał duże sumy na organizację życia kulturalnego mieszkańców, w świetlicy często wyświetlano filmy, wygłaszano odczyty, co tydzień wożono chętnych na wycieczki. Początkowo takie akcje-atrakcje były mile widziane, po prostu młodzież brała chętnie, co tylko jej dawano, w zamian posłusznie wykonując polecenia. Dosyć szybko się to skończyło, przy czym nie można ustalić wyraźnej cezury między tą początkową fazą "aklimatyzacji" a postępującą po niej fazą "rozwydrzenia i anarchii". Sprawy to indywidualne, natomiast dla całej hotelowej zbiorowości można mówić o przełomowym roku 1953.

Wiejskie niedziele

W tym czasie "Żerań" wypełnia się po brzegi (trzysta kilkadziesiąt osób); mieszkańcy poznają się bliżej, tworzy się względnie jednolita załoga o swoistej strukturze, hierarchii, wzorach osobowościowych. Manturzewskiemu najbardziej rzuca się w oczy szybkie zamieranie dotychczasowych kontaktów i sposobów postępowania, wypieranych przez nowe, przy czym temu procesowi u wielu chłopców towarzyszą drastyczne objawy wykolejenia, niekiedy przejściowe, częściej trwałe. Rozluźnia się kontakt z rodzinną wsią czy miasteczkiem. Coraz rzadsze są sobotnie wyjazdy do domu, coraz mniej pieniędzy odkłada się na inwestycje w rodzinne gospodarstwo, na prezenty dla bliskich. W zamian coraz szybciej rosną potrzeby i coraz częściej zaczyna brakować pieniędzy na ich zaspokojenie, mimo że relatywnie zarobki wciąż są wysokie.

Najbardziej rozpowszechniony staje się syndrom "wiejskiej niedzieli", obchodzonej trochę inaczej niż przez Antka Burdzego i jego kolegów. Stanisław Manturzewski tak tłumaczy ów termin:

Jak powszechnie wiadomo, zabawy wiejskie, urządzane w dni świąteczne, z okazji wesela, chrzcin itp., z reguły kończą się ogólną pijatyką, a także ogólną bijatyką. Pensjonariusze hotelu znali doskonale te formy wyżycia się z rodzinnej wsi. Ale na wsi zabawa - to wydarzenie odświętne. Na co dzień temperament trzymany jest na wodzy, energię pochłania ciężka praca od świtu do nocy, pięść ojca, obawa przed opinią sąsiedzką, przed wytknięciem z ambony. Zresztą nie bardzo jest za co szaleć. Syn zamożniejszego nawet gospodarza nieraz kradnie jajka w kurniku, aby mieć parę groszy na papierosy. Wszystkie te hamulce w mieście pękają. Ośmiogodzinny dzień pracy pozostawia chłopcu przyzwyczajonemu do ciężkiej całodziennej harówki dość jeszcze wigoru (nawet przy godzinach nadliczbowych). Pięść ojcowska i opinia sąsiedzka pozostały daleko. Są pieniądze, dużo pieniędzy. A więc...?A więc "czuliśmy się codziennie jak w święto, codziennie wieczorem była niedziela! Wszyscy jak gdyby zerwali się z łańcucha! - mówią o tym okresie mieszkańcy hotelu.

Jednakże wśród mieszkańców hotelu żyło też wielu ludzi zawiedzionych i rozgoryczonych, ludzi ze złamanym planem życiowym, źle przystosowanych do otaczającej rzeczywistości. Czyli - jak byśmy to dzisiaj w skrócie określili - frustratów. Często sprzyjał temu sam fakt opuszczenia dotychczasowego środowiska, w którym czuli się biedniej, ale bezpieczniej. A przecież wielu opuściło wieś wcale nie dobrowolnie; w rozmowach z reporterem-socjologiem nieraz powracał ten sam motyw: "Ja tam do miasta się nie rwałem, myślałem sobie gospodarzyć, pszczoły lubię, pasiekę bym założył".

Niejeden z tych zamiłowanych pszczelarzy czy rybaków opuścił wieś pod presją biedy w rodzinnej chacie, aby zrobić miejsce licznemu rodzeństwu. Nieraz decyzja była podjęta w obliczu przymusowej kolektywizacji. Ci ludzie wcześniej wymyślili sobie całkiem inny scenariusz niż ten, według którego przyszło im żyć, nosili więc w sobie uczucie żalu i chęć zemsty na społeczeństwie obwinianym za nieudane życie.

Kolejny aspekt migracji, na jaki zwraca uwagę autor, dotyczy tych, którzy nie zostali bynajmniej wypłoszeni ze wsi nędzą czy strachem przed kolektywizacją. Emigranci dobrowolni rzadko wrastali w nowe środowisko bez konfliktów. Młody chłopak, bogacz we własnym mniemaniu, wyzwolony od krępujących go rygorów patriarchalnej rodziny i więzi sąsiedzkiej, dla [miejskich] kolegów z pracy, przechodniów, miejscowych dziewcząt był jednak człowiekiem gorszym - "zającem", "bocianem", "chamem". Zdradzała go zawsze gwara, strój.

Nauka chuligaństwa

I oto mieszkańcy hotelu zaczęli gorączkowo upodabniać się do ludzi miejskich, nowoczesnych, oczywiście pod takimi względami, jakie uważali za najistotniejsze. W owym procesie zmieniania skóry chłopscy synowie rychło znaleźli mentorów i przewodników. Była już mowa o tym, że hotel znajdował się na pustkowiu, a najbliższymi obszarami zabudowanymi były slumsy starej Pragi i Targówka. I tam też ciągnęli "żerańczycy" po wiedzę o miejskim życiu. Koniki pod kinem "Praha", trzy spelunki zawsze pełne awanturników, prostytutek i handlarzy, bazar na Stalowej - oto ich instytucje edukacyjne.

Również w samym hotelu nie brakowało podobnych wychowawców. Mieszkała tam pewna liczba chłopaków oraz dorosłych mężczyzn z gatunku obieżyświatów i niebieskich ptaków. Taki facet nierzadko miewał na koncie więcej niż jedno przestępstwo; co kilka miesięcy zmieniał hotel robotniczy, łatwo przenosił się z miasta do miasta w pogoni za przygodą lub lepszymi warunkami pracy. Łatwo popadał w konflikty z kierownictwem i kolegami, bywał agresywny i przy byle okazji rzucał pracę, by popróbować nowej w innym krańcu Polski. Niby to był robotnikiem, ale zawsze trochę kradł i handlował. Często miał za sobą staż pracy w Nowej Hucie, na Ziemiach Odzyskanych lub w portach w czasach, gdy ośrodki te były siedliskami demoralizacji.

Jasne, że podobne indywidua imponowały młodemu i niedoświadczonemu narybkowi, upojonemu dodatkowo wódką i nieznaną dotąd wolnością. Toteż wokół szemranych mentorów zaczął się gromadzić tłumek zauroczonych chłopaczków. Potworzyły się nowe grupy, zawarto przyjaźnie poczęte i scementowane w hali fabrycznej, na zabawie, podczas bójki w knajpie i pod nią. Mentor pokazywał, jak chodzić na k..., a w razie czego chętnie pełnił rolę pasera rzeczy kradzionych w fabryce, był prowodyrem pijatyk i bójek. Słowem: uczył nowicjuszy życia.

Warszawska chuliganeria miała jedno ze swoich głównych źródeł na Pradze. Na zdjęciu kino Praha, popularny punkt spotkań, 1955r. (fot. Z. Siemaszko / NAC / sygn.51-427-5)
Warszawska chuliganeria miała jedno ze swoich głównych źródeł na Pradze. Na zdjęciu kino Praha, popularny punkt spotkań, 1955r. (fot. Z. Siemaszko / NAC / sygn.51-427-5)

Zapatrzony w starszego prowodyra jak w obrazek młodzieniec stawał się chuliganem, nawet o tym nie wiedząc. Przy okazji mentor wyrastał na arbitra elegancji i grandziarskiego savoir vivre'u. Wkrótce "nad podlaskim czy mazowieckim obliczem pojawiała się plereza, a później fanfan", hotel zapełniał się osobnikami wystrojonymi w (bazarowe) fantastycznie kolorowe koszulki w smoki, palmy, golaski, koniecznie wąziutkie spodnie i prążkowane skarpetki. Ponieważ te szczawiki tak naprawdę nie znały jeszcze rzeczywistej wartości pieniądza, stawały się jednodniowymi milionerami po wypłacie, by na wiele dni przed następną wypłatą (za dwa tygodnie) nie mieć pieniędzy choćby na stołówkowy obiad. W tygodniu najbardziej niespójnymi dniami były weekendy. Nie znano jeszcze tego terminu - oczywiście chodziło o soboty i niedziele, z tym, że o wolnych sobotach nikomu się nawet nie śniło, natomiast z reguły pracowano w ten dzień o 2 godziny krócej. "Żerań" przeżywał wówczas scenariusz znanego nam już widowiska pt. Na wsi wesele, tyle że w robotniczo-hotelowej scenerii, z pseudomiejskimi bohaterami i wśród pseudomiejskich didaskaliów. Niezbędne składniki w postaci pijatyki i bijatyki uzupełniano o wizyty praskich panienek w wieku przeważnie trolejbusowym, obsługujących skrupulatnie pokój za pokojem, z zachowaniem ustalonego wcześniej przydziału pięter. Myliłby się natomiast ktoś, kto by przypuszczał, że kres ekscesom kładły interwencje milicji. Otóż funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej - pod tym względem całkowicie solidaryzując się z innymi obywatelami z musu zaplątanymi w te okolice - szerokim łukiem omijali hotel "Żerań", w słusznej obawie przed doznaniem fizycznej krzywdy podczas próby jego pacyfikacji. Pokaźny bowiem procent niebezpiecznych mieszkańców hotelu co jakiś czas przebywał w aresztach lub więzieniach, co zarazem oznaczało, że inny ich procent przebywa na miejscu. Stróże porządku woleli nie przekonywać się, jaki to procent, zwłaszcza że prawie wszyscy pensjonariusze hotelu mieli przy sobie noże sprężynowe. (...)

Widok na osiedla Praga II i Praga III, które przyczyniły się do zmian w kulturze mieszkańców Hotelu Żerań (fot. Z. Siemaszko / NAC / sygn. 51-739)
Widok na osiedla Praga II i Praga III, które przyczyniły się do zmian w kulturze mieszkańców Hotelu Żerań (fot. Z. Siemaszko / NAC / sygn. 51-739)

Cywilizowanie Żerania

W połowie 1955 roku daje się zauważyć wyraźny przełom - pisze Manturzewski. Istotnym czynnikiem były zmiany w otoczeniu hotelowego budynku. Na dawnym pustkowiu wyrosło nowoczesne 20-tysięczne osiedle Praga II, a wraz z nim sieć komunikacyjna, zieleńce i skwery, dwa kina, kawiarnie, sklepy i punkty usługowe. Mieszkańcy hotelu znaleźli się więc w orbicie wpływów zupełnie odmiennego środowiska, nie musieli już pielgrzymować po zakupy do slumsów starej Pragi. Co więcej, w osiedlu zamieszkało wielu ich kolegów z fabryki, czasem już zwierzchników, inżynierów, słowem: ludzi, z którymi spotykali się na co dzień w pracy i z którymi musieli się liczyć. Prawidłowo zadziałał też kolejny czynnik uspokajający, mianowicie obecność dużej liczby ostrożnie do tej pory dawkowanych milicjantów. Żaden cud - po prostu wielu funkcjonariuszy, w tym zwłaszcza oficerów, dostało na Pradze II mieszkania służbowe. Wątpię, by sami oficerowie uganiali się z pałami za chuliganami z "Żerania", natomiast z pewnością umieli do tego zmobilizować podwładnych, choćby w trosce w własne rodziny. Zmieniło się jeszcze kilka istotnych elementów, m.in. sposób rekrutacji nowych mieszkańców hotelu. Wcześniej trafiały do niego grupy rówieśników z jednej wsi lub szkoły, obecnie pojedynczy chłopcy byli ściągani przez krewniaków lub sąsiadów. Wróciła też spora gromadka z wojska - z poboru przed dwoma, trzema laty. Ci hotelowi weterani, czasem już żonaci i dzieciaci, zdążyli się wyszumieć i dość skutecznie wzięli w karby niesfornych młodzików. I jeszcze jedna, ważna okoliczność: władza stwierdziła, że zarobki niewykwalifikowanych żółtodziobów są nieadekwatne do pożytków, a ponadto stanowczo za wysokie w stosunku do przeciętnych krajowych płac. Zlikwidowała zatem kominy, bynajmniej nie podwyższając średniej krajowej, lecz wprowadzając nowe siatki wynagrodzeń, radykalnie obniżające dochody. Zaczęło więc brakować na alkohol, prostytutki i inne rozkosze dolce vita, skończyły się cowieczorne wiejskie niedziele.

Okładka książki Piotra Ambroziewicza 'Złote lata polskiej chuliganerii' (mat. promoycjne)
Okładka książki Piotra Ambroziewicza 'Złote lata polskiej chuliganerii' (mat. promoycjne)

*Fragmenty książki "Złote lata polskiej chuliganerii 1950 - 1960" opublikowanej nakładem Wydawnictwa Naukowego PWN. Możecie ją kupić w Publio.pl >>>

Piotr Ambroziewicz. Warszawiak lewobrzeżny, absolwent Wydziału Prawa i Administracji UW. Dzięki studenckim praktykom w sądach i prokuraturze poznał ten "najstarszy teatr świata" i zrezygnował z pracy w todze na rzecz dziennikarstwa sądowego i okołosądowego. Najdłużej (27 lat) pracował w "Prawie i Życiu" oraz w "Gazecie Sądowej" (12 lat). Współpracował m.in. z "Aneksem", magazynem kryminalnym "Reporter" i literacko-kryminalnym "Pocisk". W "Skarpie Warszawskiej" wydał książkę "Widziałem. Słyszałem. Spisałem. Wspomnienia reportera sądowego PRL" (2016), a w KiK (obecnie Wolters Kluwer Polska) zbiór felietonów Moja Wysokość Podatnik, drukowanych w "Przeglądzie Podatkowym" w latach 1998-2003.

Zobacz także
Komentarze (46)
Zaloguj się
  • dolorek

    Oceniono 25 razy 23

    Nasze władze kochają chuliganerię, bo myślą że steruje nią zdrowy duch narodu.

  • xsawer

    Oceniono 18 razy 16

    Wiek trolejbusowy. Pragnę przypomnieć, że warszawskie trolejbusy nosiły numery od 51 w zwyż.

  • jaszmije_smukwijne

    Oceniono 5 razy 5

    Nasuwa się skojarzenie ze "Złym" Tyrmanda.

  • guru133

    Oceniono 7 razy 3

    Można bez pudła stwierdzić że rząd PRL-bis, czyli Pislamu wyciągnął wnioski z historii i nie chcąc narażać się na upadek wspiera współczesną chuliganerię spod znaku ONR, MW i innych prawicowych organizacyjek, zwłaszcza że szowinizm i antydemokratyzm to znak firmowy tego rządu.

  • darek334

    Oceniono 5 razy 3

    Skoro chuliganów nie kierowali imperialiści jak ich nazywano to kto nimi kierował ? Może kierowali się zdrowym rozsądkiem i biblią ? :). Jedno jest pewne to co chuliganami kierowało nie ważne czym było, było złe, to chyba PRL jednak postępował logicznie ?

  • darek334

    Oceniono 4 razy 2

    Dzisiaj te nieroby rządzą Polską. Brali całymi garściami z komuny a teraz drugimi garściami z nas :)

  • elasp

    Oceniono 6 razy 2

    Bardzo ciekawy artykuł - kupię książkę.

  • pieknyjaro69

    Oceniono 7 razy 1

    Autor tej książczyny zapewne nie za bardzo wie czym była organizacja pod nazwą Służba Polsce i jak młodzi ludzie ze wsi do niej trafiali. Bynajmniej nie dobrowolnie i nie z biedy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX