Małgorzata Omilanowska. Gdańsk, 2010 rok

Małgorzata Omilanowska. Gdańsk, 2010 rok (fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

Małgorzata Omilanowska: Wiedziałam, że moje życie po chorobie będzie zupełnie inne. Że już nie wrócę do tego, co było

Pojawiła się refleksja, że nie jestem niezniszczalna. Że jeżeli chcę wyzdrowieć i jeszcze pożyć, muszę zmienić swoje życie - mówi była minister kultury.

Gdybyśmy się spotkały przed pani chorobą, to...?

Przed diagnozą byłam osobą patrzącą dalekosiężnie. Snułam wielkie plany rozpisane na dekady. Jak większość ludzi 50+ planowałam jakieś 30 lat aktywności życiowej, z czego co najmniej 20 lat zawodowej. Wyobrażałam sobie wiele projektów, na czele których byłabym gotowa stanąć.

Zacząć je i skończyć?

Trzy lata temu miałam dużo większe przekonanie co do tego, że jestem w stanie doprowadzić do końca każdy projekt, choćby zawiedli moi współpracownicy. Miałam wtedy przekonanie, że moje możliwości i czas  - jeśli chodzi aktywność zawodową -  są właściwie nieograniczone.

Tak było, kiedy pracowałam z Andą Rottenberg nad wielką wystawą w Berlinie z okazji polskiej prezydencji w Unii. Anda odpowiadała za wystawę, a ja za katalog. Koordynowałam pracę dwóch zespołów - polskiego i niemieckiego, odpowiadając za tom będący dziełem kilkuset autorów z kilku krajów. Książka ukazywała się w dwóch wersjach językowych. To wszystko trzeba było zrobić w półtora roku.

Każdy, kto prowadził podobny projekt wie, jak to niesłychanie mało czasu. Ostatnie trzy miesiące przed oddaniem katalogu do druku pracowałam przez siedem dni w tygodniu. I żadnego dnia nie udało mi się pracować krócej niż 18 godzin.

Sypiała pani?

Trochę. W półgodzinnych odcinkach.

22.09.2014 Warszawa , Palac prezydencki . Minister kultury Malgorzta Omilanowska  podczas zaprzysiezenia nowego rzadu premier Ewy Kopacz .Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta
Małgorzata Omilanowska podczas zaprzysiężenia rządu Ewy Kopacz (fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Nie miała pani problemów z koncentracją?

Miałam, ale w pewnym momencie, przy takim wysiłku, wchodzi się w rodzaj pewnego transu, jedzie się na takiej adrenalinie, że zmęczenia się nie czuje. Po skończeniu katalogu musiałam się przez miesiąc rehabilitować. Ale projekt dopięłam.

Za cenę zdrowia? Wolała pani paść niż odpuścić?

Wtedy tak. Podjęłam się tego zadania, wycofanie się nie wchodziło w grę. Taka byłam przed chorobą. Uważałam się za człowieka, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych.

Maszyna trochę? Nie do zdarcia?

I choroba to całkowicie zmieniła. Diagnoza spowodowała, że w ciągu jednej doby - bo tyle miałam czasu, żeby wszystko przemyśleć - musiałam tę rozpędzoną lokomotywę, którą byłam, ostro wyhamować. I natychmiast przestawić się na inne tory. W trzy tygodnie między diagnozą a operacją zrobiłam rekapitulację wszystkiego, w co byłam zaangażowana. Podzieliłam sprawy na dwie grupy - takie, które da się domknąć przed operacją, lub odłożyć na daleką przyszłość, i takie, których już na pewno nie zdążę zrobić i muszę je przekazać innym. Bo ich nie zrobię już nigdy.

Wiedziałam, że moje życie po chorobie będzie zupełnie inne. Że już nie wrócę do tego, co było. Na pewno nie pozwolę, by ta lokomotywa tak gnała. Pojawiła się refleksja, że nie jestem niezniszczalna. Że jeżeli chcę wyzdrowieć i jeszcze pożyć, muszę zmienić swoje życie. Jeśli chcę uniknąć przerzutu, muszę zaoferować mojemu organizmowi nowe warunki życia.

Kim jest pani w nowym życiu, jeśli już nie lokomotywą?

Pozostając przy alegoriach drogowo-kolejowych, przestałam być pendolino. Jestem miłą, sympatyczną kolejką podmiejską, która spokojnie turla się od stacyjki do stacyjki. Na każdym przystanku ma czas, żeby podziwiać wiosnę. Myślę, że jako kolejka też mogę daleko zajechać. Ale już nie w takim szalonym tempie.

Poza tym wykreśliłam ze swojego grafiku dalekosiężne plany, rzeczy, które planowałam na za 10 lat. Teraz myślę tak: to jest na tyle ważne, że nie mogę odkładać tego na tak długo. Zrobię to najdalej za pięć miesięcy.

18.08.2014 Gdansk Europejskie Centrum Solidarnosci , ECS , dwa tygodnie przed otwarciem , Minister Kultury  prof. Malgorzata Omilanowska , dyrektor ECS Basil Karski (2l).Fot. Renata Dabrowska / Agencja Gazeta
Małgorzata Omilanowska w 2014 roku (fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)

Co na przykład?

Zawodowo, bo pracoholikiem zostanę do końca życia, mam chęć napisać książki, o których myślałam od lat i zrobiłam już do nich mnóstwo notatek. Teraz nie mogę jednak założyć, że napiszę książkę za 10 czy 15 lat z prostej przyczyny: nawet jeśli będę wtedy żyła, a nie wykluczam takiej możliwości, moja wydolność intelektualna może już nie pozwolić na ich napisanie.

W okresie rekonwalescencji pooperacyjnej zorientowałam się, że człowiek żyje, wstał, umył się, zjadł śniadanie i nic z tego nie wynika. Nic nie jest w stanie wymyślić. Zdałam sobie wtedy sprawę, że moja potencja intelektualna nie jest nieskończona.  Szkody, które wyrządza choroba i skutki uboczne leczenia, są dużo łatwiejsze do usunięcia, jeśli chodzi o fizyczne możliwości organizmu niż o sam mózg. Mózg potrzebuje znacznie więcej czasu, żeby wrócić do pełnej sprawności. Myślę, że mój wrócił dopiero po 8-9 miesiącach od operacji. Schudłam też 30 kilo i z tym czuję się świetnie.

Ale pytała pani, jak choroba zmieniła mnie wewnętrznie. Otóż miałam taki kunktatorski pogląd, że moje wnuki są małe, więc nie muszę się na tym etapie zbyt intensywnie włączać w proces babciowania, bo i tak tego nie zapamiętają. Poczekam, aż będą miały 8-9 lat i wtedy będę je rozwijać intelektualnie. Teraz wiem, że za 10 lat może mnie nie być. I jeżeli nawet nie będą mnie pamiętały, kiedy podrosną, to uwielbiam spędzać z nimi czas, a nasze wspólne chwile mogą je ubogacić na resztę życia.

Przedstawi nam pani swoje wnuki?

Maciej ma 5,5 roku, Dorota 3,5 roku, a Danka rok i miesiąc. Urodziła się, gdy byłam w szpitalu. Kiedy się dowiedziałam, że mam raka, moja córka była w 9. miesiącu ciąży. Byłam w kropce. Uznałam, że nie powinna wiedzieć, co się ze mną dzieje, dopóki ja nie będę znała planu leczenia. Dopiero gdy go poznałam, pojechałam do niej i powiedziałam: "Mam raka, czekam na telefon ze szpitala, kiedy się mogę zgłosić na operację".

Jak zareagowała?

Zadaniowo. Trzeba było ustalić, kto na czas porodu zostanie z dziećmi, kotami i psem, a nie lamentować.

Pani też nie wygląda mi na kogoś, kto by lamentował.

W dniu, w którym się dowiedziałam, że mam raka, zareagowałam dość głupio, wypiłam pół butelki koniaku. Bardzo dobrego. Upiłam się w sztok i rano miałam ogromnego kaca. Ale zaraz potem uznałam, że muszę się dobrze przygotować do tego, co mnie czeka, odbyć seminarium ze studentami, wszystko z nimi ustalić. W pracy od początku wszystkim mówiłam, że jestem chora na raka i idę do szpitala.

Nie miała pani żadnych objawów, prawda?

Rak żołądka długo nie daje żadnych objawów, choć szybko pojawiają się przerzuty. Pewnego ranka obudziłam się z przekonaniem, że coś mi jest. Jednak na tomografii żadnego raka nie było widać, był na tyle mały. Okazało się, że jest to typ rozlany, niezwykle niebezpieczny. Wie pani, jak go wykryli? Zmiany rakowej nie było widać, ale wywołały one stan zapalny i z niego pobrano wycinki do badań. Komórki nowotworowe były tylko w jednym. Miałam szczęście, że gastrolog i histopatolog byli tak precyzyjni w badaniu. 

Operacja była pewnie niezwykle poważna.

Musieli mi wyciąć cały żołądek. Ale po przebadaniu wyciętych z niego tkanek usłyszałam rzecz najpiękniejszą dla każdego pacjenta - że komórek rakowych nie znaleziono nigdzie poza obszarem, który był pierwotnie uchwycony. Przebadano wszystkie stacje węzłów chłonnych i w żadnej nie było śladu raka. Nie trzeba było mnie poddawać chemii ani naświetlaniom.

11.03.2010 GDANSK . PROF. HISTORII SZTUKI MALGORZATA OMILANOWSKA . WYKLADA NA UNIWERSYTECIE GDANSKIM I INSTYTUCIE SZTUKI PAN . FOT. RENATA DABROWSKA / AGENCJA GAZETA PLYTA GDANSK NR 299
Małgorzata Omilanowska, Gdańsk 2010 (fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)

Musiała pani jednak drastycznie zmienić dietę.

Po operacji dostawałam 1,5 tys. kalorii dziennie, a mimo to wciąż chudłam. Bo byłam w rekonwalescencji, a do niej organizm potrzebuje dużo energii. Teraz zjadam niewiele ponad tysiąc kalorii. Mój organizm, niczym noworodka, musi się nauczyć trawienia. Miewam różne sensacje, ale coraz rzadziej, a kiedy zjem zbyt dużo, to płacę za to bólem. Właściwie mogę jeść wszystko, mam jedynie ograniczenia ilościowe. Jem pięć razy dziennie, porcje muszą mieć 200-250 ml. I raczej nie piję podczas posiłków.

W restauracji idealnym dla mnie daniem jest ciepła przystawka. Jem więcej zup, które sycą, a nie mam ochoty na wołowinę, bo najlepsze jest dla mnie jedzenie bardzo rozdrobnione. Świetnie wchodzą mi na przykład lody, które kiedyś omijałam ze względu na tuszę. Teraz jeden posiłek w ciągu dnia robię sobie z lodów czekoladowych. Stałam się też miłośniczką tubek z owocami dla niemowląt. Jedzenie nadal jest dla mnie przyjemnością. Wciąż jestem łakomczuchem.

Wróciła też pani do sportu.

Po raz pierwszy od 15 lat pojechałam na narty. Pływam. Rower też nie jest problemem, bo po zrzuceniu wagi przestały mnie boleć kolana. Jak się jest tęgim, aktywność fizyczna nie sprawia przyjemności, człowiek szybko się męczy, poci.

Jak pani ocenia naszą służbę zdrowia?

Jest bardzo dobrze, kiedy wchodzi się na wyższy poziom. Owszem, diagnozowanie to męka. Wszystkie pierwsze badania diagnozujące nowotwór zrobiłam za własne pieniądze. Miałam świadomość, że na tym etapie system jest niewydolny, na badania trzeba czekać miesiącami. Więc wzięłam je na siebie.

Płacę składki, ale wiem, że są one niewystarczające na potrzeby tego systemu. Należałoby je zwiększyć. Przez 30 lat nie byłam na zwolnieniu, ale płaciłam składki, więc szły one "w siwy dym". Po czym poważnie zachorowałam i wszystko to odebrałam, z nawiązką.

Składki zdrowotne to jest rodzaj ubezpieczenia, trzeba mieć tę świadomość. I do tego pamiętać, że specjalistyczne szpitale w Polsce są dziś świetnie wyposażone. Lepiej niż niejeden szpital w Niemczech. Dostęp do dobrego leczenia w Polsce jest. I ja z niego skorzystałam nie dlatego, że jestem ministrem, ale dlatego, że wiedziałam, jak to zrobić.

09.03.2018 Gdansk , Teatr Wybrzeze . Prezydent Gdanska Pawel Adamowicz i nagrodzina Malgorzata Omilanowska podczas gali wreczenia nagrod Miasta Gdanska w dziedzinie kultury  45 . Splendor Gedanensis ' . Fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta
Marzec 2018. Małgorzata Omilanowska na gali wręczenia nagród Gdańska w dziedzinie kultury (fot. Jan Rusek / Agencja Gazeta)

Zatem jak?

Jeśli jesteś poważnie chory, musisz możliwie najszybciej dotrzeć do lekarza, który jest umocowany w dobrej klinice. Lekarza trzeba wyszukać w internecie, a potem pójść do niego prywatnie z wynikami badań. Automatycznie stajesz się wtedy pacjentem tego specjalisty. A potem działa już magia tego lekarza. Trzeba zakombinować, po prostu.

Czy jako była minister jest pani traktowana lepiej?

Gdybym była znaną aktorką, na przykład z serialu, to być może tak by było. Ale bycie byłym ministrem na większość ludzi nie działa. Po prostu mnie nie rozpoznają. A już na pewno nie w służbie zdrowia. Myślę, że po dwóch latach większość ludzi w ogóle nie kojarzy, że jakaś Omilanowska była ministrem kultury. Poza tymi z branży.

Proszę też pamiętać, że zmieniłam się na twarzy. Jak się zrzuca 30 kilo, to różnica jest ogromna. Czasem ludzie mi się przyglądają, ale mają w oczach duży znak zapytania. Kompletnie nie wiedzą, kim jestem.

Biorę skierowania od specjalistów i robię badania w przychodni. Niektóre z nich robię za swoje pieniądze, żeby nie stać w długich kolejkach. Ale to kwestia kilkuset złotych, a nie paru tysięcy.

Nie ma pani problemu z opowiadaniem o chorobie? Czemu pani to robi?

Gdyby po tym wywiadzie zgłosił się do pani ktoś z rakiem żołądka albo bliski takiej osoby, proszę dać mu do mnie kontakt. Pomogę, wesprę, jeśli będę mogła. Bo najważniejsze i najtrudniejsze to zwalczyć strach.


Małgorzata Omilanowska
. Polska historyk sztuki, profesor nauk humanistycznych. Ukończyła Uniwersytet Warszawski, kształciła się też na Wydziale Architektury Uniwersytetu Technicznego w Berlinie. Była podsekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a od 2014 do 2015 ministrem kultury i dziedzictwa narodowego. Mieszka w Warszawie.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka psów, mądrych ludzi, kawy i sportowych samochodów.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Zobacz także
Komentarze (20)
Zaloguj się
  • 2bogaty-wienc-mondry

    Oceniono 22 razy 18

    Na poziomie podstawowym to leczenie raka żołądka w Centrum Onkologii wygląda tak:wszyscy pacjenci zapisani są rano na jedną godzinę.Przychodzą więc o 7 do przychodni,oddają krew,idą do poczekalni i czekają. Lekarz przychodzi o 10.Albo o 12.Albo o 14.Krzesełek w poczekalni jest za mało,część ludzi stoi.Czasem ktoś się przewróci. Czeka się3,4 godziny,czasem więcej.Ale jak przyjdzie PH z hurtowni leków,to wchodzi natychmiast i siedzi godzinę. Pacjenci są wywoływani przez pielęgniarki,wizyta trwa 5 minut,czasem 10.Standardowo;jak się pan czuje,jak pan zniósł ostatnią chemię,je pan coś? I won na górę,na oddział dzienny. Chemia-różnie,zależy jaką przepiszą.Czasem pół godziny,czasem i cztery. Średnio,na chemii żyje się rok,psze państwa. Jak już ból jest nie do zniesienia,wtedy jest coś takiego jak Poradnia Leczenia Bólu na 7 piętrze.Tam daje się narkotyki,żeby pacjent nie rzęził za głośno. Jedzonko takie dobre...aż chce sie szybciej umrzeć,naprawdę.Jest Pani Dietetyczka na etacie w szpitalu-a co! Europa! "Jaką ma pan dietę? Jestem cukrzykiem-aha,w porządku. I na kolacja herbata z cukrem i dżem. Zdechnij szybciej,obojętnie na co,człowieku.Państwo do Ciebie dokłada,nie rozumiesz?

  • rozterka47

    Oceniono 16 razy 16

    To fakt , na wyższym poziomie mamy już zupełnie niezłą slużbe zdrowia. ja na etapie podstawowym tez większosć badan robię za własne pieniądze , regularnie.

  • j-ugo

    Oceniono 23 razy 13

    Pani Olmianowska miała kasę. Gratuluję wyników leczenia. Dotarła do prywatnego gabinetu ordynatora. Ordynator już na NFZ zrobił operację. w trybie ekspresowym.
    A my polaki szaraki?

  • marlicja

    Oceniono 11 razy 9

    Dziękuję.
    "Jestem miłą kolejką podmiejską" - świetne. Znów, Angeliko, fajna rozmowa z ciekawym człowiekiem.
    :-)

  • klarneta8

    Oceniono 10 razy 8

    WSPANIALA KOBIETA, SUPER NAUKOWIEC I MINISTER KULTURY. OBECNY JEJ NIGDY W 1/1000 NIE DOROWNA. ZYCZE DUZO ZDROWIA, BO JEST PANI POLSCE POTRZEBNA.

  • Kowalska Anna

    0

    Zdrowia, zdrowia zdrowia i... pogody ducha :) Świetny artykuł gratuluję, dziękuję!

  • jakobhorner

    Oceniono 5 razy -5

    Adamowicz upupił Ministrę Kultury, specjalistkę od modernizmu - ma rację, w Gdańsku urbana i architektura leżą na czworakach, najważniejsze żeby koleżance dać nagrodę, przestanie ewentualnie zrzędzi. Choć i bez nagrody nie powinna.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX