Język jest nieodzowny w seksie po to, żeby seks był sprawny

Język jest nieodzowny w seksie po to, żeby seks był sprawny ((fot. shutterstock.com))

obyczaje polskie

Kiedy chędożenie już nikogo nie kręci. Czy Polacy potrafią rozmawiać o seksie?

Polski język seksualny przepełniony jest określeniami cukierniczo-seksualnymi, metaforami ornitologicznymi albo wulgaryzmami najwyższego stopnia. O tym, czy można ładnie mówić o sferze intymnej życia rozmawiają Jerzy Bralczyk i Lucyna Kirwil z Karoliną Oponowicz.

Przypominamy najchętniej czytane teksty w 2018 r.

Karolina Oponowicz: Jak mówić o seksie poprawnie i do tego jako o czynności szczęśliwie już dokonanej? *

Jerzy Bralczyk: "On zrobił seks".

Lucyna Kirwil: Prędzej: "Miał seks".

J.B.: Słowo "mieć" nie jest wcale dokonane, ma charakter ciągły, czyli opisuje pewien okres, kiedy seks w czyimś życiu był obecny. A nie tak, że rach-ciach zrobił i już. Powinien raczej "robić" ten seks, a nie "zrobić" na chybcika. A na pewno nie powinien go "odrobić".

L.K.: Ale dziecko to jej jednak zrobił, tak przy okazji.

J.B.: W ogóle formy dokonane - choć coś się niechybnie w tym łóżku, o którym wolimy milczeć, dokonało - są w tym obszarze trudne do zastosowania. Mamy wprawdzie formy, takie jak: "posiadł kogoś", "posiadł ją" czy "ona go posiadła". Nawiasem mówiąc, nie mówi się, że on ją posiada.

L.K.: Ale one przemocowo się kojarzą.

J.B.: Och, mogą się wiązać z przemocą, ale przecież niekoniecznie.

Polski język erotyczny pełen jest określeń 'przemocowych', jak 'posiadł ją', 'miał ją' (fot. shutterstock.com)
Polski język erotyczny pełen jest określeń 'przemocowych', jak 'posiadł ją', 'miał ją' (fot. shutterstock.com)

Oj, przemocowo brzmią, przemocowo. "Posiąść" tak jak "wziąć" - to raczej bez pytania.

J.B.: Ale istnieje też połączone frazeologicznie "posiadł ją siłą", co by wskazywało, że posiąść można jednak na różne sposoby. Dokonane są też takie prostackie formuły, jak "wyruchać". Trudno, muszą paść, skoro już o tym seksie rozmawiamy.

L.K.: Wulgaryzmy najwyższego stopnia.

J.B.: Są gorsze nawet niż, przepraszam, "jebać". Przyrostek wytworzy formy dokonane: jebać - wyjebać, pierdolić - wypierdolić.

Te ostatnie nie kojarzą mi się z seksem, ale raczej z wyrzucaniem czegoś.

J.B.: A pochodzi jeszcze skądinąd. Bo "wypierdolić" wzięło się z pierdzenia, ale później zaczęło znaczyć opowiadanie głupot. Przykleiło się to określenie do seksu jeszcze później.

L.K.: Słowa "ruchać" to już nie słyszałam od jakichś trzydziestu paru lat.

J.B.: A słyszałaś wcześniej?

L.K.: W dzieciństwie często. Chłopcy tak mówili.

J.B.: Do tej pory tak mówią. Choć ostatnio słyszałem też słowo bardzo dla mnie dziwne "zapinać" w tym właśnie seksualnym znaczeniu. "On ją zapiął - przeczytałem gdzieś - od tyłu". Rozpiął raczej niż zapiął, pomyślałem sobie.

Zauważmy, że w większości przypadków te czasowniki padają z pozycji mężczyzny, że tak powiem. Rzadko mówimy, że to ona go wy. A jeżeli już ona, to za drzwi, a jeżeli on ją, to albo za drzwi, albo przez akt seksualny. To jest czynność tu przypisana mężczyźnie. Przynajmniej w sferze czasownikowej.

Angielskie słowo "fuck" bywa już używane przez kobiety w pierwszej osobie.

J.B.: Że ona go "fuck"? Bardzo ciekawe.

L.K.: Moim zdaniem w Polsce kobiety też zaczynają mówić o swoich potrzebach i pragnieniach, a więc i o seksie, coraz otwarciej. "Miałam superseks!" na przykład. To kalka z angielskiego, prawda? Kiedyś podsłuchałam też, jak jedna dziewczyna mówiła drugiej: "Ale miałam jebanko".

Kobiety zaczynają mówić o swoich potrzebach i pragnieniach, a więc i o seksie, coraz otwarciej (fot. shutterstock.com)
Kobiety zaczynają mówić o swoich potrzebach i pragnieniach, a więc i o seksie, coraz otwarciej (fot. shutterstock.com)

Dlaczego w języku polskim w ogóle brakuje "neutralnych płciowo" czasowników dokonanych dotyczących seksu?

J.B.: Może dlatego, że miłość jest rodzajem słabości. A już na pewno przyznawanie się do niej o słabości świadczy, więc - zwłaszcza w męskim towarzystwie - trzeba odwrócić znaczenia, żeby tę słabość ukryć. Pokazać, że owszem, mogę kochać, ale ta miłość musi zostać werbalnie "utwardzona", zaprawiona agresją. Stąd np. to rubaszne "walić", które zdejmuje z tego całego kochania sentymentalizm i uczuciowość.

Ze słów neutralnych mamy "kochać się z kimś".

J.B.: "Pokochaliśmy się"? No może. W każdym razie to "się" wskazuje na wzajemność.

L.K.: A "ciupciać się"? Nie dość, że jednak ciupcia się raczej kogoś, a nie wzajemnie, to jeszcze użycie tego słowa infantylizuje całą miłosną sytuację.

Mamy też oficjalne "odbyć stosunek".

J.B.: Też symetryczne, choć nieładne. W tym wyrażeniu widać jedną istotną rzecz - że cała ta sfera seksu i miłości długo stanowiła tabu. Radzono sobie z tym tabu poprzez eufemizację, czyli określenia mające dużo bardziej ogólny charakter. "Stosunek" jest tego przykładem. Podobnie "pozycja", "interes", "członek", "ta rzecz". Ich abstrakcyjność gwarantuje skuteczność eufemizmu.

"Oni byli ze sobą" albo "żyli ze sobą".

J.B.: Świetny przykład. "Nie żyją ze sobą, choć mieszkają razem". Eufemistyczne będzie też biblijne "poznać" - "on poznał niewiastę". Albo "niewiasta męża nie zaznała". Zresztą to do mężczyzny też się może odnosić: "nie zaznał kobiety". Ciekawe jest to "poznać" i "zaznać". Najpierw jest wyznanie, potem poznanie i wreszcie zaznanie.

A co dalej?

J.B.: Dalej jest doznanie i uznanie! (...)

Żeńska anatomia w wersji wulgarnej opisuje też niezbyt przyjemne warunki pogodowe.

J.B.: Tak, pojawiają się czasami tak zwane intensywa związane ze słownictwem erotycznym. Mamy więc wiatr, który "piździ", czyli wieje nie byle jak. Ale mniejsza o pogodę, bo ważną rzecz chciałbym powiedzieć. Otóż w sytuacjach intymnych stosowanie wulgaryzmów może być w pewien sposób inspirujące.

Z tabu radzono sobie dawniej przez eufemizację, czyli określenia mające dużo bardziej ogólny charakter. 'Stosunek' jest tego przykładem. (fot. shutterstock.com)
Z tabu radzono sobie dawniej przez eufemizację, czyli określenia mające dużo bardziej ogólny charakter. 'Stosunek' jest tego przykładem. (fot. shutterstock.com)

Kręcące?

J.B.: Niech będzie: kręcące. Nazywanie organów, nawet brutalne nazywanie, może działać na partnera czy partnerkę stymulująco. Właśnie dlatego, że w intymnej sytuacji naruszanie tabu wzmaga nasze chęci. Ale do tego potrzebna jest bliskość, zaufanie, intymność. Nie robimy tego na co dzień, ale w łóżku, nad którym miało być tak cicho, świntuszenie jest czasem podniecające, tu możemy sobie na to i owo pozwolić.

...i wcale nie jest to czcze pieprzenie. O właśnie, nie powiedzieliśmy jeszcze nic o słowie "pieprzyć".

J.B.: Kiedyś dość wulgarne, dziś jest prawie eufemizmem. To nie jest słowo, które by wyraźnie prowokowało, może dlatego, że częściej występuje w wersji "pieprzyć głupoty" niż "pieprzyć" w kontekście seksualnym. A wzięło się z upowszechnienia nazw przypraw. Stąd też mamy aseksualne już "chrzanić", bo chrzanić to można co najwyżej głupoty. Można też "przysolić komuś".

L.K.: Ale są też "słone dowcipy".

"Dosolić" tak, ale "słone dowcipy"? Nie słyszałam.

J.B.: Kiedyś tak się mówiło, tłuste albo słone. I to otwiera jeszcze jedną sferę językowych powiązań, już nie między przemocą i seksem, ale między jedzeniem i seksem.

Przychodzi mi do głowy znane określenie cukierniczo-seksualne: "robić loda".

J.B.: Ano właśnie. Akurat ta metafora jest dosyć uzasadniona. Wszak kluczem jest lizanie. No i podobieństwo kształtów. Ale powiedzmy jeszcze koniecznie o afrodyzjakach. Jedzenie ma przecież związek z seksem. Są pokarmy czy produkty, o których się mówiło, że wzmacniają libido. Na przykład ostrygi.

L.K.: Gruszka miłosna, czyli bakłażan.

J.B.: O tak, oczywiście. I mucha hiszpańska, chociaż to miało chyba zwiększać potencję.

L.K.: Pory.

J.B.: Pory też, ale szparagi bardziej. Jedne i drugie przez penisokształtność.

Nazywanie organów, nawet brutalne nazywanie, może działać na partnera czy partnerkę stymulująco (fot. shutterstock.com)
Nazywanie organów, nawet brutalne nazywanie, może działać na partnera czy partnerkę stymulująco (fot. shutterstock.com)

Sporo wulgaryzmów zabarwionych seksualnie ma związek z członkami rodziny.

J.B.: Chodzi pani o te typu "motherfucker"? Tak, jest cała sfera paraerotycznej nomenklatury czy też słów paraerotycznych związanych jawnie z oskarżaniem o przekroczenie kazirodczego tabu. W polszczyźnie "matkojebca" niby się pojawia, ale raczej rzadko. Mieliśmy za to powszechnego "skurwysyna" czy dużo rzadszego "skurwegosyna", jak niektórzy chcieli. Zresztą, nawiasem mówiąc, "kurwa" wcale nie wzięła się z krzywizny, nie ma nic wspólnego z łacińskim przymiotnikiem curva. Ona się wzięła od kury.

Kury? Takiej domowej?

J.B.: Od ptactwa. W mianowniku był rzeczownik męski "kury", w dopełniaczu "kurwe". Z dopełniacza poszło do mianownika: "kurew" i potem już żeńska "kurwa". Zresztą żartobliwie i tej pierwszej formy się nadal używa.

Nazywano "kurami" prostytutki?

J.B.: Tak. A także "małpami". "Kura" mogła być "domowa" i mogła być publiczna, jeśli w domu publicznym. "Cipa" też na przykład łączy się ornitologicznie, z "cip, cip", prawda? "Cipka", "cipuchna" to było określenie kurki.

I wciąż jest.

J.B.: Gdzieniegdzie. Ja sam uważałem kiedyś, że słowo "cipa" wzięło się raczej ze słowa "kiep". "K" się zmiękczyło i dało "ć", a "e" się pochyliło, stąd z "ciep" zrobiło się "cip". Tak się cipa narodziła.

L.K.: W literaturze też jest o "kokoszkach" mowa.

J.B.: Tak, tak, oczywiście, utrzymywało się kokoszki. Zresztą do bardzo różnych ptaków porównywano dziewczyny. A to dzierlatka, a to sikorka, a to gołąbka, synogarliczka. Sikorki były u Sienkiewicza, a dzierlatki to wszędzie. A teraz proszę popatrzeć, do jakich ptaków porównywano mężczyzn: orły, sokoły.

I kogut.

J.B.: Kogut tak, no oczywiście.

Ptaszek to również penis w chłopięcym wydaniu.

L.K.: W intymnym wydaniu też wciąż występuje.

J.B.: Oczywiście tego rodzaju metafora pociąga za sobą kolejne.

"Ptaszek w gniazdku".

J.B.: No i tu już wchodzimy w sferę metaforyki związanej z kobiecą intymną anatomią: czy to raczej "gniazdko", czy też "muszelka"?

Usłyszałam ostatnio wspaniałe określenie z Wileńszczyzny: "różyczka".

J.B.: Różyczka, bardzo ładne. Niechętnie mówię o tych metaforach, dlatego że często są okazjonalne. Jeżeli się zachwycamy jakimś językiem, że ma bogate słownictwo erotyczne, to zazwyczaj sprowadza się do tego, że metafory się leksykalizują. Czyli że wchodzą do szerokiego użytku. Tak jest we francuskim z określeniami żeńskich części intymnych. Te wszystkie muszelki, kwiatuszki. Nasze polskie metafory raczej są związane z kodami dostępnymi dla małych grup albo wręcz kodami tylko rodzinnymi czy danej pary. I to, że one się nie upowszechniają, zostawia nam więcej poczucia intymności. Metafora, która się upowszechnia, tym samym trochę się trywializuje.

Język erotyczny bardzo ewoluował na przestrzeni wieków (fot. shutterstock.com)
Język erotyczny bardzo ewoluował na przestrzeni wieków (fot. shutterstock.com)

Więc żeby nie trywializować przesadnie, zwrócę tylko uwagę, że niektóre z tych słów są dźwiękonaśladowcze.

L.K.: Chodzi ci o "kuciapkę"?

J.B.: Na przykład. To może trochę żartobliwa interpretacja, ale może wcale nie. Dźwiękonaśladowczość była przypisywana angielskiemu słownikowi erotycznemu. Na przykład słowo "fuck" było czasami interpretowane jako odgłos tarcia prącia o pochwę.

U nas "kwa, kwa" to raczej kaczuszka robi.

J.B.: Nie ma się z czego śmiać. Kaczuszka w Chinach jest symbolem miłości.

L.K.: Z takich mniej uroczych określeń mamy jeszcze "dziurę" i "szparę".

J.B.: Plebejskie. "Gdyby nie ta dziura w desce, byłaby Kasia panną jesce". Znacznie ciekawsze są słowa i frazy, które się dewulgaryzują i potem nawet trudno rozszyfrować ich związek z seksem. Na przykład przywoływane już "przegiął pałę". (...)

A jak było wcześniej z językiem erotyki? Mam wrażenie, że w staropolszczyźnie i w kulturze, i w języku panowała większa naturalność w mówieniu o seksie. Popatrzmy na Kochanowskiego, który w wierszu "Do dziewki" pisze tak: "Nie uciekaj, ma rada: wszak wiesz, im kot starszy, tym, pospolicie mówią, ogon jego twarszy. I dąb, choć mięścy przeschnie, choć list na nim płowy, przedsię stoi potężnie, bo ma korzeń zdrowy".

J.B.: Niektórzy się rozsmakowywali w tym właśnie pisaniu. Na przykład Stanisław Trembecki, poeta i sekretarz króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, porównywał penis do pasternaku czy wielkiego Tatara o jednym oku. Ba! Nawet duchowni pisali o takich rzeczach. Taki Adam Naruszewicz na przykład. Ale nie było to coś, o czym mówiło się czy pisało w sposób zupełnie neutralny. Takie wiersze miały charakter językowej i obyczajowej prowokacji. Kiedy się czyta obscena Fredry, czy to "Piczomirę", czy to "Sztukę obłapiania", widać prawdziwe bogactwo naszego języka erotycznego. To wiek XIX - wiadomo, że pewnych rzeczy publicznie mówić nie wypada, ale się je czasem pisze "dobrym towarzyszom gwoli". A jeśli się je wydaje, to raczej w numerowanych egzemplarzach, co wskazuje, że to rzecz przeznaczona dla wąskiego kręgu odbiorców.

To słownictwo bardzo się zmieniło? Zubożało?

J.B.: Zmieniło. W języku staropolskim mieliśmy wiele słów, które niestety przepadły. Na przykład oznaczające penisa "bindaż", "bindas" czy też "mądzie". "Kiep" było wulgarne, ale już nie jest. Z kolei "kutas", dziś wulgarny, u Mickiewicza taki nie był jeszcze. Wszyscy znamy opis pasa Sędziego: "Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity, Przy którym świecą gęste kutasy jak kity".

W "Panu Tadeuszu" to słowo pojawia się też w scenie z chartami: "Głowa niknie, raz jeszcze jakby kto kutasem. Mignął: w las wpadła; ogon urwał się pod lasem". Mignięcie kutasem oczywiście nie oznaczało wymachiwania penisem. "Kutas" to był po prostu frędzel.

U Fredry w "Dożywociu" Łatka ciągle mówi z zachwytem o swojej czapce z kutasem. W końcu Filip odpowiada mu: "Cóż, u diabła, z tym kutasem!.". Bardzo zabawny cytat, prawda? Widać, że w połowie XIX w. "kutas" jest co najwyżej ambiwalentny.

Jednym z pierwszych elementów terapii z seksuologiem jest wypracowanie języka, którym pary będą się posługiwać (fot. shutterstock.com)
Jednym z pierwszych elementów terapii z seksuologiem jest wypracowanie języka, którym pary będą się posługiwać (fot. shutterstock.com)

Ale Fredro już coś przeczuwa.

J.B.: Tak, z pewnością.

"Kutas" staje się wulgarny, a jednocześnie otwartość w pisaniu o "chędożeniu" zamiera.

J.B.:  Po romantyzmie rzeczywiście tego rodzaju twórczość zaczęła wygasać. Trudno nam dać przykłady pozytywistycznych czy młodopolskich pisarzy, którzy by zatrącali o porno językowe.

L.K.: Mam hipotezę na temat tego, dlaczego mówienie o seksie stało się u nas tabu. Zauważmy, że polszczyzna mimo 150 lat niewoli, silnej rusyfikacji i silnej germanizacji świetnie się utrzymała. Jak sądzę, w dużej mierze dzięki temu, że język polski był bardzo mocno związany z Kościołem. A w retoryce i poetyce kościelnej nie ma seksu, seks jest grzeszny. Kobieta, rodząc dziecko, z jednej strony daje nowe życie, z drugiej jest brudna i wchodzi do kościoła przez zakrystię. (...)

A jak jest teraz? (...) Kto ma nam trendy wyznaczać, panie profesorze, jak pan się wycofuje?

J.B.: Nie, ja chciałbym, żeby się w łóżku mówiło dużo, ale poza nim już niespecjalnie. Ale i w łóżku używanie słów może czasami zaszkodzić, a nie pomóc.

L.K.: No dlaczego ty o tym mówisz?

J.B.: Kochanie, wreszcie ci mówię parę rzeczy.

L.K.: Odwrotnie trzeba mówić, że używanie słów pomaga.

J.B.: Właśnie niektórych słów, niestety, nie. Mówiłem na początku, że słowa wulgarne mogą być stymulujące erotycznie. A oficjalne słowa o anatomicznych korzeniach wprost przeciwnie - mogą być hamujące. Nazywanie penisa penisem czy nawet prąciem albo mówienie clitoris poważnie osłabia libido. Ja w każdym razie, jeżeli je słyszę, to raczej mniejszą mam ochotę niż większą. Owszem, prącie to normalne słowo polskie, bardzo przyjemne, ale mimo wszystko coś mi w nim przeszkadza. A już penis dla mnie jest absolutnie negatywny.

A wagina?

J.B.: No nie, nie. "Daj mi swoją waginę"? Nie, absolutnie! Proszę pani, pruderia dodaje smaku. Oczywiście, że tak. Ale zwulgaryzowane gadanie o tym wszystkim naprawdę odbiera ochotę. To tak jakby bezustannie opowiadać, jak bardzo się kogoś kocha. Była na to moda we Francji czy Włoszech w baroku albo w Niemczech we wczesnym romantyzmie. My nie mieliśmy takiej wielkiej potrzeby ujawniania swoich uczuć, czy to miłości rycerskiej, czy to innej. I bardzo dobrze. (...)

L.K.: Kobiety są bardziej wrażliwe na słowa. Zwłaszcza romantyczne słowa.

J.B.: Kobieta kocha uszami - było kiedyś takie powiedzenie.

L.K.: No właśnie, a z kolei mówi się, że mężczyźni lubią, jak kobieta jęczy, chociaż to niezupełnie jęczenie, prawda?

A może warto by zrobić badania, czy partnerzy chcą, żeby o seksie mówić w czasie seksu. Spodziewam, że wyszłoby z nich, że w łóżku komunikacja między partnerami powinna być. A jeśli chodzi o to, jakich słów używać, to już jest kwestia dogadania się. Terapeuci, którzy pomagają parom w rozwoju ich życia seksualnego, mają na to sposób. Jednym z pierwszych elementów terapii jest wypracowanie języka, którym będą się posługiwać - w rozmowie z terapeutą i między sobą.

Czyli język jest nieodzowny w seksie po to, żeby seks był sprawny, żeby nie polegał na przewadze jednej osoby nad drugą, żeby nie było efektu dominacji. Żeby partnerstwo czy symetria w seksie były zachowane. To nie może być tak, że ktoś mówi: "posuń mnie".

*Fragment książki "Pokochawszy. O miłości w języku", którą możecie kupić w Publio.pl >>>

Na zdjęciu - Lucyna Kirwil, Jerzy Bralczyk i Karolina Oponowicz (mat. prasowe)
Na zdjęciu - Lucyna Kirwil, Jerzy Bralczyk i Karolina Oponowicz (mat. prasowe)


CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Jerzy Bralczyk. Polonista, językoznawca.

Lucyna Kirwil. Psycholog, agresolog.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (134)
Zaloguj się
  • shamanx

    Oceniono 26 razy 26

    Tyle się nagadali i żadne nie wymieniło ładnego słówka 'bzykać'. Dla mnie to słowo ma konotacje jednoznacznie pozytywne.

  • acide94

    Oceniono 29 razy 23

    "Lepiej w kącie walić prącie niż być w narodowym froncie"

  • jestem_dziwny

    Oceniono 21 razy 21

    Język to takie dziwne narzędzie. Czasem potrzebne, czasem nie koniecznie. A w łóżku i okolicach zdecydowanie warto się móc dogadać. Warto znaleźć wspólny... mianownik (cóz, matematyka królową nauk!)

  • jarzebiaknaczczo

    Oceniono 22 razy 20

    Ależ się Profesor rozbrykał, rozkrotochwilił. Chyba towarzystwo uroczej żony go tak rozluźnia. Szkoda, że nie można obejrzeć tej rozmowy na żywo.

  • kocisia

    Oceniono 18 razy 18

    Jako dziecko byłam pewna, że słowo k*rwa oznacza to samo, co kura. Zostałam wyśmiana przez bardziej obyte koleżanki. A jak widać wcale się nie myliłam.

  • karolhenryk

    Oceniono 13 razy 13

    Czy nie lekka przesada z tą cenzurą?
    Dlaczego w komentarzach pod artykułem nie można używać słów które zostały użyte w tym artykule?
    W jaki więc sposób o nich pisać i komentować?

  • donmarek

    Oceniono 14 razy 12

    Jak zwykle, gimbusy maja dużą przerwę w szkole, więc się "trzepią" i jedną ręką piszą komentarze.

  • loneman

    Oceniono 16 razy 10

    Prymitywom nie dogodzisz i nawet prof. im nie pasuje, za to "jezyk chodnikowy" uzywaja na co dzien a naukowca pietnuja za przytaczanie okreslen motlochu, zabawne :D Hipokryzja level master ale to typowe u wsiowego koltunstwa, meneli i katodulszczyzny :/
    Swoich slow sie wstydza tak jak wielu z nich wyjatkowo nie lubi "Kiepskich" - powod jest prosty bo widza tam siebie i to tak wkurza debili - do tego obelzywe czy mocne nazwy dla sfer intymnych i stosunku to wyraz agresji i nienawisci do swiata jaka przejawiaja korzystajacy z tego slangu...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX