Michał Waszyński i gwiazda 'Złotej Ery Hollywood' Ava Gardner

Michał Waszyński i gwiazda 'Złotej Ery Hollywood' Ava Gardner (mat. promocyjne)

wywiad gazeta.pl

Polski Żyd, gej, twórca filmów i autor kilku swoich tożsamości. "Dzisiaj byłby mistrzem PR-u"

Punktem zwrotnym w jego życiorysie była wojna. W 1941 roku wstąpił do Armii Andersa i wtedy nagle zaczął mówić o sobie, że jest księciem. Po wojnie dopełnił metamorfozę - rzymska arystokracja nie domyśliła się, że sfabrykował swoje 200-letnie drzewo genealogiczne. O przedwojennym reżyserze, a później producencie filmowym - Michale Waszyńskim - rozmawiamy z twórcami dokumentu "Książę i dybuk", Elwirą Niewierą i Piotrem Rosołowskim.

Michał Waszyński, a tak naprawdę Mosze Waks, wychowany w sztetlu w Kowlu na Wołyniu, człowiek, który wielokrotnie wymyślał siebie na nowo i zawsze udawało mu się do kolejnych wersji swojego życiorysu przekonać innych. Co wiedzieliście o nim, kiedy zaczynaliście pracę nad dokumentem?

Elwira Niewiera: Każdy, kto miał styczność z kinem dwudziestolecia międzywojennego, musiał o nim słyszeć. Waszyński wyreżyserował wówczas ponad 40 filmów, głównie kręconych taśmowo komedii typu "Jego ekscelencja subiekt", "Pieśniarz Warszawy" z Eugeniuszem Bodo, ale również dramaty, takie jak "Znachor" czy "Bohaterowie Sybiru". Osobnym dziełem w jego karierze jest "Dybuk", zrealizowany w całości w języku jidysz, uznawany za najwybitniejszy film żydowski, jaki powstał w Polsce. Jego twórczość cieszyła się w okresie dwudziestolecia ogromną popularnością. Dzisiaj jest tematem kulturoznawczych analiz, ale niewiele mówi się o człowieku, który odpowiada za lwią część przedwojennej polskiej kinematografii.

Waszyński zmarł ponad 50 lat temu, starannie zacierając za sobą ślady. Jak pokazać na ekranie losy kogoś, kto włożył tyle wysiłku w to, by zostać zapomnianym?

E.N.: Odtwarzanie pół wieku później losów człowieka, w którego życiorysie nic nie jest pewne i mnóstwo elementów nie pasuje do siebie, wydało nam się na początku zadaniem karkołomnym. Nie byłoby tego filmu, gdyby nie biografia Waszyńskiego "Człowiek, który chciał być księciem" autorstwa Samuela Blumenfelda. Francuski dziennikarz wykonał niesamowitą pracę, łącząc wszystkie rozproszone tożsamości Waszyńskiego w jedną linię narracyjną.

Prowadziliśmy dokumentację w sześciu różnych krajach, przeczesywaliśmy fora internetowe. Dotarliśmy do przybranej rodziny Waszyńskiego z Włoch i do jego kuzynów z Izraela, którzy dopiero od nas dowiedzieli się, że są spokrewnieni z reżyserem "Dybuka". Udało nam się także porozmawiać z ostatnimi świadkami wydarzeń w Kowlu, gdzie podczas wojny zginęła większość rodziny artysty.

Wskazówek na temat życia Waszyńskiego szukaliśmy także w jego filmach. Zaskoczyło nas, w jak wielu produkcjach powracał wątek przybierania cudzej tożsamości, zamiany ról. W komedii "Jaśnie pan szofer" arystokrata zostaje kierowcą. Dramat "U kresu drogi", ostatni zrealizowany przed wojną, opowiada o uznanym profesorze, który odkrywa szczepionkę na groźną chorobę i decyduje się przetestować ją na sobie. Zapada w śpiączkę, symuluje własną śmierć. Kiedy cała rodzina pogrążona jest w żałobie, bohater niespodziewanie w nocy wychodzi z trumny złożonej w kaplicy i rozpoczyna nowe życie.

Waszyński (z prawej) z brytyjskim aktorem Jamesem Masonem (z lewej) i legendą kina Sophia Loren (mat. promocyjne)
Waszyński (z prawej) z brytyjskim aktorem Jamesem Masonem (z lewej) i legendą kina Sophia Loren (mat. promocyjne)

Mosze Waks jako nastoletni chłopak opuścił dom rodzinny w Kowlu, by spełnić marzenie o karierze w branży filmowej. Czy chodziło wtedy tylko o ambicje czy była to pierwsza próba ucieczki od swojej tożsamości?

Piotr Rosołowski: Jako 16-latek dołączył do wędrownej trupy teatralnej i od tej pory na stałe związał się z show-biznesem, czyli ze środowiskiem, w którym odgrywanie ról, nakładanie makijażu i udawanie kogoś innego to codzienność i norma. We wspomnieniach Grigorija Kozniecewa, radzieckiego reżysera teatralnego i filmowego, który poznał artystę w Kijowie, pojawia się anegdota o spektaklu, w którym młody Waszyński miał wystąpić w roli amanta. Kompletnie mu te przygotowania nie wychodziły. Mniej więcej w tym samym czasie ktoś z trupy zobaczył, jak w kawiarni drobiazgowo nakłada na twarz makijaż. Tym samym połączono jego dbałość o wygląd z nieumiejętnością grania scen miłosnych z kobietą. Stąd można wywnioskować, że twórca "Dybuka" już jako nastolatek był świadomy swojej orientacji seksualnej.

Niedługo później artysta trafił do Warszawy i z Mosze Waksa stał się Michałem Waszyńskim. Rzucił aktorstwo i zaczął karierę reżysera filmowego.

E.N.: Kiedy przyjechał do Warszawy, nie miał żadnych znajomości ani koneksji. Zaczynał jako asystent reżysera Wiktora Biegańskiego na początku lat 20. Później wyjechał do Berlina, a kiedy wrócił, utrzymywał, że pracował jako asystent Friedricha Wilhelma Murnaua [słynnego niemieckiego reżysera, autora m.in. "Nosferatu - symfonia grozy" czy "Wschodu słońca" - przyp. M.S.]. To z pozoru niewinne kłamstewko bardzo mu pomogło z nikomu nieznanego debiutanta stać się znaczącą osobą w polskiej branży filmowej. Okazało się również, że wymyślanie na swój temat różnych niekoniecznie prawdziwych historii i dopasowywanie swojej biografii do oczekiwań otoczenia jest dużo lepszym rozwiązaniem niż zmaganie się ze swoją prawdziwą tożsamością.

Biografia Waszyńskiego jest pełna znaków zapytania (mat. promocyjne)
Biografia Waszyńskiego jest pełna znaków zapytania (mat. promocyjne)

Dlaczego zmienił nazwisko?

P.R.: Paradoks tamtych czasów polegał na tym, że polski przemysł filmowy był kształtowany w dużej mierze przez żydowskich twórców przyjmujących polskie nazwiska. Wielu reżyserów podobnie jak Waszyński przybierało pseudonimy - wystarczy przywołać Aleksandra Forda, czyli Mosze Lifszyca. Taka powierzchowna zmiana tożsamości pomagała zaistnieć w polskim show-biznesie. Chodziło wyłącznie o aspekt marketingowy. Przestudiowaliśmy wszystkie wywiady i notki prasowe z okresu dwudziestolecia międzywojennego dotyczące filmów Waszyńskiego i wątek jego żydowskich korzeni nigdy się w prasie nie pojawiał. W środowisku wszyscy wiedzieli, kim jest Ford czy Waszyński, ale publiczność chętniej oglądała filmy wyreżyserowane przez twórców o polskich nazwiskach.

Zresztą w dokumentach Waszyński wpisywał przeróżne rzeczy. W rubryce wyznanie podawał rzymskokatolickie, mimo że prawdopodobnie nigdy nie został ochrzczony. Raz twierdził, że urodził się w Łucku, kiedy indziej w Warszawie. Wstydził się prowincjonalnego i żydowskiego Kowla. Wolał utrzymywać, że przyszedł na świat w nieodległym Łucku, który jest większym miastem.

Waszyński reżyserował komedie i dramaty, niekoniecznie doceniane przez krytykę. Jest też autorem "Dybuka", uznawanego do dziś za jeden z najważniejszych filmów jidysz w historii kina. Trudno o większe kontrasty w twórczości.

P.R.: "Dybuk" jest kluczem do zrozumienia Waszyńskiego. Reżyser nieopatrznie obnażył w nim swoją duszę i opowiedział o własnej przeszłości. Waszyński mógł kreować wokół siebie otoczkę księcia z nienagannymi manierami i imponującą garderobą, ale w gruncie rzeczy wciąż tkwił w nim mały żydowski chłopiec przerażony swoją odmiennością. Głównym wątkiem filmu jest nieszczęśliwa miłość, zakazane uczucie Lei i Chonena. Jedna z hipotez na temat dzieciństwa reżysera zakłada, że nastoletni Mosze Waks w Kowlu zakochał się w chłopaku, swoim rówieśniku. W tamtych czasach, w tamtym środowisku taki związek nie miał szans przetrwać, a wręcz narażał obydwóch mężczyzn na niebezpieczeństwo.

E.N.: Oglądając "Dybuka", zastanawialiśmy się, co miał w głowie Waszyński, kiedy decydował się nakręcić ten film. To była prawdziwie schizofreniczna sytuacja. Z jednej strony miał głęboką wewnętrzną potrzebę, by poprzez tę historię opowiedzieć coś ważnego o swoich korzeniach, tożsamości. Jednocześnie Waszyński nigdy nie przyznał otwarcie, że jest częścią kultury żydowskiej. Na planie otaczał się tłumaczami z jidysz, mimo że biegle posługiwał się tym językiem od dziecka. Taka bezpośrednia konfrontacja z kłamstwem na pewno nie była dla niego łatwa.

Czy Waszyński ukrywał też swój homoseksualizm? Czy podobnie jak jego wyznanie był on tajemnicą poliszynela?

P.R.: Nie usłyszeliśmy tego od świadków, ale mamy podstawy, by podejrzewać, że środowisko wiedziało o jego orientacji. W jednej z przedwojennych gazet znaleźliśmy ciekawą anegdotę z rubryki towarzyskiej. Dziennikarz opisał w niej sytuację, w której Waszyński, zagadnięty przez fankę w kawiarni, bardzo się zdenerwował i - chcąc zakończyć szybko rozmowę - powiedział jej, że "ma alergię na kobiety".

Zabawa w przybieranie masek zamieniła się w końcu w strategię życiową. Kiedy Waszyński definitywnie zerwał z przeszłością?

E.N.: Punktem zwrotnym w jego życiorysie musiała być wojna. Nie byłby w stanie jej przetrwać, gdyby przyznał się do tego, że jest Żydem i gejem. Dlatego postanowił swoje umiejętności aktorskie wykorzystać do stworzenia kamuflażu idealnego.

Nie do końca wiadomo, co się z nim działo na początku wojny. Dotarliśmy do wywiadu z 1939 roku, w którym Waszyński chwali się, że podpisał kontrakt z wytwórnią hollywoodzką i jesienią tego roku wyjeżdża do Stanów. Trudno ocenić, czy to kolejne kłamstwo, czy istotnie jego losy mogły się tak potoczyć. W 1941 roku Waszyński wstąpił do Armii Andersa i wtedy nagle, zupełnie znienacka zaczął opowiadać, że jest księciem. A przecież ludzie, którzy go wtedy otaczali, znali go od lat i doskonale zdawali sobie sprawę, że to nieprawda. Po wojnie poszedł już na całość i dopełnił swoją metamorfozę - cała rzymska arystokracja nie domyśliła się, że sfabrykował 200-letnie drzewo genealogiczne dokumentujące rzekome szlacheckie korzenie.

P.R.: Informacje o getcie, obozach Zagłady musiały mocno odcisnąć się na jego psychice. Myślę że Mosze Waks przestał istnieć, kiedy usłyszał o zagładzie jego rodzinnego Kowla, w której zginęła większość jego rodziny. To wtedy narodził się Michael Waszyński - książę, który z ogromnym wysiłkiem starał się odciąć od przeszłości. Ktoś, kto poświęcił mnóstwo energii, by we Włoszech wymyślić siebie od nowa, powtarzający jak mantrę, że liczy się tylko to, co przed nami.

Przy okazji pracy nad filmem obaliliśmy kilka mitów na jego temat. W środowisku związanym z Armią Andersa funkcjonuje plotka, jakoby Waszyński ożenił się z dużo od niego starszą włoską hrabiną, by otrzymać w spadku jej majątek. Po dwóch latach poszukiwań znaleźliśmy kobietę, która po wojnie pracowała jako fryzjerka arystokratki. Pamiętała Waszyńskiego, który przez rok faktycznie mieszkał u jej przełożonej. Opiekował się nią, zabierał na spacery, ale nigdy jej nie poślubił.

Waszyński pracował z Audrey Hepburn przy filmie 'Rzymskie wakacje' (mat. promocyjne)
Waszyński pracował z Audrey Hepburn przy filmie 'Rzymskie wakacje' (mat. promocyjne)

We Włoszech Waszyński nikomu nie mówił, że był reżyserem. Wymyślił sobie, że będzie producentem filmowym o szlacheckich korzeniach. I znowu mu się udało. Do grona jego znajomych należały hollywoodzkie gwiazdy - Orson Welles, Claudia Cardinale, Audrey Hepburn.

P.R.: We Włoszech wyreżyserował dwa filmy, które przeszły bez większego echa. Waszyński korzystał przy nich z tych samych narzędzi reżyserskich, co w latach 30. w Polsce. Tymczasem w powojennych Włoszech kino przeżywało jeden z najbardziej twórczych okresów w historii - narodził się tam właśnie neorealizm, na scenę za chwilę wkroczą Antonioni i Fellini. Waszyński musiał zdawać sobie sprawę, że nie uda mu się w takich warunkach przebić jako reżyser. Dlatego został producentem.

Miał niebywałą intuicję i mnóstwo szczęścia. Dzisiaj powiedzielibyśmy o nim, że był mistrzem PR-u. Zawsze trafiał na wyjątkowe osoby i okoliczności. Mimo że nawet nie znał włoskiego! Pracował przy "Rzymskich wakacjach" [z Audrey Hepburn i Gregorym Peckiem - przyp. red.] czy "Bosonogiej Contessie" [w rolach głównych Ava Gardner i Humphrey Bogart - przyp. red.]. Dzięki tym filmom stał się łącznikiem między amerykańską a włoską branżą filmową.

Nigdy po wojnie nie trafił na starych znajomych, którzy przypomnieliby mu o przeszłości?

E.N.: Po 1945 roku we Włoszech mieszkało wielu przedstawicieli Polonii, działał polski Kościół. Byliśmy przekonani, że w dokumentach znajdziemy jakąś wzmiankę o reżyserze albo spotkamy świadków, którzy nam opowiedzą, jak Mosze Waks stał się księciem. Nie znaleźliśmy absolutnie nic. Waszyński nie chciał mieć żadnych kontaktów z włoską Polonią, bał się dekonspiracji.

Czy Waszyński był kłamcą doskonałym? Czy na swobodną kreację siebie pozwalała mu specyfika branży rozrywkowej, w której relacje międzyludzkie wydają się zwykle raczej powierzchowne?

E.N.: Spotkaliśmy wiele osób, którym wydawało się, że wiedzą o nim wszystko. Jeden z jego przyjaciół powiedział nam podczas rozmowy telefonicznej: "Oczywiście, że znałem Waszyńskiego, przecież ja z nim codziennie piłem kawę!". No to jedziemy do Las Vegas, a na miejscu już po kilku minutach widzimy na twarzy naszego rozmówcy coraz większe zażenowanie. Nagle dociera do niego, że w gruncie rzeczy nic o swoim przyjacielu nie wie. Claudia Cardinale, która była jego dobrą znajomą, zapytana przez nas o komentarz do filmu przyznała, że kompletnie go nie pamięta.

P.R.: Waszyński bardzo starannie pracował nad swoim wizerunkiem, mocno się pilnował, by nie powiedzieć za dużo ani nie zachęcić ludzi do rozmowy o przeszłości. Jego włoska rodzina poznała wyłącznie legendę Michaela Waszyńskiego i bezkrytycznie wierzy w nią do dziś, mimo że prawdę można przeczytać w Wikipedii.

Waszyński (z prawej) i Orson Welles (z lewej) (fot. copyright Massimiliano and Oberdan Troiani archives)
Waszyński (z prawej) i Orson Welles (z lewej) (fot. copyright Massimiliano and Oberdan Troiani archives)

Takie ciągłe życie w kłamstwie musiało być bardzo męczące.

E.N.: To prawda. Biografia Waszyńskiego pokazuje, że ostatecznie nie można uciec od przeszłości. Pod koniec życia reżyser stracił umiejętność odróżniania prawdy od fantazji. Z czasem tak mocno zatracił się w swoich kłamstwach, że zaczął wierzyć, że naprawdę jest księciem. Ale też wszystko, co usiłował wymazać ze swojego życia, wróciło do niego. Jego szofer wspomina, że producent na krótko przed śmiercią kazał mu jeździć po Rzymie w poszukiwaniu kopii filmu "Dybuk", skarżył się na uporczywe głosy, które miały być wypartymi wyrzutami sumienia.

P.R.: Zmarł podczas wydawanego przez siebie przyjęcia, na dwa tygodnie przed tym, jak jego firma producencka ogłosiła upadłość. W pewien przewrotny sposób udało mu się wyreżyserować nawet własną śmierć.

Plakat filmu 'Książe i dybuk' i jego twórcy - Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski (fot. mat. promocyjne/Leszek Zych/Polityka)
Plakat filmu 'Książe i dybuk' i jego twórcy - Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski (fot. mat. promocyjne/Leszek Zych/Polityka)

Polska premiera dokumentu będzie miała miejsce na Festiwalu Filmowym Millennium Docs Against Gravity.

Najbliższe seanse w Warszawie:

Kinoteka, sala 1, 11 maja, 19:00

Iluzjon, sala Stolica, 13 maja, 15:15

Luna, sala B, 14 maja, 15:45

Kinoteka, sala 1, 15 maja, 17:45


CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Elwira Niewiera. Reżyser, ur. w 1976 roku. Ukończyła studia aktorskie w Europejskim Instytucie Teatralnym w Berlinie. Absolwentka Akademii Praktyk Teatralnych Gardzienice. Jej poprzedni film "Efekt domina" (zrealizowany wspólnie z Piotrem Rosołowskim) był prezentowany na ponad 50 międzynarodowych festiwalach filmowych, m.in. IDFA Amsterdam, Hot Docs Toronto czy MoMA New York. Film zdobył wiele nagród, w tym Grand Prix Złoty Róg i Złotego Lajkonika na 54. Krakowskim Festiwalu Filmowym czy Złotego Gołębia na MFF DOK Leipzig. Jej najnowszy film "Książę i dybuk" (zrealizowany wspólnie z Piotrem Rosołowskim) otrzymał nagrodę na festiwalu w Wenecji dla najlepszego filmu dokumentalnego o kinie.

Piotr Rosołowski. Reżyser, operator, ur. w 1977 roku. Absolwent Wydziału Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego. Stypendysta Academy of Media Arts w Kolonii. Współautor nominowanego do Oscara dokumentu "Królik po berlińsku" oraz współreżyser filmu "Efekt domina" i "Książę i dybuk" wspólnie z Elwirą Niewierą. Autor zdjęć do wielu nagradzanych filmów dokumentalnych i fabularnych  m.in. do nominowanego do Oscara krótkometrażowego filmu "On the Line" w reżyserii RetoCaffi oraz filmu fabularnego "Kret" w reżyserii Rafaela Lewandowskiego.

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie Dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (39)
Zaloguj się
  • augenthaler

    Oceniono 35 razy 21

    Jeden z najważniejszych polskich reżyserów w historii polskiej kinematografii, a dzisiaj mało kto o nim pamięta. I to jest rzeczywiście niezwykłe. Trzeba wtedy przypominać tytuły filmów, które stworzył by ludzie otwierali oczy i pytali zdumieni: to jedna osoba to wszystko zrobiła?
    Zastanawiam się czy w ogóle w całej historii naszej kinematografii był człowiek o ważniejszej pozycji? Przedwojenne polskie kino to w zasadzie Waszyński i długo długo nic. To zarówno dramaty, komedie, jak i mistycyzm w języku jidisz (Dybuk). Czy w Polsce jest patronem jakiejś ulicy?

  • raz1dwa2trzy3

    Oceniono 21 razy 15

    Wielu jest takich, którzy samodzielnie, albo dla nich - inni, tworzą legendę, by zaistnieć tak, by pozostać z dala od czegoś, czego się wstydzą.
    Np Jarosław...

  • Paweł Dulski

    Oceniono 26 razy 14

    Polska wyparła z pamieci nie tylko wybitnych artystow zydowskiego pochodzenia ale takze wielu noblistow. Czesto takich, ktorzy podkreslali swoje zwiazki z Polską. Nie wiem czy to efekt 1968 roku czy ogolnie jakis kompleksow polaczonych z ksenofobia.

  • ambion2015

    Oceniono 28 razy 14

    Zapowiada się ciekawy film. Historia Polaków i Żydów jest ściśle związana, warto podkreślać i rozwijać dalej pozytywne aspekty.

  • ninananu

    Oceniono 16 razy 14

    Ciekawy wywiad. Mam nadzieję, że zdarze do Luny na film!:-)

  • jael53

    Oceniono 28 razy 12

    Zmiana tożsamości w świecie sztuki to praktyka, trwająca do 2. połowy XX w. Kreacja marki. Uznawano, że na afiszu czy na okładce książki nie wszystko dobrze wygląda - w Polsce od chłopskich nazwisk uciekli np. Stanisław Helsztyński i Halina Poświatowska.

  • dobrywujek

    Oceniono 22 razy 10

    'Paradoks tamtych czasów polegał na tym, że polski przemysł filmowy był kształtowany w dużej mierze przez żydowskich twórców przyjmujących polskie nazwiska'. wygląda na to, że paradoks tamtych czasów nigdy się nie wyczerpał.

  • ninananu

    Oceniono 17 razy 7

    Wow, dzis filma grają w Warszawie w Iluzjonie i w Kulturze. Już sobie zarezerwowałam bilet! :)

  • kor-ka

    Oceniono 3 razy 3

    Chętnie bym ten film obejrzała.
    Na marginesie, sam przedwojenny "Dybuk" widzę, że jest nawet na YT.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX