Więzienie w Grudziądzu jest uznawane za jedne z najcięższych w Polsce

Więzienie w Grudziądzu jest uznawane za jedne z najcięższych w Polsce ((fot. Pixabay/pexels.com))

społeczeństwo

"Ludzie o złych intencjach też miewają ładne twarze". Najcięższe polskie więzienie dla kobiet

Beata Krygier jest z wykształcenia magistrem prawa. Była asesorem sądowym w Sądzie Rejonowym w Gryficach, przez kilka lat prowadziła też własną kancelarię. W 2013 roku została skazana za oszustwo finansowe. W więzieniu spędziła dwa lata i sześć miesięcy. Ewie Ornackiej zgodziła się opowiedzieć m.in. o tym, czym jest "świński transport" i o radości, jaką mogą dać firanki w oknach.

Tamtego dnia, gdy wyjeżdżałam za bramę Aresztu Śledczego w Kamieniu Pomorskim, nie myślałam racjonalnie. Byłam przerażona.  (...)

- I tak miałaś wiele szczęścia, że nie jechałaś świńskim transportem - dowiedziałam się niebawem od mojej nowej towarzyszki niedoli, Patrycji.

- Wożą dziewczyny ze świniami?! - Wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia.

- Gorzej, bo z facetami! To są duże transporty, które jadą trzy, nawet cztery dni, i to przez całą Polskę. Nie mają z góry obranego kursu z punktu A do punktu B, nie obierają najkrótszej trasy. Kluczą od więzienia do więzienia, od aresztu do aresztu. Jednych przywożą, drugich wywożą. Taka jest ekonomia transportu.

- Co z noclegami?

- Przecież nie w hotelach! Śpisz w celach, rano dają ci śniadanie i dalej w drogę.

- Skąd nazwa "świński transport"?

- Świński, bo jest najgorszy z możliwych! Jedziesz całymi godzinami bez przerwy na toaletę czy papierosa. Skręca cię, masz z nerwów rozwolnienie i mdłości, ale musisz czekać na planowy postój. Przez całą drogę dziewczyny trzymane są w klatkach, żeby nie mieć kontaktu z mężczyznami. A faceci siedzą sobie na ławeczkach! Rozumiesz to?!

- Nie rozumiem. - Pokręciłam głową z niedowierzaniem.

- Ja też nie mogę pojąć, dlaczego nie może być na odwrót - oni w klatkach, my na ławeczkach. Rzekomo to dla naszego bezpieczeństwa, ale sama przyznasz, że to marne wytłumaczenie. Ja, Bogu dzięki, nigdy nie jechałam świńskim transportem, dziewczyny mi opowiadały. Mówiły, że to masakra jakaś i że będą miały traumę do końca życia.

- Ile osób jedzie takim transportem?

- Ze dwadzieścia, a może więcej. Sama wiesz, że faceci bywają różni: ordynarni, ohydni, mówią o seksie tak, że aż cię mdli. Ja to może dałabym sobie z takimi radę, ale weź sobie wyobraź dziewczynę z dobrego domu, porządną, która uprawiała seks jedynie z kimś, kogo kochała.

- Ja jestem z dobrego domu - napomknęłam nieśmiało.

- No właśnie - przytaknęła. - To wyobraź sobie, Beatka, że siedzisz w takiej klatce, wiozą cię świńskim transportem ze Świnoujścia do Krakowa, a jakiś spocony typ z tatuażami ślini się i opowiada, jak by sobie z tobą pofiglował.

- Co na to funkcjonariusze? Przecież oni też jadą tym transportem.

- Jasne, że jadą, ale nie reagują, bo co oni mogą? Musisz to znosić, nikt się za tobą nie wstawi.

Łódź. Więzienie przy ul. Beskidzkiej (fot. Marcin Stępień/Agencja Gazeta)
Łódź. Więzienie przy ul. Beskidzkiej (fot. Marcin Stępień/Agencja Gazeta)

- Wiesz. - Zamyśliłam się. - Tak sobie myślę, że wtedy w Kamieniu oddziałowa mogła mi powiedzieć, gdzie jedziemy. Nie miałam komórki, nikogo bym nie powiadomiła, nie  uciekłabym ani też nikt by mnie z tego transportu nie odbił.

- Może się bała, że straci pracę. Dziewczyny z magazynu pewnie by ci powiedziały. Muszą odpowiednio wcześniej przygotować listę twoich rzeczy, więc wiedzą o transporcie. Dziewczyny w kuchni też wiedzą. Wieczorem podpisują jadłospis na następny dzień i widzą z rozpiski, komu trzeba podać zupę na śniadanie. Normalnie nie dostajesz na śniadanie zupy, ale jak jedziesz z transportem, to regulamin przewiduje ciepły posiłek. Ta, która rano je zupę, jedzie w świat. Dziewczyny z kuchni przygotowują też suchy prowiant na drogę, więc muszą wiedzieć albo przynajmniej się domyślać.

- Jeśli wiedzą, to dlaczego nie uprzedzają? Przecież to jedne z nas.

- Oj, Beatka, jak posiedzisz, to zrozumiesz. Jakby powiedziały, od razu wyleciałyby z kuchni. Siedziałyby w celach bez możliwości wyjścia. Nie tylko oddziałowe boją się o pracę.

- Patrycja, skąd ty o tym wszystkim wiesz?

- Ty się tym nie interesuj - skwitowała stanowczo.

Tamtego dnia, gdy wyjechałam z Kamienia Pomorskiego, nyska z napisem Służba Więzienna dotarła do celu po siedmiu godzinach. Stanęła przed wielką, rozsuwaną bramą. Więzienne wrota wszędzie wyglądają tak samo.

- Witamy w Grudziądzu - usłyszałam głos funkcjonariusza.

Zaszumiało mi w uszach. Już po mnie, pomyślałam. Nie mogłam gorzej trafić. Tylko patrzeć, jak rozdziobią mnie kruki i wrony. (...)

"Tylko bardzo proszę panią o jedno - niech mi pani nie ucieknie."

Każda nowa osadzona staje przed komisją penitencjarną. Zasiadają w niej same ważne figury, z dyrektorem zakładu karnego na czele. Komisja analizuje akta personalne i szuka odpowiedzi na wiele pytań:

- dlaczego delikwentkę przeniesiono z poprzedniej placówki,

- jak się dotychczas sprawowała,

- jakie ma grzechy na sumieniu

- i w końcu: czy rokuje nadzieję na resocjalizację.

Te parę osób, które znają cię jedynie z przesłanych dokumentów, decyduje o twoim losie na najbliższe lata - do jakiej celi trafisz, z kim będziesz odsiadywać wyrok i na jakim oddziale. Możesz spędzać życie pod kluczem albo na "półotworku", czyli w celi zamykanej jedynie na noc. Różnicy tłumaczyć nie trzeba. Stałam przed wysoką komisją spłoszona i przybita. Wpatrywałam się w czubki butów, nie mając śmiałości spojrzeć komukolwiek w oczy. Legenda Grudziądza totalnie mnie przybiła. Snułam czarne scenariusze.

Dlaczego w ogóle panią do nas przywieziono? - zapytał dyrektor, jakbym umiała na to odpowiedzieć. - Przecież ma pani tyle wniosków nagrodowych z poprzedniego miejsca! Dawno nie widziałem tak imponującej kolekcji, naprawdę jestem pod wrażeniem.

Udało mi się oderwać wzrok od butów. Ze zdumieniem stwierdziłam, że na twarzy dyrektora maluje się szczere zaskoczenie. Był chyba bardziej zdziwiony moją obecnością w Grudziądzu niż ja sama nieoczekiwanym dla mnie obrotem sprawy. Mój nowy wychowawca, który przyprowadził mnie przed oblicze szanownej komisji, sam także w niej zasiadał. Wertował akta i z równym niedowierzaniem jak dyrektor kręcił głową. Na twarzach pozostałych osób zobaczyłam życzliwość, która po ludzku mnie wzruszyła i dodała mi odwagi.

Patrzę i oczom nie wierzę, ma pani taką opinię, że nie wiem, co powiedzieć - kontynuował dyrektor, wyciągając z akt personalnych jeden z dokumentów. - Pani Krygier, czy zna pani swoją opinię?

Nie znam - wykrztusiłam z trudem.

To ja pani przeczytam.

Gdyby nie bicie serca zagłuszające głos dyrektora, pewnie mogłabym dzisiaj przytoczyć, co wtedy odczytywał. Emocje robią jednak z człowiekiem dziwne rzeczy, co w moim przypadku przełożyło się na szum w uszach o sile wodospadu. Dotarły do mnie jedynie końcowe słowa.

Reasumując: wzór do naśladowania - przeczytał dyrektor i odłożył opinię. Moja nieśmiałość uleciała jak powietrze z balonu.

Od komisji penitencjarnej zależy, czy osadzona spędzi życie pod kluczem, na tzw. 'półotworku', czyli w celi zamykanej jedynie na noc (fot. Fifalian/pixabay.com)
Od komisji penitencjarnej zależy, czy osadzona spędzi życie pod kluczem, na tzw. 'półotworku', czyli w celi zamykanej jedynie na noc (fot. Fifalian/pixabay.com)

Dziwnie to trochę zabrzmiało, panie dyrektorze, jak pochwała wygłoszona na apelu - zaśmiałam się, nie wierząc, że naprawdę to powiedziałam. Widać mój mózg nie miał kontroli nad tym, co mówiłam.

Zabrzmiało to dokładnie tak, pani Krygier, że już na wstępie naszej znajomości daję pani kredyt zaufania. Rekomenduję panią wysokiej komisji, żeby dostała pani pracę, i to poza murami więzienia.

Panie dyrektorze, nie wiem, co powiedzieć.

Wszystko zostało już powiedziane. - Wstał.

To dla mnie wielkie wyróżnienie. Dziękuję.

Dyrektor podszedł do mnie i uśmiechnął się serdecznie, by chwilę później zmrozić mnie swoją powagą.

- Tylko bardzo proszę panią o jedno - powiedział, spoglądając mi głęboko w oczy. - Niech mi pani nie ucieknie. (...)

"Mamo, tu jest tak... domowo!"

Uwierzyłam, że los się do mnie uśmiechnął - trafiłam do najlepszej celi w Grudziądzu. Trzyosobowa, przestronna, ze ścianami w kolorze słońca i nowymi, zielonymi łóżkami. Położyłam się na białym, pachnącym świeżością materacu, nie mogąc uwierzyć, że spotkało mnie tyle szczęścia. Po doświadczeniach w Kamieniu Pomorskim, gdzie cele przypominały średniowieczne lochy, a prycze łoża tortur, miałam wrażenie, że chwyciłam pana Boga za nogi.

Mamo, tu są firanki w oknach i cerata na stole! - krzyczałam do słuchawki podczas pierwszego telefonu do domu, jaki stamtąd wykonałam.

Jak to: firanki? - dziwiła się mama. - Przecież mówiłaś, że wszelkie ozdoby na okna są zakazane.

Bo są, ale ta dziewczyna z celi, Patrycja, musi mieć jakieś chody u pani kwatermistrz. Nawet rośliny w doniczkach ma, a przecież też nie wolno. Zrobiła na szydełku serwetki, falbaneczki! Mówię ci, mamo, tu jest tak. - zawiesiłam głos, szukając odpowiedniego słowa - domowo!

Możesz otwierać okno?

Tak! Jest ogromne, z szerokim parapetem. Wyjrzałam przez nie i co zobaczyłam? Drzewa, tulipany i trawę, a nie same mury jak w Kamieniu Pomorskim. I jeszcze coś, nie uwierzysz!

Co takiego?

Zobaczyłam piaskownicę i zjeżdżalnię, jak na placu zabaw na normalnym osiedlu. Słychać radosny śmiech! Tu jest tyle dzieci, matek z wózkami i najprawdziwszy żłobek. Moja współlokatorka tam pracuje.

Patrycja?

Tak, o niej mówię.

Co to za dziewczyna?

Wydaje się normalna - odpowiedziałam wymijająco. - Dała mi swoją kartę, żebym mogła do was zadzwonić. Tu jest inny operator, karta z Kamienia nie działa.

Zabójczyni?

Chyba tak, na razie jest za wcześnie na takie rozmowy.

Ty to masz, dziecko, szczęście do tych zabójczyń. Martwię się o ciebie.

Jest dobrze, mamo. Niczym się nie przejmuj. Odbywam karę na oddziale półotwartym, mogę wychodzić z celi do świetlicy. Mam miłego wychowawcę i tyle kwitów nagrodowych, że na pewno dostanę dodatkowe widzenia. Przyjedziecie z tatą? - zapytałam z lekkim niepokojem. - Teraz macie do mnie strasznie daleko.

Przyjedziemy, Beatuś, przyjedziemy. Pewnie będziemy widywać się rzadziej, ale przecież możesz dzwonić do domu codziennie, prawda?

Tak, mamo - przytaknęłam, lecz humor wyraźnie mi się zwarzył.

Co ci przywieźć, dziecko?

Szlafrok! - wykrzyknęłam. - Wreszcie mogę mieć swój szlafrok! Muszę tylko napisać podanie do dyrektora, ale dziewczyny powiedziały, że nie odmawia. Patrz, mamuś, w Kamieniu było tak zimno, a nie pozwalali, bo regulamin zabraniał.

A jak te kruki i wrony?

Co? - Przecież tak się ich bałaś.

Nie są takie straszne - odpowiedziałam z opóźnieniem, bo nie od razu przeskoczyłam z tematu na temat. - Rzeczywiście jest ich sporo, ale przylatują i odlatują. Ptaki jak ptaki, można się przyzwyczaić. Gołębie też są, więc równowaga w przyrodzie zostaje zachowana.

Uważaj na siebie, Beatko. Bardzo cię kochamy.

Ja też bardzo was kocham.

W zakładach karnych udogodnienia typu ozdoby w oknach czy szlafroki są zabronione (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)
W zakładach karnych udogodnienia typu ozdoby w oknach czy szlafroki są zabronione (fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta)

Odłożyłam słuchawkę, wróciłam do celi, padłam na łóżko i. płakałam do rana. Płakałam, bo chociaż w Kamieniu Pomorskim panowały fatalne warunki socjalne, to po roku i czterech miesiącach odsiadki nabyłam prawo do przepustek, które zawsze wykorzystywałam na wizyty u rodziców. Bywałam u nich co dwa tygodnie, spędzałam w Świnoujściu soboty i niedziele. W zakładzie karnym wszyscy mnie chwalili i nagradzali, a jednak zesłali do więzienia o zaostrzonym rygorze, oddalonego od mojego domu o kilkaset kilometrów. Nie rozumiałam, dlaczego Służba Więzienna mi to zrobiła. Ogarnął mnie przenikliwy strach i przekonanie, że w Grudziądzu spotka mnie coś strasznego. Tak strasznego, że nie pomogą mi żadne firanki w oknach, domowe serwetki i falbanki. Znów się rozsypię na drobne kawałki i nie pozbieram do kupy.

Patrycja, ja chcę do domu - zachlipałam.

Wszystkie chcemy do domu - odpowiedziała, nie przejawiając chęci do dalszej rozmowy na ten temat.

Szlochałam w poduszkę przez miesiąc. W końcu zabrakło mi łez i przestałam. Dopiero wtedy poczułam się częścią wielkiego kombinatu, jakim jest Zakład Karny dla Kobiet w Grudziądzu. To miejsce zmieniło mnie na zawsze. Ono zmienia każdego. (...)

Efekt aureoli

Ludzie o złych intencjach też miewają ładne twarze. Uroda jest ich orężem, parawanem dla zła. Z premedytacją wykorzystują tzw. efekt aureoli, czyli podświadome zaufanie do osób o miłej aparycji (na przykład ładni prawnicy zarabiają co najmniej o 10 proc. więcej niż ich mniej atrakcyjni koledzy, chociaż wcale nie są od nich lepsi). Ten sam mechanizm psychologiczny napędza koniunkturę w środowisku przestępczym. Ładni oszuści z większym powodzeniem manipulują ofiarami, doprowadzając je na skraj przepaści. (...)

- Pierwsza z nich była zjawiskową kobietą - opowiada Beata Krygier. - Miała czarne, naturalnie kręcone włosy, figurę modelki i zniewalający uśmiech.

- Jestem Sylwia - przedstawiła się pewnego chłodnego dnia, gdy opatulone w zimowe kurtki szłyśmy na cmentarz. Poza teren zakładu karnego wyprowadził nas, za zgodą wychowawcy, więzienny kapelan. Wyjścia z nim były formą resocjalizacji, nagrodą za dobre sprawowanie i wielkim świętem. Czekałyśmy na te chwile z utęsknieniem. Był listopad, dzień Wszystkich Świętych. Szłyśmy na procesję, a następnie zapalić znicze na zaniedbanych grobach.

Czułyśmy się wyróżnione, ponieważ ksiądz wybrał naszą szóstkę z ponad tysiąca osadzonych. Z jego strony był to ukłon w naszą stronę. Dawał nam szansę na łączność z normalnym światem, pozwalał poczuć się człowiekiem, nie osadzoną. Szanowałyśmy go za dobroduszność i odwagę - w końcu odpowiadał za nas, a my aniołami nie byłyśmy.

Kilka razy spotkała mnie ta przyjemność. Wcześniej z paroma innymi dziewczynami podróżowałam prywatnym samochodem księdza. Pojechaliśmy do Torunia poszwendać się po starym mieście.

- Dziewczyny, macie czas wolny, jak na prawdziwych koloniach - powiedział nasz opiekun, kiedy już dotarliśmy do celu. - Róbcie, co chcecie, ale o szesnastej chcę was wszystkie widzieć pod pomnikiem Kopernika.

- A jak nas nie będzie? - droczyłyśmy się.

- No to trudno, wrócę do Grudziądza bez was.

Ksiądz wiedział, że wszystkie będziemy "pod Kopernikiem". Dawał nam kredyt zaufania, co potrafiłyśmy docenić. Zawsze towarzyszyła nam świadomość, że jeśli w jakikolwiek sposób nawalimy, wyjścia poza mury nigdy więcej nam się nie zdarzą. Nie było najmniejszego sensu uciekać, skoro i tak by nas złapali. Służba Więzienna skrupulatnie dobierała kandydatki do takich wyjść. Mówiąc wprost, na eskapadę z kapelanem trzeba było zasłużyć, pracując (niekiedy w pocie czoła) na opinię osoby godnej zaufania. Tamtego dnia w drodze na procesję i cmentarz wydawało mi się, że cała nasza szóstka była godna zaufania. Podobnie jak w przypadku "efektu aureoli", podświadomość uruchamiała proces myślenia życzeniowego: jesteśmy lepsze, zasługujemy na więcej, zostałyśmy wybrane.

Ale nie wszystko złoto, co się świeci.

Wyjście poza mury więzienie to wyróżnienie, które spotyka tylko wybranych (fot. Marcin Stępień/Agencja Gazeta)
Wyjście poza mury więzienie to wyróżnienie, które spotyka tylko wybranych (fot. Marcin Stępień/Agencja Gazeta)

- Zobacz, Beata, tamta czarnulka w kożuszku to bestia z piekła rodem - szepnęła mi do ucha koleżanka z oddziału półotwartego.

- Bestia? - powątpiewałam w prawdziwość jej słów.

Sylwia chyba szóstym zmysłem wyczuła, że mówimy o niej. Spojrzała w naszą stronę przenikliwie, ale zaraz potem posłała nam czarujący uśmiech.

- Nie. Ona nie wygląda na bestię.

- Takie są najgorsze. Wpuścisz je do domu, a one żywcem wyślą cię do piekła.

- Co takiego zrobiła? - spytałam zaintrygowana.

- Zakatowała kobietę dla laptopa i magnetofonu. Kazała wspólnikom, żeby zrobili z niej miazgę. Wprawdzie to oni dręczyli ofiarę, ale ona wszystkim sterowała, wydawała polecenia. Urządzili straszliwą jatkę.

- Nasz kapelan nie zabrałby na groby kogoś takiego - uspokajałam koleżankę.

- A jednak. Dlaczego w ogóle naraził nas na jej towarzystwo? - upierała się koleżanka.

Jeszcze raz spojrzałam dyskretnie na dziewczynę w kożuszku i pokręciłam głową z niedowierzaniem. Podświadomie ją rozgrzeszałam.

- Przecież to niemożliwe, żeby ktoś o tak pięknej twarzy miał na sumieniu zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem - stwierdziłam, na co koleżanka tylko machnęła ręką.

- Oj, Beatka, taka mądra jesteś, a myślisz stereotypami. Pewnie tamta nieszczęsna bizneswoman, którą Sylwia kazała zatłuc na śmierć, myślała tak samo jak ty. Patrzyła w te wielkie oczy, licząc na cud. Błagała: "Weźcie, co chcecie, tylko nie róbcie mi krzywdy", ale cud się nie zdarzył, bo oni byli żądni krwi. Dziewczyny mi o tym opowiedziały, widziały program w telewizji. (...)

Instrukcja uśmiercania człowieka

Niedługo potem, jakby na zamówienie, w telewizji emitowano odcinek jakiegoś serialu dokumentalnego o zbrodniach. Oglądałam jednym okiem, nie ekscytując się tematyką.

W pewnej chwili ujrzałam na ekranie olśniewającą, kruczoczarną dziewczynę z lokami. Bez trudu rozpoznałam moją nową znajomą z cmentarza, chociaż bohaterka reportażu była dużo młodsza. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi wtedy do głowy, była taka, że przez te wszystkie lata od zbrodni Sylwia niewiele się zmieniła. Wyglądała jak zwykle pięknie, chociaż ciemny pasek na oczach, nałożony zapewne w trakcie montażu z uwagi na ochronę wizerunku, nieco ujmował urody. Patrzyłam na rekonstrukcję wydarzeń i czułam, że dostaję gęsiej skórki.

Autorzy dokumentu wykorzystali oryginalne nagrania z wizji lokalnej na miejscu zbrodni, przeprowadzonej z udziałem policji, prokuratora i trojga młodych zabójców w rolach głównych. Ale to Sylwia przykuwała całą uwagę.

Ze stoickim spokojem opowiadała, jak wraz z kolegami zaplanowała napad rabunkowy. Uzbrojeni w kije baseballowe pod osłoną nocy włamali się do domu zamożnej kobiety. Zaskoczyli ją we śnie, zatem była kompletnie bezbronna.

Nie poprzestali na kradzieży. Pastwili się nad ofiarą, powodując rozległe obrażenia na całym ciele. Młoda morderczyni beznamiętnie ujawniała szczegóły: kto i w jaką część ciała uderzał, ile krwi się polało, że ofiara strasznie charczała i nie mogła umrzeć. Sprawcy nie spodziewali się, że człowiek może otrzymać tyle uderzeń w głowę i wciąż oddychać. Znudzona przedłużającą się jatką Sylwia pozostawiła wspólników sam na sam z ofiarą. Poczuła głód, więc udała się do kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Z pokoju dochodził stłumiony skowyt i odgłosy uderzeń pałką.

- Sylwia, gdzie polazłaś? Weź coś z nią zrób albo spie***lamy! - histeryzował jeden ze sprawców.

- Lepiej ją zostawmy - oponował drugi. - Ona nie zdycha, tylko tak rzęzi i rzęzi! - panikował.

- Załóżcie jej worek na głowę, to zdechnie - odkrzyknęła dziewczyna, zajadając tatar, który znalazła w lodówce.

Byłam wstrząśnięta sposobem, w jaki relacjonowała zbrodnię. Na jej twarzy nie było cienia emocji, wstydu czy wyrzutów sumienia. Nie mogłam pojąć, skąd aż tyle zła w tak pięknej dziewczynie. I dlaczego oni wszyscy pastwili się nad konającą ofiarą, skoro bez trudu zdobyli fanty, po które przyszli. Mówiła beznamiętnie: "Przekręciliśmy jej głowę w lewo, potem w prawo, następnie ona wymiotowała krwią" - jakby nauczyła się na pamięć instrukcji montażu mebli, a nie mówiła o uśmiercaniu człowieka.

Po obejrzeniu reportażu czułam się zdruzgotana, pozbawiona złudzeń. Są na świecie rzeczy, których nie potrafię zrozumieć. To okrucieństwo nie mieściło mi się w głowie. Tamtego dnia na cmentarzu stałyśmy z Sylwią przy obcych grobach i zapalałyśmy znicze za dusze zmarłych. Nie przypuszczałam, że obok siebie mam potwora, nie człowieka.

Książka Ewy Ornackiej 'Skazane na potępienie' ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis (fot. materiały promocyjne)
Książka Ewy Ornackiej 'Skazane na potępienie' ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis (fot. materiały promocyjne)

*Fragmenty książki Ewy Ornackiej "Skazane na potępienie". Możecie ją kupić w Publio.pl >>>


CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Ewa Ornacka to dziennikarka śledcza i scenarzystka. Autorka książek "Tajemnice zbrodni" i "Alfabet mafii", scenariusza filmu "Świadek" w reżyserii Andrzeja Kostenki i serialu dokumentalnego "Zbrodnie niedoskonałe". Autorka reportaży telewizyjnych o przestępczości zorganizowanej i białych kołnierzykach. Publikowała na łamach "Głosu Szczecińskiego", "Życia Warszawy", "Prawa i Życia", "Wprost", "Newsweeka", "Uważam Rze" i "Śledczego" ("Focus"). Nagrodzona Srebrną Kaczką SDRP za odwagę w opisywaniu mafii. W 2007 roku chroniona przez Centralne Biuro Śledcze.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (131)
Zaloguj się
  • mikro29

    Oceniono 33 razy 23

    Tyle obłudy i kłamstw nie słyszałem już dawno o Beacie .Jaki assesor z niej była ?... Owszem prowadziła samozwańczą kancelarię Radcy Prawnego i naciągała ludzi na grube pieniądze i śmiała się wszystkim w oczy odsyłam do programu interwencja z 2011 roku na jej temat . Owszem pochodzi z bardzo dobrego i bogatego domu ma jedno dorosłe dziecko i olbrzymią wenę do oszustw.Dlatego artykuł Pani redaktor dużo rozmija się z prawdą i to całkowicie bo aktorka z niej zabójcza

  • maxwywar2

    Oceniono 28 razy 16

    Opis jak z więzienia internowanych za PRL: miła pani Beatka z dobrego domu, bogu ducha winna, i nagle ją zgarneli i wsadzili do więzienia. Tyle że tu to zwykła złodziejka z prawomocnym wyrokiem która niezle musiała nagrabić żeby odsiedzieć 2.5 roku mimo wzorowego sprawowania. Jak nie złodziej to żona bandyty bohaterką książek. Skąd moda na promocje patologii? Kto te "książki" kupuje?

  • puotka

    Oceniono 22 razy 12

    Widziałam tamten program i nadal jest mi niedobrze jak sobie o tym przypomnę. Co siedzi w ludziach, którzy dla jakiegoś laptopa są w stanie zakatować człowieka. Szlag mnie trafia, że osoby, które brały w tym udział wychodzą sobie na wycieczki do innego miasta. Wszystko jedno, że nie uciekną, dokonano tak okropnej zbrodni, że choćby doszło do nie wiadomo jakiej przemiany, ci ludzie powinni siedzieć w pojedynczej celi do końca życia. to jest śmianie się tej ofierze w twarz. Nie jest mi żal skazanych, wiedzieli co robili, godzili się na to. Ocieplanie wizerunku jest cyniczne.

  • coelka

    Oceniono 17 razy 11

    Niech wszystkich wożą w klatkach ubędzie równo. Kobiety są poszkodowane.

  • wykidajlo2

    Oceniono 15 razy 9

    Opowiadał mi starszy, nieżyjący już pan, jak po rozpoczęciu wojny 1939. na dawnych wschodnich terenach RP odbywało się wyłapywanie przez miejscowy motłoch policjantów, klawiszy i innych funkcjonariuszy. Ulubionym zajęciem motłochu było wieszanie ujętych na przydrożnych drzewach, czasami po uprzednim, przynajmniej częściowym obdarciu ze skóry. Armia Czerwona w swym okrucieństwie była nieco łaskawsza, po prostu złapanych odstrzeliwując.

  • miodowocytrynowa

    Oceniono 13 razy 7

    Co to za brednie? Taka święta, mnóstwo wniosków nagrodowych, a przeniesiona do więzienia o zaostrzonym rygorze. I w tym więzieniu o zaostrzonym rygorze- firanki w oknach i widoki na tulipany. Ani słowa o kratach, blendach i przemocy wsród osadzonych. Lepiej Słowikową poczytać, ta przynajmniej mówi prawdę jak jest w pierdlu.

  • bursztynowe

    Oceniono 7 razy 5

    Biorąc pod uwagę jakiego piekło fundują kobiety swoim partnerom w związkach, to nie dziwi mnie ani przemoc domowa, ani inne formy agresji wobec nich.

  • Te Pe

    Oceniono 23 razy 5

    Co wy tak w tej redakcji co tydzień puszczacie wywiad z bywalcami Grudziądza czy innych Wronek. Robicie rozeznanie gdzie się lepiej siedzi czy co?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX