Wszewłod Sarnecki

Wszewłod Sarnecki (fot. Katarzyna Jasiołek)

ludzie

Rozsławił polskie szkło na świecie. Mówi: To diabelskie tworzywo

Z kieliszków i szklanek zaprojektowanych przez niego dla Krośnieńskich Hut Szkła piła cała Polska, a żony partyjnych prominentów regularnie kupowały tamtejsze szkło na ekskluzywne prezenty. Stalin witał go na Kremlu. Pracował przy odbudowie Zamku Królewskiego w Warszawie. Dzięki talentowi i szczęściu zwiedził cały świat. Życiorys Wszewłoda Sarneckiego to historia na film.

Wyobraźcie sobie taką sytuację: przyjeżdżacie do huty szkła. Obserwujecie hutników nabierających na piszczele szkło, które wygląda jak płynny miód. Powietrze wokół wibruje od gorąca. Hutnicy, sprawnie niczym żonglerzy, poruszają długą, cienką, metalową rurką, z wyczuciem rozdmuchując szklaną bańkę. Następnie umieszczają ją w buczynowej formie, nadal dmuchając. Szkło rozpycha się, przybierając pożądany kształt. Z rozchylonych dwóch połówek formy wyłania się cienki szklany kształt, który nie przypomina jeszcze ostatecznego wyrobu. Ktoś z wprawą musi jeszcze odciąć tzw. kapę, czyli zbędną część, która zawsze powstaje, jeśli stosuje się metodę wydmuchiwania. Potem kieliszek dostaje nóżkę, szklanka trafia jeszcze raz do pieca zwanego drumlą, by poddała się wykończeniu. Jeszcze tylko odprężanie w specjalnym piecu i szkło jest gotowe do szlifowania.

Po tym, co zobaczyliście, zapragnęliście mieć takie szkło. Albo trochę inne, według waszego pomysłu. Spotkanie z projektantem, szkice, zatwierdzenie projektu, ustalenie ceny. Następnego dnia wasze szkła zapakowane w pudełka czekają, by zabrać je ze sobą.

To nie pomysł na biznes spod znaku, tak pożądanej w XXI wieku, personalizacji produktów, ale przykład tego, jak traktowani byli klienci w Krośnieńskich Hutach Szkła już w połowie lat 60. ub. wieku. - Klient wstawał rano i nie wierzył własnym oczom, bo pojedyncze wyroby z tych zaakceptowanych poprzedniego dnia stały już na stole w jego hotelowym pokoju. Klienci byli wniebowzięci, bo np. Skandynawowie sprzedawali tylko to, co mieli akurat we wzorcowni i w magazynie, a na wykonanie indywidualnego projektu trzeba było czekać około roku. U nas można było to dostać praktycznie od ręki - mówi Wszewłod Sarnecki, który w 1964 roku rozpoczął pracę w Krośnie. Jego droga do tego miejsca była pełna przygód.  


Huta Szkła w Krośnie - hutnik przy pracy (fot. nac.gov.pl)

Roześmiany Stalin

Wszewłod rodzi się w 1936 roku w małym miasteczku - Czortkowie w Tarnopolsku (dzisiejsza Ukraina) - jako jeden z sześciorga rodzeństwa. Ku niezadowoleniu ojca od początku bardziej ciągnie go do sztuki niż do pomocy w gospodarstwie. Wprawdzie w Pałacu Pionierów, czyli czymś w rodzaju młodzieżowego domu kultury z różnymi kółkami zainteresowań, Wszewłod trenuje skoki do wody, jednak rezygnuje z nich najpierw na rzecz kółka recytatorskiego, a potem malarstwa. Uczy go rosyjski malarz. Z czasem zaczną pracować ramię w ramię na rusztowaniach przy ogromnych obrazach, np. kopiach słynnych rosyjskich dzieł, zamawianych przez kierownika domu kultury. Ale zanim się to stanie, pojedzie do Moskwy i spotka Stalina.

Pałac Pionierów wysyła swoich przedstawicieli na konkursy plastyczne, dzięki czemu Wszewłodowi kilka razy zdarza się odwiedzić Kijów. - Pamiętam, że zrobił na mnie ogromne wrażenie, bo nigdy wcześniej nie widziałem dużego miasta. Gdy dowiedziałem się o wyjeździe, pomyślałem, że nawet nie mam co na siebie włożyć, ale na szczęście dostałem z Pałacu Pionierów walizkę ubrań. Panowała bieda, ale o nas jako uczestników konkursu bardzo się troszczono: podróżowaliśmy i mieszkaliśmy w komfortowych warunkach, dostawaliśmy wyśmienite jedzenie, zapewniano nam rozrywki - wspomina.

Na jednym z takich konkursów w Kijowie Wszewłod kwalifikuje się do reprezentowania województwa tarnopolskiego w finale, który odbędzie się w Moskwie. Jest wówczas w szóstej klasie, ma 13 lat. Wraz z innymi pionierami [dzieci w wieku 9-14 lat, skupione w komunistycznej organizacji pionierskiej wzorowanej na skautingu - przyp. red.] jedzie przez kilka dni pociągiem w specjalnie wydzielonym luksusowym wagonie. Zostają zakwaterowani w oficerskim domu wczasowym, który znajduje się w wygrodzonej za miastem zonie.


Ruch uliczny na ulicy Gorkiego w Moskwie. Na dalszym planie widoczny Kreml (fot. nac.gov.pl)

- Chruszczow, wówczas pierwszy sekretarz na Ukrainie, dowiedział się o delegacji pionierów i zaprosił nas wszystkich na spotkanie na Kreml. Wtedy mogły go zwiedzać jedynie krajowe delegacje wojskowe oraz wojskowe i cywilne delegacje zagraniczne, a młodzieży w ogóle nie wpuszczano. Prześwietlono nas specjalną aparaturą i wpuszczono na spotkanie ze Stalinem. Był roześmiany, każdemu podawał rękę, a ja myślałem o tym, co opowiadali mi rodzice: o zsyłkach, zastraszaniu ludzi, mordach i nie mogłem uwierzyć, że stoję przed tym samym człowiekiem. Zanim opuściliśmy Kreml, pokazano nam jego bogate zbiory, zorganizowano dla nas przyjęcie, koncert - opowiada, dodając, że na nastolatku wszystko to robiło ogromne wrażenie.

Kamczacka przygoda

Wszewłod zdaje do Liceum Rzemiosł Artystycznych w Czerniowcach na Ukrainie. Wybiera tę szkołę z racji zainteresowań, ale także dlatego, że jego rodziców nie stać na edukację, a w przypadku tej szkoły koszty nauki ponosi państwo. Absolwenci po trzech latach nauki muszą jednak to dobrodziejstwo odpracować. Są zatrudniani na kolejne trzy lata na rzecz państwa tam, gdzie jego urzędnicy zdecydują się ich wysłać.

Sarnecki robi w Czerniowcach maturę, a następnie zostaje wywieziony na wschód, bo tam potrzebni są pracownicy z maturą do wojsk technicznych. Trafia do Kraju Chabarowskiego. Przez miesiąc pracuje jako rolnik, potem, wraz z innymi, zostaje załadowany na statek do przewozu wojska i po dwóch tygodniach trafia do Pietropawłowska Kamczackiego. - Spędziłem tam dwa lata, pracując w sztabie wojsk dalekowschodnich. Byłem na sekretnej liście pracowników, zajmowałem się topografią. Nanosiłem na mapy terenowe plany, które przychodziły z Moskwy. Dane dostawałem od naczelnika sztabu, a moją pracę wykonywałem w bunkrze pod ziemią. Pewien generał dowiedział się, że skończyłem szkołę plastyczną, a że sam był wielbicielem sztuki, co niedziela rankiem przysyłał po mnie samochód, abym zjadł z nim i z jego żoną śniadanie i potem razem malowaliśmy - każdy na swojej sztaludze - wspomina Wszewłod Sarnecki.


Kraj Chabarowski jest zaznaczony na mapie czerwonym kolorem (autor: JohnnyWiki / wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Jego rodzina w ramach repatriacji trafia do Polski. On też chce już do nich dołączyć. Ma wyrobioną odpowiednią przepustkę, ale mało brakuje, żeby nie udało mu się wyrwać. Inspektorzy ze sztabu generalnego upatrzyli go sobie. Chcą Wszewłoda zabrać do Petersburga. Po co? Wymyślili, że zrobi karierę wojskową. Dla niego to scenariusz najgorszy z możliwych. W tym, by się nie spełnił, pomaga generał od malarskich śniadań. Bilety na ostatni statek, którym Wszewłod może popłynąć do Polski jeszcze w okresie ważności pozwolenia na powrót, są wyprzedane. Załapuje się na pokład, ale bez miejsca do spania. Znów jednak daje o sobie znać jego szczęście do ludzi - na statku zaprzyjaźnia się z naczelnikiem policji. Dzięki temu co noc śpi zamknięty w areszcie.

Na stały ląd przypływa we Władywostoku, skąd udaje się do Moskwy, a potem do rodzinnego Czortkowa. Tam zrzuca znienawidzony mundur i jedzie do Opola, gdzie już czeka na niego rodzina. Jest rok 1953. 

Piłkarze z porcelitu

Wszewłod zaczepia się do pracy w biurze projektów jako kreślarz, jednak zajęcie budzi w nim negatywne skojarzenia z wojskiem i wydaje mu się nudne, wolałby coś bardziej artystycznego. Wkrótce trafia do Zakładów Porcelitu Stołowego "Tułowice" w Tułowicach. - Pracowałem na formiarni. Przygotowywaliśmy tam formy wzorcowe do produkcji naczyń. Nie miałem wcześniej nic wspólnego z przemysłem ceramicznym, jednak przydały się licealne doświadczenia przy sztukateriach. A potem okazało się, że nie mam czasu, by zajmować się formami, bo wciąż przychodziły z PZPN zamówienia na puchary dla sportowców, figury piłkarzy w ruchu. Projektowałem więc i wykonywałem galanterię dla instytucji związanych ze sportem. Szczególnie pamiętam zamówienie na figurę strzelca na jednej nodze. Forma miała aż 75 elementów! - mówi Wszewłod Sarnecki.

20.11.2008 TULOWICE , DOM ZDZISLAW SLACZKA GDZIE WISI ZYRANDOL WYKONANY W FABRYCE PORCELANY W TULOWICACH , TEN SAM ZYRANDOL WISIAL W TYTANICU I RAISTAGU FOT. MICHAL GROCHOLSKI / AGENCJA GAZETA
Żyrandol wykonany w fabryce porcelitu w Tułowicach (fot. Michał Grocholski / Agencja Gazeta)

Dyrektor zakładów bardzo chce zatrzymać artystę u siebie. Swata go nawet z pracownicą malarni i obiecuje mieszkanie w Tułowicach, żeby nie musiał dojeżdżać do pracy z Opola. Jednak Wszewłod marzy o studiach, czemu zresztą przeciwny jest także jego ojciec - syn stał się przecież głównym żywicielem rodziny. Na nic to wszystko. Wszewłod w tajemnicy przed rodziną i współpracownikami jedzie na egzaminy do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu (dzisiejsza Akademia Sztuk Pięknych). Ale po egzaminach następuje cisza. Żadnych wieści z uczelni.

- Dopiero pod  koniec listopada odebrałem telefon od pani Menclowej, sekretarki uczelni. Pytała, co się ze mną dzieje, bo minął październik, zaraz skończy się listopad, a mnie nadal nie ma na zajęciach. Podobno zawiadomień, że dostałem się na studia, wysłano do mnie kilka. Myślę, że to mój tato chował je przede mną - wspomina Wszewłod Sarnecki. Po telefonie chce od razu załatwić sobie zwolnienie z pracy. Dyrektor nie jest zadowolony, ale Wszewłodowi pomaga partyjny sekretarz komitetu miejskiego. We Wrocławiu artysta uczy się pod okiem takich sław jak artysta plastyk Stanisław Dawski czy malarz kolorysta Eugeniusz Geppert. Po dwóch latach wybiera specjalizację - szkło, które wydaje mu się ciekawsze niż ceramika z powodu zajęć z grafiki i rzeźby.

Goście z Arłamowa

Podczas studiów Wszewłod ma półroczne praktyki w Hucie Szkła Gospodarczego "Hortensja" w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie wykonuje też swoją pracę dyplomową. Praktyki ma także w Krośnieńskich Hutach Szkła, i tam ostatecznie się zatrudnia. - Gdy przyszedłem do pracy, zderzyłem się ze ścianą. Myślę, że decydentom w hucie nie podobało się, że taki gówniarz ich poucza, robi zamieszanie, mówiąc, że konieczne są zmiany. Ale gdy pojawiła się potrzeba produkcji eksportowej, okazało się, że asortyment nie jest podzielony na grupy, nie ma nadanych symboli, co uniemożliwiało korespondencję między hutą a Centralą Handlu Zagranicznego, więc musiałem się tym zająć - wspomina początki projektant. Zamiast wkraść się w łaski "góry", zaprzyjaźnia się z hutnikami. Godzinami siedzi w hucie, przygląda się ich pracy, poznaje tajemnice fachu. W jego hotelowym pokoju w Krośnie organizowane są niejedne urodziny czy imieniny członków załogi huty.

Udaje mu się zorganizować wzorcownię, pogrupować asortyment i nadać mu symbole. Stara się przekonać dyrektora, że jako projektant musi jeździć za granicę, żeby poznać tamtejsze trendy i móc oferować dewizowym klientom towar, który trafi w ich gusta. Już wówczas współpracuje z Centralą Handlu Zagranicznego Minex, która ma wzorcownie i przedstawicielstwa na całym świecie. Projektant odwiedza więc Kanadę, Stany Zjednoczone, Australię, Rosję, Anglię, Włochy, Francję, Hiszpanię, czasem robiąc tam ekspozycję polskiego szkła. Chodzi o to, aby ściągnąć do Polski klientów. Udaje się.


Projekt zestawu szkła, przeznaczonego na eksport (fot. MINEX)

- Skompletowałem sobie dwa zespoły wzorcowe hutników: kieliszkowy i kapowy [robi np. wazony, dzbanki - przyp. red.], które musiały być na każde zawołanie, także nocami  - tłumaczy Wszewłod Sarnecki. - Mieliśmy pełne ręce roboty, bo w tygodniu odwiedzało nas 5-6 zagranicznych delegacji handlowych, z którymi wieczorem szedłem jeszcze na kolację. Gdyby rodzina mieszkała ze mną w Krośnie, żona chyba by mnie zostawiła - śmieje się. Wszewłod poznał żonę na plenerze ceramicznym w Kazimierzu nad Wisłą. Pochodziła z Warszawy i nie chciała porzucać stolicy dla Krosna. Ale była wyrozumiała - zawarli układ, że on popracuje tam 10 lat, a potem przeniesie się do niej.

Tymczasem do Krosna zjeżdżali nie tylko zagraniczni klienci, ale także prominenci z Warszawy, którzy zbaczali do huty w drodze do Arłamowa, gdzie wówczas na bankietach i polowaniach bawiły się najbardziej wpływowe osoby w państwie. - Starałem się znikać na czas tych wizyt, ale dyrekcja kazała mi zajmować się gośćmi. Mój dyrektor narzekał, że przeze mnie nie ma spokojnego miesiąca, bo ciągle ktoś dzwoni i składa zamówienia. Pod wzorcownią parkowały samochody marki Czajka z ochroną, które odjeżdżały wypełnione pudełkami szkła - mówi Wszewłod.

Zdarza się także, że w tych autach odjeżdżają unikatowe szkła, które artysta wykonuje wspólnie z hutnikami i z którymi nie chce się rozstawać, ale nikt tu nie bierze na poważnie jego sentymentów - władza chce, władza dostaje. Jednak w 1969 roku w Berlinie Zachodnim odbywa się indywidualna wystawa Wszewłoda, zorganizowana przez Polski Związek Artystów Plastyków. Na ekspozycję składa się około 130 unikatowych i produkowanych seryjnie szkieł Sarneckiego i jest ona czymś w rodzaju wizytówki Polski na Zachodzie. Niemcy są zachwyceni i proponują, aby Wszewłod został w RFN i tutaj projektował szkło. Projektant wraca jednak do Polski. 


Unikaty Wszewłoda Sarneckiego (fot. ze zbiorów projektanta)

Olimpiady i platyna

Wprawdzie nie unikatami, ale na pewno białymi krukami są inne szkła robione w Krośnie. Chodzi o zestawy kieliszków, szklanek oraz świeczników, wyprodukowane w krótkiej serii z okazji dwóch olimpiad - w Meksyku w 1968 roku oraz w Monachium w 1972. W przypadku pierwszej olimpiady są to naczynia z nóżkami ozdobionymi symbolem olimpijskim - pięcioma złączonymi kołami. Cztery lata później dołączono do nich także puchary i szklanki. Nie trafiają do sprzedaży. Komplety otrzymują jedynie trzy osoby, w tym prezydent kraju, w którym odbywała się olimpiada, natomiast pojedyncze egzemplarze - najwybitniejsi sportowcy. - Szkła te były trudne do zrobienia, ale wszystko przemyślałem i udałoby się uruchomić ich produkcję seryjną. Co z tego, skoro huta nie chciała. Dyrektor powiedział, że zwolni mnie z pracy, bo przez mój pomysł urywają się telefony, dzwonią ludzie z ministerstwa, z Rady Państwa, wszyscy chcą komplety olimpijskie - wspomina Wszewłod Sarnecki.

W latach pomiędzy olimpiadami w Krośnie pojawia się produkt, który stanie się w przyszłości znakiem rozpoznawczym tamtejszych hut. - Około 1970 roku przyjechał do Krosna człowiek o nazwisku Habrat, który wcześniej pracował w Kanadzie w prywatnych warsztatach, gdzie zdobił szkło farbami przy użyciu technik i materiałów nieznanych w Polsce. Poprosiłem dyrekcję, żeby przyjęła go do pracy, bo ma ogromną wiedzę z malarstwa na szkle i może nam pokazać wiele ciekawych rzeczy. Razem opracowaliśmy produkcję szkła platynowego - mówi Wszewłod Sarnecki. W ówczesnej Polsce to nie lada nowość. Platynowe szkła powstają tylko w Krośnie, ponieważ inne huty nie znają technologii ich wytwarzania. Schodzą w takich ilościach, że wkrótce trzeba rozbudować malarnię, w której się je zdobi.


Szkło olimpijskie z 1968 roku (fot. ze zbiorów projektanta)

Warszawa i cały świat

W 1973 roku, zgodnie z obietnicą daną żonie, projektant opuszcza hotel robotniczy w Krośnie i przyjeżdża do rodziny do Warszawy. Podejmuje pracę w Zamku Królewskim - do jego odbudowy szukano fachowców z rzadkimi umiejętnościami, więc znów przydaje się licealna wiedza z zakresu tworzenia sztukaterii. - Zrobiłem uprawnienia konserwatora. W zamku pracowało mi się cudownie, projektowałem i wykonywałem swoją pracę pod okiem takich sław jak Bogusławski czy Zachwatowicz. Mogłem wykorzystać wiedzę zdobytą u mistrzów, którzy budowali Petersburg, a sami uczyli się fachu od Włochów - mówi Wszewłod Sarnecki.

Ale w zamku zatrudniony jest tylko półtora roku, ponieważ oferowane tam zarobki nie pozwalają na utrzymanie rodziny. Czeka, aż Centrala Handlu Zagranicznego Minex otrzyma od ministra pozwolenie na zatrudnienie projektanta - dotychczas nie miała takiego etatu - i stworzenie wzorcowni w Warszawie, gdzie prezentowane będą szkła z całej Polski. Udaje się w 1975 roku i Wszewłod może podjąć tam pracę, wprowadzając w życie standardy obsługi zagranicznego klienta, z którymi zetknął się w USA.

Przy ulicy Chałubińskiego powstaje wzorcownia o powierzchni 400 m kw. Regały do ekspozycji zbudowane są ze szkła hartowanego i luster, wszystko zostaje zamówione za granicą. - Wzorcownia była fantastyczna, robiła ogromne wrażenie. Klienci byli zachwyceni, nie mogli uwierzyć, że polskie huty produkują tak piękne i różnorodne szkło. No i mogli zobaczyć wszystko w jednym miejscu, bez potrzeby jeżdżenia po wzorcowniach poszczególnych wytwórni. Nie mieli na to zresztą czasu, bo niektórzy z nich musieli objechać w miesiącu kilkanaście zakładów w Europie, nie tylko ze szkłem, ale także z ceramiką czy akcesoriami do wyposażenia kuchni - tłumaczy Wszewłod Sarnecki.


Fragment Trasy W-Z od strony ulicy krakowskie Przedmieście w kierunku Wisły. Widoczny również Zamek Królewski podczas odbudowy oraz pałac Pod Blachą (fot. nac.gov.pl)

Każdego dnia wzorcownię Minexu odwiedza kilku klientów. Przyjeżdżają z całego świata. Na delegacje handlowe czeka osiem boksów, oddzielonych od siebie w ten sposób, żeby rozmowy z klientami były swobodne. Tam omawiane są warunki zakupu szkieł.

Wszewłod Sarnecki, który to wszystko wymyślił, ma we wzorcowni swoje miejsce pracy - tworzy tu projekty dla klientów, następnie trafiają one do boksu do akceptacji i wyceny, a gdy zostają przez kupujących zatwierdzone, wysyłane są do jednej z hut do realizacji. Klient może wybrać zarówno coś z gotowych propozycji, przyjść z własnym wzorem lub zamówić coś całkiem nowego. Wszystko bez jeżdżenia po Polsce.

Oprócz nadzorowania pracy w Minexie Sarnecki jeździ po Polsce, gdzie pomaga tworzyć wzorcownie handlowe, oraz po świecie, tworząc krótkoterminowe wzorcownie promocyjne w różnych krajach, a także kilkanaście wystaw polskiego szkła i ceramiki każdego roku. W Minexie pracuje 10 lat. Po 1985 roku postanawia się zwolnić, zostaje wolnym strzelcem: robi mozaiki ceramiczne, przeprowadza renowację żyrandoli, tworzy szkło unikatowe, bierze udział w plenerach szklarskich w Polsce i za granicą, zdobywa nagrody. Dla przyjemności maluje obrazy.

Najpierw pracownię urządza na warszawskiej Woli, obecnie jego centrum dowodzenia jest w Śródmieściu. Tutaj nadal zajmuje się projektowaniem szkła unikatowego oraz na potrzeby produkcji seryjnej, a w wolnych chwilach - których ma niewiele - renowacją zabytkowych mebli. Mówi, że pracownia to miejsce, w którym może podsumować swoją działalność. Szacuje, że zaprojektował kilkadziesiąt tysięcy szklanych obiektów.

- Szkło trzeba kochać. Projektant jest jak dyrygent, który dostaje zespół ludzi, a ci pracują z tworzywem, które ma 1200 stopni temperatury. Najważniejszy jest zgrany zespół, bo szkło stygnie na naszych oczach i nie ma czasu myśleć, intuicja i doświadczenie podpowiadają, co robić. To tworzywo jedno z najwspanialszych, a jednocześnie diabelskie. Nie ma z nim żartów - mówi Wszewłod Sarnecki.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Katarzyna Jasiołek.
Absolwentka Filologii Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Wieloletnia dziennikarka i redaktor serwisów technologicznych. Autorka bloga o designie, wielbicielka przedmiotów z przeszłością, chętnie kupuje polskie meble, szkło i ceramikę z lat 50. i 60. Obecnie pisze książkę o powojennym polskim wzornictwie przemysłowym. 

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (14)
Zaloguj się
  • ilchi

    Oceniono 9 razy 9

    Szkoda,ze to wszystko historia. Sluchalm kiedys audycji radiowej o tym na fali zmian zlikwidowano technika wyrobu szkla. POtem probuwano je realtywowac kiedy sie zorientowano, ze nie ma zmiany pokoleniowej ale chyba nic z tego nie wyszlo. I dzis wszyscy kupuja szklo w Ikea. Wielka szkoda.

  • woqlski

    Oceniono 7 razy 5

    Dawne huty szkła, znane na całym świecie, już nie istnieją. Nieliczne wyroby, ocalałe przed zniszczeniem i zapomnieniem, znajdują się w muzeach i galeriach. Szczególnie ta w Karpaczu robi niesamowite wrażenie. Polecam antyki_xyz

  • rozterka47

    Oceniono 6 razy 4

    Ciekawy zyciorys. Coraz mniej pięknego szkła , coraz mniej ludzi mających umiejętności takiej pracy . Dodam cięzkiej pracy.

  • dana43

    Oceniono 6 razy 4

    A ja się pochwalę moim Pradziadkiem z Huty Stolle Niemen, którego wyroby znajdują się w muzeach całego świata !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  • petshopgirl

    Oceniono 2 razy 2

    Jeszcze, chociażby, nieistniejąca huta szkła w Szczytnej. Polecam wystawę w kłodzkim muzeum "Współczesne kłodzkie szkło artystyczne na tle tradycji szklarstwa ziemi kłodzkiej".

  • kowalska-kowalska

    Oceniono 2 razy 2

    Szkło jest najwspanialszym tworzywem.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX