Ul. Zamenhofa

Ul. Zamenhofa ((fot. Marcin Dziedzic / materiały prasowe))

wywiad Gazeta.pl

Magdalena Kicińska: Większość warszawiaków codziennie przemierza getto, nie zdając sobie z tego sprawy

Kiedy w warszawskich szkołach pytam, gdzie było getto, słyszę, że tam, gdzie Muranów. Wtedy odpowiadam, że Muranów też, ale getto było znacznie większe. Zaczynało się za Złotymi Tarasami, a kończyło przed Arkadią - mówi Magdalena Kicińska, współautorka książki "Teraz '43".

Co było pierwsze?

Zdjęcia, a dokładnie książka "Teraz '44" o powstaniu warszawskim, którą Marcin Dziedzic zrobił z Michałem Wójcikiem. Kiedy wyszła, pojawił się pomysł, by wydać podobną, choć nie taką samą, o powstaniu w getcie warszawskim. Tak zostałam zaproszona do tego projektu.

Od razu się zgodziłaś?

Nie, długo się biłam z myślami, bo, po pierwsze, nigdy nie pracowałam w duecie i nie wiedziałam, czy potrafię. Nie jestem przy pisaniu skora do kompromisu, szczególnie gdy w grę wchodzą moje emocje dotyczące tematu książki. A po drugie, nie pracowałam nigdy "na zadany temat" - treść tekstów wyznaczona została przez zdjęcia.

(fot. materiały prasowe)(fot. materiały prasowe)

Nie wybierałaś ich?

Uczestniczyłam w wyborze, ale to była działka Marcina Dziedzica, z jego decydującym głosem, ograniczonym dodatkowo materiałem: zachowanymi fotografiami i ostaniem się miejsc, na które dzisiaj można by było te fotografie nałożyć. Zdjęć z przedwojnia czy czasu wojny jest mnóstwo, ale miejsc istniejących dzisiaj w tym samym czy podobnym kształcie, a nawet lokalizacji - bardzo mało.

Warszawa to nie Kraków, gdzie wszystko stoi, jak stało.

Właśnie, więc siłą rzeczy bardzo mocno nam to ograniczyło pulę. Nieocenioną pomoc w identyfikacji miejsc dostaliśmy od Jana Jagielskiego z Żydowskiego Instytutu Historycznego.

Finalnie otrzymałam listę zdjęć-tematów, do których miałam napisać teksty, ale, jak pewnie zauważyłeś, nie do wszystkich napisałam.

Dlaczego?

Czasami nie udawało mi się znaleźć historii do zdjęcia i postanowiłam wtedy nie szukać na siłę. Opowiedziałam te historie, na które miałam pomysł.

Poza tym fotografie mogą bronić się same.

Jak zdjęcie rodziny w Ogrodzie Saskim. Ono nie potrzebuje didaskaliów. Mamy scenę rodzajową: rodzinę w słoneczny dzień, piękny moment z życia.


Ogród Saski (fot. materiały prasowe)

Wstrząsające zdjęcie martwego dziecka też jest bez tekstu.

Ta fotografia z bramy przy ulicy Waliców była dla mnie najtrudniejsza. Przez chwilę się łudziłam, że będę w stanie dodać do niej jakieś słowa, ale to się okazało niemożliwe. Poza tym to jest tak mocny obraz, że każdy komentarz wydaje się zbędny.

Wyobrażam siebie zaciekłe dyskusje o tych zdjęciach.

Praca nad tą książką, w odróżnieniu od pracy nad poprzednią, składała się nie tylko z zaciekłych dyskusji, ale wręcz kłótni w wydawnictwie. Uważałam, że zdjęcie z Waliców - i możesz mnie teraz nazwać hipokrytką - nie powinno być drukowane. Namawiałam do rezygnacji z niego.

Dlaczego?

Bo o ile nie mam problemu ze zdjęciami sprzed wojny, nie widzę tu nic kontrowersyjnego, o tyle te wojenne, z getta, zrobione w dodatku przez niemieckiego żołnierza w celach propagandowych to było już dla mnie za dużo. Miałam wrażenie, że umieszczanie tych zdjęć w książce w dzisiejszym kontekście je po prostu trywializuje.

Ale książka jest.

Dlatego mówię, że możesz mnie nazwać hipokrytką, która w końcu jednak posłuchała też głosu innych, mądrzejszych od siebie. Poza tym pamiętaj, że opowiadamy tę historię cały czas na nowo, szukamy ciągle nowych środków wyrazu, żeby dotrzeć do tych, którzy nic nie wiedzą, co się wydarzyło. W Warszawie jest to dodatkowo utrudnione, bo niemal nic z przedwojennego miasta się nie ostało. Może właśnie dlatego i tym bardziej powinniśmy to robić. Nie, żeby szokować, ale by konfrontować ludzi z tamtymi obrazami i pokazywać, że to jest cały czas, mimo zburzenia Warszawy, to samo miejsce. Tylko bez Żydów. I bez śladów ich wielowiekowej obecności. Występuję tu więc, jak widzisz, w podwójnej roli: autorki książki i jej sabotażystki.

Trochę chcę i trochę się boję?

Od stycznia już się nie boję, bo to, co od tego czasu wygadują o Żydach czołowi polscy politycy, przekonało mnie ostatecznie, że trzeba było tę książkę wydać. Antysemickie szambo, które wybiło, jeszcze bardziej wyostrzyło mi pióro. To w gruncie rzeczy nigdy nie robi dobrze książce, bo publicystyka w ogóle takim publikacjom robi źle. Ale nie mogłam inaczej. Bo jak mam zachować dystans, jeśli kończę pisać tekst o zablokowanej w 1936 roku przez ONR bramie Uniwersytetu Warszawskiego - zablokowanej między innymi przed żydowskimi studentami - i słyszę jednocześnie przemówienie premiera Morawieckiego o "żydowskich sprawcach Holocaustu"? Jak mam zachować dystans, słysząc, co o getcie wygaduje jego ojciec, Kornel Morawiecki?

(fot. materiały prasowe)(fot. materiały prasowe)

Kiedy zobaczyłem zdjęcie pędzonych warszawską ulicą Żydów nałożone na dzisiejszą Warszawę i idących chodnikiem ludzi, pomyślałem, że ta obojętność wobec żydowskiego losu byłaby współcześnie taka, jaką była podczas okupacji. Przesadzam?

To samo powiedział Paweł Szwed, nasz wydawca, kiedy kończyliśmy pracę nad książką: że tym bardziej rzuciło mu się w oczy to bycie "obok", a nie "razem", obojętność świadków. Też, patrząc na nie na nowo, zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby dziś. Na tym nam zależało: patrzysz na przedwojenne zdjęcie zrobione na Wisłą, w trakcie żydowskiego święta Rosz Haszana, i widzisz to samo nabrzeże, dzisiejszy most Gdański z napisem "Miło cię widzieć". Tylko ludzi nie ma, a raczej jest ich nieobecność. To robi wrażenie. Albo wspomniane zdjęcie z Waliców. Patrzysz na nie i czujesz dyskomfort. To nie jest łatwy widok. Kiedy mi się zdarza oprowadzać wycieczki po "żydowskiej Warszawie" i wchodzę w tę bramę, zawsze czuję się nieswojo. A teraz, z powodu zdjęcia Marcina, już w ogóle trudno mi w nią wchodzić. Widzę tam śmierć.

Baliście się krytyki?

Kiedy rozważaliśmy umieszczenie tego zdjęcia z bramy, wydawca omawiał je z Hanną Krall, profesorem Michałem Głowińskim, Henrykiem Grynbergiem i Marianem Turskim.

Czyli najwyższej instancji.

Ich opinie można sprowadzić do krótkiego zdania: tak wtedy było. Niepokazywanie śmierci w reportażu o getcie byłoby nieprawdą. Nie wyrazili oburzenia. Choć, przyznam szczerze, moich wątpliwości nawet to nie rozwiało.

To byłyby wątpliwości związane z tym, czy w ogóle można reprodukować zdjęcia mordowanych w Holocauście ludzi?

Tak. W sporach, o których mówiłam, przytaczałam argumenty z różnych odbywanych do dziś dyskusji dotyczących powielania zdjęć dokumentujących Zagładę. I pytania, które należy sobie postawić, kiedy się taki temat podejmuje: co z godnością osób na zdjęciach? Już raz im ją odebrano. Czy nie robimy im tego ponownie, powielając te zdjęcia? Z drugiej strony rozumiem argumenty na rzecz tezy, że możemy, bo "tak to wtedy było". Tylko czy opowiadać obrazem, czy może lepiej słowem?

(fot. materiały prasowe)(fot. materiały prasowe)

Żyjemy w świecie obrazkowym.

Dlatego właśnie to zdjęcie w książce jest. Obraz jest po to, żeby zobaczyć, a słowa - żeby zrozumieć. Moim zadaniem było zbudowanie kontekstu dla tych obrazów i znalezienie takiej narracji, by ktoś, kto je zobaczy, zrozumiał, że to zdjęcia ludzi, których sytuacja jest konsekwencją wszystkiego, co się wydarzyło przed. I nie mówię tu tylko o okupacyjnej polityce niemieckiej, ale też o bierności Polaków, a często ich aktywnym antysemityzmie.

Twoje towarzyszące zdjęciom teksty mają dla mnie wartość daleko większą od informacyjnej czy kontekstowej, bo przywracasz ludziom godność poprzez przywrócenie ich imion, nazwisk, skrawków informacji o ich losach. 

Są w "Teraz '43" takie odkrycia, jak dwa listy od Irki Waffel wysłane do Argentyny z Domu Sierot Janusza Korczaka. Ich nadawczyni zginęła najprawdopodobniej z innymi dziećmi, Stefą Wilczyńską i Korczakiem w sierpniu 1942 roku w Treblince. Kiedy czytasz te listy do koleżanki, która miała przed wojną szczęście wyemigrować do Argentyny, nie ma w nich grozy. Mimo że Irka za chwilę zostanie zagazowana, jest w tych listach przez chwilę po prosu beztroską dziewczynką. Takie znaleziska mnie zawsze poruszają. Tym bardziej że tylko mniej więcej wiemy, ile było dzieci w getcie i ile z nich zamordowano, a o nich samych nie wiemy prawie nic. Czasem jednak uda się znaleźć jakiś szczegół, który je przywraca.

Mamy trochę literatury o getcie i warszawskich Żydach. Trudno było ci pisać tak, żeby nie powielać poprzednich książek?

Oczywiście, to było wyzwanie, ale nie miałam zamiaru pisać monografii o warszawskich Żydach od osiedlenia się w mieście po współczesność. Ani też dziejów powstania w warszawskim getcie. Chciałam, by moje towarzyszące zdjęciom Marcina teksty pokazały kilka odcieni bogatego życia warszawskich Żydów, ale bez uprawiania tej modnej teraz i fałszywej narracji o "wielokulturowym, sielskim życiu" przedwojennej Polski. Jest to, poza tym, opowieść nielinearna, daliśmy sobie taką wolność. Dzięki niej książkę można otworzyć w dowolnym miejscu, nie trzeba czytać tekstów po kolei.

(fot. materiały prasowe)(fot. materiały prasowe)

Można też z nią wyruszyć w miasto.

Bardzo bym się cieszyła, gdyby książka była rodzajem przewodnika po miejscach, które nieraz niełatwo jest odnaleźć. Warto się w nie wybrać i zobaczyć, jak bardzo się zmieniły. Jak choćby plac Grzybowski, gdzie teraz siedzimy.

Siedzimy rzut beretem od muru getta, który przebiegał przez środek ogródka hipsterskiej kawiarni Charlotta Menora. 

Kiedy opowiadam o getcie w warszawskich szkołach i pytam: wiecie, gdzie było getto?, słyszę, że tam, gdzie Muranów. I wtedy mówię, że Muranów też, ale getto było znacznie większe. Zaczynało się za Złotymi Tarasami, a kończyło przed Arkadią. To dość "grubiańskie" spojrzenie na topografię getta, wiem, ale w bardzo dosadny sposób pokazuje, jak rozległą część miasta odgrodzono. I że większość warszawiaków codziennie getto przemierza, nie zdając sobie z tego sprawy.

Ta książka znów wywołała we mnie bolesne poczucie utraty.

To dobrze, bo chciałabym, żebyśmy oglądając i czytając "Teraz '43" poczuli, co straciliśmy. Co straciła Warszawa, której jedna trzecia mieszkańców została zamordowana. Co straciliśmy w ogóle, jako wspólnota. Bo nie straciliśmy, nie znoszę tego określenia, "naszych Żydów", bo to brzmi jak jakiś ginący gatunek ptaków. I co to w ogóle znaczy "nasi Żydzi"? Oni nie byli żadnymi gośćmi, ale współobywatelami i współgospodarzami Polski. Polski, która w latach trzydziestych zwłaszcza była coraz bardziej antysemicka i która w czasie wojny, działając jako Polskie Państwo Podziemne, stworzyła system opieki społecznej, z którego wyłączyła Żydów - pisała o tym w biografii Ireny Sendlerowej Anna Bikont.

Szukałam symbolu, który by tę wyrwę w społeczeństwie pokazał. Jakiejś przedwojennej listy lokatorów, którą wyobraźnia przetworzyłaby na współczesny domofon: pod trzynastką mieszkałby Mordka, szewc, pod czternastką Morgenstern, adwokat, a pod szesnastką jakaś pani Birnbaumowa, pediatra.

(fot. materiały prasowe)(fot. materiały prasowe)

Dlatego piszesz o życiu przed, choć książka ma tytuł "Teraz '43"?

Skoro pokazujemy koniec, to trzeba też pokazać, co się skończyło i jak wyglądała sytuacja Żydów przed wojną. Również to, że bierność wobec tragicznego żydowskiego losu nie została wymuszona przez niemieckiego okupanta. I nie pomoże tu wiele zasłanianie się drzewkami w Jad Waszem. Nie pomoże też zagajnik ani nawet puszcza, bo największą grupą Polaków byli po prostu ludzie kompletnie wobec Zagłady obojętni.

To się nie mieści w prostym jak cep przekazie rządowym.

Czarno-białe opowieści historii nie służą. Tak jak uproszczenia. Dlatego w książce opisuję los Tadeusza Biernackiego, studenta medycyny na Uniwersytecie Warszawskim i aktywnego członka ONR-u, który przeprowadził atak petardowy na redakcję "Naszego Przeglądu", jednego z najważniejszych żydowskich, polskojęzycznych dzienników, i wylądował za to w areszcie, bo ówczesna władza za antysemickie ataki karała. Potem, w trakcie powstania warszawskiego, Biernacki pod pseudonimem Poraj walczył, był lekarzem i zginął pod gruzami, bo nie chciał zostawić swoich pacjentów. Podjął heroiczną, godną podziwu decyzję. Dlaczego o tym mówię? Bo cep nie jest dobrym narzędziem do zajmowania się historią, miażdży skazy, zawiłości, detale. Nie pozostawia miejsca na pytania: jak dziś ocenić Biernackiego? Podły antysemita czy może bohater? Czy wojna zmieniła jego antysemickie poglądy? Czy heroizm powstańczy unieważnia haniebne czyny sprzed wojny? Nie umiem odpowiedzieć. I uważam, że narzucanie jednoznacznie bezwzględnych kategorii do oceny postaw i wydarzeń historycznych nie prowadzi do niczego dobrego.

A co byś odpowiedziała Piotrowi Glińskiemu, ministrowi kultury, który ogłosił, że planowane "Muzeum Getta Warszawskiego będzie mówić o wzajemnej miłości dwóch narodów"?

Getto było miejscem systematycznego upokorzenia, upodlenia, głodzenia i eksterminacji Żydów. Było też miejscem, w którym mimo coraz trudniejszych, tragicznych warunków toczyło się życie kulturalne, polityczne i społeczne. Codzienne, uporczywe staranie się setek tysięcy ludzi, by ocalić godność. Była tam i miłość. Marek Edelman poświęcił jej piękną, jedną z ważniejszych dla mnie książek: "I była miłość w getcie". Pewnie i zdarzała się miłość żydowsko-nieżydowska. Ale to jest właśnie ten typ oceny, nazywania zjawisk, którego nie pojmuję. Mówienie, że placówka pokazująca historię jednego z najstraszniejszych miejsc - getta warszawskiego - ma w swoich intencjach, bo tak interpretuję tę wypowiedź ministra, służyć nieprawdziwej narracji  o "miłosnej egzystencji dwóch narodów", nie mieści mi się w głowie. Zwłaszcza że naród - czy raczej społeczeństwo - było jeden. Cholernie, na różne sposoby podzielony, ale jeden. Co więcej, wobec osób pełniących najważniejsze role w państwie nie umiem stosować immunitetu z gatunku "zostałem źle zrozumiany", "moje intencje były dobre". Zarówno minister, tak jak poseł Morawiecki mówiący o Żydach, którzy sami siebie zamknęli w getcie, są osobami publicznymi, powinni więc brać za swoje słowa odpowiedzialność. Nie potrafię więc takich wypowiedzi nazwać inaczej niż nikczemnymi.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Magdalena Kicińska.
Ur. 1987, reporterka, redaktorka działu "Rzeczywistość" w "Piśmie. Magazynie Opinii". Współpracowniczka "Gazety Wyborczej", publikuje m.in. w "Tygodniku Powszechnym". Laureatka Grand Press 2017 w kategorii 'wywiad'. Nominowana do Nagrody im. Teresy Torańskiej, Mediatorów 2016. Autorka książki "Pani Stefa" (Czarne, 2015), za którą otrzymała Nagrodę Literacką m.st. Warszawy 2016 oraz Poznańską Nagrodę Literacką - Stypendium im. Stanisława Barańczaka 2016 dla młodego twórcy, nominowano ją także do Nagrody Gryfia i Nagrody Conrada.

Mike Urbaniak. Jest dziennikarzem kulturalnym i krytykiem teatralnym "Wysokich Obcasów" oraz weekendowego magazynu Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (383)
Zaloguj się
  • iksis

    Oceniono 52 razy 36

    W wywiadzie z Michałem Komarem opowiada pan o tym, jak Żydówka mówiła do dziecka, żeby nie bawiło się z gojem, czyli z panem...

    Władysław Bartoszewski: Głupim gojem. Bo goj jest głupi.

    Czy po stronie żydowskiej był dostrzegany dystans czy niechęć wobec Polaków?

    Władysław Bartoszewski: Był. Niewątpliwie istniało poczucie obcości wzajemnej. Do siódmego roku życia mieszkałem w bezpośredniej bliskości Wielkiej Synagogi. Była najbliższą świątynią od mojego mieszkania, bliższą niż kościół katolicki. Do Nalewek miałem może 200 metrów. Tam mieściło się centrum żydowskiego życia. Moje Nalewki, moje Nalewki, to jest symbol, prawda? Ja te Nalewki widziałem jeszcze w 1933 r., jak miałem 11 lat. W tym wieku to już się widzi w zasadzie wszystko. Tam był osobny świat, ale izolacja raczej łagodna, nie taka nacechowana wrogością.

    Sprawa tkwi w mentalności. Szedłem z Józefem Kermiszem [dyrektorem archiwum Yad Vashem] po Mea Shearim, dzielnicy ultraortodoksów w Jerozolimie, nie miałem nakrycia głowy. I podeszła jakaś dziewczyna, zaczęła krzyczeć i wymachiwać pięściami, a potem plunęła mi pod nogi. Kermisz po hebrajsku coś jej tłumaczył. Potem mówi: "Prymitywna dziewczyna. Przecież ona nie wie, że pan jest gościem, nie jest Żydem, ale opowiada, że to jest prowokacja i pan popełnia ciężki grzech".

    Pytam: co pan jej powiedział?

    "Czemu ty się przejmujesz tym głupim gojem?". Przepraszam pana, ale inaczej by nie zrozumiała.

  • ponury424

    Oceniono 82 razy 28

    Zacytuję autorkę. "bierność wobec tragicznego żydowskiego losu nie była wymuszona przez niemieckiego okupanta". No i tu wszelka merytoryczna polemika z autorką powinna się zakończyć, no chyba że byłaby kontynuowana w sferze science fiction. Chociaż pal licho, pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej.
    Otóż, szanowna autorko, niemiecki okupant wręcz zachęcał do aktywności, udzielania wszelkiej pomocy Żydom, nalegał aby tak się działo. Nawet nagrody ustanowił dla spieszących z pomocą. Zdrowia autorce życzę.

  • gazalalshaqab

    Oceniono 77 razy 25

    Większość Żydów odwiedzających Warszawę przemierza ulice na których wałczyła i umierała AK, nie zdając sobie z tego sprawy.

  • teresa104

    Oceniono 40 razy 24

    W Łodzi granice getta oznaczono granitowymi płytkami w chodniku, każdy zatem wie, gdzie było. Prosty i elegancki zabieg, memento na co dzień.

  • dojcze_kabana

    Oceniono 44 razy 22

    "bierność wobec tragicznego żydowskiego losu nie została wymuszona przez niemieckiego okupanta"

    Czy ktoś sobie robi jakieś jaja czy łże za pieniądze?

  • zuuuraw

    Oceniono 82 razy 18

    "Magdalena Kicińska: Większość warszawiaków codziennie przemierza getto, nie zdając sobie z tego sprawy"
    No i o czym to świadczy ? Zdaniem autorki, tak to wybija z jej kłamstw i pomówień w wywiadzie, z wrodzonego antysemityzmu Polaków i ich rzekomej , "nie wymuszonej przez okupanta niemieckiego" obojętności wobec Żydów w getcie. A to wszystko jedno wielkie kłamstwo i żydowska hucpa.
    Równie dobrze można by w tytule napisać, że - 'większość Warszawiaków codziennie przemierzających ulicę Wolską, Młynarską, Górczewską, czyli samo centrum Woli, nie zdaje sobie sprawy z tego, że chodzi po ziemi gdzie zamordowano i spalono ponad 55 tysięcy Polaków na początku Powstania Warszawskiego", Takich miejsc w Stolicy, gdzie dziś parkujemy samochody, gdzie siadamy w ogródkach "hipsterskich kawiarni" a gdzie ginęły setki Polaków mordowanych przez Niemców są tysiące, no i co z tego ? Czy to też świadczy o naszej obojętności wobec losu naszych nie żydowskich przodków ? Oczywiście nie powinno się tego wymazywać z pamięci, powinno się czcić nasze ofiary w uroczystych dniach pamięci, ale to wmawianie Polakom, i wtedy i dzisiaj, obojętności to jakaś obsesja, o ile nie perfidna, zakłamana propaganda żydowska.
    Kicińska pisze, że bierność Polaków wobec Żydów nie była wymuszona przez Niemców. To jedno wielkie łgarstwo! Po pierwsze, Żydzi byli przez Niemców zamknięci w gettach, otoczonych wysokimi na 3m murami, których, podobnie jak bram wjazdowych, strzegli uzbrojeni niemieccy wachmani, więc o jakimkolwiek kontakcie nie było mowy. Poza tym, np. w samej Warszawie WSZYSCY Warszawiacy poddani byli terrorowi okupanta, NIKT z Warszawiaków wychodzących codziennie z domu nie wiedział czy wróci do niego wieczorem! Łapanki na ulicach kończone wywózkami na rozwałkę do Palmir, do obozów, w najlepszym wypadku na roboty do Niemiec, były codziennością. Zdanie Kicińskiej jest nikczemnym zakłamywaniem rzeczywistości. Obraz Polaków po "aryjskiej stronie" u Kicińskiej jest tak samo załgany jak w filmie "W ciemności" innej polakożerki Holland. Tam też Polacy żyją jak w dzisiejszych czasach, kupują na bazarkach, ze straganami uginającymi się od frykasów, pomarańcze i żyją sobie jak pączki w maśle.
    Kicińska zapomina, że to sami Żydzi żyli przez setki lat OBOK Polaków. W sztetlach żydowskich, czyli setkach miasteczek na Wschodzie Polski, gdzie Żydzi stanowili czasami 50-70% ludności, większość Żydów w ogóle nie mówiła po polsku ! Nie inaczej było w przedwojennej Warszawie. Obok zasymilowanych Żydów, wśród których wielu było także wybitnymi Polakami, patriotami odrodzonego państwa polskiego, żyły dziesiątki tysięcy Żydów chałaciarzy, mówiących po polsku zaledwie kilka słów lub wcale . O jakiej więc możliwości współpracy, wzajemnych kontaktów pod okupacją Kicińska majaczy ?

  • agzum

    Oceniono 84 razy 18

    1. nie dziwiłbym się gdyby M.Kicińska wychowała się NYC lub Jerozolimie, ale gdy Polka wychowana w PL powtarza zarzuty o bierności Polaków na los Żydów w czasie 2WŚ świadczyć może jedynie o ignorancji, złej woli albo wypranym mózgu. Zważywszy na fakt, że relacje polsko-żydowskie przed wojną były bardzo trudne oraz na terror i strach w okupowanej Polsce, to pomoc udzielana Żydom była ogromna, w odróżnieniu od reszty świata.
    2. "...antysemickie szambo, które wybiło ..." - ustawa 447 i list senatorów USA, antypolonizm w Izraelu/USA, filmik "Polish Holocaust", Polacy przedstawiani jako główni kaci Żydów, przedstawianie Marca'68 jako kontynuacje Holocaustu, wystawa w Polin, zawłaszczenie muzeum w Auschwitz, manipulacje Grossami, Grynbergami, Grabowskimi, Engelkingami, ... - czy naprawdę trzeba być geniuszem, żeby uchwycić związki przyczynowo-skutkowe?
    3. przed 2WŚ, dla wielu Polaków (ugrupowań politycznych) mniejszości narodowe, a szczególnie mniejszość żydowska byla postrzegana jako przeciwnik polityczny/ekonomiczny/kulturowy. Były ku temu powody. Wzbudzić nastroje antysemickie nie było trudno. Obecnie w Anglii są nastroje antypolskie, w krajach bałtyckich antyrosyjskie, w RFN antymuzułmańskie, w Katalonii antyhiszpańskie, w Serbii antyalbańskie, na Słowacji antyromowskie ... często te nastroje wobec danych mniejszości wyrażają jedynie opinię/postawę na bieżące problemy m.in. polityczne i ekonomiczne. Najlepszym przykładem była Z.Kossak-Szczucka - politycznie przedwojenna antysemitka, a w czasie wojny bohaterka Żydów. Antysemita <> przestępca/rasista/morderca.
    4. przed wojną, środowiska polskie i zydowskie wcale się tak nie przenikały między sobą jak sugeruje autorka. Zasymilowani Żydzi to około 30%. Pozostali ograniczali się do swoich dzielnic, tam mieli swój "mały haimat" do którego nie "zapraszali" obcych. Jak ktoś chce poczuć tamte klimaty może wybrać się do którejś z dzielnic ortodoksyjnych Żydów w Izraelu, NYC, Zurichu czy do któreś z muzułmańskich dzielnic w UE (inna kultura/religia, ale klimat odrębności ten sam).
    5. Izrael/Żydzi mają u siebie mniejszość narodową, Palestyńczycy (Arabowie) - około 20%. Zaczynali z nimi "współżyć" od rzezi, jak m.in. ta w Deir Yassin, później wypędzili z ich prywatnych terenów, pozamykali w gettach (też ogrodzonymi murami) , a teraz czekają, aż wymrą z głodu i nędzy. Jak powszechnie wiadomo Żydzi zawsze woleli czerpać z "kultury" niemieckiej niż polskiej.

  • frusto

    Oceniono 32 razy 16

    Jeżeli słowa o żydowskich sprawcach Holocaustu są obraźliwe (tzn przypominanie o żydowskiej policji, kapusiach gestapo czy kolaborantach z Judenratów), to tak samo powinno być obraźliwe i uważane za wstrętne szambo słowa o tym, że Polska współuczestniczyła w Holocauście. Albo, albo.

  • kapitandragan

    Oceniono 25 razy 13

    Napisałem komentarz. Bez wulgaryzmów, rzeczowy i merytoryczny ale raczej krytyczny względem p. Magdaleny, której wypowiedzi uznaję za stronnicze i pozbawiane obiektywizmu. Był na stronie klika minut. To jest właśnie wolność słowa, prawda Panie Adamie?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX