Zbigniew Herbert

Zbigniew Herbert (fot. archiwum Michała Kapitaniaka)

wywiad Gazeta.pl

Andrzej Franaszek: Herbert był rozczarowany Polską po 1989 roku

Burzliwe związki z kobietami, nonkonformizm, wyjazdy na Zachód, dzieciństwo we Lwowie, nominacje do Literackiej Nagrody Nobla, przyjaźnie z pisarzami, politykami i dziennikarzami z całego świata - to tylko niektóre wątki z biografii Zbigniewa Herberta. Andrzej Franaszek w dwóch tomach, na 1920 stronach, stara się odpowiedzieć na pytanie, jaki był autor "Przesłania Pana Cogito"? W pierwszym przed premierą książki wywiadzie rozmawiamy o dwóch sprawach: polityce i kobietach.

Herberta politycznego kojarzymy z publicystycznych, raczej prawicowych, tekstów z lat 90. Czy prawica go doceniała? Czy Herberta można tak w ogóle zaszufladkować?

Prawdę powiedziawszy to perspektywa pańskiego pokolenia, odbiorców jego poezji czy uczestników życia literackiego, którzy nie mają za sobą doświadczenia PRL-u.

A jaką perspektywę mają starsi?

Na przykład dla generacji, której reprezentantami są choćby Barbara Toruńczyk czy Adam Michnik, a także dla poetów Nowej Fali, takich jak Adam Zagajewski, Stanisław Barańczak, Ryszard Krynicki, Julian Kornhauser lub Krzysztof Karasek, twórczość Zbigniewa Herberta stała się niezwykle ważna już w latach 70.

Austria, rok 1975 (fot. Albert Rastl, Archiwum Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)Austria, rok 1975 (fot. Albert Rastl, Archiwum Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)

Które konkretnie wiersze?

Wiersze z opublikowanego w roku 1974 tomu "Pan Cogito", naturalnie ze słynnym "Przesłaniem Pana Cogito" na czele. Wcześniej Herbert był docenianym przez krytykę poetą i eseistą, autorem "Barbarzyńcy w ogrodzie", często stawianym w roli klasyka, który pisze o Apollu lub Nike i innych bohaterach naszych szkolnych opowieści. Po ukazaniu się zbioru "Pan Cogito" został rozpoznany jako pisarz zaangażowany w ówczesną sytuację polityczną i społeczną. Członkowie pokolenia wchodzącego w życie literackie po Marcu 1968 i Grudniu 1970, które postawiło sobie postulat wypowiedzenia prawdy o ówczesnym świecie, w utworach Herberta znaleźli wzorce moralne, dotyczące ich codziennego życia, podejmowanych wyborów. Barbara Toruńczyk wspomina ręczne przepisywanie "Przesłania...", wydrukowanego najpierw w "Tygodniku Powszechnym", i wysyłanie go do przyjaciół za granicą. Adam Michnik pisał - także wtedy, gdy był internowany w stanie wojennym - o wierszach Herberta, które są jak modlitwa, pomagają żyć.

Czyli czytała go ówczesna inteligencja?

Na pewno jej część opozycyjna. Dzięki "Panu Cogito", a następnie dzięki opublikowanemu w Paryżu w roku 1983 tomowi "Raport z oblężonego Miasta" stał się Herbert poetą, którego dość powszechnie słuchało się z wielką uwagą.

Inne grupy społeczne też go czytały?

Trudno tu dokonywać badań socjologicznych. Ale wiemy, że na wieczory autorskie Herberta w stanie wojennym, odbywające się zwykle w kościołach, potrafiły przychodzić nawet nie setki, a tysiące osób.

Tysiące?

Do jednego z krakowskich kościołów weszło kiedyś około trzech tysięcy osób. Niewątpliwie chciały one słuchać wierszy, ale też doświadczyć pewnej wspólnoty - być razem, jednocząc się w oporze przeciwko ówczesnej władzy, łączyć się poprzez słowa poezji.

Herbert (z prawej) w Niemczech, w roku 1967 (fot. Hans Georg Puttnies, Archiwum Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)Herbert (z prawej) w Niemczech, w roku 1967 (fot. Hans Georg Puttnies, Archiwum Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)

Co tych ludzi łączyło?

Oczywiście chęć przeciwstawienia się władzy komunistycznej. Można powiedzieć, że wiersze Herberta projektowały horyzont naszych zachowań, ideałów. Herbert był wtedy najważniejszym polskim poetą. Oczywiście, Czesław Miłosz jest laureatem Literackiej Nagrody Nobla, ale jednak jego obecność w odbiorze społecznym była mniejsza niż obecność autora "Raportu z oblężonego Miasta". W naszej kulturze, która jest głęboko naznaczona romantyzmem, od poety wymaga się więcej niż pisania tylko pięknych czy nowatorskich tekstów. I w latach 80. Herbert te wymagania spełniał. Nie można przy tym jednak zapominać, że autor "Pana Cogito" nigdy nie był twórcą piszącym "ku pokrzepieniu serc" - jego wiersze, proszę wybaczyć to banalne stwierdzenie, są niezwykle wybitne, niektóre z nich są wręcz arcydziełami.

Herbert był wieszczem?

To ryzykowne słowo, które często traktujemy ironicznie. Ale może Herbert istotnie nim był? Jego obecność była wtedy, jak już mówiłem, wyjątkowa. Wszyscy potrafimy i dziś powiedzieć "Litwo, ojczyzno moja", wtedy wszyscy - umownie rozumiani - pamiętali postulat "Bądź wierny Idź", lub podzielali przekonanie, że niektóre wybory polityczne i etyczne są również "sprawą smaku".

Herbert zdawał sobie sprawę z tej roli?

Zapewne tak. Nie sądzę, żeby mógł sobie nie zdawać, skoro przychodził na spotkanie, na którym tłum wypełniał szczelnie kościół, a następnie dziesiątki osób prosiły go o autograf na podziemnych, nielegalnych wydaniach jego wierszy. Przy czym wobec lat 80. w zasadniczej opozycji stoją lata 90., od których zaczęliśmy naszą rozmowę. Dotyczy to zarówno biografii samego Herberta, jego obecności w polskim życiu literackim i społecznym, jak też o wiele szerszego klimatu duchowego tamtej epoki.

Jeśli lata 80. były latami "Solidarności", sprzeciwu, "etosu", czasem emocji zbiorowych, jasnych podziałów, to kolejna dekada była czasem rozmycia granic, kompromisów, a także - indywidualizmu i raczej dorabiania się niż walki o wartości. Niewątpliwie też ludzie o wiele rzadziej sięgali po wiersze, nawet po wiersze autora "Rovigo" czy "Epilogu burzy". Najprościej rzecz ujmując: taką właśnie Polską po roku 1989 był Herbert rozczarowany.

W towarzystwie Sławomira Mrożka, w berlińskim mieszkaniu małżeństwa Herbertów, ok. 1969 r. (fot. Katarzyna Herbert, Archwium Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)W towarzystwie Sławomira Mrożka, w berlińskim mieszkaniu małżeństwa Herbertów, ok. 1969 r. (fot. Katarzyna Herbert, Archwium Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)

Czym konkretnie?

Ważne było choćby to, że do jego kodeksu moralnego zupełnie nie pasowało rozmyte przejście od świata komunizmu do demokracji i wolności. Mocno stawiał pytania: z dnia na dzień zapominamy, a co z rozliczeniem, karą, sądem? Innymi słowy - sprawiedliwością?

Opowiadał się silnie za lustracją.

Tak. To bodaj Konstanty Jeleński [publicysta związany z paryską "Kulturą" - przyp. red.] mówił, że co prawda ludzie różnią się poglądami, ale o wiele bardziej dzielą ich charaktery. Weźmy Jerzego Giedroycia, polityka, szefa "Kultury" paryskiej, który potrafił zmienić poglądy, zawierać kompromisy, przyjmować do wiadomości, że wróg może stać się sprzymierzeńcem. Nie było to związane tylko z taktyką polityczną, ale z oceną człowieka, dopuszczeniem jego przemiany. Z drugiej strony są tacy ludzie, którzy o wiele bardziej są przywiązani do jednoznacznego i konsekwentnego podziału na dobro i zło. Często takim człowiekiem był właśnie Herbert. Do tak zwanych nowych czasów, powtarzam, że mówimy o okresie sprzed 20 lat, a nie o teraźniejszości, a zatem do tamtych czasów zarówno poezja Herberta, jak i jego sposób myślenia o świecie niezbyt dobrze pasowały.

Czyli był on poetą raczej na czasy niezłomności niż na okres pokoju?

Nie pasował do epoki nudy. Pamiętajmy też, że lata 90. to czasy np. Marcina Świetlickiego i nowego języka poetyckiego czy szerzej - literackiego. Wtedy nie mówiono o Polsce, historii, narodzie, Bogu, tylko o codzienności, używano języka kolokwialnego, utrzymanego w niskiej tonacji. Oczywiście stosujemy tu wielkie uproszczenie, bo są obszerne pasma w twórczości Herberta, w których porusza on doświadczenia bardzo intymne, na przykład mówi o cierpieniu.

Zbigniew Herbert, Leopold Łabędź i Czesław Miłosz. Paryż, ok. 1958 r. (fot. Archiwum Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)Zbigniew Herbert, Leopold Łabędź i Czesław Miłosz. Paryż, ok. 1958 r. (fot. Archiwum Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)

Wybrał wtedy prawą stronę sceny politycznej. Jak to łączył z jednoznacznymi poglądami o wielokulturowym społeczeństwie, którego był obrońcą, i antysemityzmie, którym się brzydził?

Byłoby niesprawiedliwością postawić znak równości między np. konserwatyzmem i niechęcią do lewicy a nacjonalizmem. Co innego, gdy myślimy o skrajnej prawicy, nie wierzę jednak, by Herbert mógł mieć z nią cokolwiek wspólnego. Warto przypominać jego stwierdzenia, które padły zresztą w wywiadzie z Adamem Michnikiem w roku 1981: ideał państwa jednolitego etnicznie to ideał faszystowski i zbrodniczy, a najciekawsze formacje społeczne tworzą się na przecięciu rozmaitych kultur. Doświadczeniem, z którego czerpał poglądy i do którego wprost się odwoływał, był Lwów jego dzieciństwa, w którym mieszkali Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Grecy, Niemcy...

Obraz nieco wyidealizowany, bo przecież do końca oni wszyscy nie żyli w pokoju, a Polacy odgrywali tam nieraz rolę kolonizatora.

Naturalnie. Jednak Lwów jako pewna pozytywnie rozumiana formacja kształtuje Herberta w sposób zdecydowanie daleki od nacjonalizmu. Polska - mówił Herbert - po roku 1945, a jeszcze bardziej po roku 1968, czyli Polska bez mniejszości, w tym przede wszystkim niesłychanie zapładniającej intelektualnie mniejszości żydowskiej, nie jest już tą Polską, w której dorastał. Jako jego biograf pozwalam sobie być przekonanym, że dzisiaj Herbert byłby oburzony nieprzyjmowaniem przez nasz kraj uchodźców. A to dlatego, że jego zasadniczą postawą było opowiadanie się po stronie przegranych, krzywdzonych. Kiedy Saddam Husajn bronią chemiczną atakował Kurdów, Herbert robił to, co mógł, czyli pisał list otwarty do prezydenta Busha, apelując o interwencję w tej sprawie.

Jednak w jednym z zagranicznych wywiadów Herbert mówił, że w Polsce nie ma antysemityzmu.

To odrębna kwestia, a może raczej wycinek złożonej opowieści. Jest Herbert mówiący jednoznacznie o tym, że nie możemy stworzyć państwa jednolitego, państwa nacjonalistycznego, czy tym bardziej faszystowskiego. I jest Herbert w jakiejś mierze idealizujący II Rzeczpospolitą jako kraj swojej młodości, ale też idealizujący ją w pewnym oporze wobec krytyki II RP autorstwa Czesława Miłosza. Ich ocena II RP była zdecydowanie różna. Miłosz kładł nacisk na nacjonalizm, antysemityzm i traktowanie mniejszości narodowych, problemy społeczne, bezrobocie, biedę. Herbert się z tym częściowo zgadzał, ale jednocześnie pokazywał, że tamto państwo wzniosło się z całkowitego nieistnienia, udowadniał, że niesłychanie dużo przez te 20 lat zrobiło. Przedwojenna Polska miała świetnych naukowców, profesorów, uniwersytety i wreszcie wspaniałą młodzież, która złożyła daninę krwi w czasie wojny, a przede wszystkim w powstaniu warszawskim. To nie są obrazy zupełnie sprzeczne, ale akcenty w obu nich są inaczej rozłożone.

Zdzisław Najder i Zbigniew Herbert podczas wyprawy kajakowej, okolice Augustowa, lata 50 (fot. K. Dzieduszycka, Archiwum Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)Zdzisław Najder i Zbigniew Herbert podczas wyprawy kajakowej, okolice Augustowa, lata 50 (fot. K. Dzieduszycka, Archiwum Zbigniewa Herberta, Biblioteka Narodowa)

I dalej - jest Herbert, który z jednej strony daje niejednokrotnie wyraz, że nie akceptuje przywar narodowych Polaków, ale z drugiej strony, kiedy widzi, że Polacy są atakowani, to nie jest w stanie nie protestować, i to gwałtownie. I mogło się zdarzyć, jak we wspomnianym wywiadzie, kiedy twierdził, że w Polsce nie ma i nie było antysemityzmu, że w ferworze dyskusji minął się z prawdą. Ale pamiętajmy, że mówienie o prawdziwym człowieku jest czymś innym niż cytowanie artykułów publicystycznych. Nasze zdania, odczucia zmieniają się w czasie czy w zależności od tego, do kogo mówimy. Paleta wypowiedzi Herberta jest bardzo bogata.

Czy Herbert odnalazłby się we współczesnych partiach prawicowych?

Na pewno nie pisałby wierszy o katastrofie smoleńskiej.

Jest pan pewien? W pewnym momencie Herbert mówi, że w Polsce nie ma prawdziwej wolności, ponieważ po 1989 roku nie skąpaliśmy się we krwi. Blisko to Rymkiewicza.

Tu znów odwołuje się pan do pojedynczej wypowiedzi, trudno orzec, w jakim stanie ducha formułowanej, niewątpliwie nie można uznawać, iż były to poglądy konsekwentnie głoszone przez Herberta.

Zaś co do wierszy... Jakkolwiek napisał Herbert parę niezbyt udanych satyr, to jednak zasadniczo stosował inną miarę wobec poezji, a inną wobec wypowiedzi publicystycznych. Herbert nigdy nie był człowiekiem lewicy, raczej centroprawicy i konserwatystą. Myślę, że kluczowe jest tutaj doświadczenie młodości. Katarzyna Herbert pisała kiedyś, że dla starszego o 13 lat Miłosza lewicowość to jest protest społeczny, nadzieja na zmianę świata na lepsze, zaś dla jej męża to Armia Czerwona, która weszła do Lwowa, terror, NKWD, a następnie narzucona Polakom władza. Ale nawet zażarcie krytykując Miłosza w latach 90., oskarżając go właśnie m.in. o naiwną lewicowość, Herbert zawsze wyłączał z tej krytyki wiersze autora "Ocalenia".

Interesuje mnie jeszcze stosunek emigracji paryskiej do Herberta. W pewnym momencie krąg "Kultury" między słowami zarzucał mu oportunizm. Czy było coś na rzeczy?

Oportunistą Herbert zdecydowanie nie był, myślę, że nikt nie ma prawa postawić mu tego zarzutu. Inną rzeczą jest, że czasem konkretne koleje jego losu nie pasują do wyidealizowanych wyobrażeń niektórych jego odbiorców. Także i autor "Potęgi smaku" musiał w swoim życiu zawierać różne kompromisy.

Herbert w 1998 r. (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)Herbert w 1998 r. (fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Kiedy po inwazji wojsk Układu Warszawskiego, w tym polskich, na Czechosłowację w roku 1968, emigranci, np. Herling-Grudziński, namawiali Herberta, by zdecydowanie odciął się od ówczesnej Polski i pozostał na Zachodzie, jak to uczynił Sławomir Mrożek, nie chciał tego zrobić. Przekonywał przyjaciół, że bardziej będzie potrzebny w kraju, co zresztą było bodaj słuszne.

Ale na jego decyzję wtedy wpływały różne czynniki - także fakt, że chciał być blisko chorej matki, może obawiał się odnalezienia w sytuacji emigranta, chciał - co jest przecież dla poety niezwykle ważne - utrzymać relacje z czytelnikami. Z drugiej strony kontakt z kulturą europejską miał dla niego fundamentalne znaczenie, był w końcu autorem esejów o tej kulturze, autentycznie zafascynowanym np. malarstwem niderlandzkim czy cywilizacją antycznej Grecji. Od roku 1958, gdy po raz pierwszy wyjechał do Francji, łączył lata spędzone w Polsce z bodaj równie długimi latami pobytów na Zachodzie. Dziś powiedzielibyśmy, że to zupełnie normalna sytuacja, jednak w czasach PRL-u i żelaznej kurtyny - nieraz wymagała właśnie kompromisów.

Z drugiej strony przypomnijmy, że kiedy w roku 1971 Herbert został zaproszony do Krakowa na wieczór poetycki, skądinąd na Wawelu, na samym początku powiedział w obecności paruset osób: Proszę wszystkich o powstanie, uczcijmy minutą ciszy tych, którzy polegli rok temu w walce na Wybrzeżu. Trzeba mieć zarówno odwagę cywilną, jak i zdolność myślenia o czymś więcej niż własne, nawet poetyckie "ja", by coś takiego zrobić.

Zmieniając temat - w jaki sposób traktował Herbert kobiety?

To trudne pytanie, dotyka wszak niezwykle intymnych sfer.

Które jednak opisuje pan w swojej książce.

W pewnym stopniu tak, oczywiście, takie jest przecież moje zadanie jako biografa. Chociaż staram się nie przekraczać granic dobrego smaku, nie być plotkarzem itd. Jest to pytanie trudne również dlatego, że - do czego, jak pan widzi, wracam z uporem maniaka - na wiele pytań nie sposób odpowiedzieć całkowicie jednoznacznie. Możemy rzec tak: w życiu Zbigniewa Herberta było niezwykle wiele relacji z kobietami. Zaskakująco wiele. Moim zdaniem Herbert nie był przystojnym mężczyzną, jednak bez wątpienia był pełen uroku, inteligencji, charyzmy, błyskotliwości i szarmanckości. Była to mieszanka, która często zwracała uwagę kobiet. W dodatku był wybitnym poetą, co zdecydowanie nie przeszkadzało mu na tym polu.

Rzeźba Zbigniewa Herberta w Kielcach (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)Rzeźba Zbigniewa Herberta w Kielcach (fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta)

Jakie to były relacje?

Miały różny wymiar. Dwie były najważniejsze. Pierwsza to rzecz jasna ta z Katarzyną Herbert, jego żoną. Znali się ponad 40 lat. Był to skomplikowany związek, który w pewnym momencie przybrał formę małżeństwa.

Przed którym długo się wzbraniał.

To prawda. Formuła zasiedzenia czy zadomowienia i spokoju była mu niezbyt bliska. Było to małżeństwo trudne, ale w wielu pasmach bardzo piękne.

A druga relacja?

Jego młodzieńczą wielką miłością była Halina Misiołek, starsza od niego o 10 lat, która chciała się z nim związać w pierwszej połowie lat 50. Dla niego jednak był to bodaj ciężar ponad ówczesne siły. W efekcie miłość przyniosła im obojgu, zwłaszcza jej, przede wszystkim ból.

Oprócz tego było wiele innych związków, dłuższych lub zupełnie krótkich. Nie odważyłbym się powiedzieć w jednym zdaniu, jak traktował kobiety. Myślę, że bardzo różnie. Czasem z pewnością mógł myśleć, że z kobietami, zwłaszcza tymi znanymi przelotnie, wiąże go tylko romans, a te naprawdę bliskie relacje partnersko-intelektualne może nawiązać z mężczyznami. Dla równowagi wspomnijmy, że wiele kobiet, z którymi był związany, wspominało później te związki dobrze, co przecież nie jest takie częste. Z pewnością Herbert nie był typem cynicznego zdobywcy i uwodziciela.

W Herbercie często odzywały się gniew, zacietrzewienie, a jednocześnie miał zdolność do dobroci, dzielenia się, opiekowania się. Jeżeli się z kimś zaprzyjaźniał, to bardzo blisko, chciał pomagać. Katarzyna Herbert wspominała, jak podczas jednej z ich pierwszych randek, widząc leżącego na ulicy pijaka, mijanego obojętnie przez wszystkich, autor "Struny światła" natychmiast się rzucił, by mu pomóc.

To mi przypomina połączenie dwóch scen: dobroczynność jego babci z dobrocią kierowaną do Tymoteusza Karpowicza.

Miło mi, że pan to zauważył. Zarówno jego babcia, jak i sam Herbert w dyskretny sposób lubili pomagać innym. I moglibyśmy też dodać, że właśnie owa babcia, jak pisał o niej w wierszu "Maria z Bałabanów", była niewątpliwie jedną z najważniejszych kobiet w jego życiu. Właściwie wzorcem świętości, codziennej, dyskretnej dobroci, która nie domaga się odpowiedzi i nie chce zawstydzać obdarowanego.

Dwutomowa biografia Zbigniewa Herberta autorstwa Andrzeja Franaszka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. Tomasz Wiech / materiały prasowe)Dwutomowa biografia Zbigniewa Herberta autorstwa Andrzeja Franaszka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak (fot. Tomasz Wiech / materiały prasowe)

Przeziębionemu Karpowiczowi wrzucił do kieszeni trudne wtedy do zdobycia cytryny.

Ten zaś długo ich nie odkrył, gdyż nie mając jednej ręki, nie korzystał z jednej z kieszeni. Ale w końcu na trop naprowadził go zapach i wzruszony napisał do Herberta list z podziękowaniem.

Książki Zbigniewa Herberta w Publio.pl>>>

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Andrzej Franaszek.
Ur. 1971 r. Krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, sekretarz Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa Herberta, współpracownik "Tygodnika Powszechnego". Autor książki "Miłosz. Biografia" (Wydawnictwo Znak, 2011), za którą otrzymał m.in. Nagrodę Fundacji im. Kościelskich, Nagrodę Nike Czytelników "Gazety Wyborczej", Nagrodę im. Kazimierza Wyki oraz Nagrodę Ministra Kultury i Edukacji Narodowej. Jest autorem prac "Ciemne źródło. Esej o cierpieniu w twórczości Zbigniewa Herberta" (nominacja do Nagrody Literackiej Nike w 1999 r., wydanie II: Znak 2008) oraz "Przepustka z piekła. 44 szkice o literaturze i przygodach duszy" (Znak 2010), licznych szkiców, a także scenariuszy filmów dokumentalnych. Wydawnictwo Znak opublikowało właśnie jego dwutomową biografię Zbigniewa Herberta.

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (107)
Zaloguj się
  • superpolpol

    Oceniono 14 razy 10

    Powinien w sumie znać Balbinę, to był mały światek.... Jarek, plac Trzech Krzyży, etc :)

  • jael53

    Oceniono 8 razy 8

    Z wielkiego poety robi się na siłę publicystę, którym nie był; i polityka, którym nie był jeszcze bardziej. Zapomina się natomiast (czemu to takie niewygodne?), że Zbigniew Herbert był poetą uznanym w świecie już w latach 70. Na duże imprezy literackie nie zapraszało się autorów "z łapanki". Podobnie z przekładami. Herbert nie był żadnym "zaściankowym pisarzem" - był znany i bardzo wcześnie został doceniony.

  • wujojano

    Oceniono 7 razy 7

    Ciekawe, czy retoryka i praktyka PiS-owskiej władzy zbrzydziłaby "potęgę smaku" Herberta, czy też, jak pewna ilość egzaltowanych intelektualistów, zaprzągłby się do rydwanu Kaczyńskiego, tak jak wcześniej wielu zaprzęgło się do rydwanu Bieruta.

  • Jerzy Nowina

    Oceniono 14 razy 6

    Najwięcej do powiedzenia o poezji, Polsce, Herbercie i Michniku mają ludzie, którzy NIGDY NIC Herberta nie przeczytali. "Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca. Oszust intelektualny" - przeczytali. Nawet jeżeli obiła im się o uszy "Potęga smaku" - to jej nie zrozumieli.

  • Jerzy Nowina

    Oceniono 12 razy 6

    Herbert chciał Polski, w której wszystkie winy będą ukarane, wszystkie ICH winy, i życie go rozczarowało. Wiersze Herberta okazały się mądrzejsze od Herberta.

  • twzelnik

    Oceniono 9 razy 5

    Warto odróżnić Herberta poetę od późnego Herberta - starego człowieka z problemami starczymi.
    Warto odróżnić wymowę pięknej poezji od nierealistycznych i w sumie podłych żądań wypowiedzianych w jakimś wywiadzie.
    Herbert to wielki poeta, ale nawet wielki poeta tworzy dzieła lepsze i gorsze, a czasami mówi i robi głupoty.

    A już najgorsze jest napier*lanie się wyrwanymi z kontekstu cytatami.

  • lepiregenre

    Oceniono 11 razy 5

    No cóż, każdy ma swoich idoli. Tymczasem już Gombrowicz był łaskaw stwierdzić swego czasu, że "idealizowanie ojczyzny jest tchórzliwą formą patriotyzmu". I może dlatego jego teksty zostały wywalone z kanonu lektur szkolnych, ponieważ źle komponują się z obecnymi literackimi narodowymi szablonami i cały czas demaskują skrywany od wielu lat polski kompleks, wynikający z wielkiego obciążenia zaściankową tradycją, przeplataną skrajnie prawicową parafiańszczyzną. Tutaj nad Wisłą od zawsze istniał podział na lepszych i gorszych. Tak jest od wieków. Oczywiście, za tych lepszych zawsze uważali się ludzie związani np. z jasnogórskim klerem. Obecnie też mamy ludzi, którzy uważają się za prawdziwych Polaków. Według nich pozostali to kanalie i gorszy sort. Stąd polityczny zamordyzm, odwet i żądza zemsty na każdym kroku. Ot, takie polskie narodowe chrześcijaństwo. Dlatego jakiekolwiek porozumienie, kompromis czy wspólny pokojowy byt jest tutaj mało realny. Przez ostatnie 25 lat wszyscy Polacy żyli razem obok bez większych problemów i antagonizmów. Ale jak widać i słychać kompleksy narodowe są tutaj zbyt silne. Względny spokój znowu został totalnie rozbrojony przez odwieczny lokalny fanatyzm. Kilka lat temu pięknie opisała ten stan pani Keff; "Nie rozumieją własnej historii i tożsamości nie mają; współczuć nie umieją, empatii nie znają ci po-niewolnicy szlachty, a wszyscy podobno szlachcice. Plemię sklajstrowane mitem, indywidualność tutaj zabroniona. Chłop ma tu być chłopem, synem, który rządzi żoną-matką, Obcy ma być Żydem i w podziemiach knuć. Wszędzie się tylko słyszy żydy i żydy, żeby nie te żydy, nie ten Rakowski i Urban, byłoby inaczej, gdyby nie te żydy, nie ten KOR, te michniki blumsztajny kuronie, byłaby polska polską, zdobną polską prawdą pięknem i dobrem".

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX