(fot. shutterstock.com)

wywiad Gazeta.pl

Ile zarabiamy? "Utajnienie wysokości wynagrodzeń nie prowadzi do niczego dobrego"

Tkwimy w klinczu: z jednej strony tęsknimy za zarobkami na zachodnim poziomie, a z drugiej żyjemy w kulturze, w której prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do królestwa niebieskiego - mówi psycholog Agata Gąsiorowska.

Pytał ktoś panią ostatnio, ile pani zarabia?

Nigdy w życiu. Ja też go raczej nie zadaję. Pieniądze to w Polsce tabu, więc nie tylko trudno nam odpowiadać na to pytanie, ale też nie przychodzi nam do głowy, żeby je zadać, nawet bliskim osobom. Jedna z moich przyjaciółek powiedziała mi ostatnio, że będąc ze swoim partnerem przez 10 lat, nigdy nie poruszyła tego tematu. Domyślała się tylko, ile on zarabia.

Dlaczego tak jest?

Polacy mają bardzo niski poziom zaufania społecznego. Ufamy jako tako swoim najbliższym, ale szerzej rozumianej grupie społecznej już nie. Nie wspominając o politykach, rządzie. A jeśli nie mamy zaufania, to natychmiast zaczynamy się zastanawiać, czy jeśli zdradzimy taką informację, to ona zostanie wykorzystana przeciwko nam. Może ktoś nas okradnie? Poza tym, czy tego chcemy, czy nie, duża część naszego społeczeństwa może nie pracuje na czarno, ale na szaro owszem i część pieniędzy dostaje pod stołem. Z szacunków prof. Friedricha Schneidera z Uniwersytetu Johannesa Keplera w Linzu cytowanych przez "Rzeczpospolitą", wartość działalności gospodarczej w szarej strefie w Polsce mogła sięgać w 2017 r. 22,2 proc. PKB, czyli ok. 430 mld zł. W takiej sytuacji mówienie o swoich dochodach uzyskanych nie do końca zgodnie z prawem faktycznie może być groźne. Inna sprawa, że nasza niechęć do mówienia o zarobkach tkwi w korzeniach katolickich. Przez wiele lat byliśmy uczeni, że ważniejsze od materialnych są wartości duchowe.

Ale przecież od lat zalewa nas konsumpcjonizm.

Dlatego tkwimy w klinczu: z jednej strony tęsknimy za zarobkami na zachodnim poziomie, a z drugiej żyjemy w kulturze, w której prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do królestwa niebieskiego.

Dodatkowo nie mamy żadnego punktu odniesienia: często nie wiemy, ile zarabiają osoby na tych samych stanowiskach, co my. Więc jeśli ktoś mnie zapyta i szczerze odpowiem, że zarabiam 5 tysięcy, to może wyjdzie, że za mało? A jak sobie dodam i powiem, że 7, to ktoś pomyśli, że jakaś burżujka jestem! To też niedobrze, więc ostatecznie lepiej nie mówić nic.


Chcielibyśmy zarabiać tyle, co mieszkańcy zachodu Europy, ale jednocześnie osoby zamożne nie budzą w nas zaufania (fot. pexels.com)

I uratować przy okazji swoją samoocenę.

Polacy są przekonani, że wysokość ich zarobków świadczy o tym, jacy są.

Oczywiście - można powiedzieć, że jeśli jestem z kimś blisko, to w ogóle nie jestem skłonna do stosowania porównań. W kulturach tradycyjnych, opartych na poszerzonych gospodarstwach domowych, jest inaczej niż w indywidualistycznych - tu ludzie są bardziej skłonni do tego, żeby się porównywać, w każdym aspekcie. A kontekst finansowy jest najłatwiejszy, bo istnieje wspólny mianownik, nie to, co na przykład uroda, która jest jednak subiektywna. Dlatego pieniądze stanowią tabu silniejsze niż seks i śmierć - pisał już o tym Freud w latach 20. poprzedniego wieku. Ale wydaje się, że teraz to tabu zyskało na sile.

Zwłaszcza w Polsce.

Musimy pamiętać o jednej ważnej rzeczy: żyjemy w państwie, w którym wynagrodzenie mocą prawa jest tajne. To znaczy, że nasz pracodawca może zażądać nieujawniania go.

To nie jest zapisane w kodeksie pracy.

Ale informacja o wysokości wynagrodzenia traktowana jest jako dana osobowa, a więc ujawnienie jej może być postrzegane jako naruszenie ustawy o ochronie danych osobowych - dlatego pracodawcy ją utajniają. Niestety, nie prowadzi to do niczego dobrego. Bo trudno walczyć o zlikwidowanie przepaści pomiędzy wynagrodzeniami kobiet a mężczyzn, jeśli nie wiadomo, ile kto zarabia. Zwłaszcza że kobiety mają dużo mniejszą skłonność do spontanicznego negocjowania zarobków. Linda Babcock i John List, profesorowie ekonomii, zrobili tzw. eksperyment naturalny, czyli taki, w którym osoby uczestniczące nie wiedziały o tym, że biorą udział w badaniu. Nawiązali współpracę z firmą rekrutującą i razem przygotowali różne wersje ogłoszeń o pracę. W niektórych zaznaczyli, że należy negocjować wynagrodzenie, w innych - nie. Okazało się, że tam, gdzie nie było tej informacji, kobiety dostawały niższe pensje od mężczyzn. A tam, gdzie była, nie pojawiły się żadne różnice. Bo spontanicznie negocjowali tylko mężczyźni. Jednak kiedy wprost informowano o takiej możliwości, robiły to także kobiety. Więc ujawnianie wynagrodzeń może tylko pomóc, zwłaszcza kobietom. 

Kto częściej ukrywa zarobki? Kobiety czy mężczyźni?

Pamiętam badania, w których manipulowano różnymi wariantami wydarzeń: pary miały wspólny budżet i musiały sobie wyobrażać, że zarabiają tyle samo, albo że jedna strona zarabia więcej. I racjonalne wydaje się, że im większy budżet wspólny, tym większe zadowolenie obu stron. Faktycznie tak było, ale tylko w przypadku kobiet - dla nich nie było istotne, która strona zarabia więcej, ważny był efekt końcowy. Natomiast mężczyźni byli najmniej zadowoleni wtedy, kiedy zarabiali mniej - nawet jeśli budżet wspólny był w tym wariancie najwyższy. Można z tego wyciągnąć wniosek, że mężczyźni z ewolucyjnego punktu widzenia są bardziej odpowiedzialni za to, żeby zdobyć zasoby i wnieść je do gospodarstwa. Źle się czują w innej sytuacji. A z tego można wysnuć kolejny wniosek, że w związku z tym mniej chętnie będą mówili o swoich zarobkach, jeśli w swojej ocenie zarabiają za mało. Natomiast jeśli będą zarabiać dużo - przynajmniej w swoim mniemaniu - chętnie będą się tym chwalić.


Ujawnianie wynagrodzeń może tylko pomóc, zwłaszcza kobietom (fot. pexels.com)

Wielu z nas wciąż uznaje, że mówienie o pieniądzach jest nieeleganckie.

Ale co to właściwie znaczy? Nieeleganckie jest kłócenie się o to, kto ma zapłacić w restauracji, a nie odpowiedź na pytanie przyjaciółki: ile zarabiasz. Albo negocjowanie honorarium. Wydaje mi się, że to znacznie głębszy problem, dlatego zeszłabym o poziom niżej i zapytała: po co nam są pieniądze? Po to, żeby kupić samochód, bo on przewiezie mnie od punktu A do punktu B i będę mogła pojechać z rodziną na wycieczkę, czy po to, żeby sąsiad mi go zazdrościł? Wszystko zależy od tego, jaką mamy postawę wobec pieniędzy - czysto ekonomiczną, pragmatyczną, czy traktujemy je emocjonalnie, symbolicznie. Jeśli emocjonalnie, to będziemy mieli problem z mówieniem o nich. I szybciej uznamy, że to nieeleganckie.

Symboliczne traktowanie pieniędzy kojarzy mi się z narcyzmem.

Osoby narcystyczne faktycznie uważają, że zasługują na bardzo dużo. Z jednej strony myślą, że są wyjątkowe, więc wiele im się należy, czasem nawet pozwalają sobie na robienie wątpliwych moralnie rzeczy, które dają im jakieś korzyści.

Osoby neurotyczne z jednej strony zachowują się jakby miały wysoką samoocenę, ale wewnątrz są często rozedrgane, niestabilne emocjonalnie. Jeśli więc przeżywają w swoim życiu głównie negatywne emocje, boją się i nie mają pewności, czy są wystarczająco dobre na różnych polach, to potrzebują wzmocnienia, podpórki, która spowoduje, że będzie im łatwiej żyć. Najbardziej efektywnym rodzajem takiej podpórki są oczywiście kontakty społeczne. Bliskie. Ale one zakładają ryzyko - trzeba wystawić się na to, że ktoś nas skrzywdzi, zdradzi albo co najmniej skrytykuje. Mało tego, może się zdarzyć, że będziemy chcieli nawiązać kontakt z kimś, kto nie będzie tego chciał, zwyczajnie nas odrzuci. Poza tym kontakty zakładają dawanie i branie, a jeśli kiepsko czujemy się z samym sobą, to nie jesteśmy gotowi do tego, żeby dawać. Krótko mówiąc: odrzucając najlepsze wyjście, czyli bliskie relacje, narcyz wybiera plastry - pieniądze są najłatwiejsze, bo natychmiast widoczne. Łatwo zasygnalizować ludziom, że mamy coś drogiego. I wyjątkowego. Jednak taki plaster, jak to plaster, działa na krótką metę - szybko się wybrudzi i odpadnie, a rana nie zdąży się zagoić.

Przerażające, jeśli faktycznie to dominująca osobowość naszych czasów.

Są różne badania - niektóre pokazują, że poziom narcyzmu rzeczywiście rośnie, inne, że nie jest tak źle, jak nam się wydaje. Natomiast na pewno część populacji, która korzysta z szeroko pojętych mediów społecznościowych, naraża się na rozbudowanie narcystycznego rysu, bo sama konstrukcja tych mediów napędza skłonność do materialistycznych porównań. Tim Kasser, amerykański psycholog, mówi, że materializm to triada: sława, posiadanie i atrakcyjność fizyczna. Trudno nie łączyć tego z narcyzmem. I mediami społecznościowymi.


Część populacji, która korzysta z szeroko pojętych mediów społecznościowych, naraża się na rozbudowanie narcystycznego rysu (fot. pexels.com)

Co jeszcze wpływa na naszą niechęć do mówienia o pieniądzach? Inteligencja, klasa społeczna?

Z klasami społecznymi w Polsce jest trudno, bo nie ma tej wyższej, ugruntowanej, brak nam tego, co w Anglii nazywa się starymi pieniędzmi. Ci, którzy żyją u nas na wysokim poziomie socjoekonomicznym, mają "młode pieniądze". A w Polakach cały czas jeszcze pokutuje przekonanie rodem z PRL-u, że jeśli ktoś szybko się wzbogacił, to na pewno zrobił to nielegalnie. Wtedy wszyscy zarabiali podobnie i nikt nie oceniał się przez pryzmat pieniędzy, bo oczywiste było to, że hydraulik może zarabiać tyle co profesor, a nawet więcej. Jeśli popatrzymy na wyniki badań ze Stanów, to tam ludziom bogatym przypisuje się pracowitość, zaradność, wytrwałość i samodzielność. Mniej zamożnym - specjalnie używam tego sformułowania, bo słowo 'biedny' jest obarczone negatywną konotacją - serdeczność, bycie pomocnym, uczciwość. Same pozytywy. U nas zakłada się, że osoby mniej zamożne na pewno same sobie na to zasłużyły. A bardziej zamożne zwyczajnie się nachapały. Wciąż mamy wyłącznie negatywne skojarzenia.

Nie umiemy skonstruować neutralnej kategorii, jaką pieniądze przecież z założenia są.

Opowiem pani anegdotę: w mojej skali do badania postaw wobec pieniędzy, którą wykorzystywałam m.in. w badaniach do książki "Psychologiczne znaczenie pieniędzy", są różne stwierdzenia, z którymi badani mogą się zgadzać albo nie. Jedno z nich brzmi: Pieniądze to narzędzie szatana. Kiedy pracuję ze słuchaczami studiów podyplomowych na Uniwersytecie SWPS, to mówią, że to niemożliwe, żeby takie stwierdzenie przeszło, praktycznie umierają ze śmiechu! Jednak w badaniach na próbach reprezentatywnych okazało się, że jest spora grupa - i Polaków, i Amerykanów - która się z nim zgadza. 

Agata Gąsiorowska, prof. Uniwersytetu SWPS, psycholog (fot. materiały prasowe)Agata Gąsiorowska, prof. Uniwersytetu SWPS, psycholog (fot. materiały prasowe)


Agata Gąsiorowska.
Prof. Uniwersytetu SWPS, psycholog, autorka książki "Psychologiczne znaczenie pieniędzy". Zajmuje się psychologią ekonomiczną i zachowaniami konsumenckimi, szczególnie bezrefleksyjnym kupowaniem i funkcjami pieniędzy. Bada indywidualne różnice w zakresie postaw wobec pieniędzy.

Marta Szarejko. Dziennikarka. Publikowała w "Dużym Formacie", "Kulturze Miasta", "Nowych Książkach", "op. cit.", "Bluszczu", "Chimerze", "Pani", "Elle". Autorka książki o bezdomnych "Nie ma o czym mówić" (2010), za którą została nominowana do Literackiej Nagrody Angelus, zbioru reportaży "Zaduch" (2015) i współautorka zbioru "Odwaga jest kobietą" (2014). Jest stypendystką Fundacji Herodot imienia Ryszarda Kapuścińskiego.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (122)
Zaloguj się
  • remo29

    Oceniono 16 razy 12

    Jest tylko jeden powód, dla którego byłbym skłonny zapytać kogoś ile zarabia - gdybym chciał robić to co ten ktoś, wtedy chciałbym wiedzieć na jaki zarobek mogę liczyć. I tylko wtedy. Nie interesuje mnie ile zarabiają ludzie, którzy robią coś innego, nie wiem nawet do końca ile zarabia moja żona, syn, siostra, znajomi; nie jest mi ta wiedza do niczego potrzebna.

  • student_zebrak

    Oceniono 15 razy 11

    No, nie wiem. Ile razy przyjade do Warszawy to dowiaduje sie o nowych sposobach wydymania Urzedu Skarbowego. Znajomi z ochota dziela sie doswiadczeniami.
    Z ta wymiana informacji takze bywa roznie. My z zona mamy oddzielne konta, ale znamy loginy, doskonale znamy stan posiadania. Uklad taki, kto przezyje, bierze wszystko. Moja zona nie zna zarobkow naszych dzieci, ja znam. Po prostu mi sie pochwalily. Bardzo mnie ciesza dobre sytuacje finansowe rodziny i znajomych. Nie beda przychodzic po prosbie ;)

  • blahblah69

    Oceniono 21 razy 9

    Przecietny Polak sie cieszy, kiedy inny ma gorzej. Tym róznimy się od rozwinietych cywilizowanych społeczeńtw kultury zachodniej.

  • junk92508

    Oceniono 17 razy 7

    W Polsce jest problem z nalymi Misiewiczami. Wynagrodzenie zalezy czesto od plecow wyzej.

    Jest cala masa idiotow swietnie zarabiajacych choc nic nie wnosza ale maja plecy.

    Druga grupa to janusze biznesu tlumaczacy ze jest konkurencja i musza placic malo gdy sami zmieniaja drogie fury co rok.

  • popijajac_piwo

    Oceniono 8 razy 6

    "żyjemy w kulturze, w której prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do królestwa niebieskiego"

    Jak się wierzy w bajki to ciężko się dziwić, że pińcet plus w tym kacapsko-watykańskim kondominium potrafi parobasom namieszać pod deklem...

  • malgojb

    Oceniono 6 razy 6

    Jeszcze zapomniano o jednym aspekcie niechwalenia się pieniędzmi, obawy, że pół rodziny czy też znajomi coś będzie chciało. W końcu fakt, że się komuś odmówi pożyczki, i że według niego jest się 'bogatym' to powód wielkiej obrazy jak i nie napuszczenia innych na takiego 'nieużytka'.

  • mr.superlatywny

    Oceniono 8 razy 6

    Bzdura, wlasnie na zachodzie nie mówi sie wsród nawet dobrych przyjaciól o zarobkach.

    Inna rzecz, która w Polsce smieszy: powrównywanie zarobków, ale netto, a nie brutto rocznie (K p.a.)
    albo pytanie o "srednie zarobki" np. w zachodnich krajach. :-)

  • deusirae

    Oceniono 16 razy 6

    czekamy z niecierpliwoscie kiedy Marta Szarejko, autorka tego dziela, podzieli sie z nami informacjami za ile to npisala i w ogole ile zarabia jako nieudolna dziennikarka. Smialo! :D

  • ekiwok

    Oceniono 5 razy 5

    Każdy zarabia tyle samo. Mniej niż by chciał.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX