Gita i Lale Sokolov po wojnie jako szczęśliwe małżeństwo

Gita i Lale Sokolov po wojnie jako szczęśliwe małżeństwo (fot. Sokolov Family Archives)

wywiad Gazeta.pl

Jak Lale Sokolov zakochał się w dziewczynie, której wytatuował w Auschwitz obozowy numer

''Pan wie, że nie jestem Żydówką?'' - pyta kobieta. ''Dlatego cię wybrałem (...) Nie chcę, żeby jakiekolwiek osobiste kwestie zaważyły na mojej opowieści'' - odpowiada starszy mężczyzna. Trudno o bardziej osobistą relację, niż ta, jaką Lale Sokolov miał z dosłownie tysiącami więźniów Auschwitz. Dlatego ukrywał swoją historię.

Lale Sokolov, numer obozowy 32407. Prawdziwe nazwisko Ludwig Eisenberg, urodzony w 1916 r. w Krompachach na Słowacji. 23 kwietnia 1942 roku trafia do Auschwitz. Trzy miesiące po uwięzieniu zostaje pomocnikiem tatuażysty, oznaczającego nieszczęśników zamkniętych w obozie zagłady numerami na skórze. Po jego zniknięciu zostaje głównym tatuażystą. Żyd tatuuje innych Żydów w niemieckim obozie. To jego bilet do przetrwania.

Gita Furman, właściwie Gisela Fuhrmannova, urodzona w 1925 r. we Vranovie nad Topl'ou na Słowacji. 13 kwietnia 1942 trafia do Auschwitz, w lipcu tego samego roku zostaje przeniesiona do Birkenau. Numer obozowy 34902 tatuuje jej osobiście Lale. Tego samego dnia między tą dwójką rodzi się miłość, która przetrwa piekło kacetu.

To gotowy scenariusz na wzruszający hollywoodzki film. Tyle, że ta historia zdarzyła się naprawdę. Opisała ją w książce "Tatuażysta z Auschwitz"* Heather Morris - nowozelandzka pisarka, której Lale Sokolov opowiedział swoje życie. Nam opowiedziała o tym, jaki był.


Lale Sokolov i Gita Fuhrmann po wojnie (fot. Sokolov Family Archives)

Czy była pani kiedyś  t a m ?

W Auschwitz? Będę dziś.

Na Marszu Żywych?

Tak. Lale poprosił mnie, żebym go tam zawiozła, chciał wrócić.

Dlaczego?

Chciał przeprosić te półtora miliona ludzi, których nie zdołał uratować.

Na Słowacji zgłosił się na ochotnika do pracy dla Niemców, licząc, że uratuje resztę rodziny. Nie wiedział, że trafi do Auschwitz.

Nie zobaczył też nigdy więcej rodziców. Nigdy się również nie dowiedział, że zginęli w obozie w czasie, gdy on tam był.

Nie poznał ich, gdy tatuował więźniów?

Byli w grupie tych, których zabito od razu. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero po jego śmierci, badając i sprawdzając jego historię.

Właśnie. Czytałem "Tatuażystę z Auschwitz" z jedną myślą: jakim cudem ta historia nie wyszła na jaw wcześniej? To jest materiał, z którego Steven Spielberg już dawno by zrobił film, gdyby o nim wiedział.

Wie.

I?

I na tym na razie ten wątek zakończmy. Lale miał nadzieję, że rolę jego żony, Gity, zagra Natalie Portman. A odpowiadając na pana pytanie: dlaczego Lale trzymał wszystko w tajemnicy? Bał się, że ktoś z tych, którym tatuował numer, wskaże go palcem i powie "kolaborant".

A był nim?

Nie. Na sto procent nie. Nigdy nie uważał się za kolaboranta. Ja też go za takiego nie uważam.

A co pani o nim myśli?

Jak wszyscy wówczas robił co mógł, by przetrwać. Czy członkowie Sonderkommando byli kolaborantami?

Byli przede wszystkim niewolnikami.

I nigdy nie wiedzieli, czy za chwilę esesman nie odbezpieczy broni. Owszem, Lale jako tatuażysta był trochę lepiej traktowany, dostawał lepsze racje żywnościowe (którymi dzielił się z Gitą i z ludźmi z baraku, w którym mieszkał) i miał sporą swobodę poruszania się po obozie. To oznaczało szansę na przetrwanie, ale też nie gwarantowało przeżycia.

Przeżył.

Bo to był zmyślny, charyzmatyczny i sprytny człowiek. W każdej sytuacji starał się mieć choć kilka sekund, żeby się jej przyjrzeć, ocenić - i dopiero wtedy działać. Ocenić zagrożenia i szanse.

fot. Sokolov Family Archives
fot. Sokolov Family Archives

Jak to się właściwie stało, że to pani powierzył swoją historię?

Byłam wtedy na kursach pisania scenariuszy. Siedziałam na kawie z kolegą, który znał się z jego synem, Garym. Powiedział, że Gary'emu niedawno zmarła matka, a jego ojciec chce opowiedzieć swoją historię. Ale człowiek, który jej wysłucha, nie może być Żydem.

Dlaczego?

Bo mógłby zaangażować się emocjonalnie w historię. Może okazałoby się, że ta osoba zna kogoś, kto  t a m  zginął. Ten emocjonalny bagaż mógłby mieć wpływ na postrzeganie historii Lalego.

Bał się pytań typu: "Tatuowałeś mojego dziadka. Co się z nim stało?"

Właśnie.

Czy pani wcześniej zajmowała się historią Holokaustu?

Nie. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, Lale zapytał mnie o to. Czułam się tak głupio! Wychowałam się w małym miasteczku w Nowej Zelandii. Znałam może jedną osobę pochodzenia żydowskiego. Ale okazało się, że jemu właśnie o to chodziło. Ja ze swojej strony zadbałam, żeby w książce nie było w ogóle mojego głosu. Tylko opowieść Lalego.

Trochę była z niego gwiazda, prawda? Bon vivant, kobieciarz, cwaniak.

Tak, trochę taki był. I to jest to, co czyni jego miłość do Gity tym bardziej niezwykłą. Ten miłośnik pięknych kobiet w bogatych ubraniach, pachnących ekskluzywnymi perfumami, który rozkochiwał je w sobie i porzucał, zakochuje się w wynędzniałej, ogolonej na łyso więźniarce. W obozie śmierci! Gdy tylko spojrzał jej raz w oczy.

Znów brzmi to jak film, a nie jak życie. Czy miała pani wątpliwości na etapie pisania, że Lale mógł nieco podkolorować swoją historię?

Kiedy się go ktoś pytał, "Lale, jak przetrwałeś?", odpowiadał zawsze tak samo: szczęście, szczęście, szczęście. Ale i tak odrobiliśmy pracę domową, czyli sprawdziliśmy jego historię w innych źródłach. Potwierdziliśmy że był, kim był. Że trafił tam, gdzie trafił. Że został przewieziony do innego obozu, a potem wrócił do Bratysławy. I że tam odnaleźli się z Gitą.

A potwierdzenie najważniejszej części historii - miłości Lalego i Gity? Słowa, sytuacje, emocje? Tego nie znał nikt poza nimi dwojgiem.

Dowód na to, że to wszystko prawda, znalazł się w nieprawdopodobny sposób. Dostarczyła go najlepiej poinformowana osoba.

Gita?

Tak!

Ale przecież już nie żyła, gdy pani poznała Lalego.

Przed chwilą wspomniał pan Spielberga. Kiedy przygotowywał się do zrobienia "Listy Schindlera", rozesłał po całym świecie ludzi, którzy wysłuchiwali i nagrywali świadectwa Ocalonych z Holokaustu. Nagrali też rozmowę z Gitą. Lalego przy tym nie było, zostali z nią asystent i operator kamery. Gita dostała kopię tej taśmy, zresztą filmowcy zapewniali, że to na potrzeby dokumentacji i nie będą jej w żaden sposób popularyzować.

Lale nigdy tego nagrania nie obejrzał. Dla niego byłoby to wtargnięcie w prywatność żony. Gita była zamkniętą księgą, która o swoich doświadczeniach z obozu nie opowiadała - z wyjątkiem Lalego - nikomu. Nawet własnemu synowi. Lale dał tę taśmę mnie.

Co na niej jest?

Dwie godziny opowieści Gity o tym, jak to wyglądało z jej perspektywy - także to, jak znalazła go w Bratysławie. Mam też zeznanie 94-letniej dziś przyjaciółki Gity, obdarzonej znakomitą pamięcią długoterminową. Wciąż jest przewodniczką w Muzeum Holokaustu w Sydney.


Gita Fuhrmann i Lale Sokolov już jako małżeństwo z wieloletnim stażem (fot. Sokolov Family Archives)

Czy historia II wojny, Holokaustu, pamięci, jest obecna w Australii i Nowej Zelandii tak, jak w Europie?

Absolutnie nie, choć to do Australii wyjechało najwięcej (oprócz Izraela) Ocalonych. Mamy duże centra pamięci Holokaustu, dzieci odwiedzają je obowiązkowo w wieku 12 lat. Ci, którzy chcieli zostawić za sobą stary świat, jechali najdalej, jak się dało.

A najdalej było do Australii.

Właśnie. Diaspora żydowska jest tu zasymilowana z resztą społeczeństwa. Tak, jak inne nacje.

Gary Sokolov, syn Lalego i Gity, został wychowany w żydowskiej wierze i tradycji, ale o przejściach wojennych swoich rodziców dowiedział się, gdy pokazali mu program w BBC "The World at war". Był wtedy nastolatkiem.

Ojciec wtedy powiedział mu "odpowiem na każde pytanie, które zadasz". Ale Gary'ego ciekawił na przykład sprzęt wojskowy. Pytał: "Jak wielkie były te działa?". Zresztą dla Lalego to musiało być niezwykle trudne - kto mógłby chcieć opowiadać swoim dzieciom o tym koszmarze, jaki go spotkał? Ukrywał to w sobie. Gary pierwszy i jedyny raz zobaczył łzy w oczach ojca, gdy lekarz powiedział im, że Gita umrze.

Kiedy Lale opowiadał mi swoją historię w obecności syna, nie uronił łzy. Płakał za to, gdy syn wyszedł z pokoju.

Opowieść trwała bardzo długo. Trzy lata.

Na początku, gdy poznałam Lalego, jedyne, czego pragnął, to jak najszybciej umrzeć. Dołączyć do Gity po tamtej stronie. Dzwonił, pytał: "czy skończyłaś już pisać? Pospiesz się, chcę już do niej dołączyć". Przytłoczony przez żałobę, nie mówił mi zbyt wiele. Nie zapisywałam wtedy nic. Miesiącami tylko rozmawialiśmy. Żeby wydobyć historię, która - czułam to - w nim była, musiałam być ostrożna. Wie pan, kiedy się przede mną otworzył? Miał dwa psy. Podczas naszych rozmów rzucał im piłeczkę tenisową. Pewnego dnia Tootsie - wielkie psisko - przyszła z piłeczką w zębach i demonstracyjnie położyła ją przy mnie. "Moje psy cię lubią. I ja cię lubię. Możesz opowiedzieć moją historię" - powiedział.

W miarę opowiadania zrzucał z siebie tę rozpacz, która sprawiała, że jak najszybciej chciał zakończyć swoje życie i dołączyć do Gity. Znalazł powód by żyć: chciał przebywać z synem, przyjaciółmi - i opowiedzieć mi swoją historię. Kiedy wychodziliśmy na spotkania, ten dowcipniś i kobieciarz przedstawiał mnie jako swoją dziewczynę! Ja go obsztorcowywałam: "Lale, jestem mężatką". On się śmiał: "Dobrze, to będziesz robić za moją kochankę!".

Był szarmancki, charyzmatyczny. Kiedy wchodził do pokoju, wszystko zaczynało się koncentrować wokół niego. Wszystkie te piękne starsze panie otaczały go wianuszkiem, a panowie chcieli z nim pogadać. "Lale, już porozmawiałeś z paniami, chodź do nas!" - mówili do niego. Ja przypatrywałam się z boku. Wielu z tych ludzi też było w obozie. Niektórzy pamiętali, ze to właśnie Lale ich tatuował. I nikt nie miał do niego pretensji.

fot. Sokolov Family Archives
fot. Sokolov Family Archives

Jakie było podejście Lalego do Boga po okropnościach, które przeżył?

Lale mówił: "nigdy nie straciłem wiary w ludzkość. Bo w obozie śmierci codziennie widziałem przykłady człowieczeństwa". Na przykład wtedy, kiedy inni więźniowie pielęgnowali go i oddawali mu jedzenie, gdy zachorował na tyfus. Stracił za to wiarę w Boga. Ale Gita wierzyła. A on nigdy się jej w tej sprawie nie sprzeciwił.

Chyba nie tylko w tej.

Na zdjęciach zawsze są razem. I jedno zawsze ma drugie na oku. Dla bezpieczeństwa. Odwiedziłam ich w dzień publikacji. Na cmentarzu. Leżą obok siebie. Musiałam mu powiedzieć, że dotrzymałam słowa. A w noc, gdy umarł, obiecałam mu, że nigdy nie spocznę, dopóki nie opowiem światu jego historii.

Ze wszystkiego, co pani opowiedział, co najbardziej panią poruszyło?

Po pierwsze to, że Polacy żyjący we wsiach nieopodal przychodzili codziennie do obozu. Wiedzieli co się tam dzieje, a mimo wszystko pracowali dla Niemców. Jednak, kiedy człowiek pomyśli o tym logicznie: kraj był pod okupacją, a oni też musieli przynieść jedzenie do domu. Po drugie - to, jak emocjonalna nić połączyła Lalego ze społecznością romską w obozie. Zaprzyjaźnił się z ludźmi, których w innych okolicznościach pewnie nigdy by nie poznał. Pewnego dnia złamał się i opowiedział mi o nocy, kiedy ich wszystkich zabrali. Nie mógł się z tym pogodzić. Próbował po wojnie, jeszcze na Słowacji, opowiedzieć o tym Gicie. Ona nie mogła zrozumieć jego więzi, ale rozumiała i akceptowała emocje, które w nim były. Kupiła mu obraz romskiej kobiety w cygańskim obozie. Gdy kilka lat po wojnie musieli uciekać przed czechosłowacką bezpieką z całym życiem w dwóch walizkach, Gita - mimo jego protestów - zabrała obraz. Przewędrował z nimi do Wiednia, Paryża i Australii. Wisi w domu Gary'ego Sokolova.

Dziękuje pani w książce synowi "tatuażysty z Auschwitz" za pomoc.

Ale bywało, że troszkę przeszkadzał. Gdy napisałam pierwszą wersję tej historii - scenariusz, który potem stał się książką, wpadłam do Lalego. Był też Gary. Lale czyta, czyta, jest wyraźnie zadowolony. Gary, zaciekawiony, wyrywa mu skrypt. "Daj zobaczyć". Czyta i nagle w jednym miejscu przerywa. Mówi: "tę scenę musisz wyrzucić. To jest historia moich rodziców i musi być w niej tylko prawda". Daję skrypt Lalemu, a on mówi, żeby tej sceny nie wyrzucać. Pytam: "Lale, czy to prawda?". "Tak". Gary zrywa się na równe nogi, bach! - trąca ojca ręką w głowę i krzyczy na niego: "jak mogłeś spać z moją matką zanim byliście małżeństwem?!". Lale patrzy na niego i odpowiada: "musiałbyś tam być".

Gary poszedł na górę po kielicha czegoś mocniejszego. To było zbyt wiele nawet dla 40-letniego wówczas faceta. Przeczytał scenę, w której jego rodzice uprawiali miłość w obozie śmierci.


Heather Morris i okładka książki 'Tatuażysta z Auschwitz' (fot. mat. wyd. Marginesy)

Książka Heather Morris "Tatuażysta z Auschwitz" (tłumaczenie Kaja Gucio) ukazuje się w Polsce 18 kwietnia 2018 r. nakładem wydawnictwa Marginesy. W formie e-booka możesz kupić ją w Publio.pl.

Heather Morris. Pochodzi z Nowej Zelandii, a obecnie mieszka w Australii. Pracując w szpitalu w Melbourne przez kilka lat uczyła się pisać scenariusze filmowe. W 2003 r. znajomi przedstawili jej Lale Sokolova. "Tatuażysta z Auschwitz" powierzył jej swoją historię.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz i redaktor magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, "Dziennika" i "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Zobacz także
Komentarze (276)
Zaloguj się
  • Oceniono 34 razy 22

    Nikogo nie wydał, nikomu nie zrobił krzywdy, nie był szmalcownikiem.. Uznał, że ta praca to jedyna na ocalenie swojego życia i miał do tego prawo. Wszyscy, którzy krytycznie nad nim się wytrząsaja, nie wiadomo co by sami zrobili , gdy śmierć zajrzała by im w oczy.

  • wujojano

    Oceniono 44 razy 16

    Ale się tu "judeosceptyków" wyroiło! Każdy z tych bohaterów, gdyby znalazł się na miejscu Lalego, wolałby umrzeć, niż "kolaborować", tatuując innych więźniów. A dlaczego? Bo się nie znalazł na jego miejscu. Ba, sądząc z reakcji, gdyby żył w tamtych czasach, to znalazłby się na miejscu innych, prawdziwych Polaków pomagających Niemcom w oczyszczaniu świata z tej podłej "nacji". Jak to wtedy takich nazywano?

  • jan.go

    Oceniono 17 razy 15

    Ta ,reszta obozu tez kolaboranci Przeciez pchajac taczki z kamieniami wspierali niemiecka wojenna gospodarke Niewiele rozumu w tym dialogu polsko -zydowskim i to po obu stronach

  • tetradrachma

    Oceniono 14 razy 12

    Nie wierzę w żadne "polsko-żydowskie pojednanie". Wiele (ludzkich) historii z II WW znam, nie tylko z ust Żydów, niepojęte, gdy słucham opowieści Żydów z oddziału braci Bielskich i konfrontuje z relacjami chłopów u których się "zaopatrywali".Rozumiem, polska matke, która spode drzwi odgoniła żydowskie dziecko, ale nie pojmuje "duszy" 18-letniego wówczas młodzieńca, który u kowala obkówał pałke, z zamiarem, aby iść "na pole" i mordować żydowskie rówieśnice. Wiecie co, ze zdumieniem odnajduje i dziś - u jednych i drugich - wiele "tamtych" cech i zachowań.

  • an-te

    Oceniono 16 razy 12

    Reakcja Garego na seks jego rodziców w obozie śmierci to typowy przykład cywilizacyjnego zakłamania. Można posiadać broń i zabić intruza w swoim ogródku, ale seks przed ślubem? A fuj...

  • smiki48

    Oceniono 15 razy 11

    możliwe, że tatuował mojego teścia. Ale winę ponoszą wyłącznie Niemcy, którzy sprowadzili ludzi do tak niskiego poziomu i ich upodlili, ze ci dla ratowania własnego życia byli skłonni popełnić wiele niegodziwości. I w podobnych warunkach byli i żydzi i Polacy podczas II WŚ. Dla ratowania własnego zycia i najbliższych popełniali wiele świństw.
    Nie wiem jakbym zachował się w takich warunkach. Jestem jednak przekonany, że większość tych krzyczących o zbrodniach, sama poszłaby na współprace z okupantem

  • tedek1

    Oceniono 9 razy 9

    Nigdy wojna i wybor: smierc albo zycie nie jest czarne lub białe. Nie oceniajmy innych - oczywiscie tych co wspolpracowali bez wlasnej woli (z pistoletem przy glowie).

  • Lucy Wa-ska

    Oceniono 10 razy 8

    nie mamy prawa oceniać człowieka,kiedy sami nie znaleźliśmy się w takiej sytuacji.. i dziękuję opatrzności,ze nie musiałam dokonywać TAKICH wyborów,jak ci ludzie.. jak dla mnie osobiście to wzruszająca historia i nie mnie ,urodzonej zaledwie pół wieku temu oceniać..

  • novinka1

    Oceniono 12 razy 8

    Pani Heather Morris zapewne nie napisała książki po polsku. A pani Katarzynie Gucio, tłumaczce, byłoby miło, gdybyście o niej nie zapomnieli. Szanowna redakcja nigdy się nie nauczy podawać nazwisk tłumaczy książek obcojęzycznych :(

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX