Olgierd Buczek. Fotografia pozowana w atelier

Olgierd Buczek. Fotografia pozowana w atelier (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

wywiad Gazeta.pl

Olgierd Buczek, legendarny artysta lat 60: Wchodzę do garderoby, a tam nieco rozebrana Irena Dziedzic

Co robi dziś odkryty przez Władysława Szpilmana piosenkarz? Jak wspomina wojnę i swoją karierę w latach 60.? - Im dłużej żyję, tym bardziej mi się to życie podoba. Nie chcę umierać - przyznaje.

Jak to się stało, że został pan piosenkarzem?

Mama chciała, żebym był lekarzem. Przed wojną lekarz to był ktoś, tak samo jak inżynier czy architekt. Albo oficer Wojska Polskiego, tak jak mój ojciec.

Co prawda interesowała mnie technika, ale coś w środku ciągnęło mnie do muzyki. Mój ojciec często sobie w domu podśpiewywał. Kiedy byłem mały, udawałem przed jego kolegami orkiestrę wojskową. Podobały im się te moje występy, i mnie również.

A później?

Po wojnie, jeszcze w 1945 roku, los rzucił nas z rodzicami do Wrzeszcza. Tam się zatrzymaliśmy w trzypokojowym mieszkaniu. Miasto było bardzo zniszczone, na ulicach stały jeszcze czołgi. Między Gdańskiem a Wrzeszczem była wielka hala sportowa. Polacy przerobili ją na operę. Zacząłem tam chodzić, chłonąłem muzykę. Gdy wracałem do domu, nuciłem sobie kawałki arii. Mama podsłuchała i bez porozumienia ze mną poszła do szkoły muzycznej i zapisała mnie na egzamin.

W tajemnicy?

Kompletnej! Mama mówi któregoś dnia: "Słuchaj, za tydzień masz egzamin". No to poszedłem i zaśpiewałem. "Ma głos"- usłyszałem. I przyjęli mnie do średniej szkoły muzycznej. Chodziłem do niej trzy lata. Śpiewu operowego uczył mnie Adam Ludwik, słynny przedwojenny baryton. Jeden z moich szkolnych kolegów trafił później do operetki w Warszawie. I przyjechał na Wybrzeże z występami. Gdy się spotkaliśmy, powiedział, że w stołecznej operetce szukają adepta. Poradził, żebym się zgłosił.

Czyli przypadek?

Z początku się wahałem, ale kolega polecił mnie dyrektorowi, Tadeuszowi Bursztynowiczowi. Dyrektor zadzwonił i osobiście zaprosił mnie do Warszawy. Pojechałem. Przesłuchali mnie i przyjęli. Równocześnie w kawiarni Nowy Świat w Warszawie powstawał kabaret Iluzjon, m.in. z Aliną Janowską. Zaszedłem tam i też mnie przyjęli.

Olgierd Buczek. Fotografia pozowana w atelier (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Olgierd Buczek. Fotografia pozowana w atelier (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

I zaczęło się na dobre.

W kawiarni Nowy Świat po raz pierwszy dali mi do śpiewania piosenkę Władysława Szpilmana. Ćwiczyłem ją. Któregoś dnia przyszedł sam Szpilman, usiadł do pianina i mi zaakompaniował. Potem rzucił parę uwag i wyszedł. 

Jakieś dwa tygodnie później udałem się do Polskiego Radia, by poprosić o próbę głosu. Gabinet Szpilmana, ówczesnego dyrektora, mieścił się na parterze. Pokój był przestronny, ale oczywiście dostępu do Szpilmana broniła sekretarka. "Jak się pan nazywa?" - zapytała, gdy poprosiłem o próbę głosu. "Olgierd Buczek? Właśnie miałam pana zawiadomić, że ma pan mieć u nas audycję!". Okazało się, że Władysław Szpilman zapamiętał mnie z kawiarni Nowy Świat i chciał, żebym śpiewał w radiu. To właśnie dzięki niemu zaistniałem na dobre i zacząłem występować. Szpilman decydował w radiu o wszystkim. Kto w ogóle może śpiewać i co może śpiewać. Dał mi piosenkę "Warszawski dorożkarz".

Jak wyglądało wtedy Polskie Radio?

Atmosfera była cudowna. W południe wszyscy schodzili do mieszczącej się na dole kawiarni, rozmawiali. Piosenki często śpiewało się na żywo, z orkiestrą. Albo nagrywało w jednym z dużych studiów radiowych. Ach, jakie to były piękne czasy!

Oglądałam niedawno pana występy z 2016 roku. Nadal czuje się pan na scenie jak ryba w wodzie?

Oj, już nie bardzo. Troszkę się boję, że zapomnę tekst. Faktycznie, wystąpiłem ostatnio parę razy z piosenką "Czy pani mieszka sama", bo mnie poproszono. Wie pani, ja sam nic nie robię, żeby jeszcze jakoś zaistnieć. Przed wojną to było w złym stylu, gdy ktoś się narzucał.

Pan się nie musiał narzucać. Po tym, jak odkrył pana Szpilman, stał się pan jednym z najpopularniejszych artystów lat 60. Występował pan na festiwalach w Opolu i Sopocie.

Opowiem pani anegdotę z festiwalu w Sopocie z 1963 roku. Dali mi tam do zaśpiewania "Wieczorną fajkę". Mało kto dziś wie, że wtedy przez damską garderobę przechodziło się do męskiej. Wchodzę, a przy lustrze siedzi nieco rozebrana Irena Dziedzic, która prowadziła festiwal z Lucjanem Kydryńskim. "Jak pan może tu wchodzić?" - oburzyła się. Potem się obraziła i nie chciała mnie zapowiedzieć, gdy miałem wejść na scenę. Kydryński musiał to zrobić sam. A ja miałem straszną tremę, zresztą zawsze ją miałem.

Co jeszcze zachowało się w pańskich wspomnieniach z lat 60.?

Szpilman proponował, żebym wybrał sobie jakiś pseudonim. Ale ja nie chciałem. Uważałem, że nazwisko, to rodowe, jest najważniejsze. Nie miałem pojęcia, że moje nazwisko nie jest dla piosenkarza odpowiednie. Kiedyś jeden z konferansjerów zapowiedział mnie tak: "Teraz na sali będzie huczek, bo na estradę wyjdzie Buczek". Byłem zaskoczony, bo mnie nie uprzedził. Na szczęście nikt nigdy nie zaanonsował: "A teraz będzie buczał Buczek". 

Proszę powiedzieć, jak wyglądało przedwojenne wychowanie?

W domu trzymano mnie krótko. Uczono mnie, że trzeba z szacunkiem traktować kobiety. Ale nie miałem specjalnych obowiązków, bo przed wojną każdy oficer Wojska Polskiego miał ordynansa. Mój ojciec również. Ordynans, pan Franciszek, czyścił mu mundur, buty i piękne, białe szable. 

Olgierd Buczek. Fotografia pozowana w atelier (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)Olgierd Buczek. Fotografia pozowana w atelier (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Ja w ogóle nie mam złych wspomnień związanych z przedwojniem. Gdy wybuchła wojna, wyjechaliśmy z mamą pod Góry Świętokrzyskie do majątku państwa Reklewskich, znajomych wuja. Tam przeczekaliśmy wojenną zawieruchę.

Od lat pan nie śpiewa. Odpoczywa pan na zasłużonej emeryturze?

Skąd, nie mam czasu. W nocy słucham radia, a od rana fruwam po mieście. Coś trzeba kupić, coś zjeść. Jadę więc do baru mlecznego na Ochocie, gdzie zwykle zamawiam czerwony barszcz z fasolą i ruskie pierogi. Wie pani, ja jadam tylko to, co mi smakuje. Jak coś mi nie pochodzi, to nikt mnie nie zmusi.

Tęskno panu do śpiewania?

Tęskno, ale jestem już stary i śpiewam tak, jak się śpiewało kiedyś. A dziś się śpiewa inaczej, jest dużo łomotu, tekst nie jest ważny. Ale jak mnie proszą, to występuję z przyjemnością. 

Wie pani, jak tak dziś patrzę wstecz, to widzę, że miałem w życiu wiele szczęścia. I im dłużej żyję, tym bardziej mi się to życie podoba. Nie chcę umierać. Gdy obchodziłem 80. urodziny, w radiu puścili moją piosenkę i zadzwonili do mnie z życzeniami 200 lat życia. Byłem zachwycony. Zaraz po zakończeniu audycji zadzwoniłem do radia i podziękowałem. "Mam nadzieję, że to życzenie się spełni" - powiedziałem. 


(fot. materiały prasowe)

Cały wywiad z Olgierdem Buczkiem dla Radia Pogoda do posłuchania na www.radiopogoda.pl.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Olgierd Buczek.
Piosenkarz, rocznik 1931. W latach 50 i 60., po tym jak odkrył go Władysław Szpilman, stał sie jedny, z najpopularniejszych artystów. Współpracował z Polskim Radiem, występował na festiwalach w Opolu, Sopocie, NRD, ZSRR i Czechosłowacji. Wyśpiewał takie przeboje jak: "Oczy czarne", "Czy pani mieszka sama?", "Warszawski dorożkarz" czy "Nie trzeba słów".

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.Gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (110)
Zaloguj się
  • rozterka47

    Oceniono 38 razy 38

    Z wywiadu wylania się sympatyczny , skromny czlowiek , nie rozpatruje z goryczą minionej świetności tylko uważa ,że zycie jest cudowne :) Dużo zdrowia dla pana Buczka :)

  • pull_up

    Oceniono 29 razy 29

    Nie kojarzyłem ale sprawdziłem na YT. Profesjonalista, dobra dykcja, ciekawy timbre głosu.

  • wroclawianka9

    Oceniono 28 razy 28

    Wspaniały człowiek, pogodny, optymistyczny. Żadnego rozdrapywania ran, poczucia krzywdy, marnej emerytury, obrażania się, ani innego zatruwania sobie istnienia? Takie po prostu bycie szczęśliwym? Panie Olgierdzie, gdybym miała adres, wysyłałabym panu co rok najpiękniejsze życzenia urodzinowe. A sprawianie sobie przyjemności pierogami ruskimi ? Kocham takich ludzi, jak pan.

  • e-4l2

    Oceniono 16 razy 16

    Ładny głos. Warto posłuchać.

  • rozterka47

    Oceniono 15 razy 15

    Wspominam te czasy i mimo , że były to czasy trudne ludzie byli bliżej siebie.

  • dagny44

    Oceniono 15 razy 15

    Mialam taka płyte oczywiscie winylowa długogrającą,na której po jednej stronie śpiewała Rena Rolska,a po drugiej pieknym ciepłym glosem Olgierd Buczek.

  • wojtas_z_pozka

    Oceniono 14 razy 12

    Cudowna atmosfera w PL. To musiało być długo przed rządami kaszystów.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX