Denis Urubko

Denis Urubko (fot. Mateusz Skwarczek/AG)

wywiad Gazeta.pl

Denis Urubko: Myślę po rosyjsku. I jestem dumny, że mogę być częścią polskiej wspólnoty ludzi gór

Gdy wspinam się z przyjaciółmi, czuję wolność. Z Adamem Bieleckim podczas akcji na Nanga Parbat czuliśmy, że jesteśmy jak dwie ręce jednego ciała - mówi słynny himalaista, Denis Urubko.

Co się wrzeszczy z kolegami po rosyjsku, jak się wlezie na szczyt?

Sdiełali!

A co mówisz do siebie po cichu?

Najpierw wybucham emocjami. A chwilę później je blokuję. Radość na szczycie jest krótka. Cieszyć się możemy po zejściu ze szczytu. Na ośmiu tysiącach metrów brakuje tlenu. Trzeba działać precyzyjnie. Więc mówię do siebie: "Denis, myśl o zejściu. Denis, musisz być bezpieczny. Denis, nie możesz stracić kontroli".

Straciłeś ją kiedyś?

Nigdy. Nawet w chwilach największych zwycięstw, jak po szybkim wejściu (ang. "speed ascent", wejście w stylu alpejskim, czyli z lekkim plecakiem z absolutnie niezbędnym sprzętem - red.) na Broad Peak. Była idealna pogoda, świetne warunki do wspinania, czułem się znakomicie, byłem szczęśliwy, eksplodowałem radością. Ale zaraz był powrót na ziemię: "Teraz zejść!" I kontrola: raki - w porządku. Czekan - w porządku. Wszystko ok. Idziemy.


Broad Peak widziany ze skrzyżowania lodowców Baltoro i Godwin Austen, zwanego Concordią (fot. Sallahuddin Shah/Wikimedia Commons/CC BY-SA 4.0)

Cofnijmy się w czasie, do wojskowego klubu sportowego w Kazachstanie. W swojej książce "Skazany na góry" opisujesz konkurs, który  sobie organizowaliście: kilku kolegów wdrapywało się na wysoki szczyt, dawało sygnał, a kilku pozostałych na dole ruszało na wyścigi w górę. Na górze herbatka i w dół. Ten konkurs wygrałeś.

(Denis Urubko się uśmiecha)

Jak ważna we wspinaczce jest dla ciebie rywalizacja? Potrzeba bycia pierwszym?

Bardzo. Z dwóch powodów. Konkurencja jest dla mnie niezbędna: żeby wygrać, musisz - to oczywiste - przygotować się lepiej niż inni. A kiedy twoje ciało jest dobrze przygotowane, psychicznie jesteś też gotów na wszystko na drodze. A to oznacza, że wejdziesz na szczyt i przeżyjesz.

Po drugie bycie zwycięzcą wyścigu na wysoką górę to zaszczyt. A dla mnie też potwierdzenie, że idę właściwą życiową ścieżką.

W zhierarchizowanym wojskowym klubie w Kazachstanie chyba niezbyt dobrze widziany był ktoś, kto miał inne zdanie niż większość. Np. żeby wspiąć się na górę nową drogą.

I zawsze miałem z tego powodu kłopoty. Ale też dodatkową motywację. Problem w tym, że niewielu ludzi chciało wspomagać moje pomysły. Później, kiedy wyemigrowałem, też byłem sam, ale mogłem wybierać gdzie, w jaki sposób i z kim się wspinałem. I kto mi w tym pomoże.

Jak wyglądał trening w post-sowieckim klubie sportowym?

Ruszaliśmy w góry. Ci, którzy nie wytrzymywali, mogli wrócić  - jeśli pozwoliła im na to nasza pani trener Ludmiła. Kto zawrócił, odpadał. Dla nas to było wyzwanie. Dla trenerów czas na selekcję. Nie musieli wywierać presji, motywacji mieliśmy aż za dużo.

A jednak wyjechałeś.

Byłem żołnierzem, a ten system miał wojskowe reguły. A to przeszkadza ludziom niezależnym, którzy chcieliby robić coś odbiegającego od normy. Byłem czasem zbyt kontrolowany, blokowany, temperowany. Szykowała się zimowa ekspedycja na Makalu. Mój szef, pułkownik, zabronił mi jechać. Natychmiast kupiłem bilety na samolot, następnego dnia dostałem wizę, a kolejnego dnia wyjechałem z Kazachstanu. Dlatego, że zabronili mi wspinaczki.

Czyli zdezerterowałeś?

Tak! Spędziłem pół roku poza krajem. W Nepalu, w Rosji, w Indiach.

Jaka jest kara za dezercję?

Więzienie.

Jeśli wrócisz do Kazachstanu, czeka cię odsiadka?

Teoretycznie tak. Ale dopóki jesteś zwycięzcą, jesteś bezpieczny. Wszedłem zimą na Makalu i nową zimową drogą na Czo Oju [ośmiotysięcznik na granicy chińsko-nepalskiej - red.]. I wróciłem do kraju z tymi dwoma sukcesami. Nie mogli mi nic zrobić. Wojskowi to są sprytni ludzie. Wiedzieli, że lepiej mnie wykorzystać propagandowo, niż wsadzać do paki.


Denis Urubko (fot. Mateusz Skwarczek/AG)

Z więzienia byś nieba nie widział. A napisałeś w książce, że jak widzisz błękitne niebo nad Ałmaty - dawną stolicą Kazachstanu, to czujesz szczęście.

Wystarczy, że na moment zamknę oczy i widzę ten błękit nad zamykającymi horyzont górami. Ale urodziłem się na Kaukazie, mieszkałem też z moją rodziną na Sachalinie, dopiero potem przeprowadziliśmy się do Kazachstanu. 

W książce nepalska dziewczyna, Lakszmi, pyta, skąd jesteś. Mówisz, że jesteś Rosjaninem. W innym miejscu książki pada niezbyt poprawny politycznie dowcip o chachłach - to pogardliwe rosyjskie określenie Ukraińca. Bo twoje nazwisko brzmi ukraińsko. Do 17 roku życia masz paszport ZSRR. Na początku lat 90 - Kazachstanu. W 2013 roku zostajesz obywatelem Rosji, dwa lata później - obywatelem Polski. Teraz mieszkasz w Polsce i we Włoszech. "Kim pan jest, panie Urubko?"

Żeby ci odpowiedzieć, muszę wejść w szczegóły.

O to mi chodzi.

Myślę w języku rosyjskim. W Rosji żyją moje dzieci i moi rodzice. Rosja jest przez to bliska mojemu sercu, mojej duszy. Mentalność tamtych ludzi rozumiem bardzo dobrze. Mam ciepłe uczucia do Polski, bo przez całą moją edukację czytałem o bliskich mi ludziach - podróżnikach, w tym polskich. Na Sachalinie, gdzie mieszkałem, jest muzeum pamięci Bronisława Piłsudskiego, etnografa, brata marszałka Józefa Piłsudskiego. To, co teraz robię, z czego żyję, umacnia we mnie poczucie dobrej więzi z polskim społeczeństwem. Moja działalność szkoleniowo-górska jest skoncentrowana głównie w Polsce i we Włoszech i staram się wykonywać ją jak najlepiej - dla Włoch i Polski. Jestem dumny, że mogę być częścią polskiej i włoskiej wspólnoty ludzi gór. To, że obie te wspólnoty zgodziły się przyjąć mnie do siebie, jest dla mnie potwierdzeniem, że idę dobrą ścieżką. Rozumiesz? Jestem z tego dumny!

A Kazachstan?

Kazachska narodowość, język i sposób myślenia są inne, niż rosyjskie. A ja czuję po rosyjsku. I czuję się Rosjaninem. Po wielu latach mieszkania we Włoszech i w Polsce zrozumiałem, że mogę zostać Włochem, Polakiem, Rosjaninem. Ale gdybym mieszkał na przykład w Japonii, nigdy nie stałbym się Japończykiem. Rozumiesz, o co mi chodzi? Dlatego wolę mieszkać tu.

Tu, czyli?

Kilka godzin temu przyjechałem z Włoch do Polski. Rano byłem u mojego przyjaciela Bogdana Jankowskiego we Wrocławiu. Trzy najlepsze miejsca do życia na całej planecie to dla mnie Bergamo we Włoszech i Wrocław. No i dodam jeszcze jedno małe miasto - Jużnosachalińsk (miasto w Rosji na wyspie Sachalin - przyp. red).

Żadne miasto w Himalajach?

O nie, nie. Mieszkać blisko gór - tak. Ale nie mogę mieszkać w górach. W moim domu nie ma żadnych zdjęć gór, żadnych zdjęć mnie w górach ani moich przyjaciół z gór.

Dlaczego?

Dom to dom. Muszę się czuć komfortowo. W góry jadę dla sportu. Góry są tylko w moim komputerze.

Kiedy ruszasz na wyprawę, odcinasz się od świata i ludzi na nizinach?

Absolutnie nie.

Dlaczego? Musisz być "podłączony"?

Tak. Ale nie dla siebie. Dla osób, za które odpowiadam. Dla żony, dzieci. I muszę pilnować moich spraw zawodowych.

Pewien mój dobry przyjaciel, gdy jedzie na ekspedycję, zapomina o tym, co na dole. I mówi mi: "Ty, Denis, ciągle w internecie siedzisz, z domem rozmawiasz. Skoncentruj się na jednym celu - na wejściu na szczyt".

fot. Svy123/Wikimedia Commons/CC BY-SA 3.0)
fot. Svy123/Wikimedia Commons/CC BY-SA 3.0)

I co ty na to?

Wiesz, on na jedną wyprawę, bodajże na Everest, wyjechał, jak jego żona była w ciąży. A jak wrócił: o, wow! Dziecko! Takie ma podejście do życia. Ja tak nie mogę. Choć oczywiście łatwiej jest zapomnieć na czas ekspedycji o tym, co na dole, żeby nie działało jak balast.

Kiedy docierasz do obozu kilka kilometrów nad bazą i informujesz przez radio resztę ekipy, masz zwyczaj mówić "wsio normalno". A wokół wichura, minus trzydzieści, śnieg, przepaść. Co dla Denisa Urubko oznacza "wsio normalno"?

Kiedy wypowiadam te słowa do radia, zdejmuję odpowiedzialność za siebie z innych ludzi, tych czekających na dole, i przejmuję ją na siebie. Jeśli na przykład w górze pogorszy się pogoda, to na dole będą się denerwować. Będą przygotowywać sprzęt, może iść na ratunek. Jeśli mówię "wsio normalno", to dotyczy wyłącznie mnie i oznacza, że nikt nie musi się o mnie martwić.

Zadajesz mi pytania, których nikt mi dotąd nie zadawał. Zaskoczyłeś mnie. Dzięki!

To teraz będzie trudniej. W trakcie wyprawy na K2 poszedłeś w górę i nie kontaktowałeś się z resztą grupy przez radio. Przyjaźniliście się z Krzysztofem Wielickim [kierownik polskiej narodowej wyprawy na K2, zdobywca Korony Himalajów - red]. Czy konflikt pod K2 zakończy tę znajomość i współpracę?

Wszystko jest w naszych rękach. Znaliśmy się, przyjaźniliśmy od lat. Prawdopodobnie okaże się niemożliwe, żeby dalej współpracować. Ale nigdy nie zapomnę naszej dobrej relacji i będę się starał nigdy nie czynić Krzysztofowi żadnych problemów czy uderzać w niego w jakikolwiek sposób. Bo byliśmy przyjaciółmi. Takie jest życie, on dokonał wyboru, ja też. Czasem po latach w przyjaźni ludzie idą innymi drogami.

Czym zatem jest dla ciebie przyjaźń?

Przyjaźń jest wtedy, gdy ludzie mają mniej więcej podobne interesy, podobne podejście do życia, wyczulenie na jego konkretne aspekty - i są gotowi do poświęceń, żeby ze sobą przebywać. Przyjaźń wymaga wysiłku - i chęci zrobienia tego wysiłku.

%15.02.2015 Zawoja . Himalaisci Krzysztof Wielicki (L) i Denis Urubko (P) witaja sie przed uroczystym otwarciem Centrum Gorskiego  Korona Ziemi ' ( ktore dokumentuje zlota ere polskiego himalaizmu ) . Denis Urubko stal sie ostatnio obywatelem Polski .Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Krzysztof Wielicki i Denis Urubko w 2015 r. (fot. Mateusz Skwarczek/AG)

Kiedy wbrew decyzji Krzysztofa spróbowałeś samotnie wejść na K2, w ciągu tygodnia z bohatera spod Nanga Parbat stałeś się - w komentarzach ludzi - "zdrajcą" polskiej ekspedycji. Widziałem tytuły w mediach zmieniające się z "Polacy Urubko i Bielecki uratowali Francuzkę Revol" na "Rosjanin Urubko wbrew Wielickiemu poszedł sam na K2".

Cokolwiek by ludzie nie mówili, staram to wykorzystać tak, żeby obróciło się moją korzyść. To, co inni myślą, jest dla mnie ważne. Być może ktoś zobaczył tę sytuację z innej strony i zauważył błąd, którego ja nie spostrzegłem?

W Polsce jest 38 milionów samozwańczych ekspertów od wspinaczki wysokogórskiej i warunków pogodowych w Himalajach. I komentują: co powinieneś zrobić ty, Bielecki, Wielicki czy Tomek Mackiewicz. Nie ruszając się zza komputera.

A ja chętnie wykorzystam każdą okazję, by wyjaśnić tym 38 milionom Polaków, o co chodzi w himalaizmie. To dla mnie zaszczyt. Dla mnie jest ważne, co ludzie myślą - nawet jeśli nie znają sytuacji i moim zdaniem nie mają racji. Kiedyś człowiek z Kazachstanu napisał mi coś bardzo przykrego i postawił niesłuszne zarzuty.

Jakie?

Mniejsza o to. Myślałem nad tym, co napisał. Znalazłem odpowiedzi na jego zarzuty, nie odpisałem mu, ale w ten sposób znalazłem motywację dla siebie. Tak naprawdę mi pomógł, więc jestem mu wdzięczny.

Właśnie, pomoc. Czy miałeś kontakt z Elisabeth Revol po akcji ratunkowej?

Interesowałem się jej powrotem do zdrowia, kiedy była w szpitalu. Napisała mi wiadomość. A ja długo nie mogłem wymyślić, co jej odpisać. Napisałem po dwóch tygodniach. Teraz pewnie ona odpisze mi za dwa tygodnie! (śmiech).

Kiedy szedłeś nocą, z Adamem Bieleckim, kuluarem Kinshofera na ratunek Elisabeth, było ciemno, zimno, niebezpiecznie. Jak wyglądała wasza współpraca?

Adam jest silnym, doświadczonym himalaistą i rozumiał każdy detal tej wspinaczki. Mieliśmy jasny cel. Ruszyliśmy, prawie nie rozmawiając. Ot, ja mam słabszy wzrok, on zobaczył w ciemności linę poręczową sześć metrów dalej i zawołał "Denis, jest lina!". Tyle. Nic więcej nie trzeba. Czuliśmy i rozumieliśmy wtedy, że jesteśmy jak dwie ręce jednego ciała. (dłonie Denisa Urubki, wyprostowane przed siebie, chwytają palcami niewidzialną linę). Jeden odgadywał, co drugi chce powiedzieć lub zrobić, w pół słowa.

Lubię podejście Adama: wszystko robić poprawnie. Pamiętam samego siebie sprzed lat - zbyt nerwowego, zbyt rozzłoszczonego, niezbyt grzecznego, nie dbającego o nic. Ale zmieniłem się, staram się kontrolować w kontaktach z ludźmi. Adam właśnie taki jest. Rozumiem go bardzo dobrze.

To brzmi, jakbyś bardzo chciał w przyszłości jeszcze wspinać się z Adamem.

Mam na to nadzieję!

K2?

Zobaczymy. Szliśmy już na K2 od północy, wspinaliśmy się razem na Kanczendzongę, teraz na K2 na polskiej wyprawie, na Nanga Parbat na akcji ratowniczej...wow! Całkiem sporo tego. I jeszcze wspinaliśmy się razem w Tatrach.

Lubisz się wspinać sam czy wolisz z partnerami?

I tak, i tak. Gdy idę sam w górę, robię to w moim stylu, moim tempem, tak, jak mi się podoba. Ale też sam ponoszę ryzyko. Za to gdy idziesz w dwie osoby...jak by to wytłumaczyć? Jest na to takie rosyjskie powiedzenie: problem podzielony na dwie osoby oznacza, że jedna ma tylko pół problemu. A gdy spotyka te dwie osoby szczęście, to jest podwójne. Poza wszelkimi okolicznościami taką przyjemność miałem na Nanga Parbat z Adamem podczas akcji ratunkowej. Zobacz, mówiłem ci, że to jest tak, jakbyśmy byli rękami jednego organizmu. Jedna ręka puści, to druga chwyci mocniej.

Zaufanie.

Ogromne. I równie duża odpowiedzialność. Ale i przyjemność. Jeśli wspinasz się z kimś, z kim się wzajemnie dobrze rozumiecie - czujesz wolność. Wolność!


Denis Urubko i okładka jego książki (fot. Mateusz Skwarczek/AG/mat.wyd. AGORA)

Książkę Denisa Urubki "Skazany na góry" (Wyd. AGORA) możesz kupić w Publio.pl.

Denis Urubko. Ur. w 1973 r. w Rosji, himalaista. Wszedł bez dodatkowego tlenu na wszystkie 14 ośmiotysięczników. Za nową drogę na Czo Oju (8201 m n.p.m.) otrzymał Złoty Czekan - najbardziej prestiżową nagrodę górską. Od trzech lat obywatel Polski, jeden z liderów wyprawy na K2.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz i redaktor magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, "Dziennika" i "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i górach. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Komentarze (105)
Zaloguj się
  • qqben

    0

    I tysiąc euro od wywiadu, a durnie płacą.

  • stach_79

    0

    po tym jak powiedział, że stracił pół roku przez Polaków przestałem go lubić... aczkolwiek na pewno bohaterski człowiek.

  • plastikpiokio

    0

    mylisz sie koleś gdy się wspinasz to jesteś PRZYWIĄZANY linką i gdzie ta wolnosc ????

  • Roch Kowalski

    0

    Świat złożony wyłącznie z ludzi, którzy wszędzie muszą być pierwsi, byłby jakimś obłąkanym stadionem. Na szczęście są tacy, dla których drugie miejsce też jest całkiem dobre, a jeszcze większe szczęście, że są tacy, którzy jakąkolwiek rywalizację w ogóle mają w doopie i żyją dla samej przyjemności życia.

  • mayta

    Oceniono 3 razy 1

    Jest Pan szlachetnym człowiekiem, Panie Urubko. Zdecydowanie na wyrost wychwala Pan Adama Bieleckiego, który ma co nieco na sumieniu, a dzięki udanej akcji z Panem zdołał zmyć z siebie poprzedni wizerunek. Powinien być Panu wdzięczny do końca życia. Podobnie jak cała reszta Polaków. Przecież biorąc się do samotnego ataku odciągnął Pan uwagę od całkowitej klapy "Narodowej Wyprawy", dzięki czemu dziadki miały możliwość wyjścia z "twarzą" - że to niby przez Pana (?!) im się nie udało??? A kto im kazał gnić przez dwa miesiące w śpiworach i czekać - jakże po polsku - na cud? Wyobrażam sobie nastroje w tej ekipie (zapewne przesiąkniętej rusofobią jak większość otumanionego narodu) i nie dziwię się, że Pan wyszedł z tego namiociku. Też bym wyszła. Proszę się nie przejmować fochami looserów i do przodu. "Luczsze gor mogut byc tolka gory, na katorych nikto nie bywal" :)

  • swieta-panienka

    Oceniono 7 razy -3

    No I teraz wiadomo dlaczego go ruskie trolle tak chwalą i bronią.

  • marcin5050

    Oceniono 5 razy -1

    może to małostkowe, ale wynurzenia p.Urubko (i całej wspólnoty) niezbyt mnie kręcą.Ogólnie, jeśli ktoś lubi zgromadzić kasę, zainwestować sporo czasu, poleźć na Wielką Górę, wejść albo i nie, wrócić z niej, co jak widać nie każdemu wychodzi, ogólnie jeśli go to jara- proszę bardzo.Ale czemu zajmować ogólnopolski czas antenowy newsami,99% reszty świata, którego to /mniej lub bardziej/ nie rusza.A pasjonackie wyprawy niech sobie publikują w piśmie "Z czekanem przez świat" lub podobnymi (np.Głos pszczelarza, Mój szczupak moje hobby...)

  • xabc123

    Oceniono 7 razy -3

    Czy Urubko jest obywatelem Polski?

    Tak. W takim samym stopniu, w jakim marzec jest miesiącem zimowym.

  • n29a

    Oceniono 1 raz -1

    Był taki malunek o czterech gościach włażących na pik, trzymających flagi swoich państw. Pouczające było to, co każdy z nich mówił.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX