Leeds

Leeds (fot. shutterstock.com)

wywiad Gazeta.pl

Nieznana strona emigracji. "Nie miałam pojęcia, jak rozwinięte jest w Europie współczesne niewolnictwo"

Każdy z nas wie, że istnieje bieda, że ludzie bywają zmuszani do niewolniczej pracy, do spłacania nieistniejących długów. Słyszymy o gangach handlujących ludźmi, o prostytucji, ale dopóki nie zetkniemy się z tymi osobami twarzą w twarz, nie jesteśmy w stanie tego pojąć - mówi Kamila Czul, autorka książki "Pani Kebab. Opowieść polskiej emigrantki", w której zebrała swoje doświadczenia z pracy nauczycielki i tłumaczki dla brytyjskich instytucji w Leeds.

Kim jest "Pani Kebab"?

To ja. Kiedy ludzie pytają mnie o ten tytuł, mam wrażenie, że spodziewają się jakiejś fajnej anegdoty, a to jest bardzo zwyczajna historia. Moi uczniowie nadali mi taki przydomek, kiedy usłyszeli, jak wymawiam słowo "kebab". Chyba inaczej je akcentowałam. Długo się z tego śmiali, a pseudonim "Pani Kebab" przylgnął do mnie na dobre.

Kiedy zaczęłam pisać książkę, pomyślałam, że "kebab" -  skrawki, resztki - dobrze opisuje historie, które chcę opowiedzieć. Miałam wrażenie, że zebrałam w książce właśnie takie fragmenty ludzkich doświadczeń, strzępki wspomnień i wrażeń, jakie one na mnie wywarły.

Londyn (fot. Pixaby.com)

Na początku książki pojawia się informacja, że wszyscy bohaterowie, wszystkie historie w niej opisane są fikcją.

"Pani Kebab" to reportaż literacki inspirowany rzeczywistością i moimi doświadczeniami. Opowiedziane historie wydarzyły się naprawdę w szkole, w której pracowałam, lub instytucjach, dla których tłumaczyłam. Trudność polegała na takim opisaniu moich przeżyć, żeby nikogo nie skrzywdzić, nie naruszyć niczyjej prywatności ani etyki zawodowej. Musiałam ukryć tożsamość moich bohaterów, zamaskować fakty, aby nikt nie rozpoznał w nich prawdziwych osób i zdarzeń.

Opisując codzienność pracy nauczycielki i tłumaczki w Leeds, tworzy pani makabryczny obraz społeczności imigrantów. Ciąża w wieku 15 lat jako "nic specjalnego", zdjęcie martwego noworodka wrzucone na Facebooka, nauczycielka zamordowana na lekcji przez ucznia. Historie o współczesnym niewolnictwie, bezdomności. Skąd się wzięła ta książka - ze złości, z bezsilności?

Z jednego i drugiego. Widać to zresztą w konstrukcji "Pani Kebab". Pierwsza część, poświęcona szkole, jest zdominowana przez wściekłość. W drugiej, opisującej moje doświadczenia jako tłumaczki, przeważa smutek i bezradność. Ta książka się ze mnie po prostu wylała, jest wypadkową zaskoczenia zastaną w Leeds rzeczywistością i niezgody na nią. Nie mogłam uwierzyć, że takie rzeczy mogą się dziać naprawdę. Mam wrażenie, że nikt nie mówi o problemach w szkolnictwie, o sytuacji imigrantów, którzy trafiają do niewolniczej pracy i spłacają nieistniejące długi, o kobietach zmuszanych do prostytucji. Zupełnie jakby warstwa społeczna, wokół której się obracałam, nie istniała.

Co przyciągnęło panią do Leeds?

Przyjechałam tam zupełnie spontanicznie, w odwiedziny do koleżanki. Miałam zostać na miesiąc, dwa, trochę popracować. Tymczasem tak się akurat złożyło, że w pierwszym tygodniu poznałam mojego obecnego chłopaka, zakochałam się i zostałam. Mieszkam tu już od 11 lat.

Ponad 95 proc. osób sprzątających w londyńskim metrze to imigranci. Trzy czwarte z nich to osoby czarnoskóre z Afryki; wielu z nich przybyło do Wielkiej Brytanii nielegalnie. To oni muszą sprzątać po samobójcach, którzy rzucają się na tory. W latach 2000 - 2010 było ponad 640 takich przypadków (fot. Ben Judah)

Jestem z wykształcenia nauczycielką i tłumaczką, chciałam pracować w swoim zawodzie. W Wielkiej Brytanii zaczynałam od pracy kelnerki, ale z czasem coraz bardziej chciałam wrócić do uczenia. Nie było to łatwe. Kto chciałby zatrudnić imigrantkę z Polski jako nauczycielkę angielskiego? Kiedy udało mi się dostać do szkoły, wiedziałam, że będę pracować z "trudną młodzieżą", ale czułam, że to jest jednak krok do przodu w mojej karierze zawodowej. Krok - jak się okazało - pierwszy i ostatni (śmiech), bo po tym doświadczeniu zrezygnowałam z uczenia.

Wytrzymała pani w szkole ponad trzy lata.

Na początku bardzo się bałam, że nie poradzę sobie językowo. Miałam sporo uczniów z Czech, Rosji, Słowacji. A dyrekcja szkoły uznała, że skoro pochodzę z Europy Środkowej, to świetnie znam języki, którymi te dzieci się posługują. To było pierwsze wyzwanie. Ostrzegano mnie, że w szkole uczą się także dzieci z patologicznych rodzin, ale nic nie było w stanie przygotować mnie na to, co tam zastałam. Moje pierwsze wrażenie mogę opisać jako stopniowe opadanie szczęki.

I co dalej?

Wszystko powszednieje. To strasznie dziwnie brzmi, ale z czasem oswoiłam się z codziennym poczuciem zagrożenia i niepewnością, co przyniesie kolejny dzień. Paradoksalnie dopóki dyrekcja podchodziła do sytuacji realistycznie, ta praca nie była wcale taka zła. Skoro taką mamy szkołę, taką mamy młodzież, musimy spróbować wycisnąć z tej sytuacji, ile się da.

Wiedzieliśmy, że nie zrobimy z nich olimpijczyków, ale czuliśmy, że możemy spróbować przekazać im wiedzę, która okaże się dla nich cenna w dorosłym życiu. Z czasem sytuacja w szkole się zmieniła, zaczęła ona funkcjonować w oparciu o model biznesowy. Pojawiła się presja "walki o wyniki", a dyrekcja uznała, że najważniejsze, by ilość przerobionego materiału odpowiadała odgórnie narzuconym wytycznym. Nikogo nie interesowało, czy uczniowie coś z niego zrozumieją, byleby wszystko zgadzało się w papierach. A oni sobie z taką ilością materiału i takimi oczekiwaniami po prostu nie radzili.

Pisze pani o tym, że podczas wizytacji z kuratorium uczniowie sprawiający największe problemy zostali wysyłani na "wycieczkę".

Do tej pory nie wierzę, że to się stało. Raz zabrali ich do McDonalda, kiedy indziej do wesołego miasteczka. Bali się, że jeśli będą w trakcie wizytacji na lekcjach, zepsują szkole reputację.

Kim byli pani uczniowie?

Szkoła znajdowała się w biedniejszej dzielnicy Leeds, brudnej, zaniedbanej. Uczniowie byli podzieleni na trzy grupy - byli tacy, którzy radzili sobie w miarę dobrze, ci, którzy mieli problemy z nauką, oraz moi uczniowie, uznawani za tzw. "beznadziejne przypadki". Większość to były dzieci imigrantów, część pochodziła z rodzin dysfunkcyjnych, zasiłkowych. Często były to dzieci zaniedbane, niedożywione, od małego bite. Jedna dziewczynka przez cały tydzień jadła wyłącznie ziemniaki, inny chłopiec nie rozumiał, jak można na śniadanie dostać na przykład płatki z mlekiem, bo sam jadł resztki z jedzenia na wynos, które ojciec przynosił do domu dzień wcześniej. Wiele dziewcząt zachodziło w ciążę w wieku 14-15 lat, nie zawsze wiadomo było z kim.

W Wielkiej Brytanii nie ma możliwości powtarzania roku. Słabszych uczniów przepycha się więc z klasy do klasy, niezależnie od tego, czy opanowali materiał, czy nie. Miewałam w grupie 13-14-latków, którzy wciąż mieli problemy z czytaniem i pisaniem. Stawiali w zeszycie kulfony na poziomie początkującego pierwszoklasisty. To były właśnie te przypadki, o których mówiło się, że "nie rokują". I ci uczniowie przechodzili z klasy do klasy, nie opanowując nawet podstaw, "bo po co". Wierzono, że oni i tak niczego się nie nauczą, więc lepiej skupić się na kimś, kto może coś z tych lekcji wynieść.

To uczniowie, których na starcie uważa się za przegranych. Nikt w nich nie wierzy, nikt się nie stara. Pani opisuje historię Vaneski, córki czeskich imigrantów, która z najgorszej uczennicy pod pani opieką wychodzi na prostą. Zastanawiam się, ile podobnych dzieciaków "przecieka nam przez palce", bo najzwyczajniej w świecie nie starcza czasu, by każdemu z nich poświęcić wystarczającą uwagę.

To jedna z największych tragedii tego zawodu - patrzeć na te wszystkie dzieci, które zostają z tyłu tylko dlatego, że brakuje czasu i narzędzi do pracy. Jestem przekonana, że większości z nich można pomóc, ale nikt nie miał na to ani czasu, ani siły. Uczniów było zwyczajnie za dużo.

Londyn (fot. Jose Maria Cuellar / bit.ly/1TOw8EM / CC BY-SA 2.0)

Pisze pani, że dzieciaki na większość pytań odpowiadały: "A do keeee", czyli "I don't care" - mam to w nosie, nie obchodzi mnie to. Jak dotrzeć do kogoś, komu na niczym nie zależy?

Do tej pory nie znalazłam na to pytanie dobrej odpowiedzi. Można próbować, chyba tylko tyle. Uczniowie te próby dostrzegają, nawet jeśli pozornie nic do nich nie dociera. Są uważnymi obserwatorami.

Kiedy mogłam, planowałam sama lekcje i wymyślałam taki sposób przedstawienia materiału, który byłby dla nich atrakcyjny. Modyfikowałam listę lektur. Czasami oglądaliśmy filmy i o nich później dyskutowaliśmy. Wychodziliśmy ze szkolnych ławek. Zamiast czytać jakiś dramat, odgrywaliśmy go z podziałem na role. Angażowałam ich do analizy tekstu, rozmawiając na przykład o piosence rapowej. To przynosiło efekty. Pamiętam zajęcia, podczas których puściłam im "Another Brick In The Wall" Pink Floyd. Nigdy wcześniej tego nie słyszeli. Mieliśmy bardzo ciekawą rozmowę na temat tego, na ile warto być tą przysłowiową "cegłą w murze". Uczniowie byli niezwykle zaangażowani, bo poczuli, że mówimy o czymś, co mogą odnieść do swojego życia. A to były dzieciaki, które podczas "normalnej" lekcji na moje pytania odpowiadały zwykle: "Shut up" albo "Fuck off".

Co się z pani uczniami dzieje dzisiaj?

Wciąż widuję ich na ulicach Leeds i to są zwykle bardzo miłe spotkania. Nawet największe zakapiory z uśmiechem witają się ze mną i pytają, co słychać. Bardzo miło ich teraz wspominam, może dlatego, że przyglądam się im z dystansu. Przykre wspomnienia wyblakły, został sentyment. Staram się nie wypytywać ich o przyszłość, ale wiem, że część z nich poszła do college'u, pozakładała własne firmy, mają swoje rodziny. Spotykam czasami też Vaneskę, dziewczynę osaczoną przez matkę, która wmawiała jej od małego, że nic nie osiągnie. U niej niestety bez zmian.

Pierwszą część książki poświęca pani młodzieży, której "nie zależy". Druga to opowieść o tych, którym zależy, ale świata to nie interesuje. Miałam wrażenie, że historie ludzi, których pani spotyka, pracując jako tłumaczka, mogłyby być opowieściami niektórych pani uczniów za kilka lat - ludzi spisanych na straty najpierw przez system szkolnictwa, potem - przez instytucje państwowe.

Mogłoby tak być, prawda? Być może już na starcie te dzieciaki predestynowano do życia na  marginesie. Jako dorośli walczą o siebie i nawet w obliczu kompletnej beznadziei wciąż tli się w nich iskierka nadziei. Jeśli jednak od zawsze powtarzano ci, że jesteś na straconej pozycji, że nie masz szansy na zmianę swojej sytuacji, trudno ci tak naprawdę uwierzyć, że może być inaczej.

Biblioteka w Leeds (fot. Mtaylor848 / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)Biblioteka w Leeds (fot. Mtaylor848 / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Zderzenie się z tym światem było dla mnie szokiem. Przecież teoretycznie każdy z nas wie, że istnieje bieda, że ludzie bywają zmuszani do niewolniczej pracy, do spłacania nieistniejących długów. Słyszymy o gangach handlujących ludźmi, o prostytucji, ale dopóki nie zetkniemy się z tymi osobami twarzą w twarz, nie jesteśmy w stanie tego pojąć. Nie miałam pojęcia, jak rozwinięte jest w Europie współczesne niewolnictwo.

Jak wielu osób dotyczy to zjawisko?

Pracowałam przez pewien czas w ośrodku, który zajmował się ofiarami niewolnictwa. Słyszałam takich historii bardzo wiele. Wszystkie są do siebie niestety nużąco podobne. Lew Tołstoj powiedział, że wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób. Ale ja, spotykając się z ludźmi, którzy przeżyli piekło niewolnictwa, miałam wrażenie, że w gruncie rzeczy opowieść każdego z nich układała się w podobny schemat: bieda, desperacja, wyjazd, niewolnictwo. Przyczyną wyjazdu i nieodłącznie z nim związanej desperacji mogą być długi, bezdomność, wyjście z więzienia i brak perspektyw w kraju. Koniec jest zawsze taki sam - ląduje się w jakimś ciasnym pokoju, pracuje się ponad siły, nie dostaje się pieniędzy, czasami nawet jedzenia ani picia.

Według oficjalnych statystyk liczba osób zmuszanych na Wyspach do niewolniczej pracy wynosi ponad 11 tysięcy. Znaczący procent w tej grupie stanowią Polacy. To była w pewnym momencie wręcz plaga. Teraz ostrzeżenia przed fałszywymi agencjami pośrednictwa pracy, które porywają ludzi, pojawiają się nawet na lotniskach. Wprowadzono dodatkowe procedury bezpieczeństwa, przeprowadza się akcje uświadamiające, np. każdą osobę, która przyjeżdża do Wielkiej Brytanii do pracy po raz pierwszy, pyta się, czy wie, do kogo leci i w jakim celu. Przekazuje się jej także numer alarmowy, pod który może zadzwonić, gdyby działo się coś niepokojącego. Świadomość problemu rośnie.

Kiedy w takich sytuacjach pojawia się tłumacz?

Wiele osób wyjeżdża do Wielkiej Brytanii, nie znając języka. Istnieją miejsca, w których pracują na przykład wyłącznie Polacy. Mogą przez wiele lat mieszkać na Wyspach i nie mówić po angielsku. Tworzą się enklawy, mieszkają razem, emigranci wspierają się, chodzą razem na zakupy do polskiego sklepu i funkcjonują do pewnego stopnia w odcięciu od Brytyjczyków. Przyznam, że podziwiam tych ludzi. Nie wytrzymałabym nerwowo, mieszkając w miejscu, w którym nie potrafię się porozumieć. Oznaczałoby to dla mnie życie w ciągłym strachu i chyba poniżeniu, bo wciąż byłabym skazana na pomoc innych.

Stacja kolejowa w Leeds (fot. Tejvan Pettinger / Wikimedia.org / CC BY 2.0)Stacja kolejowa w Leeds (fot. Tejvan Pettinger / Wikimedia.org / CC BY 2.0)

Kiedy imigrant nieznający języka angielskiego zostaje zmuszony do kontaktu z policją, sądem czy służbą zdrowia, potrzebny jest tłumacz. Państwo zapewnia jego wsparcie w niektórych sytuacjach - u lekarza, dentysty. Tłumacz przysługiwał też podczas załatwiania spraw w urzędach, szpitalu, sądzie, na policji, ale obecnie się to zmienia w związku z cięciami budżetowymi.

Pani jest pośrednikiem między człowiekiem a państwem. Jak się czuje tłumacz, który przekazuje komuś wieści o śmierci bliskiej osoby, o wyroku dożywotniego więzienia?

Strasznie. Nie ma na to innego słowa. To ode mnie ci ludzie słyszą czasami najgorsze rzeczy w ich życiu. Jestem zobowiązana wypowiedzieć słowa, które aż parzą mnie w usta. Mam wrażenie, że przekraczam jakąś barierę intymności, naruszam cudzą prywatność.

Mówi pani, że wszystkie historie są do siebie podobne, ale mi w głowie szczególnie mocno utkwiła jedna, która mocno różniła się od reszty. Chodzi mi o Jolę, kobietę, która w Polsce miała stałą pracę, własną firmę i ustatkowane życie osobiste. Później porzucił ją mąż, który odebrał jej oszczędności całego życia. Bez grosza przy duszy, sama, wyjechała do Wielkiej Brytanii z nastawieniem, że przecież gorzej być nie może. Trafiła tam na gang, który zmuszał ją do prostytucji. Uzależniła się od alkoholu. Miała szczęście, że została uratowana, ale przecież jej życie jest zniszczone.

Dla mnie to też była najtragiczniejsza z opisanych przeze mnie historii. Chyba jest coś takiego w ludzkiej naturze, że będąc świadkiem cudzego nieszczęścia, racjonalizujemy sobie, że ta osoba musiała zrobić coś, co sprawiło, że jej losy potoczyły się tak, a nie inaczej. To nam daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa, kontroli nad naszym własnym życiem. Historia Joli pokazuje, że można wszystko stracić ot tak, zupełnie przez przypadek. Nawet jeśli wydaje nam się, że mamy spokojne, uporządkowane życie, otaczają nas bliscy ludzie, którym ufamy. To było chyba najbardziej przerażające.

Ilością wrażeń, jakich dostarczyła pani praca, mogłaby pani obdzielić kilka osób. Nie miała pani w pewnym momencie poczucia, że to już za dużo?

Paradoksalnie zawód tłumaczki jest dużo mniej stresujący niż praca nauczycielki. Wiem, czego się spodziewać danego dnia. Mam czas, żeby przygotować się do każdej sytuacji i później się uspokoić, zapomnieć o niej. Poza tym człowiek jednak z czasem hoduje grubszą skórę. Uczę się oddzielania pracy od życia prywatnego, choć jeszcze nie zawsze mi się to udaje. Bardzo lubię moją pracę, mam wrażenie, że robię coś przydatnego.

Sprawdź cenę książki "Pani Kebab" w Publio.pl>>>

Książka Kamili Czul 'Pani Kebab' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czerwone i Czarne (fot. materiały prasowe)Książka Kamili Czul 'Pani Kebab' ukazała się nakładem Wydawnictwa Czerwone i Czarne (fot. materiały prasowe)

A pisanie?

Też stało się bardzo ważne. Pracuję obecnie nad nową książką, tym razem będzie to typowa powieść, coś kompletnie zmyślonego i lekkiego, żeby pozwolić mojej głowie odpocząć po "Pani Kebab".

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Kamila Czul. Nauczycielka i tłumaczka języka angielskiego, absolwentka Wydziału Kultury i Literatury Angielskiej i Amerykańskiej Uniwersytetu Śląskiego. Laureatka dwóch nagród Chartered Institute of Linguistics. Pochodzi z Kóz pod Bielskiem-Białą, od jedenastu lat mieszka i pracuje w Leeds.

Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (64)
Zaloguj się
  • semigetuza

    Oceniono 27 razy 21

    jestem już starszym panem. Z czasów swej mlodosci pamiętam opowiadania Rodakow, którzy w czas wojny byli w GB. Niby ich pozycja odmienna - byli zolnierzami, walczyli ze wspólnym wrogiem, ale. Z opowiadan tych ludzi /już nie zyja/ wylanial sie dokładnie taki sam obraz relacji polsko-angielskich. Calkowite niezrozumienie realiów społeczeństwa brytyjskiego, pogarda dla "tych głupich Angoli, których tylki ochroniliśmy. bez nas przegrali by wojne". A po zakonczeniu wojny calkowita bezradności i nieumiejetnosc odnalezienia sie w nowym swiecie, wyjątki tylko sobie radzily. Przykład Pana Zumbacha - gwiazdy 303, swietnego pilota, który skonczyl jako przemytnik diamentow w Kongo.
    Mysle, ze mimo upływu blisko 80 lat, nasz problem jest wciąż ten sam. zacofanie kulturowe i cywilizacyjne, z którego po cichu zdajemy sobie sprawę, nie przyznając sie do tego przed samym sobą. Obsrwowalem to wszędzie, gdzie spotkałem Rodakow - w Kanadzie, Francji, Niemczech, Rumunii, w Afryce, niesiemy w sobie zagubienie i lek przed swiatem. Jak to opowiadal mi pewiem człowiek, który w Havanie w latach 30-tych spotkal grupe polskich chlopow, zagubionych, przerażonych "na zatracenie my tu przyjechali panie, na zatracenie".
    Wielka wina obarczam polskie placówki dyplomatyczne - obojętnie i wręcz wrogo nastawione do Rodakow w potrzebie. Smutne to, ze rozmowy z Pania Kamila widać, ze lata plyna, a my wciąż tacy sami - przedwczorajsi.

  • naturelovers

    Oceniono 22 razy 20

    Jakże ja ją rozumiem. Jestem tłumaczem w Irlandii. Większość kolegów po fachu albo stało się zgorzkniałymi, zimnymi automatami do tłumaczenia, którzy kompletnie wyzbyli się współczucia, albo zwyczajnie odeszli z zawodu. Gdyby nie medytacja, sam nie dałbym rady. Codzienne obcowanie z ludzką tragedią jest wyniszczające emocjonalnie. Dopóki nie zabrałem się także za tłumaczenia pisemne, w zasadzie miałem do czynienia wyłącznie z ludźmi zgnębionymi. Czy to w sądzie, czy to w szpitalu, każda z tych osób była w jakiś sposób biedna. Wielką sztuką było zachować równowagę między profesjonalnym brakiem zaangażowania, a człowieczeństwem.
    Ja także spisuję historie, których doświadczam. Czuję się jak ksiądz. Znam życie od podszewki, poznaję je takim, jakim naprawdę jest. Zaglądam ludziom pod kołdrę...

    Kiedyś mam nadzieję będzie z tego sztuka.

  • Gosia Kana

    Oceniono 20 razy 14

    Spora liczba emigrantów wybiera życie w obcym kraju bez znajomości języka świadomie i nawet nie próbuje się tego języka uczyć. Z jednej strony jest to niechęć i pewne zażenowanie, że nie potrafią się posługiwać angielskim (mówię o Kanadzie) czy francuskim, z drugiej - przekonanie, że tak naprawdę nie jest to potrzebne, bo przecież w razie czego rodacy pomogą. Zaobserwowałam również pewną pogardę dla gospodarzy, ciągłą krytyke i poczucie własnej wyższości nad wszystkimi innymi nacjami.. Z tą pomocą to jest różnie. Pogarda, niskie bądź co bądź uczucie, budzi niesmak i niechęć w gronie rrozmówców. Siłą rzeczy tworzą się getta etniczne - i to nie tylko w środowiskach polskich. Po co więc tu nadal są jeśli tak jest im źle, nic się nie podoba i nie doceniają tego, co jest im oferowane - może właśnie dlatego, że nie rozumieją o co tu w ogóle chodzi?

  • 500_zl_na_kazde_dziecko

    Oceniono 14 razy 12

    Ja jestem chyba jakiś nienormalny, 12 lat w Leeds i Yorkshire i wyobraźcie sobie ani razu nie skorzystałem z usług tłumacza! Troje dzieci odchowanych, dwoje skończyło w Anglii studia i tam pracują, najmłodszy syn studiuje, zrobił licencjat, został na uczelni jeszcze rok na Masterze (studia magisterskie) bo jak powiedział "on tak lubi swój uni i science (nauki ścisłe)". Może szału nie było i zdarzało mi się pracować jako popychadło za NMW (najniższą krajową) ale zawsze miałem pensję wypłaconą co do pensa, nikt mi żadnych długów odrabiać nie kazał, do prostytucji ani niewolnictwa nie przymuszał. Od półtora roku mieszkam w kraju i powiem znów coś niepopularnego, to jak Polska rozwinęła się przez ten czas kiedy mnie nie było to jest obłęd. Wyjeżdżałem z wielkiego zagłębia bezrobocia, dziś widzę rozwijający się kraj który pod pewnymi względami przegonił W. Brytanię.

  • cxubmsqq1

    Oceniono 26 razy 8

    Mieszkam w UK od prawie 30-tu lat, wydaje mi sie, iz znam tutejsza rzeczywistosc ciut lepiej od pani nauczycielki/tlumacz.

    1. Nikt nikogo nie zmusza do emigracji. Jesli ktos podejmuje taka decyzje to powinien pomyslec o konsekwencjach. Trudno mi naprawde zalowac tak Polakow, jak Pakistanczykow/Jamajczykow/etc. za zamykanie sie w swych gettach. Ich wybor.

    2. Jak juz kilku forumowiczow napisalo - Polacy to dosc specyficzny narod. Zadufany, roszczeniowy, chamski, rasistowski, prymitywny. Takich jest okolo 90% Polakow, ktorych mialem (nie)szczescie spotkac w ciagu tych wielu lat. To nie pomaga w spokojnym zyciu, gdzie tlumacz jest zbedny. Aha, czy w Polsce taka Ukrainka tez ma za darmo tlumacza w sadzie czy u dentysty? Watpie.

    3. System szkolnictwa w UK jest inny niz w Polsce, ale tak jak w kazdym kraju sa dzieci super zdolne, zdolne, przecietne, slabe badz opoznione w rozwoju. Tymi ostatnimi zajmuje sie panstwo doplacajac ogromne pieniadze dla ekstra specjalistow, psychologow, itp. Fakt, iz sa ciecia w budzecie, ale uwazam, iz system jest o niebo lepszy niz np. w Polsce. W Polsce mam rodzine, wiem na co ida pieniadze z kuratoriow (katecheci, sale modlitwy, patriotyczne msze/szopki/przedstawienia, itp.).

    4. Epatowac ludzkim nieszczesciem jest latwo, ludzie lubia czytac takie 'sensacje'. Jako tlumacz czy nauczyciel w 'trudnej szkole/dzielnicy' wlasnie taka sie ma percepcje. Autorka mogla sprobowac uczyc w 'lepszej szkole', awansowac, zobaczyc troche inny swiat. Tlumaczem tez nie musi byc. Moze tez przeciez wrocic do Polski i napisac jak sie uczy w polskiej szkole badz jak sie jest tlumaczem zatrudnionym przy pomocy obcokrajowcom, Ukraincom, Bialorusinom, itd.

  • wezyronly

    Oceniono 10 razy 8

    Czytałam o tej szkole - zupełnie jak o polskiej... Wiem coś o tym po 20 latach pracy w oswiacie.

  • Tadeusz Maciejski

    Oceniono 7 razy 7

    a Polacy sie dziwia jak sie pijakowm i agresotom bijącym dzieci, niewydolnych wychowawczo zabiera si edzieci. Lepiej zabrac i dac szanse na zycie

  • kordian1849

    Oceniono 13 razy 7

    O niedoli emigrantów pisał Sienkiewicz w Za chlebem, z powodu biedy podejmowane są skrajne decyzje; jedni kradną, inni ciężko pracują, a jeszcze inni wyjeżdżają, licząc, że za granica będzie lepiej. Niektórym udaje się, a innym nie. Tym, którym nie udaje się jest jeszcze gorzej, bo pozostawili za sobą znajomych. Ludzie, którzy nie znają języka mają jeszcze większe problemy... Pani Kebeb jest tłumaczem, a sama przyznaje, że śmiali się z niej z powodu jej akcentu ( no i zrezygnowała z pracy...). O ból głowy przyprawia naiwność pani Kebab, ludzie ze społecznych nizin mają problemy za granicą. Proszę sobie wyobrazić, na jakie trudności napotykają ludzie z nizin społecznych w rodzimym kraju, skoro decydują się pozostać za Odrą. Jak bardzo są zdesperowani. Pani Kebab uwypukla co prawda różnice w mentalnościach, mówiąc o takich szczegółach jak ,przepychanie' do następnej klasy i jednoczesnie ignorując pryncypia systemow edukacyjnych. W jednym kraju nacisk polożony jest na indywidualny rozwój, na pracy nad umiejetnościami. W tym drugim kraju chodzi bardziej o nauczanie opierające się o przekazywanie informacji i o bycie lepszym. Pani Kebab -droga nauczycielko i tlumaczko-, w Anglii wizytacje szkół przeprowadzane są przez Ofsted (Urząd ds. Standardów w Edukacji), który wyłącznie zajmuje się jakością nauczania, podczas gdy kuratorium polskie ma znacznie szerszy zakres działania. Podejrzewam, że Pani przedobrzyła, mówiąc o ,kuratorium.'

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX