Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Wystawa 'TypoPolo'

Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Wystawa 'TypoPolo' (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

wywiad Gazeta.pl

Od Antykwy Półtawskiego do Apolonii, czyli czcionka i krój pisma a sprawa polska

Debata nad tym, jak miałyby wyglądać "narodowe" litery, trwała dość długo. Wybrano antykwę kojarzącą się z kulturą romańską i francuskim oświeceniem. Można to interpretować jako próbę wpisania się w tę tradycję - mówi historyczka sztuki i kuratorka Agata Szydłowska. W swojej najnowszej książce "Od solidarycy do TypoPolo" dowodzi, że krój pisma mówi o nas samych dużo więcej, niż moglibyśmy się spodziewać.

Denerwuje panią, gdy ktoś mówi "czcionka" zamiast "krój pisma"?

(śmiech) Już się przyzwyczaiłam. Kiedyś byłam dużo bardziej rygorystyczna - walczyłam ze studentami i redaktorami o to, aby używać tych słów we właściwy sposób. Z językiem nie da się jednak wygrać. Zresztą gdy pisząc na komputerze, wybieramy w programie Word krój pisma, klikamy na "czcionka", sprawa jest więc już i tak przegrana.

Cofnijmy się do czasów, w których drukarze korzystali jeszcze z metalowych czcionek. Niewiele osób wie, że pierwszy krój pisma tworzony z myślą o języku polskim powstał dopiero w latach 20. ubiegłego wieku.

Sam pomysł pojawił się wcześniej, bo w wieku XIX. Joachim Lelewel pisał wówczas, że czas stworzyć czcionkę prawdziwie polską. Długo korzystano bowiem z importowanych materiałów drukarskich poszerzonych o charakterystyczne dla naszego języka znaki diakrytyczne, czyli ogonki i kreski przy ą, ć, ę, itd. Stworzenie polskiej czcionki stało się możliwe dopiero po odzyskaniu niepodległości i było jednym z narzędzi, które miały zjednoczyć zróżnicowane społeczeństwo pochodzące z trzech różnych zaborów i wywodzące się z różnych klas społecznych.

Z lewej podobizna Joachima Lelewela. Z prawej tablica upamiętniająca historyka na Kamienicy Lelewelów (Dulfusowskiej) przy ul. Długiej 4 w Warszawie (fot. CBN Polona / Wikimedia.org / Domena publiczna / Adrian Grycuk / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0 pl)Z lewej podobizna Joachima Lelewela. Z prawej tablica upamiętniająca historyka na Kamienicy Lelewelów (Dulfusowskiej) przy ul. Długiej 4 w Warszawie (fot. CBN Polona / Wikimedia.org / Domena publiczna / Adrian Grycuk / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0 pl)

A więc krój pisma może mieć znaczenie polityczne?

Jak najbardziej, a w tym przypadku nawet państwotwórcze. Ówcześni intelektualiści, drukarze i typografowie wierzyli najwyraźniej, że to język jest kluczowym wyznacznikiem tożsamości narodowej. Nowa czcionka miała stać się - obok innych przejawów "państwowotwórczej" kultury i sztuki - czynnikiem scalającym niejednorodne społeczeństwo.

Debata nad tym, jak miałyby wyglądać "narodowe" litery, toczona przez humanistów, drukarzy, typografów, trwała dość długo. W poszukiwaniu stylu narodowego sięgnęli oni najpierw do folkloru, jak to zwykle wówczas czyniono, wierząc, że lud w cudowny sposób przechowuje prawdziwą esencję narodu. Pismo, które nawiązywałoby do sztuki ludowej, byłoby jednak dość nieczytelne. W końcu Adam Półtawski, popularny w międzywojniu grafik i typograf, po wielu próbach i błędach wziął na warsztat jeden z zachodnich krojów - antykwę - i zmodyfikował litery tak, aby - jego zdaniem - dopasować je do naszego języka.

Co znaczy w tym wypadku "dopasować"? Tekst zapisany w języku polskim charakteryzuje się pod względem wyglądu czymś szczególnym?

Specjaliści nie są w tej kwestii zgodni. Półtawski zaobserwował, że w naszym języku bardzo często sąsiadują ze sobą litery składające się z ukośnych kresek, np. k i y, przez co pojawia się wrażenie białych plam, na czym traci jednolita szarość tekstu - możemy to sprawdzić, mrużąc oczy podczas czytania. Niektórzy typografowie uważają, że łam, który nie ma "białych dziur", jest bardziej estetyczny od niejednolicie zaczernionego. Półtawski zaprojektował znaki z ukosami tak, by stały się bardziej obłe, a co za tym idzie, aby "zatkały" te puste przestrzenie. Myślę jednak, że dla przeciętnego czytelnika, który nie zajmuje się typografią, zwiększenie szarości tekstu jest niemalże niedostrzegalne.

Antykwa Półtawskiego (fot. Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)Antykwa Półtawskiego (fot. Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Język polski był od zawsze zapisywany przy pomocy alfabetu łacińskiego. Z pani książki wynika jednak, że gdy Półtawski projektował nowy krój, sięgnięcie po łacinkę miało szczególne znaczenie?

Pamiętajmy, że polskie ziemie, będące długo częścią trzech różnych zaborów, zamieszkiwało wielokulturowe społeczeństwo. Na ulicach naszych miast można było spotkać teksty zapisane alfabetem hebrajskim czy - w zależności od zaboru - cyrylicą lub pismem gotyckim. Dlatego też praca nad nowym krojem opartym na "łacince" była pewnego rodzaju deklaracją, w konsekwencji czego, niestety, wykluczono społeczność nieposługującą się pismem łacińskim. Opowiedzieliśmy się w ten sposób jednoznacznie po stronie cywilizacji zachodniej.

Warto zwrócić również uwagę, że wybrano konkretny styl pisma łacińskiego, a mianowicie antykwę, kojarzącą się z kulturą romańską i francuskim oświeceniem. Można to interpretować jako próbę wpisania się w tę tradycję, a zarazem odrzucenie choćby niemieckiego romantyzmu i pisma gotyckiego. Były to jednak, jak sądzę, sprawy ważne przede wszystkim w kraju. Jeśli chodzi o politykę międzynarodową, istotne było przekazanie obrazu Polski jako nowoczesnego kraju o jednolitej i odrębnej kulturze, kraju, który niejako "zasługiwał" na niepodległość.

Polska antykwa stała się czymś więcej niż tylko tymczasową ciekawostką?

W PRL-u przez długi czas wykorzystywano ją jako tak zwane pismo akcydensowe, przydatne do tworzenia tytułów itd. Wbrew intencjom twórcy niechętnie składano nią dłuższe teksty, chyba jednak była na to zbyt dziwaczna. Można się zresztą zastanawiać, czy używanie Antykwy Półtawskiego nie wynikało aby z ograniczonych zasobów drukarni, które w trakcie wojny poniosły wielkie straty. 

Tomasz Wełna prezentuje zaprojektowaną przez siebie czcionkę 'Apolonia' (fot. Joanna Bosakowska / Agencja Gazeta)Tomasz Wełna prezentuje zaprojektowaną przez siebie czcionkę 'Apolonia' (fot. Joanna Bosakowska / Agencja Gazeta)

Przedsięwzięcie Półtawskiego to niejedyna próba stworzenia typowo polskiego kroju. Wspomina pani o współczesnym nam Tomaszu Wełnie, który w 2010 roku zaprezentował światu pismo o nazwie Apolonia. W swojej książce mocno się pani dystansuje od tego przedsięwzięcia.

Faktycznie, było ono dosyć specyficzne. Sam autor w którymś z wywiadów wspominał, że elementy liter miały nawiązywać do skrzydeł orła białego z polskiego godła. Można zatem sądzić, że projekt miał zaspokoić jakąś potrzebę stworzenia kroju wręcz patriotycznego, chociaż sam Wełna tak o nim nie mówi i - pamiętajmy - projekt ten powstał długo przed boomem na produkty z hasłem "patriotyzm".

Autor spotkał się w środowisku projektantów ze sporą krytyką, wynikała ona jednak raczej nie z różnic światopoglądowych, a z niedoskonałości stworzonych przez niego liter. Specjaliści zidentyfikowali szereg błędów, takich jak niedopracowane odstępy między parami znaków czy zbytnia dekoracyjność, która może rozpraszać czytelnika. Jeśli ktoś potrzebuje jednak tego typu arcynarodowego kroju, to czemu nie? Zaznaczę jednak, że współcześnie projektowanie liter to działalność, której ostateczny efekt staje się produktem rynkowym. W sieci roi się od najrozmaitszych fontów, czyli elektronicznych nośników kroju pisma, dostępnych za opłatą. Tworzenie krojów, których będą używać tylko Polacy, nie jest do końca opłacalne.

W ostatnich latach graficy chętnie sięgają po estetykę znaną z PRL-owskich szyldów. Pisze pani choćby o kroju Zegarmistrz wzorowanym na napisie, który znajdował się nad jednym z warszawskich lokali usługowych. Można to traktować jako próbę rehabilitacji, odzyskiwania tego, co było w PRL-u godne naśladowania?

Na najprostszym poziomie możemy to interpretować jako jeden z przejawów mody na retro. Twierdzę jednak, że na tym sprawa się nie kończy. W tym odwoływaniu się do PRL-u uwaga projektantów często skupia się na późnych latach 50. i wczesnych 60., czyli okresie odwilżowego modernizmu. Ówcześni twórcy prezentowali bardzo postępowy, ale i utopijny punkt widzenia, twierdzili, że estetyka miejsc, w których żyjemy, może współtworzyć lepsze, równościowe społeczeństwo. Bliska im była idea piękna na co dzień, stąd na przykład często dziś podziwiane spektakularne dekoracje banalnych budynków, takie jak chociażby neony.

Napis 'Solidarność' napisany solidarycą (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)Napis 'Solidarność' napisany solidarycą (fot. Wikimedia.org / Domena publiczna)

Tyle tylko, że z perspektywy całej kultury wizualnej PRL-u wybitne realizacje z czasów odwilży stanowią naprawdę drobny ułamek, wręcz margines. Być może zainteresowanie projektami z tamtych lat to dowód tęsknoty za nigdy niezrealizowaną obietnicą harmonijnego społeczeństwa żyjącego w funkcjonalnym, dobrze zaprojektowanym otoczeniu.

Z PRL-u pochodzi jednak również "solidaryca", jak zwykło się określać pismo wzorowane na logotypie Solidarności autorstwa Jerzego Janiszewskiego. Podobno pierwotny znak powstał spontanicznie, pod wpływem chwili?

Oddzielenie mitu od rzeczywistości jest w przypadku wydarzeń związanych z początkiem Solidarności bardzo trudne. Można w tę spontaniczność powątpiewać, bo Janiszewski był w 1980 roku, kiedy powstał wspomniany znak, studentem gdańskiej ASP, dysponował więc pewnie solidnym warsztatem. Projekt wygląda na bardzo przemyślany, choć imituje odręczne pismo wykonane niedbale przy pomocy farby.

Początkowo był to zresztą plakat, a nie znak. Komitet strajkowy tak go polubił, że "wytapetował" nim salę, w której odbywały się negocjacje z rządem. Traf chciał, że były tam również kamery zagranicznych telewizji, więc już wkrótce cały świat poznał solidarnościowy logotyp. Stał się on, obok wizerunku Lecha Wałęsy, najbardziej rozpoznawalnym wizualnym symbolem zmian, jakie zaszły w naszym kraju w latach 80. Autor narzekał zresztą, że jego dzieło szybko wymknęło się spod kontroli.

Solidarycę znajdziemy choćby w bliźniaczo podobnych logotypach zagranicznych ugrupowań, np. brytyjskiej Solidarity Trade Union czy węgierskiej partii opozycyjnej Magyar Szolidaritás Mozgalom - Węgierskiego Ruchu Solidarności.

Z ostatnim z przykładów wiąże się akurat ciekawa historia. Przedstawiciele rządu Orbana wysłali kilka lat temu do przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność", Piotra Dudy, list, w którym sugerowali, że Szolidaritás bezprawnie wykorzystuje stworzony przez Janiszewskiego znak i przeczy swoimi działaniami wartościom propagowanym przez Solidarność. Prosili również, aby NSZZ podjął w tej sprawie jakieś działanie. Nie spotkało się to chyba jednak z zainteresowaniem przedstawicieli związku.

Solidaryca na plakacie promującym serię demonstracji 'Okupuj Wall Street' (fot. Missbrainwash / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)Solidaryca na plakacie promującym serię demonstracji 'Okupuj Wall Street' (fot. Missbrainwash / Wikimedia.org / CC BY-SA 3.0)

Chodziło tutaj oczywiście o walkę polityczną. Zwolennicy Orbana mogli się spodziewać, że władze dzisiejszej, mocno konserwatywno-prawicowej Solidarności wesprą ich w walce z opozycją.

Logotyp Solidarności okazał się zresztą bardzo podatny na przeróbki, świetnie sprawdza się w rozmaitych internetowych remiksach.

Owszem, a przy tym sam styl jest na tyle rozpoznawalny, że od razu wiemy, do czego nawiązuje autor danego mema. Weźmy choćby grafikę "Bangladeszowość", która komentuje fakt, że koszulki zamówione przez polski rząd z okazji 25. rocznicy pierwszych demokratycznych wyborów zostały wykonane w Bangladeszu, najpewniej w fabryce wyzyskującej robotników. Czyli celebracja ruchu robotniczego odbywa się kosztem życia i zdrowia robotników na drugim końcu świata.

Z tej samej okazji Coca-Cola wypuściła limitowaną edycję butelek opatrzonych wykonanym solidarycą napisem "Smak wolności". Brzmi jak niezamierzenie ironiczny komentarz dotyczący polskiej transformacji.

To było dość kuriozalne. Pamiętam, że kancelaria prezydenta Komorowskiego chwaliła się na swojej stronie, że do obchodów rocznicy włączyła się marka, która przez wiele lat kojarzyła się z wolnością i była obiektem naszych pragnień związanych z dołączeniem do grona państw demokratycznych. Czyli o to walczyli robotnicy? O wolność do konsumpcji? Pomijam fakt, że zarówno Pepsi, jak i Coca-Cola były od lat 70. dostępne również w Polsce.

Rząd Platformy Obywatelskiej oraz Bronisław Komorowski w ogóle chętnie sięgali po solidarycę. Nawiązuje do niej choćby logo promujące polską prezydencję w Unii Europejskiej z 2011 roku, wykonane przez samego Janiszewskiego.

Dobrze wpisywało się to w opowieść o sukcesie polskiej transformacji i pomagało w kreowaniu wizerunku demokratycznego "prymusa" pośród państw Europy Środkowo-Wschodniej. Trudno się dziwić, że postawiono właśnie na solidarycę: jest rozpoznawalna na świecie, ma biało-czerwone barwy, kojarzy się na Zachodzie jednoznacznie pozytywnie. I w pewnym sensie łączy różne środowiska, choć nie jest to oczywiście takie proste. Gdy przy okazji Czarnego Protestu w 2016 roku demonstrantki użyły tego stylu pisma do stworzenia transparentów, władze konserwatywnie usposobionego NSZZ uznały, że stało się to bezprawnie. Janiszewski stwierdził natomiast, że nie ma nic przeciwko. Tym samym znakiem lub stylistyką posługują się, jak widać, środowiska o skrajnie odmiennych poglądach.

03.10 2016 r. Strajk kobiet - 'Czarny Poniedziałek' - w Bielsku-Białej (fot. Agnieszka Morcinek / Agencja Gazeta)03.10 2016 r. Strajk kobiet - 'Czarny Poniedziałek' - w Bielsku-Białej (fot. Agnieszka Morcinek / Agencja Gazeta)

Do kogo więc tak naprawdę należy pod względem formalnym solidaryca?

Trudno to jednoznacznie stwierdzić. Z jednej strony mamy bowiem NSZZ "Solidarność", który ma prawo do posługiwania się znakiem, z drugiej - Jerzego Janiszewskiego, któremu przysługują prawa osobowe do projektu. A sama solidaryca ma też, z punktu widzenia prawa autorskiego, niejednoznaczny status: nie wiadomo, czy jest to inspiracja, czy opracowanie. W swojej książce wskazuję na rozmaite kontrowersje związane z korzystaniem ze znaku oraz samej stylistyki, w jakiej został stworzony. Zostawmy to jednak prawnikom. Solidaryca jest jako znak na tyle pojemna, że można w nią wpisywać różne znaczenia. Ja nie jestem prawniczką i z mojej perspektywy należy ona do wszystkich.

Poświęca pani sporo miejsca tak zwanemu TypoPolo, czyli typograficznemu odpowiednikowi disco polo, który kojarzy się z drobnym biznesem z lat 90. Co pani czuje, gdy widzi pani dość nieporadnie zaprojektowane szyldy i napisy stworzone przy użyciu samoprzylepnych liter? Rozbawienie, niesmak?

Ani jedno, ani drugie. Podchodzę do tego ze spokojem. Swoją książkę napisałam z perspektywy antropologicznej, a antropolodzy nie oceniają zjawisk pod względem estetycznym, lecz próbują je zrozumieć i zastanowić się, co mówią one o ludziach.

Jeśli spojrzymy na TypoPolo z perspektywy użytkownika, zdamy sobie sprawę z tego, że być może nasze kryteria poprawności lub profesjonalizmu są tutaj zupełnie nie na miejscu.

Dlatego nie lubię określenia "amatorski". "Zawodowstwo" często nie jest tu bowiem niczyją ambicją. Jeśli ktoś chce zareklamować swój sklep przy pomocy naprędce skleconego napisu, to nie ma w tym przecież nic złego.

Warszawa. Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Kurator wystawy 'TypoPolo' Rene Wawrzkiewicz (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)Warszawa. Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Kurator wystawy 'TypoPolo' Rene Wawrzkiewicz (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Nie wszyscy są chyba jednak tego samego zdania...

Słyszałam kiedyś podczas dyskusji, w której brał udział jeden z urzędników stołecznego ratusza, postulat, żeby stworzyć rezerwat TypoPolo na warszawskiej Pradze. Innymi słowy: Warszawa powinna wyglądać ekskluzywnie i prestiżowo, ale utwórzmy jeszcze takie miejsce dla "dzikich", gdzie będą oni mogli korzystać ze swoich brzydkich i niedzisiejszych szyldów, a my będziemy tam przyjeżdżać na typograficzne "safari" śmiać się z ich nieudolności. Jest to próba egzotyzacji ludzi, którzy żyją obok nas, kolejne podejście do wyodrębnienia Innego: tym razem nie chłopa z jego folklorem, lecz przedstawiciela miejskiej klasy ludowej z jego bazarkowym TypoPolo.

Czy mamy więc prawo do nazywania czegoś "brzydkim", skoro w tak wielu osobach estetyka TypoPolo może budzić poczucie swojskości i bezpieczeństwa?

Oczywiście mamy prawo, ja jednak staram się tego nie robić, ponieważ jestem świadoma tego, że "estetyka korporacyjna", ta śródmiejska elegancja ze szkła i stali, może być wykluczająca. Zarówno ekonomicznie, jak i na poziomie kultury. Estetyka ręcznie wyklejanych napisów to nie jest po prostu "brzydka" i "nieudolna" wersja wzorców znanych z centrów handlowych, lecz element odrębnego świata. Przestrzegam jednak przed romantycznym zachwytem. Mamy w Polsce tendencję do wiecznego użalania się nad brakiem wrażliwości estetycznej społeczeństwa. Jeśli tego nie robimy, popadamy w drugą skrajność: zachwyt nad "naturalną" twórczością ludu. Szyldy na bazarkach nie są jednak po to, żeby cieszyć znudzoną klasę średnią, lecz by spełniać swoją funkcję.

Książka Agaty Szydłowskiej 'Od solidarycy do TypoPolo. Typografia a tożsamości zbiorowe w Polsce po roku 1989' ukazała się nakładem Wydawnictwa Ossolineum (fot. materiały prasowe)Książka Agaty Szydłowskiej 'Od solidarycy do TypoPolo. Typografia a tożsamości zbiorowe w Polsce po roku 1989' ukazała się nakładem Wydawnictwa Ossolineum (fot. materiały prasowe)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Agata Szydłowska.
Ur. 1983. Absolwentka historii sztuki na Uniwersytecie Warszawskim oraz studiów doktoranckich w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN, obecnie adiunkt w Katedrze Historii i Teorii Designu ASP w Warszawie. Jest autorką zbioru rozmów z polskimi projektantami graficznymi pt. "Miliard rzeczy dookoła" (2013) oraz współautorką książki "Paneuropa, Kometa, Hel. Szkice z historii projektowania liter w Polsce" (2015; wspólnie z Marianem Misiakiem). Laureatka stypendium Młoda Polska, przyznawanego przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2013). Jako kuratorka i współkuratorka przygotowywała wystawy projektowania graficznego w Polsce i za granicą.

Mateusz Witkowski. Ur. 1989. Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl, stały współpracownik Gazeta.pl, Wirtualnej Polski i miesięcznika "Teraz Rock". Doktorant w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką z lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Współprowadzi fanpage Niedziele Polskie.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (35)
Zaloguj się
  • Lena Zugmeister

    Oceniono 24 razy 20

    Jeszcze na długo przed Lelewelem drukarz krakowski Jan Januszowski pisał: Karakter mówię Polski własny nie Niemiecki. Bo ieśli ięzyki Żydowski, Grecki, Łaciński, Włoski, Francuski, Niemiecki, maią
    w swym pisaniu karaktery swe własne różne od drugich: Polski czemuby mieć nie miał?” - Nowy Karakter Polski (1594).

  • horatio_valor

    Oceniono 4 razy 2

    Próbę stworzenia specyficznie polskich liter podjął Jakób Parkoszowic ok. 1440 r. Proponował on odróżnianie spółgłosek miękkich i twardych kształtem liter - np. miękkie "p" miało być obłe, jak zwykłe, za to twarde - kanciaste, a jedno "m" miało być z ogonkiem na końcu. Propozycja teoretycznie całkiem niegłupia, ale praktycznie - postawiona na głowie. Gdyby to dziwactwo weszło w życie, mielibyśmy pięćset lat morderczej walki o narodowe pismo (bo to już coś więcej niż krój), zmagań z czcionkami i fontami. Wystarczy nam jedna narodowa litera - Ł.

  • 999s

    Oceniono 1 raz 1

    "elementy liter miały nawiązywać do skrzydeł orła białego z polskiego godła."

    A kreski nad ń i ó miały nawiązywać go gówna Orła Białego, które szybowało swobodnie podczas, gdy On wypróżniał się w trakcie lotu.

    A tak poważnie: świetny wywiad.

  • dlaczego_jaa

    Oceniono 7 razy 1

    Jeżeli ktoś korzysta z czytnika elektronicznych książek, to polecam wgrać sobie Apolonię 500. Niby to tylko głupie literki, jednak tekst czyta się świetnie.
    Do pobrania za darmo, gdzieś w internecie.

  • walek7003

    0

    A ja nie mogę patrzeć na nasze tablice rejestracyjne, tylu pklonistów, doktorów jak psów a to co widzą ludzie patrząc na tablice rej. Samochodu z Polski to pismo techmiczne.

  • Janusz Jochimek

    Oceniono 1 raz -1

    Szanowna Pani
    autor loga "solidarność" jeszcze żyje i można się z nim skontaktować w celu zweryfikowania informacji na temat powstania znaku solidarności. To co Pani napisała mija się z prawdą. Od historyka wymagana jest rzetelność i sprawdzanie informacji u źródła.

  • lese_majeste

    Oceniono 1 raz -1

    idiotyzm, nikt oprócz narodowców tych od heilowania nie zwróci na to uwagi, ale zawsze można coś tam poopowiadać, a nuż ktoś się załapie, może gliński da kasę

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX