Katarzyna Turzańska

Katarzyna Turzańska (fot. archiwum prywatne)

wywiad Gazeta.pl

Ratowniczka TOPR: W górach zawsze trzeba mieć plan 'B'

Nie cierpię, jak ludzie piszą komentarze pod informacjami o interwencjach TOPR-u: "Jacy idioci, za nasze pieniądze trzeba było ich ratować!" - mówi Katarzyna Turzańska, lekarka, druga od 30 lat kobieta, która została ratowniczką Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Często słyszy pani pytanie: "Jak to jest być kobietą ratowniczką TOPR?".

Rzadko, ale na pewno sporo osób się nad tym zastanawia. Niektórzy ludzie, wzywając TOPR, mogą być zdziwieni, kiedy przyjeżdża po nich kobieta ratownik, jednak nigdy nie słyszałam komentarza na temat mojej płci. Natomiast wśród osób, z którymi współpracuję, nie tylko ratowników, znajdzie się pewnie kilka takich, które nie znają mnie dobrze i myślą: "Eeee, to baba, na pewno sobie nie poradzi, jest słaba, nie zna się". Tak przynajmniej podejrzewam. Za to ci, którzy mnie znają, nie powinni mieć wątpliwości. 

Katarzyna Turzańska (fot. archiwum prywatne)Katarzyna Turzańska (fot. archiwum prywatne)

Bała się pani takich reakcji?

Nie. Wiedziałam, że tak będzie. Kobieta w TOPR-ze nie jest normą. Byłam na to przygotowana, zdawałam sobie sprawę, że w "męskim zawodzie" mogę budzić zdziwienie. To przeszkadza, wkurza, ale kiedy człowiek się oswoi z myślą, że tak może być, jest łatwiej. Stereotypów nie da się uniknąć. Sama im ulegam. Miałam kolegę niższego ode mnie i bardzo szczupłego. Szliśmy gdzieś razem i zaatakował nas wielki gość, pod wpływem alkoholu, który miał ochotę się bić. Byłam w szoku, bo ten mój drobny kolega rzucił się na niego i jak profesjonalista go obezwładnił. Już miałam wizję, że będę musiała interweniować, bo przecież on, takie chucherko, nie da sobie rady, a ja trenowałam sztuki walki. Potem dotarło do mnie, że myślałam stereotypami: skoro on jest taki drobny, to na pewno sobie nie poradzi. Obiecałam sobie, że już nie będę im ulegać.

Podoba mi się, że coraz silniej kładzie się nacisk na to, żeby płeć nie decydowała o tym, jaką ścieżkę w życiu obierzemy. Zawsze będą istniały bardziej zmaskulinizowane zawody, ale to nie znaczy, że nie znajdzie się dziewczyna, która będzie chciała taką pracę wykonywać i która sobie w niej poradzi. I działa to też w drugą stronę - są zawody "kobiece", w których może bardzo dobrze odnaleźć się mężczyzna.

Pani miała już nieco przetarty szlak, będąc drugą kobietą w TOPR-ze.

Drugą od 30 lat! Wcześniej było kilka ratowniczek. Ale tak, na pewno było mi łatwiej dzięki temu, że nie jestem "tą pierwszą od dłuższego czasu". Ewelina [Zwijacz-Kozica - przyp. red.] miała znacznie trudniej.

Dostała pani od niej jakieś rady?

W trakcie mojego stażu spotkałyśmy się, trochę rozmawiałyśmy. Ale nie wiem, czy mogę to nazwać radami. Raczej to była luźna rozmowa o tym, jak ona zaczynała, jak sobie radzi, jak ja sobie radzę.

Jak to się stało, że w ogóle pomyślała pani o zostaniu ratowniczką górską?

Ratownictwo górskie jest połączeniem wszystkich rzeczy, które lubię. Chodzę po górach, to moja pasja. Pracuję w Szpitalu Powiatowym im. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem jako anestezjolog. Biorę czasami dyżury w karetce pogotowia, bo lubię tę niepewność związaną z każdym wyjazdem i wyzwanie, którym on jest. Ludzie często wzywają karetkę do zupełnych bzdur, ale jeśli już dzieje się coś poważnego, to wymaga nie tylko opanowania, podjęcia odpowiednich decyzji i działań medycznych, ale też spojrzenia na sprawę w szerszym kontekście  - społecznym, psychologicznym.

Katarzyna Turzańska (fot. archiwum prywatne)Katarzyna Turzańska (fot. archiwum prywatne)

To znaczy?

Musimy mieć na uwadze wszystko, co się dzieje wokół pacjenta. Na przykład, kiedy chodzi o bójkę, wokół mogą być agresywne osoby. Gdzie indziej jest rodzina, którą trzeba uspokoić. W jeszcze innej sytuacji musimy do pacjenta dobiec między jadącymi samochodami. Czasami wezwanie wynika z tego, że ktoś nie brał leków, bo go na nie nie stać. Tych kontekstów jest mnóstwo, musimy każdy przypadek traktować indywidualnie.

Ratownictwo górskie jest w tym właśnie podobne - często chodzi o coś więcej niż to, żeby zadziałać medycznie czy technicznie. Musimy wziąć pod uwagę warunki pogodowe i inne czynniki sprawiające dodatkowe trudności, to czy z poszkodowanym jest ktoś jeszcze, komu również trzeba pomóc. Musimy być przygotowani na różne opcje. Niezwykle ważna jest współpraca całego zespołu, mądre zarządzanie kierownictwa, dbanie o bezpieczeństwo, przepływ informacji.

Pierwszą osobą, która panią namawiała na TOPR, był doktor Sylweriusz Kosiński, współzałożyciel krakowskiego Centrum Leczenia Hipotermii Głębokiej, ratownik TOPR i anestezjolog.

Poznaliśmy się w szpitalu w Zakopanem, dokąd przyjechałam robić specjalizację z anestezjologii i intensywnej terapii. Między wierszami wyszło, że chodzę po jaskiniach, jeżdżę na nartach. On na to: o widzisz, to może dołączysz do ratowników. Ja się wtedy tylko zaśmiałam. Kompletnie o tym nie myślałam. Ale w ciągu czterech kolejnych lat moja współpraca z ratownikami w relacji szpital - TOPR stawała się coraz większa, TOPR często przywoził nam pacjentów. Przy każdym takim przypadku rozmawiałam z ratownikami o tym, co się stało, jak do tego doszło, jak wyglądała akcja ratunkowa. Jednocześnie zyskiwałam coraz większe doświadczenie górskie i coraz więcej osób napomykało mi o dołączeniu do TOPR. W końcu pomyślałam: czemu nie?

Jak wygląda przygotowanie ratownika do pracy w TOPR?

Najpierw kandydaturę musi poprzeć dwóch ratowników. Należy przedstawić wykaz swojej działalności górskiej - jest określona liczba dróg wspinaczkowych, o danym stopniu trudności, które trzeba przejść. Potem są egzaminy wstępne: z topografii, wspinaczki, narciarstwa. Jak już zostanie się przyjętym na staż kandydacki, który trwa około dwóch lat, w jego ramach trzeba przejść szkolenia letnie i zimowe. I ma się mnóstwo nauki. Trzeba też przepracować społecznie przynajmniej 240 godzin jako ratownik górski. Kandydat musi wziąć udział w  pięciu wyprawach ratowniczych. Pod koniec stażu jest kolejny egzamin z topografii Tatr. Tym razem znacznie bardziej szczegółowy - trzeba rozpoznawać miejsca pokazane na zdjęciach. Poza tym egzamin techniczny z ratownictwa ścianowego, jaskiniowego, z lawinoznawstwa, nawigacji... Można się spodziewać praktycznie wszystkiego, czego uczono na stażu. Od składania noszy po trudne operacje ratownicze.

Na koniec przysięga.

To jest uroczysty moment przyjęcia w poczet ratowników. A potem - dobra impreza (śmiech).

Pani złożyła przysięgę w październiku ubiegłego roku.

Dokładnie 29 października.

Katarzyna Turzańska (fot. archiwum prywatne)Katarzyna Turzańska (fot. archiwum prywatne)

Brała już pani udział w trudnych wyprawach?

Było kilka takich sytuacji. Trudność wynikała z różnych rzeczy - czasem z niesprzyjających warunków atmosferycznych, czasem ze skomplikowanej logistyki albo małej liczby danych dotyczących poszukiwanego. Raz na przykład dowiedziałam się, że w okolicach Orlej Perci zdarzył się wypadek i mam tam lecieć. I tyle. Zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi, nie było czasu na tłumaczenia. Miałam więc wizje różnych skomplikowanych przypadków medycznych, które zobaczę na miejscu, i zastanawiałam się, co będę musiała zrobić. Przecież o wiele trudniej jest radzić sobie w górach, w śmigłowcu niż w szpitalu. Kiedy dolecieliśmy, okazało się, że poszkodowanym jest mężczyzna, który spadł ze szlaku na Orlej Perci i uderzył się w głowę. Nie było z nim kontaktu, nie odpowiadał na pytania. Jedynie reagował na bodźce. Trzeba było jak najszybciej działać i przetransportować go do szpitala. Na szczęście udało się zrobić wszystko sprawnie, szybko i z dobrym efektem.

Zwykle te wypadki w górach wynikają z bezmyślności turystów?

To już by trzeba było sprawdzić w statystykach TOPR-u. My nie zawsze znamy przyczyny wypadku. Nie cierpię natomiast, jak ludzie piszą komentarze pod informacjami o interwencjach TOPR-u: "Jacy idioci, za nasze pieniądze trzeba było ich ratować!". Bardzo przepraszam, ale jak karetka jedzie po raz enty do pijaka, który śpi gdzieś na ławce, to dopiero jest marnowanie czasu, w którym ktoś naprawdę może potrzebować pomocy. Miałam też taki przypadek, że pewna pani wezwała pogotowie ratunkowe do lekkiego bólu brzucha. To naprawdę nie była groźna dolegliwość. A w tym samym momencie gdzieś w mieście zdarzyło się zatrzymanie krążenia. Tymczasem my zastanawialiśmy się razem z panią, czy zaszkodził jej kotlet, czy może ryba.

W górach wypadki zdarzają się nawet ludziom świetnie przygotowanym. Oczywiście, z drugiej strony są sytuacje takie, jak ta sprzed kilku miesięcy, kiedy turyści poszli nad Morskie Oko i nie potrafili wieczorem wrócić, bo nie mieli latarki. Przed wyjściem na nawet prostą trasę trzeba się przygotować. I nie wzywać TOPR-u, kiedy to nie jest konieczne. Można też mieć świetny sprzęt, ale nie zdawać sobie sprawy, jakie są niebezpieczeństwa i jak sobie z nimi radzić. Między innymi to staramy się uświadamiać ludziom na kursach pierwszej pomocy w górach. Biorą w nich udział turyści, którzy nie mają medycznego doświadczenia, ale chcą się czegoś nauczyć, dowiedzieć się, jak człowiek reaguje na zimno, jak na wysiłek fizyczny. Ale kursantami bywają też lekarze czy ratownicy niespecjalizujący się w medycynie górskiej.

Na zajęciach opowiadamy historię, która zawsze wszystkich porusza i którą opisał Michał Jagiełło w książce "Wołanie w górach". To były lata 70., piątka grotołazów wyszła ze schroniska na Hali Ornak do jaskini Bańdzioch. W nocy dotarli na bezpieczną półkę, usiedli, napili się herbaty z termosu i nagle się zorientowali, że ich kolega zasłabł i przestał oddychać. Chwilę później zmarł drugi grotołaz. Pozostała trójka wróciła bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. To pokazuje, jak ważne jest, żeby być świadomym tego, że jeden z nas wytrzyma w trudnych warunkach trzy dni, a drugi trzy godziny. Grupa grotołazów nie wzięła tego pod uwagę.

Katarzyna Turzańska (fot. archiwum prywatne)Katarzyna Turzańska (fot. archiwum prywatne)

U pani miłość do gór zaczęła się już w dzieciństwie?

Nie do końca, choć od dziecka z rodziną jeździłam do Zakopanego. Mam zdjęcia, jak rodzice pchają wózek, w którym siedzę, przez Kalatówki czy Dolinę Strążyską. Szybko też nauczyłam się jeździć na nartach. Później moje rodzeństwo "miało zajawkę" na wspinaczkę. Ale ja już mniej. Miałam inne zainteresowania: sztuki walki, taniec towarzyski, nurkowanie.

Właściwie pokochałam góry dzięki obozowi sportowemu, który odbywał się w okolicach Jurgowa. Mieliśmy dzień wolny, więc moja koleżanka zaproponowała, żebyśmy poszły w Tatry. Wyjechałyśmy na Palenicę Białczańską, potem poszłyśmy do Morskiego Oka, nad Czarny Staw, wyszłyśmy na Przełęcz pod Chłopkiem, z powrotem zeszłyśmy do Morskiego Oka, wyszłyśmy na Szpiglasową Przełęcz i przez Dolinę Pięciu Stawów i Roztokę wróciłyśmy na Palenicę. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam Dolinę Pięciu Stawów latem. Było tak pięknie, że nie mogłam się nadziwić, dlaczego tutaj nie byłam wcześniej.

Spodobały mi się treningi w górach. Potem pojechaliśmy na kolejny obóz do Zawoi. W środku nocy biegło się na Babią Górę, żeby zobaczyć wschód słońca. Później na staż podyplomowy z pediatrii pojechałam do Zakopanego, wkręciłam się wtedy na dobre w zimowe chodzenie po górach, wspinaczkę, narciarstwo pozatrasowe.

Pani pochodzi z Krakowa.

Tak.

Nie było trudno przestawić się z życia w dużym mieście na mieszkanie w Zakopanem?

Ludzie często mnie pytają, jak mi się tutaj żyje, bo Zakopane jest specyficzne. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że mam góry za oknem. A jeśli mam ochotę zaznać trochę wielkomiejskiego życia, to Kraków jest tak blisko, że to nie problem, żeby wsiąść w auto i za niecałe dwie godziny być na miejscu. Tak naprawdę jeżdżę tam bardzo często, w Krakowie mieszkają moi rodzice, więc jestem cały czas w drodze. W Zakopanem liczy się to, że mogę po pracy pobiegać po górach, wyjść na Giewont, wejść na nartach na Kasprowy Wierch.

Jak udaje się pani łączyć TOPR z pracą w szpitalu?

Nie udaje się, to jest naprawdę bardzo trudne. Często kiedy jest wyprawa, ja akurat mam dyżur w szpitalu. Siedzę na oddziale i dostaję SMS-a, że trzeba się zbierać do działań. To irytuje, bo przecież nie mogę iść! Poza tym chcę mieć też czas na życie osobiste, spotkania z przyjaciółmi, imprezy. A czasami lubię po prostu położyć się na trawie i nic nie robić albo poczytać książkę.

Dolina Pięciu Stawów w Tatrach, helikopter ratunkowy TOPR (fot. Rafał Mielnik / Agencja Gazeta)Dolina Pięciu Stawów w Tatrach, helikopter ratunkowy TOPR (fot. Rafał Mielnik / Agencja Gazeta)

Ma pani takie myśli: po co ja się w to wszystko pchałam? Nie żałuje pani niektórych swoich decyzji?

Nie żałuję ani trochę, ja w ogóle cieszę się ze wszystkiego, co się dzieje w moim życiu. Do bycia ratownikiem nie podchodzę tak, że chcę odfajkować robotę i iść do domu. Angażuję się. Właśnie dlatego czasami zastanawiam się, jak długo będę w stanie godzić spełnianie się medycznie, górsko i ratowniczo w taki sposób, żeby nic nie odpuścić, nie zacząć realizować jednej pasji kosztem drugiej. Mam momenty, że myślę, czy nie wzięłam na siebie za dużo. Ale nie żałuję.

Boi się pani, kiedy wyrusza w góry ratować człowieka?

Nie da się zostawić emocji w centrali. Do tej pory nie miałam sytuacji, żeby strach mnie sparaliżował, ale zawsze obawiam się, czy sobie poradzę, czy zdążę, czy uda się zadziałać, czy sprzęt nie zawiedzie. To naturalne.

Ten zawód, takie mam wrażenie, wymaga specjalnej konstrukcji psychicznej.

Na pewno tak jest. Ja powtarzam, że w pracy w szpitalu trenuję do działań górskich, a w działaniach górskich - do pracy w szpitalu. Są sytuacje, kiedy podczas ciężkiej operacji pacjent zaczyna umierać i w dużej części od tego, co ja zrobię, zależy, czy on przeżyje. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej stresującego. To, że od lat już jestem lekarzem, pomaga w opanowaniu emocji. Ale w prywatnych działaniach górskich miałam parę takich sytuacji, że bardzo się bałam, czy wszystko skończy się dobrze. Kilka razy w jaskiniach mój partner był tak wyczerpany i zziębnięty, że robiło się niebezpiecznie.

Mówi pani o nurkowaniu jaskiniowym?

To zdarzało się i podczas nurkowania, i podczas chodzenia po jaskiniach. Raz mój partner doznał poważnego urazu kolana. Przez pewien czas nie mógł się poruszać, przemieszczać. Byliśmy w wąskich partiach jaskiń, mieliśmy mnóstwo sprzętu, ale za mało ubrań, żeby go uchronić przed wyziębieniem. Bałam się, że będziemy musieli wzywać pomoc i czekać na nią, a on mógłby tego nie wytrzymać. Szczęśliwie w końcu udało nam się wydostać.

Kolejny przypadek był taki, że kolega bardzo się wychłodził. W polskich jaskiniach są średnio plus cztery stopnie i duża wilgotność. Kiedy ktoś się spoci albo zmoknie, nie jest w stanie wysuszyć ubrań. To powoduje szybszą utratę ciepła i grozi w efekcie wychłodzeniem organizmu. Nasza sytuacja była o tyle trudna, że nie mogliśmy natychmiast wyjść z jaskini, bo był środek nocy i zima, mróz. Kolega był w lekkiej panice, chciał jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz. Musiałam go przekonać, żeby został, bo wyjście w takim momencie wcale nie poprawiłoby sytuacji.

Ratownicy TOPR podczas ćwiczeń w niesieniu pomocy grotołazom (fot. Bartłomiej Kuraś / Agencja Gazeta)Ratownicy TOPR podczas ćwiczeń w niesieniu pomocy grotołazom (fot. Bartłomiej Kuraś / Agencja Gazeta)

Pani chyba lubi adrenalinę.

Ja wbrew pozorom właśnie nie lubię ryzyka! Staram się, żeby wszystko, co robię, było rozsądne i sensowne. Lubię mieć zawsze plan "B" i pewność, że jeśli coś się zepsuje, to mam kilka pomysłów, jak wyjść z kłopotów. Na szczęście jeszcze nie zdarzyło się tak, żeby wszystkie awaryjne plany mnie zawiodły.

"Wołanie w górach" - Michał Jagiełło - SPRAWDŹ cenę książki w Publio.pl>>>

Katarzyna Turzańska. Lekarz anestezjolog, pracuje w Szpitalu im. Tytusa Chałubińskiego w Zakopanem. Od października 2017 roku jest ratowniczką Tatrzańskiego Pogotowia Ratunkowego. Prowadzi także kursy z pierwszej pomocy w górach.

Katarzyna Kojzar. Dziennikarka, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. Autorka książki "Profesor Skalski. Uczeń Religi. Lekarz od cudów". Uzależniona od kawy i reportaży. Nieustannie zachwycona Krakowem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (128)
Zaloguj się
  • cyfronika@cyfronika.com.pl

    Oceniono 19 razy 19

    Jest oczywiste, że ludzi należy ratować w każdych okolicznościach - nawet idiotów - a może tym bardziej idiotów...Tym niemniej należy nazywać rzeczy po imieniu!

  • qulqa

    Oceniono 35 razy 13

    Nie podoba mi się ideologia bezpłatnych akcji ratunkowych TOPR. Jeżeli mają być bezpłatne i ogólnodostępne, dlaczego taki niesmak we wszystkich (również Pani Ratowniczce) budzą turyści, którzy chcieli ściągnąć GOPR nad Morskie Oko? Nie mieli prawa źle się czuć? Dlaczego tak od razu źle się ich ocenia?
    Dokładnie taki sam niesmak budzi we mnie wzywanie zespołów Ratownictwa Medycznego do bzdur.

    Jedno i drugie zdejmuje z ludzi odpowiedzialność.
    Jedno i drugie powinno być płatne.
    Jedno i drugie powinno być możliwe w ramach dodatkowego DOBROWOLNEGO, TANIEGO ubezpieczenia.
    Jakoś inne, bogatsze kraje umieją sobie z tym problemem poradzić. Nikt nie wzywa ambulansu do niestrawności (a jeżeli, to potem wystawiany jest rachunek), nikt nie oczekuje, że przelot ze złamaną nogą śmigłowcem nad Alpami będzie darmowy.
    Jeżeli gdzieś jesteśmy, jakoś błyskawicznie przystosowujemy się do realiów i nie marudzimy. Wykupujemy ubezpieczenie górskie jednocześnie z karnetem narciarskim i jest to dla nas oczywiste.

    Może zacząć zatem promować słowo ODPOWIEDZIALNOŚĆ?

  • tomekgaz

    Oceniono 30 razy 10

    Chodzę po górach , jeżdżę na nartach i NIE ZGADZAM SIĘ na finansowanie akcji ratunkowych z moich podatków. Każdy powinien wykupić ubezpieczenie. Jak wszędzie na świecie.

  • stefanopost

    Oceniono 15 razy 9

    Ale własnie dlatego, że Jesteście ochotnikami, że nartażacie własne życie dla ratowania innych ubezpieczenie powinno być obowiązkowe. Każdy kto wyjeżdża na narty, czy w góry latem "na zachód" wie, że takie ubezpieczenie gwarantuje mu oszczędności od 1500 do 2500 euro (to przeciętny koszt akcji ratowniczej z uzyciem helikoptera). Samo PODSTAWOWE leczenie zapewnia w UE karta ECU. Ubezpieczenie kosztoje na tydzień ok 100-150 zł. Czy to jest wydatek dla kogoś kto jedzie na wakacje do Zakopanego?

  • achaszwerosz

    Oceniono 21 razy 9

    Psze Pani, wszystko zrozumiałe, niemniej jednak, te komentarze nie wzięły się z nikąd, to pokłosie poczynań imbecyli poginających w klapkach i szpilkach w wysokie góry, połączone z tęsknotą naszego narodu do eugeniki.

  • nie_jadam_osmiorniczek

    Oceniono 34 razy 6

    "Jacy idioci, za nasze pieniądze trzeba było ich ratować!"

    To nie tak.
    Na Słowacji każdy idący w góry musi być ubezpieczony, jeśli nie jest, to komornik ściąga z niego opłatę z śmigłowiec i pomoc lekarską. Wszystko jest jasne, przejrzyste i sprawiedliwe.

    U nas, w Polsce, tak nie jest. Ale nie dlatego, że ktoś jest idiotą.
    Wręcz przeciwnie.
    Paru cwaniaczków doszło do wniosku, że lepiej jest, gdy akcje TOPR są "darmowe".
    Bo gdy coś jest "darmowe", tak jak np. służba zdrowia, to więcej tej "darmowej" kasy jest do zajumania.

    Kto najbardziej nie chce, aby zmienić sposób finansowania służby zdrowia?
    LEKARZE! Bo dzięki temu, że opieka lekarska jest "darmowa", to oni mogą kraść dla siebie co chcą, i nikt nie jest w stanie tego rozliczyć.
    Podobnie tutaj.
    To właśnie zarząd TOPR nie ma ochoty na wprowadzenie słowackich rozwiązać.
    Wolą pomagać "za darmo".

  • xyz_xyz1

    Oceniono 9 razy 5

    Szanowna Pani Ratowniczko - na Słowacji za akcje ratunkową o ile się nie wykupi ubezpieczenia się płaci. Z tego są pieniądze miedzy innymi na sprzęt, paliwo itd. A perspektywa zapłacenia działa też jako kubeł zimnej wody na tych co np. chcą potraktować służby ratownicze jako swego rodzaju taksówkę. W Polsce jest to za darmo - efekty widać - nieodpowiedzialnych zdecydowanie więcej.

  • polny_kwiatek13

    Oceniono 9 razy 5

    Wspaniała kobieta, wspaniale zycie.

  • prawdziwy_qwertyk

    Oceniono 22 razy 4

    wprowadzenie dodatkowych ubezpieczen to tylko nabijanie kabzy ubezpieczalniom - w zaden sposob nie wplynie to finansowanie ratownictwa gorskiego - gro kosztow to utrzymanie tych sluzb a nie akcje ratunkowe - to raz
    dwa placac za wejcie do parku czesc pieniedzy z biletu idzie na utrzymanie tych sluzb - takiej oplaty na Slowacji nie ma wiec to inny model

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX