Alicja Solska-Jaroszewicz i Piotr Jaroszewicz

Alicja Solska-Jaroszewicz i Piotr Jaroszewicz (fot. Sławomir Sierzputowski/AG)

Straszna śmierć Jaroszewiczów. Zabójstwo premiera PRL i jego żony do dziś szokuje okrucieństwem

Trzy osoby usłyszały zarzuty ws. zabójstwa byłego premiera PRL Piotra Jaroszewicza i jego żony Alicji. Czy po 26 latach dowiemy się, kto, a przede wszystkim dlaczego ich zabił? I dlaczego w tak straszny sposób?

Jeden z domniemanych sprawców nie przyznał się i odmówił składania wyjaśnień, ale dwóch innych przyznało się do winy. Mężczyźni, należący do tzw. "gangu karateków", aktywnego w latach 90., opisali szczegóły przebiegu zabójstwa. Według śledczych podali szczegóły, o których nie wiedziały media, ani też nie było o nich mowy w poprzedniej sprawie sądowej. Proces pierwszej czwórki oskarżonych ws. zabójstwa Jaroszewiczów skończył się w 2000 roku uniewinnieniem czwórki oskarżonych.

W ubiegłym roku podczas prac nad filmem dokumentalnym o morderstwie Piotra Jaroszewicza i jego żony dziennikarz Tomasz Sekielski odnalazł odciski palców z miejsca zbrodni. Prokuratura na nowo wszczęła śledztwo.

Śledczy twierdzą, że żaden motyw zbrodni nie jest wykluczony. I słusznie, bo w sprawie Jaroszewiczów od początku oprócz pytania "kto zabił" równie interesujące było pytanie "dlaczego". Miejsce zbrodni i pozostawione na nim ślady były zagadką dla śledczych usiłujących ustalić przebieg wydarzeń. Oto, jak opisała go na podstawie wszystkich dostępnych do niedawna materiałów ze śledztwa reporterka Iza Michalewicz w swojej książce "Zbrodnie prawie doskonałe. Policyjne Archiwum X":

***

Mężczyzna pochylił się nad furtką. Włożył klucz do zamka, przekręcił. Otwierała się ciężko, odkąd przestała pasować do ogrodzenia. Posesję od ulicy dzieliły metalowe przęsła. Pospawane wewnątrz drutem tworzącym siatkę, były osadzone na podmurówce wysokości około trzydziestu centymetrów, zrobionej z ciosanego kamienia*.

Spojrzał na dom. W salonie na parterze paliło się światło, ale ganek spowijał mrok. To go zaniepokoiło. Rodzice zawsze zostawiali tu lampkę na całą noc. A było dwadzieścia minut po północy.

Drzwi wejściowych strzegł japoński, magnetyczny zamek typu Miwa. Niemożliwy do odtworzenia, jeśli ktoś nie ma duplikatu klucza. A klucze mieli tylko matka, ojciec, no i on - Jan. Wąsy, okulary, dołek w brodzie, nadwaga. Z wyglądu emerytowany sprzedawca ubezpieczeń. Podobny do matki z okrągłej twarzy i niedużego, zgrabnego nosa.


Piotr Jaroszewicz i Alicja Solska (fot. Bert Verhoeff/Anefo/Nationaal Archief/Wikimedia Commons CC BY-SA 3.0/autor nieznany/domena publiczna/Wikimedia Commons)

Mord w Aninie**

Gdy włożył klucz do zamka, okazało się, że drzwi są otwarte. Wszedł więc przez hall do salonu i zesztywniał. Na podłodze wyłożonej parkietem leżał obrus poplamiony krwią. Czuć było intensywny, słodkawy, duszący zapach. Jakby w powietrzu rozpuściła się cukrowa wata. Strach pchnął go na schody, oświetlone słabym światłem kinkietów. Stamtąd usłyszał skowyt psa. Zwierzę było zamknięte w korytarzu, przed sypialnią matki. Otworzył drzwi. Pusto. Popiskiwał tylko olbrzymi, czarny sznaucer. Miał częściowy paraliż tylnych łap i kiedy szedł, zad ciągnął się za nim jak zepsuta zabawka.

Jan zawrócił pędem do gabinetu ojca. Ciemno. Zapalił światło. Ojciec siedział w fotelu obitym jasnoszarą tkaniną. Prawa noga siedziska stała oparta na płaskiej, brązowej walizce, co sprawiało, że mężczyzna był lekko odchylony do tyłu. Miał na sobie rozpiętą, białą koszulę w błękitno-szarą kratę, granatowe spodnie, podtrzymane paskiem, bordowe skarpety w jasne plamki, na jednej stopie szary pantofel. Druga stopa opierała się o podłogę boso. Lewa ręka, w przegubie przywiązana do fotela czarnym paskiem, leżała bezładnie na oparciu. Prawa na drugim oparciu spoczywała swobodnie. Głowa owinięta bandażem szukała ratunku przez szeroko otwarte usta. Spod bandaża cienkimi strużkami po policzku spływała krew, kończąc swoją drogę w okolicach mostka. Na szyi zadzierzgnięty był pasek, zahaczony z tyłu głowy o drewnianą, góralską ciupagę, co tworzyło tak zwany krępulec: okręcanie ciupagi, włożonej w pętlę na szyli musiało powodować zaciskanie tej pętli i powolne podduszanie ofiary.

Syn patrzył na ojca w osłupieniu. Wiedział już, że nie żyje. Nie rozglądając się zbytnio po pokoju, cicho wycofał się do sypialni matki. Łóżko było puste, a aparat telefoniczny rozbity. Matki nigdzie nie dostrzegł. Instynktownie nie dotykał niczego poza klamką i włącznikami światła. Pies wlókł się za nim jak cień. Jan odniósł wrażenie, że zwierzę czegoś się boi. W nim samym narastał lęk. Taki lęk rodzi się w człowieku, który staje sam na sam ze śmiercią.

Jan zbiegł do kuchni, w której leżał kolejny rozbity telefon. Nie miał więc jak zadzwonić po policję. Pospiesznie wyszedł z domu, zamknął wejściowe drzwi, potem furtkę, wsiadł w samochód i pojechał na najbliższy komisariat. Wychodząc, musiał zostawić psa, który drapał w drzwi i jęczał. Droga na komisariat zajęła mu nie więcej niż trzy minuty.

Niech pan tam nie wchodzi"

W notatce urzędowej jeden z policjantów 2 września 1992 napisze:

"Do komisariatu około godziny 0.30 zgłosił się mężczyzna, który przedstawił się jako Jan Jerzy Jaroszewicz, "syn tego znanego Piotra Jaroszewicza", i oświadczył, że jego ojciec nie żyje. Że został zamordowany. Zastał mieszkanie otwarte, ślady plądrowania, ojciec znajdował się w fotelu, a obok niego kałuża krwi. Matki, która powinna znajdować się w domu, nie znalazł. Od razu przyjechał do mnie. Jaroszewicz był spokojny i nie widać było po nim śladów specjalnie dużego zdenerwowania. (...)"

[Policjanci] z oficerem dochodzeniowym i technikiem kryminalistyki pojechali (...) po cywilnemu, nieoznakowanym radiowozem. Przed domem czeka na nich Jan Jaroszewicz. Posesję oświetla jedynie poświata ulicznych lamp stojących przy chodniku.

Jan wchodzi do budynku jako pierwszy i wyprowadza psa. Sznaucer obwąchuje policjantów. Ma założony kaganiec. Jan mówi śledczym, że pies zachowuje się dziwnie i powłóczy tylnymi łapami. Wchodzą do domu. W holu dostrzegają przewrócony wazon z kwiatami, choć nie ma rozlanej wody. W pokoju obok, na dywanie i parkiecie, widnieją duże plamy krwi, częściowo przykryte ręcznikami. Na jednym z nich odcisk buta. Oprócz wysuniętej z regału szuflady i swetra, rzuconego na podłogę, nie ma innych śladów plądrowania.

Policjanci wchodzą na piętro. U podnóża schodów krew zaznacza się gęsto kroplami. Na piętrze, w pokoju, śledczy odnajdują zwłoki mężczyzny. Jeden z policjantów, Mirosław Janicki, zezna później, że nie chciał wchodzić dalej, by nie zacierać śladów. Wtedy Jan Jaroszewicz powiedział, że martwi się o matkę, bo nigdzie nie mógł jej znaleźć. Powiedział, że zaglądał do każdego pomieszczenia willi, ale matki nie ma. Jeden z policjantów wskazał ręką na przymknięte drzwi:

- A tam pan był?

Nie. Nie był. Przecież to łazienka.

Policjant wszedł do łazienki i szybko się cofnął. - Niech pan tam nie wchodzi - rzucił do Jana.

W łazience było ciemno. Najpierw zobaczyli jej zwłoki w świetle latarek. Nie zdążyli nic powiedzieć, ale z twarzy śledczych Jan wyczytał, że matka nie żyje. Zaczął się trząść. - Ma pan coś na uspokojenie? - spytał policjant, ale nie usłyszał odpowiedzi, bo Jan zasłabł.

12.10.1990 WARSZAWA , HOTEL HOLIDAY INN . NZ. EDWARD GIEREK , PIOTR JAROSZEWICZ Z ZONA ALICJA SOLSKA - JAROSZEWICZ . PROMOCJA KSIAZKI EDWARDA GIERKA ' EDWARD GIEREK - REPLIKA '  FOT. Slawomir Sierzputowski / Agencja Gazeta  SS 259
Edward Gierek, Piotr Jaroszewicz i Alicja Solska na premierze książki Edwarda Gierka (fot. Sławomir Sierzputowski/AG)

Okrutne tortury. Co mordercy chcieli wydobyć z Jaroszewicza?

Alicja Solska-Jaroszewicz leżała w łazience twarzą do ściany, z rękoma zaciągniętymi do tyłu. Była związana w coś, co policjanci nazywają kocią kołyską: ręce do tyłu sznurkiem (mógłby służyć do wieszania bielizny), a od sznurka wokół rąk kolejny sznur pionowo, wzdłuż pleców, połączony ze skrępowanymi nogami. Na wieszakach ręczniki, damska, letnia sukienka, którą zdążyła zdjąć tamtego wieczoru, i zmienić na nocną koszulę w kolorze lilaróż. Ciało leżało na podłodze łazienki między wanną a toaletką, na rozłożonej, kolorowej poszewce, która oblekała koc. Pod to, co później zostało z głowy (kobieta miała odstrzelone

pół czaszki) ktoś troskliwie podłożył jasiek, w białej poszewce w kwiatki. Nie miała żadnych większych obrażeń czy śladów maltretowania. Oprawcy pozostali dla niej zatem bardziej łaskawi niż dla jej męża. Premier był męczony w sposób wręcz sadystyczny: korkociąg wkręcany między żebra, gaszono na nim papierosy, ktoś próbował też wyrwać mu język. Tymczasem na serdecznym palcu lewej ręki Alicji wciąż błyszczał pierścień z wielkim, ciemnozielonym oczkiem. Zaręczynowy szmaragd.

Pies tropiący Deptak z wydziału techniki kryminalistycznej Komendy Stołecznej Policji był w Aninie już o 1.15. Próbował podjąć ślad sprawców na miejscu zbrodni. Temperatura około 13 stopni Celsjusza (choć w dzień było bardzo ciepło). Silny wiatr. Na zewnątrz brak śladów. Rozmył je padający deszcz.

W mieszkaniu policjanci dają psu do nawęszenia krwawy odcisk podeszwy buta, znaleziony na ścierce, w salonie na parterze. Ale pies śladu nie podejmuje. Jedynie po śladach krwi wychodzi do hallu.

W tym samym czasie dom ogląda też ściągnięty przez praski komisariat Dariusz Janas. Zajmował się wtedy zabójstwami w sekcji przeciwko życiu i zdrowiu Komendy Stołecznej Policji i często go "wypożyczano". Szykował się już do spania, gdy w drzwiach jego mieszkania stanęło dwóch mundurowych:

- Co tym razem? - spytał.

- Jakiś bogaty bamber zabił żonę, a potem popełnił samobójstwo - odparł niczego nieświadomy policjant.

Żadnych śladów włamania

Kiedy Janas przyjechał na miejsce i wylegitymował stojącego przed domem Jana, zorientował się, że ofiarą jest Piotr Jaroszewicz, generał Wojska Polskiego i premier polskiego rządu w latach 1970-1980. Jedna z najważniejszych osób w państwie. Mimo że na emeryturze.

- To nie tak jak w amerykańskich filmach, że na miejscu zbrodni zaraz wszyscy zakładają folie na nogi i rękawiczki na ręce - opowiada mi Janas. Od tamtej pory minęło 25 lat, ale pamięć o tym wydarzeniu trzyma go do dziś. - Starałem się niczego nie dotykać, drzwi otwierałem barkiem, ale na schodach chyba nawet chwyciłem się poręczy. Wszedłem na górę. W fotelu siedział starszy człowiek. W życiu bym nie rozpoznał, że to Piotr Jaroszewicz. W łazience jego żona z rozpłataną głową. Zszedłem na dół, wszystko nie trwało nawet dwóch minut.

Nie chcąc zatrzeć śladów, mogących mieć kluczowe znaczenie, policjanci przenieśli się na parter. Tam czekali na przybycie grupy operacyjnej z Komendy Stołecznej Policji oraz kierownictwa Komendy Rejonowej Policji Praga-Południe. Zauważyli jeszcze, że pomieszczenia nie nosiły śladów tak zwanego ślepego plądrowania. Jan Jaroszewicz stwierdził też, że sejf na parterze nie został otwarty, choć pancerna szafa w gabinecie premiera miała uchylone drzwi i ktoś ją ewidentnie wypatroszył. Uwagę zwracały też rozbite aparaty telefoniczne (w całym domu były cztery), rozsypane na podłodze w kuchni przyprawy, wysunięte szuflady regałów i otwarte drzwiczki szafek. Wiele cennych przedmiotów, widocznych praktycznie na każdym kroku, nie wzbudziło zainteresowania sprawców. Choćby obrazy, w tym Jana Fałata, najwybitniejszego polskiego akwarelisty (dar od pracowników premiera na 65. urodziny) czy niezwykle cenna kolekcja banknotów. (...)

Dom nie nosił też widocznych śladów włamania. Żadnych śladów wejścia. Nic.

I tu zaczęło się całe nieszczęście, które zdarza się w wypadku osób znanych. Najpierw przyjechał kierownik, wyższy rangą od zabezpieczającego miejsce zbrodni Janasa. Za nim jakiś naczelnik z Pragi-Południe. Następnie komendanci. Też stamtąd. Potem ludzie z Komendy Stołecznej, Głównej. I tak przyjeżdżali gęsiego, jeden za drugim. Janas z kierownikiem powiedzieli sobie: teraz to gówno zrobimy, trzeba przeczekać. Wtedy był chorążym (w policyjnej nomenklaturze aspirant). Nie mógł oficerowi starszemu od siebie powiedzieć, żeby mu się nie plątał po miejscu zbrodni. Zrobili z niego "cicerone": przyjeżdżali, wchodził z nimi na piętro, pokazywał, kiwali głowami i schodzili. I tak ze cztery kolejne grupy.

A czas, bardzo ważny przy zabezpieczaniu śladów, uciekał.

* Fragment książki Izy Michalewicz "Zbrodnie prawie doskonałe", która ukazała się 28 lutego nakładem wydawnictwa Znak.

** Śródtytuły i wstęp pochodzą od redakcji.


Okładka książki 'Zbrodnie prawie doskonałe' (fot. mat. wyd. Znak)

Iza Michalewicz. Reporterka, laureatka nagrody Grand Press i finalistka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Autorka zbioru reportaży "Życie to za mało. Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei" oraz książki "Rozpoznani" o rozpoznanych na kadrach powstańczej kroniki filmowej uczestnikach powstania warszawskiego. Współautorka biografii Violetty Villas, "Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia".

Ktokolwiek, kto posiada informacje związane z jakąś niewykrytą dotychczas sprawą, lub z którąś z opisanych, może skontaktować się z autorką przez profil na Facebooku: Iza Michalewicz Archiwum X, lub na www.izamichalewicz.pl

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU

Zobacz także
Komentarze (11)
Zaloguj się
  • 162tony

    Oceniono 11 razy 7

    No dobra... Ale co zrobi PISowska władza z zatrzymanymi?
    Da im order Obywateli Wyklętych?

  • wojciech janik

    Oceniono 9 razy 5

    Nawet na tym pidzielce będą usiłowali zbić polityczny kapitał. Jetem pewien. Może oberwie też Tusk!

  • maciejwscieklica

    Oceniono 9 razy 5

    teraz dla pis iu najwazniejsze by podtrzymać wzmozenie suwerena
    i zręcznie odwrócic go od niewygodnych dla pi iu a narastających lawinowo zdarzeń

  • km1957

    Oceniono 4 razy 4

    Przypomniano sprawę, żeby przed dalszym śledztwem na wszelki wypadek zdążyć odebrać stopień generalski?

  • pit1

    0

    "W aktach zachowała się notatka służbowa, spisana przez Dariusza Janasa, wówczas aspiranta. Jerzy F. oświadczył, że uczestniczył w przygotowaniach do napadu na Jaroszewiczów w czerwcu 1992 r. Kilka razy jeździł do Anina na zwiady, dokładnie opisał dom i jego otoczenie. Ostatecznie w napadzie nie wziął udziału, bo pod koniec czerwca został aresztowany za inny rabunek. Jest przekonany, że jego wspólnicy nie zrezygnowali ze swojego zamiaru".

    25 lat temu ktoś przyznawał się do napadu i teraz ktoś inny się przyznaje - sporo chętnych.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX