New Delhi

New Delhi (fot. shutterstock.com)

Dawniej zamożni podróżowali na tylnych siedzeniach białych ambassadorów, teraz wożeni są terenówkami o czarnych szybach

Delhi zawsze było miastem władzy, ambicji i rywalizacji. Metropolią męskiej energii, odzwierciedlonej w budowlach takich jak Qutb Minar - imponującym minarecie, grobowcu Humajuna czy Lutyensowskim Pałacu Prezydenckim z dominującą kopułą.

Upał, cisza i nuda. Przed bramami przysypiają umundurowani strażnicy, oparci na drewnianych kolbach karabinów. Idę zamiecionym chodnikiem wzdłuż Janpath - Alei Królowej, którą przecinają rozległe ronda. Od każdego z nich promieniście rozchodzą się identyczne, szerokie aleje obsadzone podwójnymi rzędami drzew. Co drugie z nich to neem - słynny w indyjskiej kulturze gatunek, ma działanie antyseptyczne, jego rozgryzionymi gałązkami Hindusi starannie czyszczą sobie zęby. Tu, w mieście, neem działa odkażająco - zieleń zatrzymuje porywiste gorące wiatry, masy dusznego, pustynnego powietrza zmieszanego ze smogiem metropolii liczącej już 26 milionów ludzi. Rok temu było ich o milion mniej. Za rok będzie milion więcej.

Białe ambassadory przed jednym z rządowych budynków w New Delhi (fot. Christian Haugen / Wikimedia.org / CC-BY-2.0)Białe ambassadory przed jednym z rządowych budynków w New Delhi (fot. Christian Haugen / Wikimedia.org / CC-BY-2.0)

Tu, w New Delhi, między ukośnie biegnącymi arteriami, zielenią, budynkami Archiwów Narodowych, Muzeum Narodowego i ukrytymi w głębi rezydencjami, które kiedyś zamieszkiwali brytyjscy urzędnicy, a dziś ministrowie i szefowie partii, panuje rodzaj śpiączki. To miasto poza miastem, celowo wyłączone i odseparowane od tumultu i zgiełku, od tłoku, handlu, biedy i nawału spraw. Ale także wyalienowane i pozbawione życia.

Upał, cisza i nuda. Idę od godziny sama jak palec. Raz po raz podjeżdżają tylko szukający zarobku rikszarze i uniesieniem podbródka pytają, czy mnie nie podwieźć. Dziwią się, że odmawiam. Tutaj nikt nie porusza się pieszo. Tu bywają wyłącznie ludzie władzy, a indyjską elitę poznaje się po tym, że ma ona przywilej bycia wożoną. Dawniej zamożni i wpływowi podróżowali na tylnych siedzeniach białych ambassadorów, powolnych i majestatycznych kolubryn produkowanych w państwowych zakładach. Teraz wożeni są terenówkami o czarnych szybach. Trochę jak mafiosi, zresztą tak się o nich mówi: polityczna mafia zakwaterowana w Lutyensowskim Delhi.

Przetarg życia

Edwin Lutyens nie zrobił oszałamiającej kariery, ale miał szczęście. Ukończył architekturę w londyńskim Royal College of Arts, zrealizował garść projektów w królewskim mieście, a najważniejszy przetarg swego życia wygrał w 1911 roku, gdy Korona postanowiła przenieść swą indyjską stolicę z wilgotnej i położonej na skraju subkontynentu Kalkuty do suchego i centralnie umiejscowionego Delhi. Do 1857 roku Indie były de facto projektem handlowym, zarządzała nimi pierwsza korporacja globalna - Kompania Wschodnioindyjska i jej agenci, których jedynym celem było osiąganie zysku dla siebie i Jej Królewskiej Mości. Ale po buncie Sipajów, indyjskich żołnierzy służących w królewskiej armii, coś się zmieniło -mieszkańcy Indii zaczęli budzić się do myśli o niezależności, zaś Brytyjczycy zapragnęli zawładnąć subkontynentem poprzez biurokrację i zaznaczyć majestat swej władzy.

Jaipur Column - jeden z projektów Edwina Lutyensa - przed Rashtrapati Bhavan, New Delhi (fot. Christian Haugen / Wikimedia.org / CC-BY-2.0)Jaipur Column - jeden z projektów Edwina Lutyensa - przed Rashtrapati Bhavan, New Delhi (fot. Christian Haugen / Wikimedia.org / CC-BY-2.0)

Delhi nadawało się do tych ambicji wprost idealnie. Po pierwsze położone jest tam, gdzie równina Dekkan i pustynia Thar stykają się z podnóżem Himalajów. Delhi to w istocie wąskie gardło, nieodzowny węzeł transportowy pomiędzy środkowymi a północnymi Indiami i Pakistanem. Jego strategiczne połączenie od stuleci doceniali m.in. mogołowie, władcy przybyli z Azji Centralnej - pierwsi, którzy zintegrowali większość terenów, które dziś zaliczamy do Republiki Indii.

Delhi było od XIII stulecia ważnym centrum muzułmańskich przywódców, tam przetrwały do dziś fantastyczne budowle z czerwonego piaskowca, łączonego z marmurem - znak firmowy mogołów. Szahdżahan (ten sam, który wybudował dla ukochanej Mumtaz najpiękniejsze mauzoleum świata - Tadż Mahal położony w nieodległej Agrze) w połowie XVII wieku przetransferował swe polityczne centrum właśnie do Delhi. Był ambitnym architektem i planistą, na jego życzenie powstał Szahdżahanabad (miasto Szahdżahana), w którym stanęły imponujący Czerwony Fort, Wielki Meczet, a także aleja handlowa Chandni Chowk, przez którą biegł strumień nocą odbijający w sobie światło księżyca. Miasto wypełniały mniejsze meczety, bazary oraz haveli - rezydencje z wewnętrznymi dziedzińcami, tworzące małe sąsiedztwa, do dziś nieocenione dla powstawania lokalnych społeczności i tożsamości w wielkim mieście.

Takiej organizacji życia kres przyniosły imperialne plany Brytyjczyków, którzy w Delhi - w przeciwieństwie do dzielonych rasowo Bombaju czy Kalkucie - mieszkali w tych samych dzielnicach co zamożni Hindusi. Edwin Lutyens został wynajęty do zaprojektowania zupełnie nowego miasta, odseparowanego od muzułmańskich tradycji, wyrażającego w swej klarowności i rozległości majestat i niepodważalność władzy królewskiej.


Serce New Delhi

W grudniu 1911 r. nowy król Jerzy V z małżonką przybyli do Delhi, by podczas wielkiego durbaru (uroczystego zgromadzenia) odebrać honory jako władcy Indii, najważniejszej kolonii Wielkiej Brytanii. Usadowiono ich na tronach pod kopułą, wokół zgromadziło się ponad sto tysięcy widzów - wszystko to miało miejsce tam, gdzie niedawno jeszcze kłębiła się codzienność, gwałtownie zrównana z ziemią.

Imperialna władza potrzebowała miejsca. Większość Szahdżahanabadu została zniszczona i zlikwidowana, dlatego dziś ocalały po tej zmianie Czerwony Fort wydaje się budowlą odosobnioną i pozbawioną kontekstu.

Na północ od gęsto zabudowanego, pełnego wąskich uliczek miasta - teraz już nazywanego Starym Delhi - w ciągu dwóch dekad wyrosło to drugie, nazywane Nowym Delhi. Lutyens przeszczepił tam koncept europejski - pomysł miasta ogrodu, o charakterystycznej sieci ulic rozchodzących się promieniście i zbiegających wokół rond. Ta przestrzeń, zarezerwowana dla władzy i brytyjskich mieszkańców, powstawała jako rażący kontrast wobec indyjskich tradycji. Aleje były ogromne i proste, zieleń zapewniała czyste powietrze, ratowała od zakażeń i chorób powszechnych w innych dzielnicach. Ukryte w głębi posesji luksusowe bungalowy dawały urzędnikom Korony ciszę i komfort.

India Gate (fot. shutterstock.com)India Gate (fot. shutterstock.com)

Centralną arterią tego nowego, imponującego rozmiarami i przepastnością, świata był Rajpath - Trakt Królewski. Prowadzi od India Gate (indyjskiego odpowiednika Łuku Triumfalnego) do Rashtrapati Bhavan, czyli pałacu wicekróla Indii, dziś zajmowanego przez prezydenta niepodległej od 1947 roku republiki. Po obu stronach alei znajdują się pałacowe budynki, w których mieszczą się ministerstwa, jest też inspirowana budowlą z Bath okrągła siedziba parlamentu. W połowie swej długości Rajpath krzyżuje się z Janpath, która zyskała przeznaczenie artystyczne, wzdłuż niej stoją instytucje kultury. Aleja biegnie aż do słynnego Connaught Place - ośmiokątnego rewiru handlowego, wokół którego na parterze kamienic działają sklepy oraz restauracje. Jeśli Nowe Delhi w ogóle posiada serce, bije ono właśnie tam. Bo tam Hindusi zdołali tchnąć ducha przedsiębiorczości i wspólnotowości w rozległą i obcą im architekturę.

Męska energia

Lutyensowi udało się stworzyć nową jakość, zupełnie inną organizację przestrzeni. Udało mu się również odseparować elity od biedoty, która - w czasie gdy Nowe Delhi stanowiło imponujący plac budowy i inwestycji - tłoczyła się w zaułkach Starego Delhi, a w końcu zaczęła wylewać poza jego granice, tworząc to, co dziś stanowi istotę miasta: niekończące się miejskie wioski, slumsy, chaotyczną i nieformalną zabudowę, bezkresną tymczasowość z samodzielnie podciągniętym prądem i kanalizacją.

Delhi jest dziś najszybciej rosnącą metropolią Indii i przechodzi zaskakujące przeobrażenia. Wchłania okoliczne wioski. Noida czy Gurgaon, jeszcze 15 lat temu maleńkie wiejskie ośrodki, teraz są dzielnicami apartamentowców, biurowców i centrów handlowych dla klasy średniej. Puchną też rewiry biedy, zawikłane, pozbawione adresów. Delhi to bodaj najbardziej konfundujące miasto świata - de facto zawiera w sobie osiem różnych miast, budowanych według różnych koncepcji politycznych. Warstwy władzy i urbanistycznych wizji nakładają się jak w zawiłym palimpseście. Jedno tylko wciąż łatwo z niego wyczytać: Delhi zawsze było miastem władzy, ambicji i rywalizacji. Jest metropolią męskiej energii, odzwierciedlonej w budowlach takich jak Qutb Minar - imponującym minarecie, grobowcu Humajuna czy Lutyensowskim Pałacu Prezydenckim z dominującą kopułą.

Rashtrapati Bhavan, pałacu prezydenta niepodległej od 1947 roku republiki (fot. shutterstock.com)Rashtrapati Bhavan, pałacu prezydenta niepodległej od 1947 roku republiki (fot. shutterstock.com)

Król Jerzy zażądał od Lutyensa, by projektowane przez niego budynki rządowe miały unikatowy dla Indii charakter. Chciał budowli, które nie mogłyby powstać nigdzie indziej. Dlatego każdy widz, gdy już otrząśnie się z przytłoczenia wywołanego ich splendorem i rozmiarem, dostrzeże drobne elementy świadczące o lokalnych inspiracjach: pożyczone z buddyjskich stup wzory kopuł, zdobione indyjskimi dzwonkami i czakrami kolumny, lokalne rodzaje kamieni.

Niewątpliwie takie elementy - i dalekowzroczność króla Jerzego - pomogły osadzić w tych imperialnych scenografiach nową, już niepodległą władzę Indii. New Delhi pozostało oderwaną od rzeczywistości enklawą, wyjątkiem od reguły kraju tętniącego zmianami.

Warto przyjść na Rajpath przed wieczorem, gdy upał słabnie, a indyjskie rodziny i pary zakochanych wylegają na wielkie trawniki, obficie podlewane, i spacerują, piknikują, grają w piłkę. Manifestują swoją obecność i ruchliwość wobec niewzruszonych monumentów władzy. Dziwny to spektakl - codzienność grająca na nosie potężnym instytucjom, które od ponad 70 lat zawodzą i ignorują maluczkich, choć z dumą noszą emblemat najludniejszej demokracji świata.

New Delhi (fot. shutterstock.com)New Delhi (fot. shutterstock.com)

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Paulina Wilk.
Ur. 1980. Pisarka, publicystka. Autorka książek "Pojutrze. O miastach przyszłości", "Lalki w Ogniu. Opowieści z Indii", "Znaki szczególne", a także serii bajek o misiu Kazimierzu. Zajmuje się tematyką międzynarodową i literaturą. Jest autorką kwartalnika "Przekrój", współpracuje z tygodnikiem "Polityka" i magazynem "National Geographic Traveler". Jest współtwórczynią Fundacji "Kultura nie boli", międzynarodowego Big Book Festival oraz centrum literackiego Big Book Cafe.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (15)
Zaloguj się
  • krzysztof_ptk

    Oceniono 9 razy 5

    Gdy któregoś dnia zrodzi się generacja ludzi, która uzna, że ich święta rzeka jest tylko zwykłą kloaką, a ich system klasowy był wymysłem jakiegoś arystokraty, reszta świata może zacząć się zastanawiać czy w epoce lodowcowej nie żyło się przyjemniej.

  • buwalker

    Oceniono 5 razy 3

    Ostatnio zainteresowałem się kinem indyjskim, zacząłem od Baahubali, i zrezygnowałem z następnej części, trudno uwierzyć, że ktoś może jeszcze respektować tak komicznie sankcjonowany przez religię rasizm, tym bardziej, że kompletnie odwrócono role, odnosząc się do historycznych relacji zaawansowanych cywilizacyjnie Drawidów z barbarzyńskimi Arjami. Podobno kręcą Mahabharatę, moim zdaniem powinno się to spotkać z sankcjami ze strony ONZ, bo to nawoływanie do nienawiści na tle etnicznym. Jeśli chodzi o historię nowożytną, Tope i Lakszmi Raj walczyli o prawo do utrzymywania kastowości i niewolenia Drawidów, tym różni się ich walka od powstania styczniowego albo wojny secesyjnej, które miały miejsce mniej więcej w tym samym czasie. Oczywiście, pojawił się w końcu Gandhi, ale jakoś trudno zauważyć jego wpływ na dominujące w Indiach narracje, tak naprawdę to jest wszystko koszmar.

  • qudaq

    Oceniono 7 razy 3

    Z przyjemnościa poczytałem o Indiach. Lekka forma, nieźle skonstuowana podróż w czasie, lokalny koloryt. To wszystko pozwala wrócic i do książek o powstaniu Sipajów, i do Kamiennych Tablic. Nie widzę pochwały dla kolonializmu, a o potepianym ponoć piewcy kolonializmu, a przez to tym, bardziej fascynującym Kiplingu ani słowa.

  • blondyna.z.londyna

    0

    "Edwin Lutyens nie zrobił oszałamiającej kariery, ale miał szczęście..." Hahaha, w takim razie Paulina Wilk ma na myśli pewnie innego architekta, bo ten który przebudował New Delhi uważany jest za najwybitniejszego angielskiego architekta od czasów Christophera Wrena.

    The architectural historian Gavin Stamp described him as "surely the greatest British architect of the twentieth (or of any other) century"

  • fiolekpolny

    Oceniono 12 razy -6

    Widzę, że wśród komentarzy dla Pani na razie jedynie tradycyjne polskie smędzenie...Nasza szaro-bura rzeczywistość bardzo uderza po powrocie z ciepłych, kolorowych i uduchowionych Indii. Dziękuję Pani za przywołanie wspomnień z mojego niedawnego pobytu w Delhi :-)

  • k1harper

    Oceniono 8 razy -8

    Janpath to Aleja Ludowa......a nie krolowej, takich bredni o Indiach w zyciu nie czytalem, dodatkowo z zachwytem Pani pisze o epoce kolonialnej.......

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX