Spike Lee na spotkaniu ze studentami

Spike Lee na spotkaniu ze studentami (fot. Wexner Center / Flickr.com / CC BY-NC-ND 2.0)

wywiad Gazeta.pl

Spike Lee: Nie wstydzę się bohaterów, o których opowiadam, i miejsc, z których pochodzę

Będąc smykiem, dość często rzucałem do kumpli niepoprawne - z dzisiejszego punktu widzenia - hasła: "bacardi", "żółtaczka", "smołek", "cukier puder". I co? I nic. Oni nazywali mnie podobnie. Obecnie nie można powiedzieć na głos: żyd, bo to epitet, który stał się przejawem rasizmu. Nawet w kinie - mówi reżyser Spike Lee.

Ze Spike'em Lee nie spotkałam się z okazji premiery nowego filmu czy innego ważnego wydarzenia. Po prostu usiedliśmy razem przy barze.

Niezły z pana żartowniś.

- Niegroźny. Zresztą, gdzie bylibyśmy bez poczucia humoru? Mógłbym pani powiedzieć gdzie, tyle że nie opublikowaliby tego wywiadu. Ale o co konkretnie pani pyta? O moją niewyparzoną gębę?

O to też.

- Kłopoty to moja specjalność. Żona powtarza mi, że nim coś powiem - szczególnie do prasy - mam to dwa razy przemyśleć. Od jakiegoś czasu stosuję się do jej rady.

Spike Lee z Nagrodą Peabody'ego, 2011 r. (fot. Peabody Awards / Wikimedia.org / CC-BY-2.0)Spike Lee z Nagrodą Peabody'ego, 2011 r. (fot. Peabody Awards / Wikimedia.org / CC-BY-2.0)

Pamiętam, jak po strzelaninie w szkole średniej w Columbine w 1999 roku powiedział pan, że Charlton Heston, ówczesny prezydent Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego Ameryki, powinien zostać zastrzelony.

- Przeprosiłem za te słowa. Byłem głęboko poruszony tym, co stało się w tej szkole. Gdy dzieci zabijają dzieci, jaka przyszłość czeka cały naród? Byłem i wciąż jestem przeciwny łatwemu dostępowi do broni palnej i chyba nie muszę podawać powodów. Mam dwóch synów, jestem przerażony światem, w jakim przyszło im dorastać.

A Heston już nie żyje. Rodzinom ofiar z Columbine nic nie wróci ich bliskich, nie mówmy o tym.

Oczywiście tej wypowiedzi nie traktuję w kategoriach żartu.

- To był akt rozpaczy z mojej strony. Wyraz bezradności.

Słyszałam jednak, że dość często żartuje pan z amerykańskiej poprawności politycznej.

- Drażni mnie jakakolwiek poprawność: i ta polityczna, i ta obyczajowa. Oczywiście respektuję pewne zasady i normy: wiem, jak korzystać z toalety, jem nożem i widelcem, nie kradnę, znam kodeks drogowy i witam się z sąsiadką, gdy ją widzę przed domem, mimo iż nie darzę jej wielką sympatią. Jednak zbyt mocne wyśrubowanie savoir-vivre'u na co dzień nie jest dobre.

Dlaczego?

- Wystarczy zobaczyć, jaki wpływ polityka wywarła na nasz język i sposób komunikacji. Obecnie nie można powiedzieć na głos: żyd, bo to epitet, który stał się przejawem rasizmu. Nawet w kinie. Jak mam w takim razie nazwać przyjaciela, który nazywa się Elkan i wyznaje judaizm? Judejczyk? Nie jest ani Hebrajczykiem, ani Izraelitą...

Będąc smykiem, dość często rzucałem do kumpli niepoprawne - z dzisiejszego punktu widzenia - hasła: "bacardi", "węgielek", "żółtaczka", "smołek", "cukier puder". I co? I nic. Oni nazywali mnie podobnie.

"Bacardi"?

- Taki ukłon w stronę kolegi z Portoryko.

Nikt się nie obrażał?

- Byliśmy świetną paczką dzieciaków o różnych kolorach skóry. W naszych domach wyznawano inne religie, mówiono po włosku, angielsku, hiszpańsku i polsku, a czasami slangiem. Jeden był zamożny, drugiemu robiliśmy zrzutę na wymarzoną czapkę z daszkiem... Teraz, z tymi wszystkimi zakazami, nakazami, formułkami - co to niby mają wyrażać szacunek - jest gorzej. 

Co ma pan na myśli?

- Czymże jest poprawność polityczna? Niczym więcej ponad to, by w elegancki sposób potraktować kogoś protekcjonalnie - dać do zrozumienia, że jednak jest gorszy: inny, wykluczony, naznaczony. Że wymaga "specjalnej troski". To sprawia, że norma przestaje być normą, tylko stanem wyjątkowym.

Na przykład "Afroamerykanin" - większość nie chce być tak nazywana, ten przymilny i nieszczery leksykon białej społeczności drażni. Czy pani mówi do przyjaciółki, podkreślając grupę społeczną, do której obie przynależycie: moja aryjska kumpelo, chodź, wyskoczymy na miasto, może jakieś białasy akurat są do wyjęcia?

Oczywiście, że nie, po co zawężać target do jednej, wąskiej grupy.

- (śmiech) To tak, jakby podkreślać na każdym kroku, że dzisiaj kobiety mają prawa wyborcze. To ubliżające, choć pewnie niektórzy uważają, że kobiety wciąż powinny za to dziękować... Halo: biały, heteroseksualny, wykształcony świecie, mamy to już za sobą, przewalczyliśmy różne rzeczy - ja jestem czarny, on żółty, ktoś inny jest jak wysoka latte udekorowana bitą śmietaną na szczycie. Pójdźmy dalej. Zastanówmy się, co zrobić z wywalczonymi prawami? Jak je spożytkować? Jak pomóc głodującym - od ilu to już lat - dzieciom w Afryce albo dlaczego wciąż nie ma powszechnego dostępu do lekarstw przeciwko AIDS. Dręczy mnie to, was nie?

Prawda jest taka, że wszystkie te ładne określenia wymyślono po to, by oficjalnie można było jakoś razem funkcjonować w tzw. cywilizowanym świecie. Ale uwierzcie mi, określenia typu: pierwszy czarnoskóry reżyser, najlepszy czarnoskóry aktor itd. nie pomagają. One tworzą bariery, inicjują nowe getta i wcale nie usuwają starych.

Spike Lee (fot. Melody Joy Kramer / Flickr.com / CC BY-NC-ND 2.0)Spike Lee (fot. Melody Joy Kramer / Flickr.com / CC BY-NC-ND 2.0)

Czyli to wszystko na pokaz?

- Tak. Niby jest dobrze: kochamy się, tolerujemy. Wymyśliliśmy nawet specjalne nazwy dla naszych czarnych braci, by żyło im się lepiej wśród nas. A przecież chodzi wyłącznie o to, by żyło się lepiej - wygodniej, bez wyrzutów sumienia - naszym białym braciom i siostrom. Nie mam złudzeń, spora część tzw. tolerancyjnej, wykształconej Ameryki nazywa nas pokątnie "śmieciami" i głosuje na Trumpa.

Chce pan rozmawiać o prezydencie?

- Nie ma o kim rozmawiać. Jaki jest, każdy widzi, co tu więcej dodawać. Ameryka wybrała sobie przywódcę, nie ma rady, przyjdzie nam za to zapłacić.

Jak?

- Wolę o tym nie myśleć.

To wróćmy jeszcze do czasu dzieciństwa.

- Urodziłem się w Atlancie, ale szybko przeniosłem wraz z rodzicami na Brooklyn do Nowego Jorku. Tam miałem paczkę prawdziwych kumpli. Dziś każdy z nas robi co innego, czasami to skrajnie różne profesje. Z racji roli kamery w uprawianym zawodzie najbliżej mi chyba do "czekoladowego Joe".

Też działa w branży filmowej?

- Został gwiazdą porno. Nigdy nie byłem koneserem takiego kina, więc nie śledziłem jego kariery.

Ma pan kontakt ze "smołkiem" albo "węgielkiem"?

- Tak, z resztą kumpli mam kontakt, choć z biegiem czasu wykruszają się przyjaźnie. Tęsknię za dzieciństwem, ale staram się nie roztkliwiać nad sobą. Wszyscy wcześniej czy później trafimy w to samo miejsce.

Pochodzi pan z artystycznej rodziny, w której przykładano wagę do wykształcenia. Na ile to zdeterminowało pana drogę zawodową?

- Miało ogromny wpływ. Odkąd pamiętam, chciałem uprawiać artystyczny zawód. Moja rodzina wierzyła we mnie, choć nie do końca wiedzieli, czym się będę zajmował jako reżyser i jak będzie wyglądała moja codzienność. Reżyseria wzięła się stąd, że kino wydawało mi się użytecznym medium.

Oczywiście, na początku w moim życiu była telewizja, ale kino szybko stało się pierwszą miłością. Z jednej strony miało w sobie coś z bajki, z drugiej, wiedziałem, że może być ważnym głosem w obronie słabszych, potrzebujących, może zwracać uwagę na palące problemy. Być jak brzytwa.

Jakie było to pana kino na początku?

- Jak magia. Przenosiło mnie w inny świat. Widziałem, jak łączy ludzi na seansach, jak reagują bez względu na wiek, pochodzenie, wykształcenie. Jednak dość szybko odkryłem, że są inni - lepsi - reżyserzy od opowiadania bajek na ekranie, to nie będzie moja specjalność.

Pan nie chciał łączyć?

- Nie. Uznałem za to, że właśnie za pomocą kina mogę przedstawiać ważne, do tej pory marginalizowane czy wypierane historie z "mojego podwórka".

Na początku drogi zawodowej człowiek jest pełen ideałów. Ja chciałem, by moje kino zawierało element jakiegoś manifestu. Na szczęście to też mi przeszło, choć zawsze starałem się, by moje filmy były głosem w jakiejś lub czyjejś sprawie. Dzięki filmowi poczułem, że mogę robić coś atrakcyjnego, a jednocześnie pożytecznego.

Kino wciąż mnie pociąga, to moja pasja, ale opowiadanie takich, a nie innych historii to także moja powinność.

Takich, a nie innych, czyli jakich?

- Nie chcę edukować, raczej ukazywać świat, który do tej pory był pomijany w dyskursie. Dać głos tym, którzy wcześniej go nie mieli. Weźmy "Malcolma X" czy "Crooklyn", autobiograficzną, osadzoną na początku lat 70. na Brooklynie historię o zwykłych ludziach. Jakie jest to moje kino? Chyba najprościej powiedzieć, że nie wstydzę się bohaterów, o których opowiadam, i miejsc, z których pochodzę. To mój świat. Do dzisiaj.

Skąd pan wiedział, że zostanie wysłuchany?

- Przecież czarni to więcej niż połowa kinowej widowni w Stanach! Tak jak kobiety, jeśli je zliczyć.

Mechanizm był prosty: założyłem sobie, że będę portretował świat, który znam najlepiej, czyli tzw. czarną Amerykę, tyle że w moich filmach dojdzie do dekonstrukcji tego, co widz spodziewa się zobaczyć na ekranie. U mnie czarni od początku traktowani byli pierwszoplanowo i podmiotowo, a nie pretekstowo, niczym lokalny koloryt na trzecim planie. Chciałem robić kino bez powielania rasowych klisz czy schematów światopoglądowych. To był szok.

Dla producentów?

- No tak. Okazało się, że czarny nie zawsze musi grać złodzieja albo gwałciciela, może być biznesmenem albo facetem, w którym zakocha się biała kobieta. Kolejny szok! Ale wyszło na moje - widownia to kupiła. Bo takie jest życie. Zwróciłem się wprost do moich braci,  czarnych i białych. Te opowieści po prostu były o nich: o problemach mieszanych społeczności i ich codzienności.

Do dziś moje filmy nie są robione z myślą o czarnych. No, może dominanta jest czarna, ale zaraz, zaraz, z tego, co wiem, nikt nie pyta białych reżyserów, dlaczego w ich filmach gra tak wielu białych. Opowiadam o świecie, który znam, a ten świat jest wielobarwny, na pewno nie czarno-czarny. To moja perspektywa. Nie ściemniam. Ludzie to doceniają. Nigdy też nie faworyzowałem nikogo przez wzgląd na kolor skóry. Założyłem sobie, że dobre kino się obroni.

Dobre to jakie?

- Każdy potrzebuje kogoś, kto go będzie reprezentował, także w kinie. Oczywiście, nie chciałem zamykać się w określonym i łatwym do przewidzenia typie opowieści. Nie jest tak, że tylko czarny ma prawo, by opowiadać historie o czarnych. Często sami hermetyzujemy się w naszych gettach mentalnie czy językowo.

Monika Lenczewska - polska operator, która realizuje filmy na całym świecie - wspomina do dziś zajęcia filmowe, które prowadził pan na jej wydziale. Chwali pana bardzo.

- Czasami zamawiam pizzę i po prostu rozmawiam ze studentami o kinie. Pytają mnie o "25 godzinę", to zdaje się ich ulubiony film, ale też o "Malarię", "Rób, co należy", "Ślepy zaułek" czy "Mordercze lato". Robimy analizę konkretnych scen, moi studenci są bardzo wymagający. Nie byłem tak świadomy w ich wieku.

A jaki?

- Zdeterminowany. Do szkoły filmowej poszedłem, bo nie miałem jak skombinować sprzętu do filmu. Dzisiaj, przy możliwościach, które mają młodzi, na pewno nie traciłbym na nią czasu. Przy tym dostępie do narzędzi, materiałów, pomocy naukowych i filmów nie trzeba kończyć uczelni, jednocześnie można być świetnie wyedukowanym, niezależnym filmowcem, którego produkcje będą wyświetlały kina, festiwale czy platformy mediowe.

Spike Lee w 2012 r. (fot. José Cruz/ABr / Wikimedia.org / CC-BY-3.0-BR)Spike Lee w 2012 r. (fot. José Cruz/ABr / Wikimedia.org / CC-BY-3.0-BR)

Technologie i sprzęt sprawiają, że dzisiaj filmy robi się szybciej i taniej, w zasadzie po kamerę może sięgnąć każdy. Albo inaczej: każdy ją nosi w kieszeni [Spike Lee wyjmuje telefon komórkowy - przyp. aut.]. Ja się z tego cieszę, bo ostatecznie wszystko i tak weryfikowane jest przez odbiorców, ale punkt wyjścia jest dobry: ludzie powinni móc spełniać marzenia. Po to jest kino. Im szybciej dowiesz się, czy jesteś w tym dobry, tym lepiej. Chcesz nakręcić film komórką? Stary, zrób to. Nakręć film choćby butem i jeśli to zrobisz, należy ci się Oscar! (śmiech)

Robienie kina wciąż sprawia panu frajdę? To nadal pasja?

- Non stop coś kręcę, nie tylko filmy fabularne. Bardzo lubię sięgać po dokumenty. Poza tym są historie zbyt "duże" na kino fikcji, trzeba je opowiedzieć za pomocą faktów. Od czasu do czasu realizuję też teledyski. Właściwe im operowanie skrótem, zawężenie fabuły do kilku minut to taki filmowy trening. Teledyski są moimi sparingami. Dzięki nim mogę sprawdzić, czy wciąż jestem w formie, czy mój język trafia do młodych.

Co zrobić, by wideoklip był czymś więcej niż ilustracją do muzyki?

- Za każdym razem zadaję sobie te pytania.

Pana wideoklipy otrzymują nagrody, mają miliony odsłon, nie jest zatem tak źle...

- Co nie znaczy, że jest dobrze. Nadążam, ale czasem krztuszę się od zadyszki.

Są na to środki.

- Póki co nie używam, ale czuję, że "depczą mi po piętach".

Lubię młodych. Kibicuję im. Oglądam amatorskie filmy wrzucane do Internetu, widzę wielu utalentowanych ludzi, którzy prawdopodobnie nigdy się nie przebiją. Podziwiam ich zapał. To, co robią, jest często lepsze niż profesjonalne produkcje moich kolegów. Mają w sobie świeżość, potrzebę eksperymentowania. Są świadectwem tego, co chce oglądać ulica. Trzeba słuchać głosu ulicy, każdy z jakiejś pochodzi, przy jakiejś mieszka, współtworzy lokalny krajobraz. Zapominamy o tym, bo kontakty międzyludzkie przeniosły się do mediów społecznościowych.

Każdy jest anonimowy?

- I narcystyczny, wyjątkowy. Ja kocham swoją ulicę, znam sąsiadów, rozmawiam z nimi: z jednymi wiecznie się kłócę o ich kota, który nagminnie wali kupy w moim ogródku, z drugimi grilluję raz na kwartał. Od tego wszystko się zaczyna, by wyjść do człowieka i móc spojrzeć mu w oczy. Pogadać z nim chwilę, przybić piątkę lub się posprzeczać, przejąć się jego historią.

Każda historia jest ważna?

- Każda to materiał na film. Kwestia tego, jak ją opowiedzieć.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Spike Lee.
Urodziny w 1957 roku w Atlancie - choć wychowany na Brooklynie - reżyser filmowy, scenarzysta, aktor i producent. Realizuje filmy dokumentalne, teledyski i reklamy. Ojciec dwóch synów. Dwukrotnie nominowany do Oscara: za scenariusz do filmu "Rób, co należy" (1990) i za film dokumentalny "Cztery małe dziewczynki" (1998). Za "Malarię" uhonorowany nominacją do Złotej Palmy na festiwalu w Cannes w 1991 r.

Anna Serdiukow. Absolwentka Instytutu Dziennikarstwa i Laboratorium Reportażu na Uniwersytecie Warszawskim i Gender Studies na Uniwersytecie Jagiellońskim. Publikuje m.in. w: "Zwierciadle", "Harper's Bazaar", "Wysokich Obcasach Extra", "Magazynie Filmowym SFP" i "FilmPro". Propaguje kino artystyczne - w warszawskiej klubokawiarni Znajomi Znajomych prowadzi autorski cykl filmowy "Nie znajdziesz tego na torrentach". Konsultuje scenariusze filmowe, m.in. wielokrotnie nagradzany w Polsce i za granicą film "Płynące wieżowce" Tomasza Wasilewskiego. Od trzech lat dyrektor artystyczna Festiwalu Cinergia. Forum Kina Europejskiego w Łodzi. Współautorka albumu "Andrzej Wajda. Ostatni romantyk polskiego kina".

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (57)
Zaloguj się
  • pastozukk

    Oceniono 15 razy 9

    jak pomóc głodującym dzieciom w Afryce?
    może niech ten Pan spyta na początku o dopłaty dla amerykańskiego rolnictwa, (do europejskiego też). Afrykańskie rolnictwo nie wytrzymuje konkurencji. Wszystko za sprawą rządów (USA, Unia Europejska) które na każdym kroku wycierają sobie i wszystkim innym gęby wszelkimi równościami i prawami człowieka. A zwykli Afrykańczycy w przeważającej większości mają tylko to - rolnictwo.
    Potem mądrze byłoby odciąć finansowanie programów 'pomocowych' dla Afryki - wszelkiego typu wysyłka żywności, w myśl prostej zasady że nie daje się rybki, tylko wędkę. Bezmyślne rozdawnictwo, i to uprawiane od dłuższego czasu uczy tylko bierności, pasożytnictwa i postawy roszczeniowej. To jest krzywda wyrządzana tym ludziom, bo taka postawa gwarantuje że nigdy nic nie wypracują (no chyba że dostaną).
    Następnie należałoby wysłać Afryce milion kontenerów z prezerwatywami. Gdzie są feministki, które tak walczą o bezpłatny(!!!) dostęp do antykoncepcji? Won tam, bo to tam te środki są najbardziej potrzebne, i to nie dla fizycznej przyjemności, jak tutaj, alepo prostu dla godniejszego bytu. Tam nieraz kobiety są zmuszane do rodzenia.

    Reszta artykułu to takie typowe blablabla pitupitu wszyscy jesteśmy równi blablabla. No niestety, świat w którym wszyscy jesteśmy równi to zwykła utopia. Nie istnieje. Ale żeby z tego otrząsnąć, wystarczy otworzyć oczy i się rozglądnąć. Jest dokładnie odwrotnie. Jesteśmy w dżungli i walczymy o przetrwanie.

  • Krzysztof Kometa

    Oceniono 10 razy 8

    "Na przykład "Afroamerykanin" - większość nie chce być tak nazywana, ten przymilny i nieszczery leksykon białej społeczności drażni. Czy pani mówi do przyjaciółki, podkreślając grupę społeczną, do której obie przynależycie: moja aryjska kumpelo, chodź, wyskoczymy na miasto, może jakieś białasy akurat są do wyjęcia?"
    Pekalem ze smiechu czytajac, Spike ma 100% racji, wreszcie ktos mowi jakich idiotow robi z nas poprawnosc polityczna....

  • Jacek Wojciechowski

    Oceniono 4 razy 4

    Wychowałem się na filmach Spike'a Lee.
    "Do the Rght Thing" był pierwszym jego filmem, który widziałem. Leciał na TVP2, ja nie miałem telewizora, ale ubłagałem matkę, by pozwoliła mi obejrzeć u siebie. Mocno przeżyłem ten film, zwłaszcza, że na co dzień słuchałem hip-hopu (Public Enemy, KRS One, NWA, A Tribe Called Quest etc.)
    Potem były "Mo' Better Blues", "Jungle Fever" i długaśny "Malcolm X" z genialnym Denzelem jako Malcolmem.
    "Crooklyn", "Clockers" i "Girls 6" oglądałem już znacznie później. A "She's Gotta Have It" kilka lat temu, choć wg mnie to najbardziej niedoceniany film mistrza.
    Niestety, dużo ostatnich filmów Spike'a ma zbyt białą obsadę. Robi się z tego typowa hamerykańska papka, trudno to oglądać.
    Tak, czy inaczej aż trudno uwierzyć, że koleś ma już 61 lat, przecież nie tak dawno nazywany był cudownym młodziakiem amerykańskiej reżyserii... dżizaa, ale ten czas zapier***la!

  • purpleeyes

    Oceniono 8 razy 4

    Na jakiej podstawie on uważa, że "czarni to więcej niż połowa kinowej widowni w Stanach"? Czarni stanowią niecałe 12% społeczeństwa USA to znaczy ze większość białych nie jest wcale zainteresowana kinem?

  • buwalker

    Oceniono 2 razy 2

    Taki agresywny sznyt, zabawnie pokazany na przykład przez Eastwooda w Gran Torino, dzisiaj przeklinam wszystko, i wcale nie uważam, że to jest fajne, za daleko to zaszło. Dzieciaki sprawdzają się nawzajem, testują granicę, potwierdzają własną wartość w bardzo kiepski sposób, a wcale nie musi tak być, jeśli nie zostawi się ich samym sobie. Z drugiej strony oczywiście mamy do czynienia z nadopiekuńczością, która uniemożliwia wejście w samodzielność, dorosłość, i tak dalej. A przy okazji, jeżeli Mohamed miał bardzo ciemną karnację, to prosząc kogoś, kto go nie zna, o przekazanie wiadomości jedynej osobie w towarzystwie, prezentującej taki fenotyp, jakiego określenia użyć? Od kiedy dowiedziałem się, że "Murzyn" jest odbierane jako obraźliwe, zacząłem używać określenia "Afroamerykanin", rzadziej "czarny", opierając się na oficjalnych, amerykańskich wytycznych, ale Polska to nie Ameryka, chodzi o prozę życia, i trzeba brać to pod uwagę Może po prostu Afro? To jakoś brzmi. Gdybym zamieszkał w Afryce, albo Ameryce Południowej, nie przeszkadzałoby mi określenie "białas", gdyby miało ułatwić komuś to życie bez przykrych konsekwencji dla mnie.

  • zlosliwyskrzat

    Oceniono 10 razy 2

    W świecie takiego Lee, taki Pan Vavra nie może zrobić realistycznej gry o średniowiecznej Bohemii bo jest ona rasistowska a priori, bo jedyną grę jaką można zrobić to nierealistyczną grę o XV wiecznej Bohemii gdzie "dywersyfikacja" zakłada występowanie czarnych.

  • mniklasp

    Oceniono 10 razy 2

    moj znajomu Amerykanin latach 80 ych sluzbowow powiedzila ten "colored guy" o murzynie i byla afera, ja mowie black guy i nigdy Afroamerican i zyje tu 30 lat

  • Aaxa Axxa

    Oceniono 3 razy 1

    Świat skolonizowany jest podzielony na dwie części. Linię podziału, granicę wyznaczają koszary i posterunki policji. Dla skolonizowanego jedynym ważnym, zinstytucjonalizowanym partnerem, porte-parole kolonizatora i reżimu jest policjant lub żołnierz. W społeczeństwie kapitalistycznym wszystko, co jest pewną zewnętrzną formą szacunku dla ustalonego porządku — a więc religijne lub świeckie nauczanie, kształtowanie postaw moralnych, przekazywanych z ojca na syna, wzorowa uczciwość robotników, nagradzana w piędćdziesięciolecie lojalnej, nieskazitelnej służby, miłość wsparta na harmonii i rozsądku — wszystko to tworzy wokół osoby wyzyskiwanej atmosferę uległości i inercji, znacznie ułatwiającą działanie sił porządkowych. W krajach kapitalistycznych pomiędzy osobą wyzyskiwaną a władzą roi się od specjalistów w zakresie moralności, doradców, „dezorientatorów”. W koloniach natomiast policjanci i żołnierze samą swą namacalną obecnością, bezpośrednimi i częstymi interwencjami utrzymują stały kontakt ze skolonizowanym i radzą mu, za
    pomocą kolby karabinu lub napalmu, żeby się „nie wychylał”.

    Kwestionowanie świata kolonialnego przez mieszkańca kolonii nie ma w sobie nic z racjonalnej konfrontacji różnych punktów widzenia. Nie jest dyskusją nad tym, co uniwersalne, lecz niezbornym stwierdzeniem absolutnej wyjątkowości.
    Świat kolonialny to świat manichejski. Kolonizatorowi nie wystarcza fizyczne ograniczenie — za pomocą policji i wojska — przestrzeni skolonizowanego. Kolonizator czyniąc ze skolonizowanego kwintesencję zła, podkreśla totalny
    charakter wyzysku kolonialnego. Nie wystarcza mu odmawianie społeczności skolonizowanej jakichkolwiek wartości. Nie zadowala się stwierdzeniem, że wartości opuściły lub lepiej jeszcze — nigdy nie były obecne w skolonizowanym świecie. Tubylec — według kolonizatora — to osobnik całkowicie amoralny; obcy wszelkim normom, negujący wartości. Jest on — trzeba to wyraźnie powiedzieć — wrogiem wartości. A zatem jest złem absolutnym.

    Nieraz manicheizm ów z nieubłaganą logiką prowadzi do odczłowieczenia skolonizowanego. Mówiąc wprost spycha go do rzędu zwierząt. Dlatego też język kolonizatora, gdy wypowiedź dotyczy skolonizowanego, jest językiem terminów zoologicznych. Mówi się o rozpełzaniu się żółtych, o wyziewach tubylczego miasta, o stadach, zaduchu, rojeniu się, mrowieniu, gestykulacji. Kolonizator, chcąc znaleźć właściwe określenie, zawsze odwołuje się do świata zwierząt. Europejczyk nie ma trudności z tym „obrazowym” słownictwem. Skolonizowany doskonale rozumie, czemu ów zabieg ma służyć.

    Kiedy skolonizowany zaczyna się szarpać na uwięzi i niepokoić kolonizatora, śle mu się dobre dusze, które na „kongresach kultury” odsłaniają przed nim specyfikę i bogactwo wartości zachodniego świata. Ale za każdym razem, gdy mowa o wartościach zachodniego świata, skolonizowany doznaje nagłego skurczu mięśni, tężeje. Kiedy rozpoczyna się proces dekolonizacji, skolonizowani otrzymują szereg propozycji. Tłumaczy im się szeroko, że dekolonizacja nie może być krokiem wstecz, że trzeba wesprzeć się na wypróbowanych, trwałych i opatentowanych wartościach. Bywa jednak, że skolonizowany na samą wzmiankę o zachodniej cywilizacji wyciąga maczetę.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX