Paulina i Henryk Chmielniccy wyjechali z Polski w marcu 1968 r.

Paulina i Henryk Chmielniccy wyjechali z Polski w marcu 1968 r. (fot. archiwum prywatne / Agencja Gazeta / Marta Kondrusik)

wywiad Gazeta.pl

Marcowi emigranci: My naprawdę nic od Polski nie chcemy

Paulina i Henryk Chmielniccy w 1968 roku wyjechali do USA. W Nowym Jorku, dokąd wtedy trafili, mieszkają do dziś. - Mówiło się kiedyś, że Polacy wysysają antysemityzm z mlekiem matki, ale ja się z tym nie zgadzam. Do dziś mamy w Polsce przyjaciół, którzy antysemitami nie są - opowiada Paulina Chmielnicka.

Podobno państwo są ze sobą od zawsze.

Henryk: To prawda, ale parą jesteśmy tylko pół wieku.

Paulina: W tym roku obchodzimy pięćdziesiątą rocznicę ślubu. Chodziliśmy razem do jednej klasy w Szkole Żydowskiej im. Icchaka Lejba Pereca w Łodzi.

08.03 2015 r., Warszawa. Obchody 47. rocznicy wydarzeń marcowych (fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta)08.03 2015 r., Warszawa. Obchody 47. rocznicy wydarzeń marcowych (fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta)

Zanim pójdziemy do szkoły, proszę opowiedzieć o państwa domach.

Paulina: Mój dom był żydowski. Rodzice - Leon i Helena - mówili między sobą po żydowsku. Tatuś się nauczył przy mamie. Tatuś miał trudną przeszłość, bo stracił rodziców jeszcze przed wojną i był wychowywany w żydowskim domu dziecka w Warszawie. Był to dom świecki, jak wszystkie. Oboje rodzice pochodzą z Warszawy, ale kiedy wybuchła wojna, uciekli przed nią do Związku Radzieckiego. Wrócili w 1946 roku i zamieszkali w Łodzi. Urodziłam się dwa lata później.

To była normalna, krawiecka rodzina. Nie byliśmy religijni, ale tradycyjni, obchodziliśmy święta. Mama, która nauczyła mnie jidysz, czasami chodziła do synagogi, choć nie trzymaliśmy szabatu. I wspaniale gotowała tradycyjne żydowskie potrawy.

Henryk: Święta u was, można powiedzieć, obchodzone były kulinarnie.

Miała pani rodzeństwo?           

Paulina: Nie, byłam sama.

Rozpieszczona jedynaczka?

Henryk: Powiedziałbym, że tak.

Paulina: Dziękuję ci bardzo.

Henryk: Moi rodzice też byli Żydami. Mama, Etla Lipszyc, pochodziła ze świeckiego domu, w którym mówiło się tylko po polsku. W domu ojca, Pawła Chmielnickiego, mówiło się po żydowsku. Oboje są z Łodzi. Tato był członkiem żydowskiej organizacji syjonistycznej Haszomer Hacair i w takim duchu się wychowywał. Mama - zapaloną komunistką do końca. Śmieję się nawet, że pochodzę z mieszanej rodziny komunistyczno-syjonistycznej.

Rodzina Chmielnickich (fot. archiwum prywatne)Rodzina Chmielnickich (fot. archiwum prywatne)

Czym się zajmowali pana rodzice?

Henryk: Ojciec był kierownikiem technicznym w spółdzielni żydowskiej, a mama była redaktorem w Wytwórni Filmów Oświatowych. Nie miała dla nas dużo czasu, żona nazywa to chłodnym wychowaniem. Z ojcem miałem zawsze cieplejsze stosunki niż z mamą. Mam starszego brata, Wiktora, z którym ganialiśmy po podwórku, i tam w wieku pięciu lat poznałem, co to jest antysemityzm.

W jaki sposób?

Henryk: Usłyszałem od kolegi: - Żyd na moim rowerze jeździć nie będzie! Potem słyszałem podobne rzeczy wiele razy. Poinformowano mnie na przykład, że "Żydzi zabili Jezusa". Odpowiedziałem wtedy: - Moi rodzice nie byliby w stanie nikogo zabić.

To były sporadyczne przypadki czy nagminne?

Henryk: To było regularne, bo Łódź była bardzo antysemickim miastem.

Paulina: Mnie mówili na podwórku, że "kręcę skakanką jak parszywa Żydówka". Albo przechodziłam kiedyś w drodze do szkoły przez ulicę, podbiegł do mnie chłopiec, który naciągnął mi czapkę na oczy i krzyczał: - Żydówa! Żydówka! I tak to cały czas wyglądało.

Skąd ci wszyscy ludzie wiedzieli, że państwo są Żydami?

Paulina: Nie wiem, ale na podwórku wiedzieli.

Henryk: Musieliśmy wyglądać trochę inaczej. Brat mojego ojca ożenił się z Polką i jej wiejska rodzina, patrząc na mnie, zawsze mówiła: - No, popatrz, popatrz, corny jak krucek. To było niby takie delikatne, żartobliwe, ale zawsze.

Szkoła żydowska była oddechem?

Paulina: To najlepsza rzecz, jaka nam się w życiu zdarzyła.

Henryk: Nasza oaza.

Paulina i Henryk Chmielniccy (fot. archiwum prywatne)Paulina i Henryk Chmielniccy (fot. archiwum prywatne)

Paulina: W szkole czuliśmy się jak w domu i nie chcieliśmy z niej wychodzić. Do tej pory spotykamy się z rozsianymi po całym świecie kolegami i koleżankami stamtąd. Wtedy na pewno nie chcieliśmy nigdzie wyjeżdżać.

Henryk: Mów o sobie.

Paulina: No tak. Heniek chciał.

Jeszcze za wcześnie na wyjazd. Jak wyglądała szkoła?

Paulina: Mieliśmy takie same przedmioty, jak w innych szkołach, plus język żydowski i historię Żydów - szkolny dzień był więc dłuższy o godzinę lub dwie. Za naszych czasów przedmioty były wykładane po polsku, nie obchodziliśmy żydowskich świąt. Nauczyciele byli polscy i żydowscy. Mieli z nami dużo problemów, bo byliśmy młodzieżą rozwydrzoną. Nie wiem, skąd się to wzięło. Może stąd, że rodzice nie mieli do nas cierpliwości, bo byli zrujnowani przeżyciami wojennymi? Sami sobą musieli się zająć. W szkole zdążyliśmy jeszcze zrobić maturę. Potem poszliśmy na studia. Niektóre dzieci, młodsze, nie zdążyły jej skończyć, bo musiały wyjechać w 68 roku.

Henryk: Myśmy byli najliczniejszą klasą maturalną w historii szkoły. W sumie dwadzieścia osób.

Paulina: A była i taka klasa, która liczyła siedem osób.

Izrael był w szkole tematem?

Henryk: Wśród nas, uczniów, tak, ale ze strony szkoły - nie. Niektórzy koledzy wyjeżdżali do Izraela i wysyłali nam listy albo płyty z piosenkami, których potem słuchaliśmy. Do Izraela wyjechał mój najlepszy kolega z siódmej klasy.

W państwa domach rozmawiano o wyjeździe?

Paulina: Mama o tym mówiła, kiedy się okazało, że mamy w Izraelu daleką kuzynkę, ale tatuś absolutnie nie chciał jechać, a mnie w szkole było dobrze. Mnie było w Polsce dobrze.

Wystawa 'Marzec 1968 w Krakowie'. Reprodukcja zdjęcia 'Manifestacja na Rynku Głównym, 11 marzec 1968' (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)Wystawa 'Marzec 1968 w Krakowie'. Reprodukcja zdjęcia 'Manifestacja na Rynku Głównym, 11 marzec 1968' (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

Mimo że kręciła pani skakanką jak "parszywa Żydówka"?

Paulina: Nauczyliśmy się z tym żyć. Przynajmniej ja. Heniek niekoniecznie.

Jak się z tym żyje?

Paulina: Ignoruje się. Bardzo chciałam być Polką. Kiedy inne dzieci szły do pierwszej komunii, też chciałam iść, bo wszyscy wokół pytali: - A ty już u komunii byłaś? Odpowiadałam: - Jeszcze nie. Mam nawet zdjęcie, na którym stoję w pożyczonej od sąsiadki sukience komunijnej z wiankiem na głowie i z gromnicą w ręku. Kiedy jeździliśmy latem pod Łódź, wynajmowaliśmy mieszkanie u pani, która była dewotką i zabierała mnie do kościoła. Mama mi nie zabraniała, a mnie się to podobało. Zazdrościłam po prostu tym wszystkim, którzy nie mieli powodu, żeby się bać. Strasznie zazdrościłam.

Moje oryginalne imię to Pesa, po babci. Kiedy mama najpierw mnie wysłała do polskiej szkoły, kobieta w sekretariacie jej powiedziała: - Mój Boże, pani dziecko wysyła do szkoły z takim imieniem? Radziłabym je zmienić, bo po co córce kłopoty? Wróciliśmy do domu i słyszałam, jak rodzice rozmawiali między sobą po żydowsku: - Co robimy? Zmienili mi imię na Paulina, na wszelki wypadek. I zapisali mnie do żydowskiej szkoły. Dzięki temu się zmieniłam. Zaczęłam nagle być Żydówką. Wcześniej nie chciałam nią być.

Pan chciał wyjeżdżać wcześniej, prawda?

Henryk: Myśmy z rodziną byli gotowi do wyjazdu już w 1956 roku. Do Izraela. Miałem wtedy osiem lat. Zawsze wiedziałem, że wyjedziemy, ale rodzice mieli konflikt ideologiczny. Ojciec chciał do kibucu, gdzie byli jego wszyscy znajomi sprzed wojny, a mama powiedziała, że tylko w jednym kraju będzie budowała komunizm. Skończyło się na tym, że wtedy nie wyjechaliśmy.

Zawsze czułem się w Polsce obco. Kiedy miałem dwanaście lat, założyliśmy nawet z kolegami tajną organizację syjonistyczną.

Hebrajski pan znał?

Henryk: Nie, ale mój ojciec znał i zaczął mnie uczyć, kiedy skończyłem piętnaście lat. Od tego czasu rozmawialiśmy z ojcem po hebrajsku po to, żeby ćwiczyć.

Paulina: Ale mama nie. Tylko tato i ty.

Rodzina Chmielnickich (fot. archiwum prywatne)Rodzina Chmielnickich (fot. archiwum prywatne)

Henryk: Zgadza się. Rok później chciałem składać papiery na wyjazd, ale mama mnie poprosiła, żebym poczekał do osiemnastki, bo jak będę pełnoletni, to niepotrzebna będzie zgoda rodziców. Mama się bała, że jak ją w to wciągnę, zniszczę jej karierę. Zgodziłem się i poszedłem na studia. Kiedy w 1967 roku wybuchła wojna sześciodniowa, stało się jasne, że trzeba będzie wyjeżdżać. Bardzo mnie to ucieszyło. Skoro mnie tu nie chcą, chętnie wyjadę.

Jaką państwo mieli wtedy tożsamość?

Paulina: Ja się uważałam za polską Żydówkę.

Henryk: Ja chyba też, za polskiego Żyda.

A dzisiaj?

Henryk: Dzisiaj jesteśmy amerykańskimi Żydami z Polski. Mieszkamy tu, w Nowym Jorku, prawie pięćdziesiąt lat. W Polsce mieszkaliśmy tylko dwadzieścia.

Paulina: Ale korzenie są kluczowe, bo te pół wieku tutaj jest - jak by to powiedzieć - mniej ważne niż początek w Polsce, bo tamte lata to była młodość. Tam się kształtowaliśmy, tutaj musieliśmy natychmiast wydorośleć. Polska to dla nas szkoła, wakacje, potańcówki, kolonie, kawiarnie, teatr. Smak młodości.

Zostały jakieś uczucia?

Paulina: Nostalgia, z której zresztą wyleczyliśmy się częściowo, kiedy przyjechaliśmy do Polski po raz pierwszy w 1989 roku. Nie było to miłe doświadczenie. Chcieliśmy zobaczyć nasze dawne mieszkania. Obecni właściciele mojego myśleli, że przyjechaliśmy po ukryte tam pieniądze albo złoto. A do dawnego mieszkania Heńka nawet nie weszliśmy, bo zatrzaśnięto nam przed nosem drzwi. Córka była w szoku.

Państwo już wracają do Polski, a jeszcze z niej nie wyjechaliśmy.

Paulina: Dobrze, wróćmy zatem do 1968 roku. Studiowałam wtedy ekonomię przemysłu na Uniwersytecie Łódzkim.

Henryk: A ja byłem studentem Wydziału Elektrycznego Politechniki Łódzkiej.

Byli państwo wtedy parą?

Henryk: Tak, parą zostaliśmy po maturze.


Co tak późno, skoro to znajomość od podstawówki?

Henryk: Byliśmy zawsze bliskimi przyjaciółmi i dopiero kiedy wyjechaliśmy na obóz pomaturalny, coś między nami zaiskrzyło. 

Zaczyna się związek, zaczynają się studia i nagle.

Paulina: Decyzję o wyjeździe podjęliśmy wspólnie. Nie wiadomo było tylko, czy nas razem wypuszczą, więc wzięliśmy szybko ślub. Rodzice Heńka nie jechali wtedy. Mój tatuś wcześniej pojechał na wycieczkę do Stanów i kiedy się zaczęła wojna sześciodniowa, powiedzieliśmy, żeby nie wracał. Wyjeżdżałam więc ja, mama i Heniek. Przez Wiedeń.

Henryk: Mój brat kończył wtedy matematykę i rodzice nie chcieli, żeby przerywał studia. Wyjechałem we wrześniu 1968 roku, a rodzina dołączyła do nas w 1970.  Wszyscy znaleźliśmy się w Nowym Jorku.

To była, rozumiem, decyzja błyskawiczna.

Henryk: Kiedy w łódzkich gazetach zaczęły się ukazywać pogromowe teksty, wiadomo było, że trzeba uciekać.

Paulina: Na uniwersytecie był strajk, siedzieliśmy w auli i koledzy powiedzieli do mnie: - Słuchaj, idź do domu, bo tu będzie niedobrze. Jako Żydówka pierwsza będziesz miała problemy. Wróciłam do domu i powiedziałam do mamy, że trzeba uciekać.

Co się czuje, kiedy się czyta i słyszy to, co państwo wtedy czytali i słyszeli?

Paulina: Strach, upokorzenie.

Henryk: Upokorzenie to na pewno.

Paulina: Nam się wydawało, że wraz z końcem wojny to się skończyło, a tu znowu nagonka na Żydów. To było wręcz nierealne.

08.03 1989 r. Warszawa. Manifestacja Niezależnego Zrzeszenia Studentów NZS warszawskich uczelni, upamiętniająca marzec 1968 (fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta)08.03 1989 r. Warszawa. Manifestacja Niezależnego Zrzeszenia Studentów NZS warszawskich uczelni, upamiętniająca marzec 1968 (fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta)

Henryk: Przed nami ukrywano to, co działo się po wojnie, na przykład pogrom kielecki. Dopiero w Stanach się dowiedziałem o pogromie. Gdybyśmy o tym wcześniej wiedzieli, bardziej byśmy się bali w 68 roku.

Marzec był rozgrywką wśród komunistów, którzy niejednokrotnie mieli przecież żydowskie pochodzenie - co państwo na taką opinię?

Paulina: Moi rodzice nigdy nie byli w partii, pracowali jako krawcy. Co komu zawinili?

Ci, którzy rozpętali Marzec, wiedzieli, jakie pokłady antysemityzmu drzemią w Polakach? Jak państwo myślą?

Henryk: Antysemityzm w Polsce był zawsze na tym samym poziomie. W Marcu nie było go ani więcej, ani mniej.

Paulina: Mówiło się, że Polacy wysysają antysemityzm z mlekiem matki, ale nie mogę powiedzieć, że wszyscy są antysemitami. Do dzisiaj mamy w Polsce  przyjaciół, którzy antysemitami nie są. Ale wtedy w większości, na ulicy, to się odczuwało.

Opowiem panu taką historię: przed wyjazdem chcemy sprzedać kredens i facet, który przyszedł go kupić, daje nam skandalicznie niską cenę. Mama mówi, że to zwyczajnie nieuczciwe, a on: - Niech mi to pani lepiej sprzeda, bo i tak musicie wyjechać. W powietrzu czuliśmy wrogość. Żeby wywieźć nasz dywan, musiałam biegać po zaświadczenie od jakiegoś kustosza, choć dywan żadnym zabytkiem nie był. Taka celowa złośliwość, żeby uprzykrzyć nam i tak nieprzyjemną sytuację.

W końcu docierają państwo do Nowego Jorku.

Henryk: 20 grudnia 1968 roku.

Paulina: Przez pierwsze dwa lata miałam depresję, trudno mi było.

Henryk: Szybko trzeba było wydorośleć.

08.03 1989 r. Warszawa. Manifestacja Niezależnego Zrzeszenia Studentów NZS warszawskich uczelni, upamiętniająca marzec 1968 (fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta)08.03 1989 r. Warszawa. Manifestacja Niezależnego Zrzeszenia Studentów NZS warszawskich uczelni, upamiętniająca marzec 1968 (fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta)

Paulina: Musieliśmy na siebie zarobić i pójść do szkoły, bo chcieliśmy przecież studiować. Wynajęliśmy mieszkanie na Brooklynie. Heniek kontynuował studia, ja przerwałam. Nie dawałam rady łączyć ich z pracą. W 1971 roku urodziła się nasza pierwsza córka, Ania. 

Gdzie państwo pracowali?

Paulina: Zaczęłam dzięki przyjaciołom, którzy już tu byli. Załatwili mi pracę w biurze dużego sklepu towarowego. Angielski znałam na poziomie podstawowym, ale jakoś poszło. Potem przez wiele lat pracowałam w firmie ubezpieczeniowej.

Henryk: Mnie przyjaciel załatwił pracę w biurze kreślarskim. Po angielsku umiałem się wtedy porozumiewać tylko w czasie teraźniejszym. Dopiero potem opanowałem przyszły i przeszły.

Polska była w państwa amerykańskim domu?

Henryk: Kulinarnie na pewno.

Paulina: Używaliśmy w domu języka polskiego, po polsku rozmawialiśmy też z rodzicami. Z Anią chcieliśmy mówić tylko po angielsku, ale się nie dało, bo dziadkowie mówili do niej po polsku. Karen, druga córka, w domu mówiła po polsku, a poza domem po angielsku. Moja mama mieszała polski z żydowskim. Do dzisiaj do córek mówimy po polsku, jeśli nie chcemy, żeby ktoś zrozumiał. One dużo rozumieją, naprawdę dużo: rączka, nóżka, kabanosek. Kiedy byliśmy w Polsce, nie miały problemu z dogadaniem się.

Henryk: Ania planuje teraz dużą wycieczkę do Polski. Wnuk sam zaproponował, żeby to był jego prezent na bar micwę.

Ale wiem, że nie zgodzili się państwo na bar micwę w Polsce?

Paulina: To nie byłaby prawdziwa bar micwa.

Dlaczego?

Paulina: Bo w Polsce żydostwo jest dzisiaj naciągane. Ostatni prawdziwi Żydzi wyjechali z Polski w 1968 roku. Dziś w Polsce nie ma już tego autentycznie żydowskiego życia, nie ma już tej kultury.

Wystawa 'Marzec 1968 w Krakowie' (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)Wystawa 'Marzec 1968 w Krakowie' (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

Gdzie państwo chcą jechać z wnukiem?

Henryk: Oświęcim, to wiadomo. Ale nie tylko. Chcemy z rodziną przejechać całą Polskę od Zakopanego, Wieliczki i Krakowa, przez Częstochowę, Łódź, Warszawę, Toruń, Mazury, aż do Sopotu.

Paulina: Bo Polska to jest piękny kraj, stamtąd jesteśmy. Znamy polski język i kulturę, ale jeździmy tam już tylko jako turyści.

Polska złamała państwu serca?

Paulina: Oczywiście, ale rany już się zagoiły.

Henryk: Mnie nie złamała. Polska mnie ani ziębi, ani grzeje.

Paulina: Heniek ma zadrę z sercu.

Henryk: Nie, jak już - to mieszane uczucia. Nie mam problemu z wyjazdem z Polski, ale mam problem z tym, w jaki sposób ten wyjazd się odbył. Nawet dzisiaj, kiedy wracamy do Polski, czuję nieraz te niechętne spojrzenia.

Paulina: Ja w ogóle tych spojrzeń nie widzę.

Henryk: Może ja jestem na nie bardziej wyczulony.

Paulina: Heniek we wszystkim węszy antysemityzm.

Mają państwo polskie paszporty?

Henryk: Tak, odzyskaliśmy je dla wnuków, żeby mogły, jeśli będą chciały, mieszkać i pracować w Europie.

Reprodukcja zdjęcia prasy opisującej wydarzenia marcowe (fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)Reprodukcja zdjęcia prasy opisującej wydarzenia marcowe (fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta)

Jest coś, co Polska powinna dla państwa zrobić?

Henryk: Już prezydent Kwaśniewski przeprosił za Marzec. Po tym prezydencie niczego dobrego się nie spodziewamy.

Paulina: My naprawdę nic od Polski nie chcemy.

***

Powyższa rozmowa została wykorzystana w spektaklu "Kilka obcych słów po polsku" Michała Buszewicza w reżyserii Anny Smolar, koprodukcji Teatru Żydowskiego i Teatru Polskiego w Warszawie. Premiera 10 marca.

Książki na temat wydarzeń marca 1968 r. w promocyjnych cenach można kupić w Publio.pl>>>

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Mike Urbaniak.
Jest dziennikarzem kulturalnym "Wysokich Obcasów" oraz weekendowego magazynu Gazeta.pl.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (227)
Zaloguj się
  • augenthaler

    Oceniono 47 razy 27

    Smutne trochę. Ale rozumiem ten żal. Ja tych ludzi uważałbym za Polaków, o ile by tylko chcieli się nimi czuć. Pochodzimy z tej samej ziemi. Nasi przodkowie także. A antysemityzm? Zawsze był głupotą, prymitywizmem i podłością. I zawsze Polsce szkodził.

  • Michael Mrugacz

    Oceniono 22 razy 16

    Zycze calej tej fajnej rodzince milego pobytu w Polsce i mam nadzieje ze nic przykrego ich tutaj nie spotka

  • owca888

    Oceniono 36 razy 14

    My też tutaj, my nieantysemici, po tym prezydencie nie spodziewamy się niczego dobrego. Niczego, bo to jest nikt. Nobody. Skrzyżowanie budyniu z galaretą i Kenem w wersji przaśnej, który wyląduje na śmietniku historii.

  • poznan56

    Oceniono 28 razy 12

    Nagonka antysemicka (zorganizowana przez "narodowych" komunistow) byla haniebna. Jednak wyjazdy na zachod nie byly najgorsza forma represji. W tym samym czasie wielu studentow usunieto z uczelni, wcielono do wojska a niektorzy znalezli sie w wiezieniach. Kampania antysemicka i wyjazdy "w jedna strone" to tylko czesc Marca'68 i wcale nie najwazniejsza.

  • hristomoltisanti

    Oceniono 27 razy 11

    Zobaczcie jak kacza szajka poprzez odgrzebywanie nienawiści wami steruje . Niemcy źli , bo wojna i reparacje . Czesi tchórze , no i Zaolzie , Bruksela geje i masoni , Ruscy źli z zasady . Teraz przyszedł czas na Żydów ... Z jednej strony można się tylko śmiać i pytać kiedy wypowiemy wojnę Szwecji za potop ... Z drugiej to pokazuje jakim głupim i podatnym na manipulację społeczeństwem jesteśmy . Tu nie chodzi o polski mesjanizm i nasze poczucie tego , że świat nas nie rozumie . Tu chodzi o czystą socjotechniczną manipulację polityczną jakiej jesteśmy poddawani . Mały nienawistny człowieczek z Żoliborza kręci nami jak pacynkami ... Poznałem w życiu Żydów , Rosjan , Niemców i wniosek jest tylko jeden : świat dzieli się na mądrych i głupich , a nie na Polaków , Żydów i Eskimosów . Reszta to polityczna manipulacja .

  • agzum

    Oceniono 25 razy 11

    1. dzieci bywają okrutne dla każdej odmienności - ciemnoskóry, Azjata, niepełnosprawny, pochodzenia niemieckiego/greckiego, ... jeżeli jeszcze dodamy, że większość z nich po wojnie pochodziło z "prostych" rodzin robotniczo-chłopskich, to nie doszukiwałbym się tu akurat antysemityzmu.
    2. chęć emigracji do Izraela/USA była częsta wśród polskich Żydów jeszcze przed 1968. Marzec czasami był tylko zapalnikiem/okazją.
    3. artykuł niby opisuje antysemityzm Polaków, ale również rezerwę i wyobcowanie polskich Żydów. A może by tak jakiś artykuł skąd takie nastroje się wzięły w obu społeczeństwach?
    4. w sumie artykuł dosyć pesymistyczny. Czuć pewną zadrę, być może wrogość - mimo "optymistycznego" podsumowania: bywają Polacy, którzy nie są antysemitami.

  • gazkom

    Oceniono 9 razy 9

    "Paulina: Bo w Polsce żydostwo jest dzisiaj naciągane. Ostatni prawdziwi Żydzi wyjechali z Polski w 1968 roku."
    Dziwnie usłyszeć taką wypowiedź z tych ust. Domyślam się, że obecni polscy Żydzi słysząc te słowa, czują się tak samo jak pani Paulina i pan Henryk czuli się w '68, gdy słyszeli, że nie są prawdziwymi Polakami, ew. takimi naciąganymi Polakami. Ale na pewno nie prawdziwymi.
    My ludzie niczego nie uczymy się na naszych błędach :(

  • ciesiol

    Oceniono 13 razy 9

    ale najmilsze z tego ,ze chca mimo wszystko wnukom pokazac Polske, ze jednak to jest to ...

  • smizycki

    Oceniono 21 razy 9

    Po co wam wyższe pensje, lepsza opieka zdrowotna, lepsza edukacja. Wystarczy dać wam Żyda i zabawa się rozpoczyna. Jak zabawa z Żydem się skończy do rzucą wam żołnierzy wyklętych, albo Jaruzelskiego.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX