Listonosz. Zdjęcie ilustracyjne

Listonosz. Zdjęcie ilustracyjne (fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

reportaż

Toksyczna pocztowa rodzina. "Premii nie będzie. Pan limity osiągnął, ale placówka nie wyrobiła planu"

Tomek jest listonoszem. Przeżył: ataki psów morderców, dwie kradzieże, niejedno zaproszenie na wódkę, zwierzenia ubeka i milicjanta, zaloty dziewczyny gangstera. Ruszył także na pomoc samobójczyni (z pozytywnym skutkiem) i próbował uratować nałogowego dłużnika (ze skutkiem tragicznym). Kiedyś uwielbiał swoją pracę. Teraz w niedzielę dostaje duszności na myśl, że rano znów zacznie roznosić listy.

Rekordzista wytrzymał trzy dni. Na koniec rzucił torbę i poszedł do marketu. Drugi wytrzymał dwa tygodnie, kolejny - dwa miesiące. Starzy też uciekają. Na emeryturę, do Holandii, na ciężarówkę. A Tomek wytrzymuje już 20 lat.

Grześki, znicze i konto w banku

Rower jest stary, z lombardu. Tomek nie przywiązuje się do niego. Za dwa lata i tak wymieni. Ważny jest mocny bagażnik. Koniecznie damka. Nie trzeba przerzucać nóg nad ramą. Zwalnia, rzuca rower gdzieś w krzaki i leci, bo taki ma zapieprz. O przypinaniu zapomnij. Na szczęście czarna torba jeszcze działa na ludzi. Nikt roweru listonosza nie ukradnie.

Poczta Polska w Zielonej Górze (fot. Bartosz Makowczyński / Agencja Gazeta)Poczta Polska w Zielonej Górze (fot. Bartosz Makowczyński / Agencja Gazeta)

Tomek biegnie, bo ma limity: dwie minuty na list polecony, kilka sekund na zwykły. Pies skacze, deszcz pada, Tomasz wrzuca listy do skrzynki, zbiera parafki. Gna rowerem, dojeżdża do pocztowej skrytki, gdzie czeka na niego następna torba. Rozwożą je samochodem pracownicy poczty. Ze wszystkim Tomek by się nie zabrał.

Druki sądowe musi wpisywać na tablet. Stoi na progu, młoda dziewczyna czeka na list z sądu, a Tomek prosi: Musimy poczekać, bo się loguje sprzęt. Potem hasło, bo ekran wygasa. W rysiku siada bateria. - Przepraszam - dodaje Tomek. Wykręca rysik, wkręca nową baterię.
- Ku*wa, wypisz mi awizo, nie będę tu pół dnia stała - denerwuje się dziewczyna.

Tomek powinien jej jeszcze wręczyć ulotkę z marketu, zapytać, czy nie chce założyć konta w pocztowym banku. Jeśli to październik, proponuje znicz. Jak trwała akcja specjalna: batonik Grzesiek w cenie dwukrotnie wyższej niż w sklepie

Jak już Tomek całej rodzinie dał grześki, sprzedał znaczki za tysiąc złotych i założył sobie szóste konto w pocztowym banku, to szefowa mówi: Przykro mi, premii nie będzie. Pan limity osiągnął, ale za to placówka jako całość nie wyrobiła planu.

Po pracy ma 20 minut na:
- wypełnienie druków,
- przepisanie poprawnie nazwisk klientów (60 procent ludzi nieczytelnie się podpisuje),
- uzupełnienie książeczki zagrożeń: gdzie stoją menele, gdzie czają się psy (ktoś kiedyś wpisał jako zagrożenie: kierowniczka),
- uzupełnienie notatnika adresowego - z przekierowaniem na nowy adres, jeśli klient zmieniał ostatnio (zdarza się to non stop, niektórzy zmieniają adres co trzy miesiące).

Gdyby wszystko robił przepisowo, codziennie miałby po pięć nadgodzin, ale kierowniczka nie lubi za nie płacić, woli oddawać w godzinach do odbioru. Których z kolei nie ma kiedy odbierać

Tomek się denerwuje tym bardziej, kiedy sobie przypomni, jak to wyglądało na początku.

Obrywki i schab na widelcu

20 lat temu. Tomek po technikum miał dwie prace do wyboru - na poczcie albo na kolei. Ale w PKP robota była tylko przy układaniu podkładów. Największa harówa. Wybrał pocztę. Miał farta.

Listonosz gdańskiego oddziału Poczty Polskiej (fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta)Listonosz gdańskiego oddziału Poczty Polskiej (fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta)

Akurat zaczęły się zwolnienia. Jeden listonosz zbierał pieniądze za prenumeratę, drugi za mleko, a żaden nie wpłacał do kasy. Kradli na potęgę, więc pocztowcy przerzedzili szeregi. Chcieli mieć pewnych pracowników. Bez znajomości nie przyjmowali. A Tomka ciotka akurat znała naczelnika.

Zaczynał o ósmej, brał listy, jechał w teren spokojnie. Pierwszy rejon: domki i bloki, mało firm. Ludzie wtedy mieli skrzynki na drzwiach mieszkań, nie na półpiętrze. Policzył, że dziennie robił Pałac Kultury dwa razy w tę i z powrotem. Kupił porządne buty Adidasa. 230 złotych, wtedy - pół pensji. Wytrzymały trzy i pół miesiąca.

Na dzielnicy sami kolejarze. Renty, emerytury. Zaczęły się obrywki - jak emeryt dostaje pieniądze, to końcówkę zostawia listonoszowi. Złotówkę, dwa złote, pięć. Tomek od poczty dostawał co miesiąc 450 złotych. Z obrywek miał 800. Do tego kawa, podwieczorki, pogaduchy. Listonosz był jak ksiądz.

Potem rzucili go na wieś. Jeszcze lepiej! A to schab na widelcu dostał, kanapkę, jabłka, marchewki, jajka, kurę, kaczkę. Na wiosce jeśli ludziom awizo zostawisz, to mają siedem kilometrów na pocztę. Jak pracują w polu, to nie mają kiedy odebrać. Dlatego byli listonoszowi wdzięczni. I lubili jego opowieści, co tam słychać w mieście.

I w urzędzie atmosfera była inna. Jak wypadło Krzysztofa albo Haliny, to wiadomo: od rana cukierki, ciasta, kwiaty, sala konferencyjna zajęta. Wychodził z tych imienin na czworaka i dalej w teren. Doszedł do klatki. Czerwiec, gorąco, on ledwo stoi, myśli: Kurde, jak ja do skrzynek dojdę? Mija go starsza pani: A co pan taki chory?  - Nic, muszę powietrza złapać. - No widzę właśnie - zaśmiała się staruszka.

Starszy listonosz raz tak dał w palnik, że pierdyknął na chodnik. Pieniądze rozsypały się wokół niego. Ludzie pozbierali, odprowadzili go do domu razem z rowerem. Facet przespał się dwie godziny, wstał i wrócił w teren.

Listonosz Poczty Polskiej na kieleckim rynku (fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta)Listonosz Poczty Polskiej na kieleckim rynku (fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta)

Gangsterski mózg w spódnicy

Teraz na pogaduchy nie ma czasu. Ale i tak starsze panie nie chcą go wypuścić, kurczowo ściskają klamki. Opowiadają o zdrowiu, o dzieciach, które widzą tylko, jak przychodzi emerytura. Kiedy spadnie śnieg, stary kolejarz wspomina zimę stulecia - zasypało tory na trzy metry. Jak deszcz - milicjant Marek przypomina sobie, jak pomagał powodzianom, choć sam ledwo pływał.

Z tym milicjantem jest problem. Co Tomek do niego zajrzy, to Marek siedzi z kolegą z bezpieki. Namawiają: Chłopie, napij się, likierek taki mamy. Tomek się wykręca, a kolega z bezpieki opowiada, jak to zwerbował pół miasteczka, zakładał podsłuchy, sekretarki namawiał, żeby notowały, kto dzwoni i do kogo.

Obok straż pożarna, chłopaki niby na pożar czekają, ale co dzień zapraszają: Chodź, napijemy się. Tomek odmawia: Nie mam czasu, jestem rowerem.

Firm Tomek zawsze miał niewiele, ale jedną zapamiętał dobrze. Malutki pokój w garażu, jedno biurko. Sprzedaż okien. Prowadził to taki wielki byczek. Na co dzień siedziała tam blondyneczka, jego dziewczyna. Co Tomek przyszedł, to ona nawijała: że ją plecy bolą, że z tym szefem to nie mogą sobie dzieci zrobić. Potem Tomek dowiedział się, że facet to największy gangster w okolicy. Raz blondynka znów zagaduje Tomka, a byczek zakradł się od tyłu. - Na ładnie, panie listonosz. Jak jestem, to szybciutko pan wsiadasz na rower. Jak mnie nie ma, to z Andżelą nawijasz aż miło! - mówił, a Tomkowi śmierć stanęła przed oczami. Ale pośmiali się i koniec.

Rok później Tomek zagląda do firmy, a tam drzwi wywalone. CBŚ w kajdankach wyprowadziło prezesa i wspólników. Dziewczynę można było jeszcze spotkać w kiosku Ruchu. Tomek słyszał, że to ta trzpiotka była mózgiem całej operacji!

Magda uratowana, Kazia wyrzuca żona

Ostatnio dużo rozmawia o polityce. Że Amber Gold, reprywatyzacja, wszystko kradli. Odpowiada emerytowi: - A u pana co się zmieniło z tą ekipą? Każdy ma swoje biznesy, żaden nie patrzy na ludzi. Ale dziadek jest za PiS-em i nie da się za nic przekonać. Tomek nie naciska.

Obrywki już się prawie pokończyły, bo emerytury teraz idą do emerytów na konta, a nie przekazem. A potem taka emerytka skarży się Tomkowi: - Odkąd mam to konto, co chwila znikają mi pieniądze. Dzieci wypłacają moją kartą. Wolałam, jak pan przychodził, panie Tomku.

Sortownia listów i paczek w Lublinie (fot. Rafał Michałowski / Agencja Gazeta)Sortownia listów i paczek w Lublinie (fot. Rafał Michałowski / Agencja Gazeta)

Są mieszkania, do których Tomek wchodzi na bezdechu. Na przykład do pani Magdy, co ma w domu koty, psy i (chyba) martwego ptaka, którego chciała ratować. Raz zagląda do niej, psy szczekają, kobieta nie otwiera. A zawsze jest w domu. Tomek łapie za klamkę, zagląda, a ona ze smyczą owiniętą na szyi, szuka miejsca, gdzie przerzucić drugi koniec. - Co pani robi! - wrzasnął, zerwał jej tę smycz, usadził, pobiegł po sąsiadkę. Udało się ją uratować.

Najgorzej jest z sądówkami, czyli pismami z sądów i od komorników. Ludzie nie chcą odbierać. Tomek podpowiada: - Weź, to tylko umorzenie, to ci nie zaszkodzi. Jak się nie zgadzają, Tomek wypisuje awizo. Udaje, że adresata nie ma. Jakby wpisał, że adresat jest, ale odmówił przyjęcia, ściągnąłby na niego kłopoty.

Po listach Tomek widzi, jak ludzie toną. Jak pisze Vivus albo Provident - to zazwyczaj następny list jest już od komornika. Pożyczki biorą wszyscy. Młodsi, co pracują sezonowo i wolą siedzieć z fajeczką i piwkiem przed klatką. I starsi, zwykle kobiety. Pani Elżbieta, co wzięła pieniądze na ślub córki, prosi: - Panie, jak mąż się dowie, to mnie zabije. Więc Tomek tak do niej przychodzi, żeby męża nie było. A ona łapie list od Tomka, wpycha w majtki, stanik, żeby rodzina nie widziała.

Tomek zapamiętał pana Kazia, co zadłużył się na 20 tysięcy. Tomek odwiedzał go tylko wtedy, jak żony nie było. Niestety, musiał zmienić rejon. Najpierw uczulił kolegę listonosza, ale kolega zapomniał. Pisma przechwyciła żona. Wyrzuciła Kazia z domu. Chodził jeszcze po osiedlu, z brodą, prosił o gorącą wodę na herbatę. W końcu zmarł. Tomek do dzisiaj myśli: jakbym to ja dalej chodził, to może by go żona nie wyrzuciła? Może by żył do dzisiaj?

Zasadzka w lesie

Tomek miał też rejon w centrum. Bramy, kamienice ciemne, na klatkach liche żarówki. Na schodach młodsi i starsi. Seteczka i piwko.

Raz zdarzyło się, że ukradli mu paczkę. W środku - bluzka kupiona przez internet. Idzie do klienta: - Panie, okradli mnie, dogadamy się? Zapłacił osiem dych. W zamian klient nie doniósł na niego do centrali.

Tomek od kolegów wiedział, który to złodziej. Po jakimś czasie spotkali się. Chłopak czekał na list z Holandii, potwierdzenie wyjazdu. Tomek mówi: - A jak mnie ktoś buchnął twój list? Może już go nie mam? Chłopak przeprosił, od tamtej pory jest spokój.

Skrzynka pocztowa w na Rynku Staromiejskim w Toruniu (fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta)Skrzynka pocztowa w na Rynku Staromiejskim w Toruniu (fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta)

Na jednej poczcie, jak listonosz wchodził na klatkę, zobaczył lufę pistoletu. - Dawaj pieniądze! - krzyczeli. On sam cudem uniknął napadu. Jeżdżąc po wioskach, lubił skracać sobie drogę przez las. Jednego dnia wpadł na wiejskiego pijaczka. - Panie listonosz, napad na pana chcą zrobić. Tam w lesie - usłyszał. Zmienił trasę. Nic złego go nie spotkało.

Największe zagrożenie listonosza to jednak są psy.

U Tomka bywało tak: wchodzi na podwórko, wilczur nawet nie drgnie. Wchodzi drugi raz - warczy. Za trzecim rzuca się na niego, wgryza w saszetkę z pieniędzmi na brzuchu. W innej wiosce doręczył list, szedł do furtki, zobaczył, jak ogromny podhalański biegnie na niego. Do furtki za daleko. Rzuca się do domu, wpada do środka, zatrzaskuje drzwi i tylko czuje, jak bydlak odbija się z drugiej strony. Albo babka otwiera mu drzwi, między nogami ściska pysk psa. A ten się wyślizguje i jest jatka. Tomek ma nogi poharatane.

Dlatego jak tylko słyszy szczekanie psa, to inaczej się nastawia. W ręce ściska wiązankę listów. Jakby co, wepchnie ją w psi pysk. Szuka dróg ucieczki. Na schodach staje nieco wyżej. Ma gaz pieprzowy, ale to na nie nie działa. Jak psiknął bydlakowi w pysk, to monstrum się tylko oblizało i biegło dalej. Tomek ledwo uciekł rowerem.

Sople z nosa

Jeszcze dziesięć lat temu listonosze nosili petardy, pistolety na gazowe naboje. Teraz trudniej o pozwolenie na broń, więc listonosze już ich nie noszą. Zostali prawie bezbronni. Ale za to raz na kwartał oglądają filmiki szkoleniowe. O BHP lub bezpieczeństwie. Od lat te same. Tomek patrzy i myśli: ja pierdykam, kto tak pracuje? Listonosz na filmiku uśmiechnięty, jedzie z jedną torbą, wszystko ma poukładane. A Tomek jeździ obładowany jak wielbłąd. Mógłby jeździć samochodem, ale prywatnym. A nie chce, bo kto mu odda za części, wymianę oleju, resory połamane na wiejskich drogach?

Młodzi listonosze pracują od siódmej do siódmej. Nie wyrabiają się. Ostatnio jeden zrezygnował. Tomek słyszał, że poszedł do fabryki do miasta. Nawet jak dojeżdża busem 60 kilometrów, to i tak kończy szybciej, niż jak pracował na poczcie.

Masakra zaczęła się, kiedy InPost przejął przesyłki sądowe. Spadły dochody poczty, zaczęły się zwolnienia i powiększanie rejonów. Tylko że później sądówki wróciły do poczty, ale etatów nie przybyło. Większych rejonów nie sposób objechać w osiem godzin.

Wrocław. Listonosz podczas pracy - z pełnymi torbami (fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)Wrocław. Listonosz podczas pracy - z pełnymi torbami (fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

Oprócz biegania najgorszy jest deszcz. Ma kapotę, ale co z tego, jak przemaka? Jeździ przemarznięty tym rowerem, stopy skostniałe, okutany tak, że mu tylko oczy widać i sople z nosa wystają. Pluje czarną śliną, bo połyka dym z sadzy. Kolegom wysiadają kręgosłupy. Dodatki za szkodliwą pracę zabrali im już dawno.

PKS-em byłoby szybciej

Za swoim szefostwem Tomek nie przepada. Cały czas dokręcają śrubę. Szybciej listy, więcej reklam, prenumerat. Mówisz: - Pani kierownik, w osiem godzin nie da rady. A ona: - Musisz.

Do jego miasteczka list z Wrocławia idzie dziesięć dni. Chociaż samochodem to dwie godziny drogi. Mieszkańcy śmieją się już do Tomka: - Panie, ja bym dał kierowcy PKS-u list, toby szybciej doszedł. Czasami proszą: Panie Tomku, czeka coś ważnego. Prawo jazdy, kluczyki do samochodu, prezent na osiemnastkę kuzynki. No to Tomek jedzie w sobotę na rozdzielnię, wyciąga te paczki, podpisuje odbiór i dowozi.

Listy polecone co rano muszą skanować i segregować dziewczyny na ekspedycji. Ale że dziewczyny są dwie, to co rano na dzielenie listów przychodzą sekretarka z biura, kierowniczka, listonosze, czasem dziewczyny z okienek. Inaczej by się nie wyrobili.

Poczta szuka ludzi. Na OLX-ie, jak przeczytasz ogłoszenie o pracę, to "czar-par". Dobre warunki, stabilne zatrudnienie. Dla kogo oni to piszą? A prawda jest taka, że jak przyjdzie lato i trzeba "rozbierać rejony", czyli dzielić teren osoby, która jest na urlopie, pomiędzy pozostałych pracowników, wtedy zaczyna się zapierdziel.

Tomek wie swoje: dopóki nie odczepi się od nich handel i Bank Pocztowy - lepiej nie będzie.

Śmiech w banku

Tomek ma miesięcznie 2100 złotych na rękę. Do tego 200 złotych z obrywek. Dodatek za pracę z pieniędzmi, szkodliwe warunki i miesięczną premię pozabierali mu dawno.

Żona ma trzy czwarte etatu w sklepie. Jak poszli do banku po kredyt, to prawie ich wyśmiali. Zamieszkali na piętrze u teściów. Lata lecą, córki rosną, a oni dalej na tym piętrze.

Dlatego Tomek po pracy jeździ busem, idzie na budowę, do mechanika, pomaga w komisie. Jakby dostał 600 złotych podwyżki - toby było inne życie. Raz byli w Chorwacji, raz na nartach. Tak to wybierają co roku Bałtyk lub węgierski Balaton. Do kolonii dzieci jest jeszcze dofinansowanie. No i może wziąć pożyczki pracownicze na zero procent. To plus z tej roboty. Inny jest taki, że zna go całe miasto. W geodezji na mapkę trzeba czekać dwa tygodnie. Jemu załatwią na drugi dzień. W skarbówce wszystkie kolejki omija.

Łódź, skrzynka pocztowa na listy zamiejscowe (fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazet)Łódź, skrzynka pocztowa na listy zamiejscowe (fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazet)

Tylko że tych plusów coraz mniej. Co drugi listonosz ma dodatkowy fach. Jeden w płytkach siedzi, drugi pierze auta, trzeci na roli zarabia. Tomek myśli, czy nie odejść. Za granicą dużo więcej by zarobił, ale nie chce się rozstawać z rodziną. Póki co zostaje także z tą drugą rodziną: pocztową. Bo na uroczystościach oficjalnych dyrektorzy powtarzają: nasza wielka pocztowa rodzina. Starsi listonosze dodają: Rodziną to my jesteśmy, ale z tych toksycznych.

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Bartosz Józefiak.
Mieszka w Łodzi. Pracował w gazetach lokalnych w Łodzi, Wrocławiu i Pabianicach, współpracuje z "Dużym Formatem" i "Tygodnikiem Powszechnym". Jest absolwentem Polskiej Szkoły Reportażu i swoją przyszłość wiąże właśnie z reportażem.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Komentarze (231)
Zaloguj się
  • przemo_opole

    Oceniono 68 razy 58

    Byłem dziś na poczcie odebrać polecony. A tam: pościel, książki i broszurki religijne, prasa (starannie dobrana ideologicznie), koce, prześcieradła (nie żartuję!), tanie słodycze 3x drożej i chińskie zabawki...

  • czeski_honza

    Oceniono 56 razy 50

    Poczta Polska to dziadowska firma - i nie z winy pracowników - tylko zarządu.Okienko pocztowe zawalone bzdetnymi "Przepisami siostry Faustyny", plastikowymi bublami i Bóg wie czym jeszcze. Kolejki coraz większe, a chęć pomocy klientom - żadna. Jak mogę unikam korzystania z ich usług. Za to mojego listonosza, tego samego od 20 lat - pozdrawiam!!!

  • kapitan_rzbik

    Oceniono 33 razy 33

    pracowałem kiedyś na pp wszystk osie zgadza
    dodam jeszcze że 8h na nogach że w tyłek włazą i po robocie nie ma sie siły na nic

  • trup

    Oceniono 50 razy 32

    Czas na nową SOLIDARNOŚĆ. Stare kocury styropianowe nażarły się i w d... maja wyzysk rodaków przez słojów na posadach po znajomości.

  • spyderman2

    Oceniono 28 razy 28

    czy przewodniczący solidarności ten od kundelka kacperka jedzącego ze złotej misy bedzie interweniował? NIE - bo poczta jest pod pisowskim zaborem a jej trudna sytuacja finansowa wynika ze sztucznych kierowniczych stanowisk dla pisich pociotków

  • shawmut

    Oceniono 24 razy 24

    a po co w ogóle listonosze i poczta? Przenieść na plebanię, akurat dobre miejsce na handel dewocjonaliami i kościelny miałby zajęcie

  • xyz_xyz1

    Oceniono 27 razy 23

    No cóż. Nie jest lekko i lekko już nie będzie. Ale nie jest lekko nie tylko na Poczcie ale w innych miejscach zajmujących się przesyłkami też nie jest różowo. Kurier (w zasadzie ze wszystkich firm) jest na własnym - dostawy wykonuje własnym samochodem który jeszcze często gęsto musi przemalować w odpowiedni sposób. Urlop - zapomnij - jesteś na własnej działalności jak nie będziesz jeździł to nie zarobisz nawet złotówki. Tu przynajmniej jest gwarancja tej najniższej oraz płatne zwolnienie i urlop. To moze niewiele ale zawsze.Ja nie twierdzę iż jest lekko ale inni pracujący w podobnej branży wcale nie mają lepiej. Niestety jest jak jest.

  • jajek01

    Oceniono 23 razy 21

    2100zl dla 40letniego faceta za 9-10 godzin pracy dziennie to śmiech i murzyńskość...szkoda życia ->uciekajcie z tej poczty !

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX