Meczet Szejka Zayeda w Abu Zabi

Meczet Szejka Zayeda w Abu Zabi (fot. Phil Norton / Flickr.com / CC BY-NC-ND 2.0)

Abu Zabi ma jeden z najwyższych dochodów per capita. 60 lat temu nie było tu dróg i elektryczności

Gdy nad promenadą Corniche niebo ciemnieje, a z meczetów wołają muezini, puls Abu Zabi przyspiesza. Po zmroku, wśród rozbłyskujących światłami wieżowców i centrów handlowych studzonych chłodnym wiatrem, miasto zaczyna drugie życie.

Według rankingów z 2017 roku Abu Zabi, stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jest najbezpieczniejszą metropolią na świecie i drugą najdogodniejszą do robienia interesów. To dwa kluczowe parametry w mieście, które ma ambicje, by stać się węzłem splatającym międzynarodowe interesy, pomostem dla kultur i jedną z  kolebek globalnego społeczeństwa.

Tylko co piąty mieszkaniec pochodzi z emiratu, przytłaczająca większość to przybysze szukający szczęścia i lepszego jutra. Od inwestorów po szoferów i ogrodników - Abu Zabi wypełniają ludzie zanurzeni w poczuciu tymczasowości. W chwili, gdy stracą pracę lub osiągną wiek emerytalny, ich wiza straci ważność, będą musieli odejść. Dokąd? Czy po latach spędzonych w tym kosmopolitycznym, funkcjonującym jak szwajcarski zegarek mieście mogliby odnaleźć się na powrót w miasteczkach Indii, północnej Afryki czy Indonezji? W metropoliach XXI wieku dojrzewa nowa klasa nomadów, którzy zostawili za sobą dawne życie, mają już tylko przyszłość.

Centrum Abu Zabi (fot. shutterstock.com)Centrum Abu Zabi (fot. shutterstock.com)

Abu Zabi to więcej niż miasto. Jego nazwa - tłumaczona jako "ojciec gazeli" - określa kilka bytów: największy wśród siedmiu Zjednoczonych Emiratów Arabskich, stolicę tego państwa, a także niedużą trójkątną wyspę, na której ta stolica się mieści. Wszystko wzięło się z XVIII-wiecznej legendy o myśliwym, który polując na gazelę (dubi), zapomniał się i przekroczył słoną cieśninę dzielącą ląd od wyspy. Niedaleko miejsca, w którym zmarł z pragnienia, odnaleziono źródło wody pitnej.

Ta opowieść pochodzi z czasu, w którym pierwsi przedstawiciele beduińskiego klanu Al Bu Falah odnaleźli na tej wyspie wodę i w 1795 roku założyli sezonową osadę. Stały zalążek miasta powstał dopiero w 1960 roku.

Wcześniej życie Beduinów toczyło się w oazach na pustyni, gdzie upał był mniej dokuczliwy i gdzie mieli dość wody - w Al Ain oraz Liwie. Na wybrzeże Zatoki Perskiej wybierano się tylko latem, w sezonie poławiania pereł. Było ono jedyną działalnością zarobkową znaną w okolicy - członkowie plemion pustynnych nie pracowali, wymieniali skromne dobra i trwali w ekstremalnej biedzie. Ich dieta składała się z daktyli, mleka z wielbłądzic i ryb.

Perły zbierano ręcznie. Młodzi mężczyźni nurkowali na dwie minuty, w tym czasie schodzili 20 metrów pod wodę i wydobywali tuzin ostryg. Zarabiali grosze, zapłatę otrzymywali na koniec trzymiesięcznego sezonu, a przez kolejne pół roku leczyli się z chorób wywołanych nurkowaniem.

Cadillaki na wydmach

Gdy świat wkraczał w wiek XX, Abu Zabi wciąż żyło w izolacji, według reguł o dwa stulecia starszych. Populacja wyspy liczyła 6 tys. osób (teraz ponad milion), ludzie żyli w chatach plecionych z gałęzi palm daktylowych, chodzili boso i w koszulach pozbawionych kieszeni - nie mieliby czego do nich włożyć.

Wybrzeże w Abu Zabi (fot. shuttterstock.com)Wybrzeże w Abu Zabi (fot. shuttterstock.com)

Dzisiejszy emirat należy do najbardziej zaawansowanych technologicznie adresów świata i ma jeden z najwyższych dochodów per capita, ale ledwie 60 lat temu nie było tam elektryczności, dróg, szpitala, hotelu, szkoły publicznej czy poczty. Tym większy podziw budzi to, jak szybko urosła ta metropolia na piasku.

W 1958 roku odkryto tu złoża ropy - największe w emiratach, stanowią dziś 10 proc. globalnych rezerw. Cztery lata później pierwszy ładunek ruszył na eksport. Ale mieszkańcy o tym nie wiedzieli, nie mieli też udziału w zyskach, które konserwatywny szejk dzielił z dominującą w regionie Wielką Brytanią i koncernami paliwowymi. Dopiero gdy został w 1966 r. odsunięty od władzy i zastąpiony przez szejka Zajida, wszystko zaczęło zmieniać się błyskawicznie. Zajid był niewykształconym, ale światłym i dalekowzrocznym przywódcą. Natychmiast przystąpił do renegocjacji licencji wydobywczych i większość odwiertów znacjonalizował, a zyski rozdał ludziom. Dosłownie - każdemu ofiarował po trzy, cztery działki ziemi pod budowę domów, uprawę i interesy. Pierwsze oddziały banków w Abu Zabi wypuszczały klientów z gotówką w kartonowych pudełkach. Wiele z tych pieniędzy zostało strwonionych - na przykład na cadillaki, którymi jeżdżono po wydmach. Ale państwowe środki ze sprzedaży ropy zostały zainwestowane w tworzenie supernowoczesnej infrastruktury. W ciągu ledwie pięciu lat zaroiło się od instytucji, sieci elektrycznych, powstała rafineria, port, lotnisko. W 1971 roku Abu Zabi stało się stolicą nowego państwa - po wycofaniu się Brytyjczyków Zajid zaproponował wspólnotę, przystało do niej kilka emiratów, odtąd zjednoczonych i ze stolicą w największym, najbogatszym z nich. Stolica zyskała prestiż, a rozwój przyspieszył jeszcze bardziej.

Wkrótce domy jednorodzinne postawione przy wybrzeżu zostały zastąpione popisowym szpalerem wieżowców - hoteli i biurowców stojących wzdłuż łukowatej promenady. Abu Zabi nie ma typowego centrum - placu targowego czy skweru, taką funkcję pełni właśnie Corniche, promenada wypełniana przez joggerów, wielopokoleniowe rodziny, graczy w koszykówkę i entuzjastów jazdy na rolkach. Na publicznej i strzeżonej plaży odbywają się sąsiedzkie mecze piłki nożnej i pikniki. Można podziwiać albo przemykające nadmorską ulicą luksusowe samochody (ulubiony symbol statusu nad Zatoką), albo sunące na wodzie jachty i motorówki, z których wylewa się głośna muzyka. Abu Zabi, obok Dauhy czy Dubaju, to jedno z nowej generacji miast, które przeczą powszechnym wyobrażeniom o życiu w konserwatywnej społeczności. W galeriach handlowych i restauracjach Abu Zabi spotykają się rodziny hinduskie, arabskie i afrykańskie, a także pochodzący z Zachodu ekspaci. Miasto, które błyskawicznie osiągnęło wskaźniki rozwoju, teraz chce budować swoją kulturę. I nie szczędzi na nią nakładów.

Centrum Abi Zabi (fot. Pascal Subtil / Flickr.com / CC BY 2.0)Centrum Abi Zabi (fot. Pascal Subtil / Flickr.com / CC BY 2.0)

Sorbona, Louvre, Guggenheim

Kilkanaście tygodni temu na wyspie Saadiyat - sztucznie utworzonym lądzie, jednej z kilku nowych wysp Abu Zabi - otwarte zostało muzeum Louvre. Tę nazwę Arabowie wypożyczyli od paryskiego oryginału na 30 lat za 800 mln dolarów. W budynku przykrytym "spękaną" kopułą, przez którą sączą się promienie, czeka kolekcja eksponatów od prehistorii po Marka Rothko. Kolekcja częściowo wypożyczona, w ciągu dekady zostanie zastąpiona własną, w zakupach pomagają europejscy kuratorzy. To reguła w Abu Zabi - ponieważ w chwili odkrycia ropy i nagłych zysków kraj nie posiadał własnych elit zarządzających, zatrudniał obcokrajowców. Dziś do kręgów biznesu i władzy wchodzą dzieci szejków i spokrewnionych z nimi rodzin, absolwenci najlepszych uniwersytetów świata. Zresztą uczelni w Abu Zabi też przybywa - jest tu New York University i oddział Sorbony. Szejkowie celują wyłącznie w topowe marki - w biznesie, nauce i sztuce. Saadiyat ma stać się wyspą muzeów - poza Louvrem w planach są: oddział Guggenheim Museum, muzeum morskie i narodowe.

Budowlanych ikon będzie przybywać. Najważniejszą pozostanie zapierający dech Wielki Meczet Szejka Zajida -pomnik wspólnoty kultur islamskich. Olśniewająca bielą marmuru z Grecji i Włoch budowla zajmuje 22 tys. m kw. Większe od niej są tylko meczety w Mekce i Medynie. Budowa trwała ledwie 12 lat, zatrudniono do niej 38 firm i 3,5 tys. ludzi. Główny dziedziniec otacza 1048 kolumn, budowlę zdobią 82 kopuły, ta główna jest - oczywiście - największa na świecie. Największy jest też dywan utkany przez 1300 irańskich mistrzów. Meczet jest otwarty dla zwiedzających i wywiera na nich dokładnie takie wrażenie, o jakim marzył szejk Zajid, spoczywający tam w mauzoleum.

Abu Zabi rozkwitło dzięki dalekowzroczności i zdolnościom przywódczym jednego człowieka, ale teraz jego założenia kontynuują nowe pokolenia politycznego rodu. Zajid powtarzał, że aby móc iść w przyszłość, trzeba rozumieć własną przeszłość. Do 1960 roku mieszkańcy Półwyspu Arabskiego nie tworzyli dziedzictwa piśmiennego, mieli bogatą tradycję opowieści, legend, pieśni. A także wyjątkową etykę gościnności - ten, kto znalazł się na terenie danego klanu w chwili, w której został poczęstowany kawą, zyskiwał ochronę i przychylność gospodarzy. Z tego parasola korzystają dziś ci, którzy przyjeżdżają i osiadają tu dla pracy. Potomkowie beduińskich klanów nie pozwalają jednak zapomnieć, że sprawują nad swą ziemią niepodzielną kontrolę. Imponujące miasto rzuca długi cień - na jego budowach pracuje wielu ludzi zmuszonych do płacenia haraczu za to zatrudnienie, żyjących w niewolniczych warunkach. Tylko co piąty mieszkaniec czuje się w Abu Zabi jak w domu. Miasto obiecuje dobrobyt, ale nie wolność czy równość.

Meczet Szejka Zayeda w Abu Zabi (fot. shutterstock.com)Meczet Szejka Zayeda w Abu Zabi (fot. shutterstock.com)

Na południowym krańcu Abu Zabi, niedaleko lotniska, powoli rośnie Masdar. Eksperymentalny ośrodek, w którym testowane są nowe, zielone technologie. Tam elity naukowców i biznesmenów piszą już ciąg dalszy - zręby ekonomii opartej na wiedzy i paliwach odnawialnych. Ropa skończy się tu równie nagle, jak została odkryta. Szejkowie chcą być gotowi.

Książki Pauliny Wilk w promocyjnych cenach można kupić w Publio.pl>>>

CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU


Paulina Wilk.
Ur. 1980. Pisarka, publicystka. Autorka książek "Pojutrze. O miastach przyszłości", "Lalki w Ogniu. Opowieści z Indii", "Znaki szczególne", a także serii bajek o misiu Kazimierzu. Zajmuje się tematyką międzynarodową i literaturą. Jest autorką kwartalnika "Przekrój", współpracuje z tygodnikiem "Polityka" i magazynem "National Geographic Traveler". Jest współtwórczynią Fundacji "Kultura nie boli", międzynarodowego Big Book Festival oraz centrum literackiego Big Book Cafe.

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku

Zobacz także
Komentarze (83)
Zaloguj się
  • kms2x

    Oceniono 18 razy 12

    Autorka zapomniała dodać, że pierwsze zarobione na ropie pieniądze emir (nie szejk), w młodości pasterz owiec, Zajid ibn Sultan Al Nahajjan wydał na założenie Uniwersytetu Al Ain. I że żaden, ale to żaden, z obywateli Emiratu Abu Dhabi, włączając w to Jego rodzinę, nie powąchał żadnych pieniędzy z ropy gdy nie uczył się lub nie pracował (on lub dzieci).
    I że był to, taką odrobinę prymitywną, dziką mądrością i pierwotną przenikliwością, najmądrzejszy człowiek jakiego w życiu miałem zaszczyt spotkać.

  • Oceniono 17 razy 9

    Gdyby nie fart że, przypadkiem trafiła im się pod sandałami ropa, której nawet sami nie potrafili wydobyć to do dzisiaj paśliby wielbłądy bez dróg i elektryczności. Nie ma się czym podniecać bo to wszystko zbudowali im inżynierowie z Europy i USA.

  • polskaplonie

    Oceniono 16 razy 6

    Zastanawiam się, czego mógłbym się od ludzi z tego kręgu kulturowego nauczyć?

  • zagraniczny-online

    Oceniono 20 razy 6

    ... ropa skonczy sie nagle, a mieszkancy wroca do swoich tradycyjnych zajec, typu wypasanie wielbladow

  • brizkab

    Oceniono 7 razy 3

    Ani słowa o Filipińczykach, którzy nie jeżdżą tam jako inżynierowie, czy spece od IT, ale zwykli pracownicy fizyczni, pozbawieni jakichkolwiek praw staja się niewolnikami swoich pracodawców.

  • soldadura104

    Oceniono 9 razy 3

    według Indusa który to budował 20 lat temu była tu pustynia i za 20 lat jak kończy się ropa też będzie pustynia.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX